Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Świąteczny pocałunek

Wszystkiego najlepszego kochani. Mam nadzieję, że święta upłynęły wam w cudownej atmosferze.


Udało mi się zakończyć Świąteczny pocałunek i mam nadzieję, że wam się spodoba. 
Nie edytowany, nie betowany, ale z serca :)


                                                   “The end„
      Ciężki, mieniący się srebrem i brokatem anioł zdobił czubek potężnej choinki, ostentacyjnie pyszniącej się w kącie kaskadą świątecznych ozdób i światełek. Czubek sięgał wysokiego sufitu świątecznie przystrojonej biblioteki. Każda rozłożysta gałąź, aromatycznie pachnącego lasem świerku, uginała się pod ciężarem bombek i lśniących dekoracji. 
Buzujący ogień w nieopodal stojącym pięknym, niemal dwumetrowym kominku, rozsyłał ciepłe błyski, powielane w nieskończoność w ozdobach, lichtarzach i kieliszkach, wypełniając całe pomieszczenie niepowtarzalną atmosferą, której nie dało się odtworzyć, żadną inną porą roku. Z umiejętnie ukrytych głośników świąteczne melodie snuły się cicho, spowijając wszystkich w radosny, pełen oczekiwania nastrój.  Elegancka, bordowo-złota sofa stała przytulona do małego stoliczka z boku kominka, zapraszając do wtulenia się w miękkie poduszki i delektowania pysznym ajerkoniakiem serwowanym w pięknych kryształowych kieliszkach. Idealny świąteczny wieczór. 
      Nawet gęsto porozstawiane światła, kamery, mikrofony i zwoje kabli snujące się w każdym kierunku nie mąciły tego idyllicznego obrazka, prosto z świątecznych opowieści. 
Maddock musiał przyznać, że Rodney wiedział aż za dobrze jak stworzyć atmosferę, która przemówi do podświadomości wszystkich bez wyjątku, lepiej niż tysiąc słów. Mógł się założyć, że praktycznie każdy członek ekipy pracujący nad ostatnimi ujęciami, sto razy bardziej wolałby właśnie siedzieć w domu z rodziną, przeżywając ten niesamowity czas, a jednak mimo to wszyscy nadal tutaj byli, uwijając się jak mróweczki, porwani jego charyzmą i czarem. Niestrudzeni i oddani, dumni z tego że mogą wesprzeć tak szczytny cel, i że ich pomoc naprawdę czyni różnicę. Rodney, przy cichym aczkolwiek niestrudzonym wsparciu Parkera, zdołał zarazić wszystkich entuzjazmem i wiarą w powodzenie ich kampanii.       W trzy tygodnie nawet najwięksi sceptycy zaczęli aktywnie się udzielać i pomagać na wszelkie sposoby. Powstało wiele fundacji, kilka akcji pomagających doraźnie w wielu miejscach na świecie, i sporo bogatych i znanych zaangażowało się osobiście w szukanie rozwiązań dla najistotniejszych problemów. Prawnicy, lekarze, doradcy, właściciele domów, placówek, terenów wypłynęli z cieni codziennego życia, aby wspólnie zacząć myśleć nad jakimś wspólnym, spójnym planem jak permanentnie zmienić ciężką i nieraz tragiczną sytuację tych którzy nie mieli gdzie się zwrócić. Trudno było oczekiwać jeszcze więcej, a jednak Maddock był pewien, że to i tak było nie dość. 
Może to ten wieczny sceptyk w nim unosił głowę za każdym razem, kiedy zaczynał za bardzo ulegać nastrojowi ekscytacji i podnieceniu. A może to po prostu był instynkt samozachowawczy? Tak czy inaczej, nigdy w życiu nie czuł się tak rozdarty i niespokojny jak w tym momencie. Do jego i Darnella ostatniego ujęcia zostało dosłownie kilka minut, a on nie miał bladego pojęcia co powie. Nic co przychodziło mu do głowy nie wydawało się wystarczająco dobre. Cokolwiek by nie wymyślił, to i tak miał wrażenie, że trywializuje całą sytuację. Miał uczucie, że nigdy nie będzie w stanie pojąć w pełni tego co ci ludzie musieli przeżywać na porządku dziennym. Jak więc miał ująć w słowa coś, czego nie dało się objąć umysłem? 
       Jeśli jednak miał być szczery ze sobą, to musiał przełknąć dumę i przyznać, że to nie było jego jedyne zmartwienie.  Jego głównym i największym dylematem był mężczyzna teraz stojący po drugiej stronie pomieszczenia. Mimo że wydawał się być pogrążony w rozmowie ze swoim bratem i ich niespodziewanym gościem, to i tak Maddock czuł jego badawcze spojrzenie na sobie. Nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku. Nie żeby mógł się oprzeć pokusie zerkania i to częściej niż czuł się z tym komfortowo. Za każdym jednak razem, ilekroć by nie uniósł spojrzenia to Darnell patrzył na niego, a jego twarz rozświetlał wielki uśmiech. Maddock mógłby przysiąc, że gdyby nie wiedział lepiej to pomyślałby, że jego partner naprawdę odczuwa radość widząc go. Było idiotyzmem nawet myśleć w ten sposób. Nie wiedział jednak co sądzić skoro Darnell zachowywał się jak zakochany idiota większość czasu, resztę czasu zachowywał się po prostu jak idiota. Uśmiechał się, promieniował szczęściem, flirtował z nim na potęgę i w żaden sposób nie ukrywał atrakcji, którą do niego czuł. Mózg Maddocka był w ciągłym tumulcie, a jego ciało na hormonalnym rollercoasterze. Przez gros czasu, kiedy był sam był zagubiony i samotny, niczego bardziej nie pragnąc niż żeby nie czuć się w ten sposób. Za to kiedy był przy boku Darnella był stracony i bezradny, pragnąc uciec lecz nie mogąc. Składając to wszystko razem do kupy dawało mu niezłego emocjonalnego doła. Po raz pierwszy w życiu nie umiał podjąć jednoznacznej i rozsądnej decyzji. Nie umiał przejść nad tym do porządku dziennego. 
Był skołowany i winił za to Darnella. Za to i za drżenie rąk, za palpitację serca i motylki w brzuchu też. A najbardziej winił go za to, że był zabawnym, atrakcyjnym, dobrym mężczyzną i że nie sposób było mu się oprzeć!
– Dobrze panowie, siadajcie na sofie, zrelaksujcie się i możemy zaczynać – zakomenderował reżyser klaszcząc głośno w dłonie i przyciągając uwagę wszystkich. Z nieopisaną ulgą Maddock dostrzegł, że nie jego i Darnella ma na myśli, tylko Warda i Dru. Mężczyźni wyłonili się z niewielkiego tłumku i ruszyli do kanapy. Ku zaskoczeniu Maddocka, Ward wydawał się być zrelaksowany i wesoły, a Dru sztywny i spięty. Całkowite przeciwieństwo do tego kiedy nagrywali ich scenę.
Bez ceregieli Ward klapnął na kanapę, wyciągając długie nogi przed siebie, a przedramię opierając nonszalancko na oparciu sofy. Dru za to stanął na moment i dopiero biorąc kilka głębokich oddechów usiadł w przeciwległym kącie mebla. Cokolwiek stało się między tymi dwoma, Maddock nie miał sił, aby to zanalizować zbyt dogłębnie. 
Okej, skupcie się i do dzieła! Wszystko jest gotowe, więc mam nadzieję, że macie przygotowane co chcecie powiedzieć, bo nie mamy zbyt wiele czasu i nie będzie nieskończonych powtórek – zagrzmiał Bruyer upewniając się, że każdy obecny rozumie, iż lepiej dla dobra wszystkich zebranych, aby całość poszła jak spłata. – Wszyscy wiedzą co mają robić. Krótko i na temat dlaczego wzięliście udział w kampanii, miłe świąteczne przesłanie zakończone „świątecznym pocałunkiem”. Proste!
   Powodzenia z tym, pomyślał Maddock z kpiną. On sam był pewien, że nie da rady nic z siebie wykrztusić, a jeśli jakimś cudem uda mu się otworzyć usta, to nie mógł gwarantować, że to co spłynie z jego języka będzie miało jakimkolwiek sens. Obstawiał, że po prostu będzie siedział tam sparaliżowany i nieruchomy bez słowa z dwudziestoma ludźmi gapiącymi się na niego jak na idiotę. 
      Całkiem nowy i nieprzyjemny rodzaj drżenia przepłynął po jego ciele. Nie znosił tej niepewności. Stresu. Napięcia unoszącego się w powietrzu. Każdy był rozemocjonowany ważnością tego dnia i to czyniło wszystko jeszcze intensywniejszym. Dałby wszystko, aby już było po całym tym zamieszaniu. Oliwy do ognia dolewało to, że jak nigdy Darnell trzymał się od niego z daleka. Nie żeby zależało mu na towarzystwie tego uparciucha, bo mu nie zależało. Chodziło tylko o to, że zmiana w dość przewidywalnym do tej pory zachowaniu aktora, tylko dodatkowo wytrącało go z równowagi. Miał wrażenie, że jego umysł i ciało zdecydowało działać przeciwko sobie. Zaczynał być emocjonalnym wrakiem z burzą hormonalną i semipemamentnym wzwodem.
     Cichy, ale pewny głos Warda wbił się w rozbiegany umysł Maddocka, uwalniając go od szaleńczej pogoni myśli. Mężczyzna siedział zrelaksowany z lekkim uśmiechem patrząc w kamerę. Wydawało się, że nie dostrzega swojego sztywno siedzącego partnera. Jakim cudem role między nimi się odwróciły i nawet kiedy to się stało przekraczało możliwości pojmowania Maddocka. Miał wrażenie, że przy tej całej kampanii działo się znacznie więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Najlepszym przykładem było chociażby on i Darnell.
– „Kiedy zdecydowałem się na udział w tej kampanii, wydawało mi się, że działam pod przymusem. Że społeczeństwo zmusza mnie do opowiedzenia się po czyjejś stronie, a mnie to zwyczajnie nie obchodziło” - stwierdził Ward bez cienia skruchy. Na wielu twarzach pojawiły się lekkie oznaki niepokoju, ale Rodney tylko nieznacznie potrząsnął głową, zabraniając komukolwiek interwencji. „Nie mogę powiedzieć, że mi się to podobało. Raczej trudno przychodzi mi naginanie się do czyiś wymagań.” Sarkastyczny uśmiech wypłynął na jego usta. Z lekkim potrząśnięciem głowy kontynuował, bardziej jakby myślał na głos, niż dawał wywiad. „Teraz jednak wiem, jak bardzo się myliłem. Przymus owszem istnieje, ale jest to przymus pochodzący z serca i duszy każdego normalnego człowieka. Jak mogę nic nie robić skoro to może być dosłownie kwestia życia lub śmierci drugiego człowieka? Wystarczy się rozejrzeć, aby nagle zdać sobie sprawę z tego co się dzieje i zrozumieć, że musimy zareagować. Wszyscy, bez wyjątku. Dlaczego? A no dlatego, że kiedy odwracamy wzrok i udajemy, że nie widzimy, nie mamy z tym nic wspólnego, to nadal jesteśmy tak samo winni jak ci którzy niszczą cudze życie. Każdy jest tylko człowiekiem i mamy tak wiele wad jak i zalet, szkoda tylko, że jesteśmy skłonni raczej patrzeć na innych i oceniać ich bez zastanowienia lub zrozumienia. Wydajemy sądy i opinie nie martwiąc się jakie konsekwencje to może mieć ani czy w ogóle mamy prawo i kwalifikacje, aby się wypowiadać. Kiedy jednak mamy wziąć odpowiedzialność za nasze postępowanie, chowamy głowę w piasek. Czas zakończyć to. Mam nadzieję, że ta kampania otworzy oczy ludziom. Że wreszcie zmobilizuje tych opornych do działania, a tych niepewnych do szukania odpowiedzi na wątpliwości. Wstyd mi, że potrzeba było szoku i porządnego kopa, aby wreszcie zrozumieć, że mam moralny obowiązek stawić się po stronie tych, którzy cierpią.” Z długim przeciągłym westchnieniem zakończył swoją wypowiedź. „Jest jeden świat dla nas wszystkich, każdy ma tutaj swoje miejsce. Nie oceniaj ludzi przez pryzmat własnych uczuć czy przekonań. Nie są uniwersalne i nie są idealne.”
       Pięciosekundowa cisza która zapanowała po słowach Warda był ciężka jak ołów i przez moment Maddock zastanawiał się co dalej. Nie wydawało się, jakby Dru był w stanie się odezwać. Ward jednak szczerząc zęby w uśmiechu poklepał swojego towarzysza po kolanie i zdawało się, że to zdziałało trik, bo większy mężczyzna, wzdrygając się lekko, spojrzał w kamerę. Maddock w życiu nie widział tak intensywnego spojrzenia.
–„Chciałbym powiedzieć, że wierzę iż teraz wszystko się zmieni, i każdy będzie miły, grzeczny i serdeczny dla siebie nawzajem, ale to by było bezczelne kłamstwo. Nasze występy prawdopodobnie sprowokują wielu ludzi do jeszcze zacieklejszego walczenia z każdym, kto nie pasuje w ich ciasne ramki. Ci którzy do tej pory dręczyli, krzywdzili innych nie przestaną nagle, bo ktoś tam zapoczątkował nową kampanię. To nie w ich naturze i nie oddają władzy nad innymi bez walki.” Intensywny ogień płonął w stalowych oczach Dru, a po plecach Maddocka spłynął zimny dreszcz. Darnell chyba też wyczuł nagłe napięcie, bo podszedł do niego i stanął przy nim bez słowa. Jak anioł stróż, dzielący się gorącem buchającym z jego ciała i ogrzewającym zmarzniętą duszę Maddocka. „Mam jednak nadzieję, że nasza kampania uświadomi im, że nie są bezkarni i że nie są już niewidzialni. Że jest ktoś, kto będzie zwalczał każdą niegodziwość i niesprawiedliwość. Mam też nadzieję, że większa liczba ludzi uświadomi sobie, że nie mogą i nie mają prawa oceniać innych ludzi po wyglądzie, ich orientacji seksualnej, płci czy religii, bo nie mają pojęcia jaka jest rzeczywistość.” Wskazując kciukiem na siebie Dru wbił spojrzenie w swojego towarzysza. „Mam na imię Dru Raymond, ale urodziłem się jako Andrea Raymond i zajęło mi ponad piętnaście lat cierpienia, terapii, szeregu operacji, niezliczonych sesji z psychologiem i rozłamu w rodzinie, żeby wreszcie móc być sobą. Łzy i rozpacz towarzyszyły uwolnieniu mojego umysłu z niewłaściwego ciała, głównie dlatego, że ludzie, których w ogóle to nie powinno interesować, woleli by raczej stłamsić moją duszę i złamać mój umysł, aby pasował do ich wyobrażenia kim jestem!” Cicha, ale stanowcza deklaracja wywołała kilka głośnych sapnięć zaskoczenia. Maddock poczuł się jak uderzonym obuchem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Dru był kobietą. Nie mieściło mu się to w głowie. Kręcąc głową przyjrzał się obu mężczyznom starając się nagle przejrzeć ich na wylot. Zobaczyć co kryło się pod ich skórą. Dru definitywnie nie był kobietą. Nieważne z jakimi narządami się urodził. Jeśli ktoś był mężczyzną, to był nim Dru. Również  nagle zaczerwieniony Ward musiał rozważać podobną linię myśli. Wydawało się, że burza uczuć przepłynęła przez jego twarz. Głównie jednak to była walka między szokiem i zrozumieniem. Wydawało się, że nagle coś pojął i wszystko zaczęło mieć dla niego więcej sensu. Dru jednak nie zdawał się tej jego wewnętrznej walki emocji rejestrować. Spojrzał ponownie w kamerę kończąc swój wywiad. Po jego twarzy można było poznać, że czas owijania w bawełnę się skończył. ”Jeśli uważasz, że masz prawo wpierzać się z buciorami w cudze życie, mam dla ciebie wiadomość. Nie interesuje mnie czy mnie rozumiesz, czy przyjmujesz do wiadomości moje istnienie, czy zgadzasz się z moją egzystencją. Twoja opinia nie ma znaczenia, bo nikt cię nie pyta o zdanie. Twój osąd jest nieistotny w temacie, który cię nie dotyczy. Ten świat należy do mnie tak samo jak do ciebie. Należy do nas wszystkich. Lepiej się posuń, bo my się nigdzie nie wybieramy.” Pochylając się w kierunku Warda wycisnął na jego ustach błyskawiczny pocałunek. Krótki i dosadny, i zdecydowanie nie taki, jaki Rodney i Parker mieli na myśli, kiedy mówili o „Świątecznym pocałunku” z przesłaniem.
      Ciche klaskanie zakończyło ujęcie. Grupka ludzi dopadła do sofy zanim jeszcze Dru i Ward mieli szansę dobrze wstać. Gwar i szum wybuchł jak w ulu, i Maddok miał ochotę otrząsnąć się, w nadziei, że to pomoże jego skołatanej głowie ogarnąć wszystko co się na około działo. 
- Wow – mruknął Darnell z wargami tuż przy jego uchu, smażąc jego i tak napięte do granic możliwości nerwy jeszcze bardziej. Zwalczając chęć dźgnięcia swojego przyjaciela łokciem w brzuch, Maddock odsunął się na odległość ręki. Darnell tylko wzruszył ramionami uśmiechając się łobuzersko. Uwielbiał się droczyć z nim i nawet tego nie ukrywał. – Trzeba powiedzieć, że tutaj nigdy nie jest nudno – zauważył sucho, skinąwszy w stronę gdzie właśnie szerokie plecy Dru ginęły za wolno zamykającymi się drzwiami. Ward z dziwną miną stał i patrzył za nim. – Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już mnie nic nie zdziwi, coś takiego się zdarza. Ludzie po prostu są nieprzewidywalni. 
- Nieprzewidywalni? – wtrąciła z ironicznym parsknięciem jedna z asystentek reżysera, stojąca tuż obok nich. Cała gama uczuć mieniła się na jej pięknej twarzy. Głównie jednak dominowało zniesmaczenie i irytacja. – Spróbuj raczej ograniczeni i egoistyczni. – Widząc zdumione twarze mężczyzn, potrząsnęła głową z zniecierpliwieniem i rzuciła na odchodnym. – Dru przeszedł przez piekło, a ten idiota Ward pewnie jeszcze do tego doda swoja ignorancją. Nagle znalazł dobre usprawiedliwienie dlaczego napalił się na Dru. W jego malutkim, płyciutkim umyśle Dru jest tak naprawdę kobietą, a nie mężczyzną i przez to jego pociąg do niego ma nagle sens.  - Zniesmaczona i wyraźnie wkurzona odeszła zostawiając oniemiałych towarzyszy.
- Wow – ponownie parsknął cicho Darnell. – Nie jestem pewien co się właściwie stało przed chwilą.
- Mnie nie pytaj – odburknął Maddock, ucinając temat zanim się zaczął. – Mam wrażenie, że jestem w jakimś surrealistycznym śnie. Świecie nawet.
- Ty możesz mieć rację – przystanął Darnell śmiejąc się i z sympatią mrugając do niego. Jego lśniące oczy niemal wciągały w swoją głębie. – Takie wytłumaczenie miałoby znacznie więcej sensu, niż cokolwiek mój umysł może wyprodukować. 
    Odrywając, z nie małym wysiłkiem, spojrzenie od swojego partnera, Maddock poszukał jakiegoś innego obiektu na którym mógłby się skupić. Czegoś co by mu pomogło uniknąć wszystko widzącego spojrzenia Darnella. Pierwsza osobą na której zatrzymało się jego wzrok, był Parker. Mężczyzna stał z kamienną twarzą, patrząc na pustą sofę, jakby próbował się upewnić, że wszystko co się dzieje naokoło, to nie tylko jakiś pokręcony sen.
- Twój brat wydaje się niebotycznie wkurzony – zauważył cicho, mając nadzieje, że to odwróci uwagę jego partnera choć na chwilkę od niego. Darnell roześmiał się.
- Nie, to nie jest jego wkurzona mina – zakpił przewracając oczy z przesadą. – To jego zmartwiona mina. Teraz pewnie będzie się stresował tym czy Dre dobrze się czuje, czy występy nie przysporzyły mu zbyt wielkiego stresu i tak dalej.
   Marszcząc brwi, Maddock przyjrzał się starszemu bratu Kimrey. Chwiejny pakt o nieagresji, który panował między nimi, powodował, że obaj raczej unikali się nawzajem, a co za tym szło, nie mieli okazji poznać się zbyt blisko. Rozumiał jego zachowanie i nastawienie, do jego „nie-związku” z Darnellem, i nawet się z nim zgadzał. Szkoda że jego głupie serce nie słuchało rozumu.
- Nie chciałbym się znaleźć po jego niewłaściwej stronie – mruknął Maddock cicho, z ulgą rejterując, kiedy charakteryzatorka przywołała go do siebie gestem.
Przez kolejne kilka minut modlił się żarliwie, aby przetrwać te ostatnie wystąpienie i nie zbłaźnić się totalnie i bezpowrotnie. Serce chciało mu wyjść gardłem na samą myśl o wystąpieniu Darnella. 

***
        Światła kamer wydawały się Darnell'owi wręcz oślepiające, kiedy podszedł do sofy, aby usiąść przy sztywno siedzącym Maddocku. Mężczyzna wydawał się tak napięty, że Darnell w ostatnim momencie zrezygnował i zamiast siadać na kanapie osunął się na podłogę siadając tuż przy nogach swojego partnera, plecami opierając się o siedzisko mebla. Chciał być jak najbliżej, ale jednocześnie nie naruszać jego przestrzeni osobistej. Atmosfera była burzliwa między nimi i bez tego. Pięć sekund i pot spływał mu po plecach pod koszulą. Każdy nerw, i mięsień w jego ciele wydawał się wibrować niepokojem i oczekiwaniem. Dławiło go w gardle i miał nieodpartą chęć wytarcia spoconych dłoni w nogawki swoich eleganckich spodni. W ostatnim momencie jednak powstrzymał się. Nie chciał zdradzać całej ekipie i swojemu bratu jak bardzo spięty był. Maddock doprowadzał go do szaleństwa. 
    Brouyer zasygnalizował gotowość i cichy klaps uciszył wszystkich jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powolne lecz ogłuszająco głośnie bicie serca rezonowało w głowie Darnella. Nawet nie wiedział czemu tak się stresował. Nie ustalali wcześniej, który zacznie, ale po kilku niemożliwe długich, gęstych jak syrop sekundach, zrozumiał, że jego przyjaciel nie zamierza się odezwać. Przełykając głośno spróbował pozbierać emocje i myśli, i stworzyć z nich jakąś logiczną całość.
– „Udział w tej kampanii był jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek dokonałem” przyznał szczerze. Miał wiele powodów, aby tak uważać i nie zamierzał tego ukrywać. „Po pierwsze musiałem spojrzeć na siebie i swoje życie, i nie spodobało mi się to co zobaczyłem. Musiałem zastanowić się dlaczego na początku odczuwałem tak wielki opór przed wzięciem udziału? Okazało się, że jestem egoistą. Zabiegany, zapatrzony w własną karierę, ignorujący to co się dzieje naokoło, bo mnie nie dotyczy. Ja i niemal każda osoba którą znam.” Potrząsnął głową nadal nie wierząc, że zajęło mu tak długo, aby pojąć rzeczy tak oczywiste. „Uświadomiłem sobie, że płynę z nurtem. Bezmyślnie, bez emocjonalnie, byle do przodu. Nie ważne co się dzieje na około. Ludzie żyją, umierają, cierpią, ale dla mnie to było do tej pory tylko coś, co przydarza się innym. Teraz jednak zostałem zmuszony, aby spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Pomyśleć chwilę, zastanowić się. Moje otoczenie ma wielki wpływ na wielu ludzi. Stoją często na piedestale. Uwielbiani, podziwiani, naśladowani. Co jednak robią z tym, poza wykorzystywaniem, aby zdobyć więcej sławy, pieniędzy, fanów? Ta kampania otwarła mi oczy. Nagle dotarło do mnie, że każdy kto jest jakąkolwiek figurą społeczną, idolem, osobistością, powinien wziąć na siebie pewne obowiązki. A przede wszystkim zacząć od siebie edukację i integrację. A już zdecydowanie stanąć murem przeciwko dręczeniu, homofobii, krzywdzeniu innych ludzi.” Patrząc prosto na swojego brata Darnell wyznał bez mrugnięcia okiem. „Nie będę udawał, że to jest łatwe i proste, bo nie jest. Jak z wszystkim, co jest naprawdę ważne, może okazać się, że musimy stawić czoło wyzwaniom na które nie jesteśmy gotowi lub że dowiemy się o samych sobie rzeczy, których nigdy nie podejrzewaliśmy na własny temat. Może to nie być nic dobrego, a może być wyzwalającym, doniosłym doświadczeniem. Jedno jest pewne, robiąc tę właściwą rzecz zmienimy czyjeś życie na lepsze. Może nawet własne życie. Nie ważne czy jesteśmy mężczyzną, czy kobietą. Wszyscy jesteśmy ludźmi i potrzebujemy miłości.” Bez mrugnięcia okiem wbił spojrzenie w nic nie zdradzającą, skupioną twarz swojego partnera. Oddałby duszę diabłu, aby w tym momencie posiadać możliwość czytania w jego myślach. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale obawiał się, że Maddock by tego nie docenił. On sam miał wielki problem pojęcia co właściwie się stało i dlaczego nagle zapałał całą repertuarem uczuć do tego dziwnego, często oschłego człowieka.
Maddock wyraźnie czując się nieswojo pod badawczym spojrzeniem zwrócił się do kamery, chcąc zakończyć ten cały występ jak najszybciej.

– „Mimo że nie bardzo rozumiałem w jaki sposób taka forma kampanii miała pomóc w tak ważnej sprawie, bo przecież co ma dwóch przypuszczenie heteroseksualnych mężczyzn całujących się udowodnić? To zwyczajnie nie mogłem odmówić udziału. Głównie dlatego, że wbrew pozorom problem homofobii, dręczenia, nieprzeciwdziałaniu dyskryminacji i braku właściwiej edukacji w tym temacie dotyczy znacznie więcej ludzi niż to by się mogło wydawać. Jeśli nie chodzi o nas bezpośrednio, to może chodzić o nasze dzieci, kogoś z naszej rodziny, przyjaciół, współpracowników czy osoby pośrednio związane z naszym życiem codziennym. Osoby których twarze widujemy każdego dnia, uśmiechamy się może nawet do nich. Wymieniamy pozdrowieniami. Nasza obojętność czyni nas tak samo winnymi jak tych, którzy przyczyniają się do rujnowania życia ludzi tylko, że nie mieszczą się w ciasne ramki ich umysłów.” Wzdychając głęboko Maddock rozejrzał się po całej scenerii patrząc na ludzi ich otaczających. „Możemy udawać, możemy chować głowę w piasek. Nie zmieni to jednak rzeczywistości. Nasze życie jest nieprzewidywalne. Próbowanie zatrzymania na siłę postępu i rozwoju jest po prostu idiotyczne, i z góry skazane na niepowodzenie. Rozwijamy się i uczymy, bo to jest w naszej naturze. Łakniemy wiedzieć i rozumieć. Musimy jednak zacząć od zrozumienia siebie.„ Przełykając ślinę Maddock spojrzał w oczy Darnella.”Ta kampania pomogła mi zrozumieć, co dwóch całujących się mężczyzn czy kobiet może udowodnić. A mianowicie, że musimy zmienić nasze postrzeganie związków międzyludzkich. Otworzyć się i zmienić nienawiść, strach na sympatię i przyjaźń. Budować zamiast niszczyć. Musimy przestać kurczowo trzymać się przekonań narzuconych nam przez innych i wreszcie zacząć myśleć samodzielnie. Dwóch całujących się mężczyzn udowodniło mi, że nie musimy się bać, bo nie ma czego.” Ciągnąc Darnella za rękę, zmusił go do tego żeby usiadł przy nim na kanapie. Darnell czuł że serce podchodzi mu do gardła. Słowa Maddocka dawały mu nadzieję, na którą nie pozwalał sobie wcześniej. „Bliskość może być przerażająca, ale jaki wybór mamy? Przeżyć nasze życie opuszczając bezpieczne mury, które wybudowaliśmy naokoło siebie, chowając się przed bólem i rzeczywistością okrutnego świata, aby zrobić to co słuszne i dobre lub umierać na raty kilkadziesiąt lat w samotności. Ja wiem jaka jest moja decyzja. Świąteczny pocałunek pomógł mi zrozumieć jak mało wiem, jak wiele jest jeszcze do odkrycia, zrozumienia i zrobienia. Póki co jest tylko jeden świat dla nas wszystkich i mamy tylko jedno życie, bez szansy na naniesienie poprawek” Pochylając się w stronę Darnella, Maddock uchwycił jego usta w głębokim, stanowczym pocałunku. Darnell nie zamierzał się w ogóle opierać jednak. Z westchnieniem ulgi  rozwarł wargi wpuszczając jego język do środka. Nie przypuszczał żeby kiedykolwiek miał dość. Przerażało go to. Niestety Maddock urwał pocałunek, a ekipa zaczęła klaskać na zakończenie ujęcia, wybijając go z lekkiego oszołomienia.
     Nagle dotarło do niego, że to już zasadniczo koniec. Ich rola w kampanii była zakończona. Mogli spakować się, pożegnać się i mogli wracać do domu. Wstając niepewnie na nagle drżących nogach Darnell rozejrzał się bezradnie nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Nie chciał przyznać, że po raz pierwszy jego życie w dużej mierze spoczywało w rękach kogoś innego. Jedyne czego chciał, to dostać szansę. Maddock z nieśmiałym uśmiechem przyjmował pochwały i komplementy od ekipy, która ich obległa. Nawet po kilku tygodniach nie umiał się odnaleźć w tłumie jawnie okazujących mu sympatię ludzi. Jak radził sobie z popularnością jako sportowiec było zagwozdką dla Darnella. 
     
      Otrząsając się z poplątanych myśli, Darnell wycofał się, chcąc uniknąć kolejnej fali rozemocjonowanych ludzi napierających na nich. Oczywiste było, że każdy się cieszył. Wiele nadziei i pracy było włożone w cały projekt, i wszyscy wręcz z zapartym tchem czekali na rezultaty.
     W wigilię Bożego narodzenia kampania miała oficjalnie wystartować, a więc kolejne dwa dni były najistotniejsze dla zakończenia prac przygotowawczych z sukcesem.  Presja była ogromna i Darnell widział napięcie i stres znaczący twarz jego brata głębokimi bruzdami zmęczenia. Chciałby ulżyć mu, ale był bezradny nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. W końcu oddał tej kampanii swój czas, pieniądze i serce.
   O sercu mówiąc, jego oczy znów powędrowały za Maddockiem wolno sunącym przez tłum, wiecznie zaczepiających go ludzi. Ruszał się jak robot, powoli, ale niestrudzenie. Jego głowa przytakiwała, a usta ruszały się w odpowiedzi, jego oczy jednak były wbite w Darnella jak dwa lasery. 
      Dreszcze ekscytacji i niepokoju przepłynął mu po plecach. Miał wrażenie, że kiedy jego przyjaciel do niego dotrze, najbardziej zwariowane tygodnie jego życie dojdą do kulminacyjnego momentu. Czy jednak będzie to koniec, czy początek życia jakie znał?
- Co teraz? – zapytał zanim jeszcze jego mózg zdołał wysłać jakiś konkretny impuls do reszty jego ciała. Musiał wiedzieć.
Maddock podszedł blisko, stając z nim twarzą w twarz. Jego oczy błyszczały, ale minę miał bardzo poważna. Darnell uwielbiał jego zapach, ciepło bijące z muskularnego, szczupłego ciała i intensywne spojrzenie bystrych oczu. Uwielbiał wszystko w tym człowieku. 
- Teraz? Teraz idziemy świętować... – odparł Maddock spokojnie, jakby odpowiedź była oczywista. Lekki uśmiech wygiął kącik jego ust. – Dzisiejszy dzień i dzisiejszy sukces...
 - A co potem?
 - A potem będziemy świętować każdy kolejny dzień. Tak długo jak długo będziemy w stanie.
 - Razem? - zapytał Darnell gwałtownie, chwytając ramiona Maddock prawie nim potrząsając, nie mogąc już zwyczajnie wytrzymać napięcia. Sportowiec roześmiał się odrzucając głowę do tyłu i obejmując Darnella ramionami w pasie.
 - Razem. Życie bez ciebie byłoby puste i jednostajne. Nie chce umierać na raty!
    Wypuszczając długo wstrzymywany oddech Darnell złapał Maddocka w objęcia niemal unosząc go nad podłogę. Radość rozpierała mu pierś, a emocje podejrzanie chciały wypłynąć mu oczami. Męsko jednak zapanował nad sobą. Patrząc swojemu partnerowi w oczy zadeklarował stanowczo.
- Obiecuję, że będę cię irytował nie częściej niż raz na tydzień.
- Wątpię w to, ale doceniam gest – Maddock wyśmiał go bez skrupułów. Splatając palce ich rąk, pociągnął nie opierającego się Darnella do wyjścia. – Chodźmy zacząć nasze świętowanie. Jak znam życie, czeka nas niezła jazda bez trzymanki od teraz.

    Darnell nie obawiał się tego co go czekało jeśli tylko Maddock będzie stał przy nim stawiając czoła reszcie świata. Był wart każdego wysiłku i starania. Reszta świata mogła dosłownie i w przenośni cmoknąć go w cztery litery. 



*********************************************************
Za wszelkie literówki i błędy przepraszam. Pisałam zakończenie dosłownie na kolanie w przerwach w przygotowaniach do świąt.
Pisząc to zakończenie cały czas myślałam co jeszcze się może wydarzyć w ich życiu. Być może będę musiała wrócić do nich i przekonać się co życie im przyniosło ;)

piątek, 25 grudnia 2015

Wesołych Świąt - rozdaję upominki :D

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wam wszystkiego najlepszego. Wspaniałych, spokojnych chwil wypełnionych szczęściem i radością. Pięknej choinki i szczodrego Świętego Mikołaja, nawet jeśli znajdujecie się na liście "nie aż tak grzecznych".
Cieszcie się, bawcie, przeżywajcie ten wspaniały świąteczny okres jak tylko chcecie i pragniecie. 

Nas żadne ramki i nakazy nie dotyczą, bo my spotykamy się w świecie fantazji i nadziei, i nic nas nie ogranicza. Przenieśmy to do naszej rzeczywistości. 
Niech Nowy Rok będzie piękniejszy, dłuższy i szczęśliwszy dla was, i niech wasze plany, marzenia i nadzieje spełnią się co do joty. 

*****

Dziękuję za wszystkie komentarze i życzenia. Wiele dla mnie znaczą. Nie zawsze są miłe, ale zawsze są przyjęte z poważaniem. Czytam każdy mail i opinię, kiedy tylko mam szansę. Nie zawsze mam możliwość odpowiedzieć na wszystkie wiadomości, chcę jednak żebyście wiedzieli, że nigdy moim zamierzeniem nie było zwodzić was czy bawić się z wami w obiecanki. Chciałabym spełnić wasze oczekiwania - dlatego też traktuję moje pisanie bardzo poważnie. Nie chcę robić tego na odczepnego. Chcę włożyć w każdy kawałek, w każde opowiadanie moją duszę i serce. Wierzę, że się rozwijam nawet kiedy nie piszę i nie czytam. Wracając do niektórych moich tekstów w myślach, widzę rzeczy które chciałabym zmienić, rzeczy których nie dostrzegałam wcześniej. Rozumiem rzeczy, które nie docierały do mnie jeszcze w zeszłym roku.
Więc nie, nie uważam, że marnuję wasz i swój czas. Dojrzewam i wierzę, że to przyniesie korzyść moim pracom. 
Jeśli poczekacie sami będziecie mieli szansę się przekonać. 
Jeśli nie, żal mi będzie was pożegnać, bo naprawdę bardzo was szanuję.

Wiem, że obiecałam wam coś na święta - dla mnie one trwają do Nowego Roku, więc wtorek i środę zarezerwowałam na pisanie dla was. Przekonamy się co z tego wyniknie ;)
A w między czasie mam dla niektórych z was coś, co zajmie was na chwilę :)

*****
Moje gwiazdkowe upominki przyznaję:

"Ile jest prawdy w prawdzie?":
- Akira
- Vii
- Kaczuch_A

"Pan pozna Panią... Pana":
- Matoko
- MoNoMu

"Poślizgiem pod choinkę":
- Linellin Rivelle-Nightray

Napiszcie do mnie na email: akfa.dreamland@gmail.com aby otrzymać swoją nagrodę.

Mam nadzieję, że moje ebooki was ucieszą i dają wam chwilę wytchnienia w codziennym zgiełku życia. 
Enjoy kochani ;)

czwartek, 26 listopada 2015

Moje ebooki - problemy

Nie macie pojęcia jaka jestem wdzięczna wam za wasze komentarze i rady. Przepraszam, że nie odpowiadam na wszystkie osobiście, ale naprawdę jestem zarobiona po kokardki. Proszę, wierzcie mi, że je doceniam całym sercem.
Dziękuję zwłaszcza za informacje o zniknięciu moich ebooków z księgarni internetowych.
Sprawdziłam i faktycznie Wydaje.pl przepadło wraz ze sporą sumą moich pieniędzy :'(
Skontaktowałam się z nimi i zobaczymy czy doczekam się jakiejś reakcji. 
Sama jestem sobie winna, że nie trzymałam ręki na pulsie :(
Wydaje się, że Virtualo też wycofał moje ebooki bez informowania mnie, czy wypłacenia mi pieniędzy - a te pieniądze właśnie zbierałam na zainwestowanie w nowe okładki i betowanie moich prac. Zobaczymy co mi odpowiedzą.
Udało mi się znaleźć mój ebook w Merlinie, będę się jednak musiała zorientować konkretnie, gdzie pieniądze idą. 
*****

Jeśli chodzi o dokończenie którejś z moich prac - to nie chcę obiecywać czegoś, czego nie będę w stanie wypełnić, ale marzę o dokończeniu przynajmniej jednego z opowiadań na święta. Obiecuję, że zrobię co w mojej mocy. 
A z osób które nie mogą dostać moich ebooków, wylosuję trzy osoby, dla których ufunduję moje opowiadania jako prezenty gwiazdkowe. 
Jeśli chcecie wziąć udział w losowaniu - po prostu zostawcie komentarz, który ebook byście chcieli znaleźć pod choinką :)

sobota, 29 sierpnia 2015

Ławtwe pytanie z trudnymi odpowiedziami: Soul mates

Update na dole postu :)

Moi kochani, 
chciałabym przywrócić trochę życia na moim blogu, więc postanowiłam zacząć kilka dyskusji, które wierzę, będą świetną pomocą w pisaniu nowych prac.
Wiem, że czekacie na moje opowiadania i daje mi to wiele radości. Musicie jednak zrozumieć, że życie jest trudne i nie wszystko idzie zawsze zgodnie z planem, a wręcz jest na odwrót. Kiedy coś planujesz, życie ci udowodni jak mało władzy masz nad czasem. Chciałabym móc po prostu usiąć i pisać, pisać i pisać, i czytać, czytać, czytać... 
ale się nie da. 
Poprzednio moje intensywne pisanie było możliwe tylko i wyłącznie dzięki moim osobistym problemom i nieszczęśliwemu związkowi. Pisanie było ucieczką od życia i rodziny, od codziennych problemów i trosk.
Nie chcę tak żyć, więc to wszystko zmieniłam. Zdecydowałam się na rozwód, odnowiłam kontakt z moimi dziećmi, bo ucierpiał bardzo, kiedy skupiłam się na pisaniu, aby nie myśleć o niczym innym.
Poznałam wspaniałego mężczyznę i mam nadzieję spędzić z nim resztę życia. Nie oznacza to jednak, że wszystko nagle stało się łatwe. 
Nadal muszę się troszczyć o dom, dzieci, pieniądze.
Mam nadzieję, że to zrozumiecie i mnie nie opuścicie. Moi bohaterowie są realni w mojej głowie i w waszych duszach, i coraz to nowi powstają. Nie zawiodę ich i nie zawiodę was. Pisanie to integralna część mnie, mojej duszy. Prawie o tym zapomniałam, ale wasze komentarze i opinie przypominają mi o tym w chwilach zwątpienia.
Proszę miejcie to na uwadze. 

Moja pierwsza dyskusja, którą chcę zapoczątkować cały cykl 
"Łatwe pytania z trudnymi odpowiedziami", 
dotyczy "bratnich dusz" albo "soul mates".
Chciałabym się dowiedzieć, co o tym myślicie. Czy wierzycie, że "soul mates" istnieją? Czy chcielibyście mieć/spotkać swoją bratnią duszę, czy macie nadzieję, że się pojawi w waszym życiu? Czy nie obawiacie się, że jej nie spotkacie i jaki to może mieć wpływ na wasze związki (np: czy mogłoby to kreować obawy i wątpliwości w waszym sercu)? 
Czy, nawet będąc w udanym związku, nie zastanawiacie się, czy gdzieś tam jest ktoś, kto jednym dotykiem, jednym pocałunkiem, mógłby przewrócić wasze życie do góry nogami?
Co byście zrobili, będąc w udanym związku, gdybyście nagle spotkali tę jedną jedyną osobę, do której poczulibyście nieodpartą atrakcję i pociąg?
Myślę, że to powinno dać wam do myślenia na chwilę. Odpowiem i ustosunkuję się do waszych opinii w tym samym poście, kiedy wasze komentarze zaczną się pojawiać :) 
Miłego weekendu życzę xxx

Update:)

Dziękuję wam za bardzo ciekawe odpowiedzi. 
W pierwszej kolejności chcę się ustosunkować do prośby o dokończenie moich prac.
Wierzcie mi, jestem bardzo, bardzo wdzięczna za to, że nawet po tak długiej przerwie mam nadal fanów nie mogących się doczekać, kiedy dokończę moje prace. Nic lepiej nie pobudza umysłu i rozgrzewa serca, niż czytanie waszych komentarzy.
Problemem jednak nie jest brak chęci, czy pomysłów, aby dokończyć moje opowiadania, ale zwyczajnie, normalnie brak czasu.
W chwili obecnej pomagam mojemu partnerowi rozkręcić firmę, jak również rozkręcam własną. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie mam możliwości utrzymać się z pisania.
Moje dzieci chcą jeść, taka jest prawda.
Po dwanaście godzin dziennie pracujemy z Craigiem, aby móc ustabilizować naszą sytuację finansową, żebym mogła wrócić do pisania.
A wrócę na pewno. On wie i popiera mnie w zupełności, robiąc wszystko co w jego mocy, aby zapewnić nam jak najlepsze życie.

Myślę, że moje pytanie miało całkiem sporo do czynienia z moim partnerem i moim związkiem. Z uczuciami, które nas łączą, a w które wątpiłam gdzieś na dnie duszy, mimo że jestem autorką romansów.

Wasze opinie były bardzo ciekawe. Uświadomiły mi też kilka rzeczy. Przede wszystkim jak wielka jest nadal różnica między polskim rynkiem książki i światowym (anglojęzycznym głównie). Nie śledzę na bieżąco nowych wydań, bo nie mam czasu ani na pisanie, ani na czytanie :'(
|Jednak w wielu książkach, które przeczytałam w języku angielskim, "soul mates" są przeniesieni w inny wymiar wręcz. Nierealny i magiczny, gdzie dwoje (lub więcej) ludzi przy pierwszym spotkaniu zostają połączeni nierozerwalnym linkiem. 
Krew, DNA, instynkt, animalistyczny pociąg łączy ich w raczej gwałtowny sposób i tak naprawdę nie mają wyboru, bez względu na to jakiej są płci, czy orientacji seksualnej (oczywiście moje ulubione są te w których główny, heteroseksualny bohater okazuje się mieć mężczyznę za bratnią duszę ;) )
Nie mniej jednak, co chciałam powiedzieć, jest to, że nie wyobrażam sobie co ja bym zrobiła w takiej sytuacji, gdyż zdecydowanie nie jestem zwolenniczką oddawania komu/czemukolwiek władzy nad moją wolną wolą. Z drugiej strony, taki związek musiałby być idealny, czyli miałabym pewność, że będę do końca życia z kimś, kto mnie obdarzy najgłębszym uczuciem i troską...
Eh... magiczny świat fantazji...

W naszym, nie tak perfekcyjnym, 
obdartym z iluzji świecie, nie mamy wiele szans na spotkanie naszej bratniej duszy. Pomijając praktyczne przeszkody jak: miejsce urodzenia, brak pieniędzy na podróże, zabieganie, całkowite pogrążenie się w pracy/nauce, różnice w wieku itd., jesteśmy prawdopodobnie zbyt sceptycznie nastawieni na to, aby się zaangażować w związek, który nie ma żadnych głębszych, racjonalnych przesłanek, a tylko i wyłącznie jest wytworem naszej wyobraźni, pragnień i instynktu. Zwłaszcza kiedy wydaje się zbyt piękny, żeby mógł być prawdziwy. 
Ja wierzę, że spotkałam moją bratnią duszę. 
Nie zrozumcie mnie źle; on mnie dobija bardziej niż ktokolwiek inny w moim życiu. Ma wiele irytujących, starych przyzwyczajeń i wydaje się czasem jakbyśmy pochodzili z innych wymiarów, ale jest w nim coś takiego, że nic nie ma znaczenia. Ani sprzeczki, ani nieporozumienia, ani irytacje. 
Jeden uśmiech, dotyk ręki, pocałunek i w jednej chwili zastanawiam się o co mi tak właściwie chodzi, i czemu pozwalam jakimś duperelom mieć wpływ na mój związek z człowiekiem, którego kocham i akceptuję takim jakim jest. Czasem to naprawdę wydaje się być magią. 
Cóż, zdecydowanie nie ma racjonalnego wytłumaczenia, że Craig umie rozbroić mój nawet najgorszy wybuch wściekłości i stresu, po prostu mówiąc jak bardzo mnie kocha. Zawsze wie w jakim jestem nastroju i natychmiast wie, kiedy mój humor się zmienił.
Ja z kolei zawszę mogę wyczuć kiedy on jest zestresowany czy przybity. Jego nastrój bardzo często wpływa na mnie i na to jak ja się czuję.
Nie czyni to naszego życia bardzo prostym, ale czyni je bardzo głębokim i pełnym emocji.

Mówi się, że różnice się przyciągają i że takie związki są najszczęśliwsze, bo para nigdy się nie znudzi sobą.
Ta teoria nie ma zastosowania dla nas. My jesteśmy tak podobni do siebie, że czasem wydaje się jakbyśmy czytali sobie w myślach. Nie nudzi nam się ze sobą wcale, raczej powiedziałabym, że odczuwamy bardzo silną potrzebę przebywania ze sobą (uwielbiamy pracować razem, a to nie częste między parami, bo trudno jest czasem rozdzielić życie osobiste od zawodowego). 
Nareszcie czuję, że mogę odetchnąć z ulgą, bo jest ktoś, kto rozumie mnie bez słów, kto zna mnie i wie o mnie wszystko, przy kim jestem sobą w stu procentach. 
Myślę że udało mi się go znaleźć, bo w pewnym momencie zdecydowałam nie ukrywać kim jestem, jaka jestem, czego chcę. Nagle pomyślałam: do diabła z tym, albo ktoś mnie polubi taką jaką jestem, albo może spadać na drzewo.
Wieczne naginanie się do jakiś wyimaginowanych oczekiwać było dla mnie po prostu zbyt męczące, i w sumie nigdy nie prowadziło do niczego. 

Zgadzam się z jednych z komentarzy, że na bratnie dusze można, i zapewne powinno, patrzeć się również w platoniczny sposób. 
Wszyscy potrzebujemy kogoś, kto jest naszą drugą połową, dopełnia nas i nadaje naszemu życiu wartości. Wierzę, że może to być przyjaciel. 
A o takiego jest równie trudno jak o idealnego partnera/kę/-kochanka/kę/męża/żonę. 
Wydaje się, że mieć bratnią duszę było by jak spełnienie marzeń - pełnia szczęścia.
Niestety może okazać się również przekleństwem, bo co powinniśmy zrobić?
Wierzyć, że gdzieś tam jest ta jedna jedyna osoba, która będzie naszą gwarancją na szczęście i czekać... czekać... czekać
Czy raczej nie czekać i układać sobie życie najlepiej jak umiemy i modlić się, że nikt taki się nie zjawi stawiając nas pod ścianą, zmieniając nasze ustabilizowane życie w koszmar, nigdy nie opuszczających nas wątpliwości: co by było gdyby?

Czekam na więcej opinii i komentarzy :)

piątek, 31 lipca 2015

Przepraszam, przepraszam, przepraszam....

Bardzo, bardzo przepraszam. 
Nie mam naprawdę dobrego usprawiedliwienia dlaczego nie napisałam nawet malej notki co u mnie się dzieje. Byłam zajęta, ale wciąż mogłam napisać choć kilka slow. 
Nie będę wymienić wszystkich powodów dla których mogło by się wydawać, ze was porzuciłam, za późno na usprawiedliwienia, a każdy wie jakie jest życie. 
Nie porzuciłam was, obiecuje i będę się starała wrócić w wasze laski bardzo szybko.
Więcej info wkrótce obiecuje.
Buziaki

* mój laptop ma bunta i nie mogę zmienić języka na polski, wiec ta notatka to taka kaleka.  

sobota, 24 maja 2014

Update :)

W moim życiu nastąpiła dość poważna zmiana, na którą się zdecydowałam po długich rozważaniach i przemyśleniach. Mianowicie postanowiłam o rozwodzie. 
To tyle w temacie. 
Jest to jednak wielki krok, jak mam nadzieję w lepszą przyszłość i dlatego uporządkowanie wszystkich spraw zajmie mi trochę czasu. Nie chcę jednak, abyście kochani się martwili, dlatego też ten post. 
Nie zamierzam przestać pisać ani publikować! 
Chcę jednak z wszystkim uporać się krok po kroku. Sprawy nabierają tempa, więc już za jakiś czas oczekujcie mojego powrotu w pełnej krasie i pełnej wigoru, i pomysłów, jak nigdy wcześniej.
Ściskam was wszystkich kochani i gorąco, gorąco pozdrawiam ♥

piątek, 18 kwietnia 2014

Kolizja światów

Nie porzuciłam was moi kochani. Ani bloga, ani tym bardziej moich opowiadań. Zwyczajnie walczę z dniem codziennym i natłokiem obowiązków, myśli, problemów.
Moje światy jednak zaczęły kolidować, bo najwyraźniej pisanie jest tak integralną częścią mnie, że nie da się go zdławić ani tym bardziej stłamsić przytłaczającą, szarą rzeczywistością.
Brakuje mi pisania, choć nie mam na nie siły najczęściej. Nie oznacza to jednak, że mój umysł tak zwyczajnie się poddał i zawiesił wymyślanie. O nie. Mój mózg nie chce się zamknąć nawet na chwilę, choć na przykład mam tylko trzy godziny snu zanim będę musiała wstać i iść do pracy. 
Gorzej, przyłapałam się na tym, że do każdej poznanej osoby zaczynam dopisywać w myślach scenariusze, dialogi, sytuacje...
To bywa nieraz żenujące, bo uśmiecham się pod nosem lub patrzę na kogoś widząc w głowie nowe historie, a ta osoba nie ma pojęcia o co mi chodzi. Słyszę coraz częściej, że wydaję się bardzo dobrze znać ludzi. Że jestem w stanie ich przejrzeć...
Hmm... nie wiem co o tym myśleć. 
Może to jakiś instynkt drzemiący w pisarzach, pomagający nam w tworzeniu postaci? 
Tak czy inaczej wiele godzin dziennie poświęcam na kreowanie świata, który nakłada się na mój realny, co sprawia, że czuję się zagubiona. Tak trochę na krawędzi, trochę rozdarta. Ani tu, ani tam.
Obiecuję jednak, że uporam się z tym wszystkim, bo innej opcji nie ma. 
Kocham was i pozdrawiam bardzo serdecznie.
Wesołych Świąt Wielkanocnych!
♥

niedziela, 23 lutego 2014

Mam urlop

Kochani moi, od tygodnia jestem w Polsce, ale się bawiłam. 
Miałam świetną okazję. Ślub mojej szwagierki. 
Mam jednak jeszcze tydzień wolnego i obiecuję... OBIECUJĘ choćby nie wiem co, że wstawię nowy rozdzialik 
albo Świątecznego pocałunku, albo Wziętego. 
Wszyscy miejmy nadzieję, że moje plany są wykute w kamieniu.
Pozdrawiam was moi mili i miłego weekendu życzę.

piątek, 31 stycznia 2014

Żyję :)

Mój tydzień miał właśnie czternaście dni i po ostatnim piątku miałam natychmiast trzy poniedziałki!, 
ale przetrwałam. 
Planuję rozdzialik dla was na niedzielę i módlmy się wspólnie, aby moje plany przetrwały próbę czasu.

 Na osłodzenie prezentuję piosenkę, która bardzo mi się podoba :)
Ściskam kochani ♥





piątek, 10 stycznia 2014

Postępy...

“If you really want to do something, you will find a way. If you don’t, you will find an excuse.”
— E. James Rohn
Zawsze kierowałam się tą regułą i nadal trzymam się jej z całych sił.

Wiem, że czekacie na moje opowiadanie i bardzo się cieszę z tego powodu. Cieszę się również, że mogę liczyć na wasze wsparcie i wyrozumiałość. Pracuję bardzo ciężko i piszę mimo to, a chciałabym móc po prostu poświęcić się tylko i wyłącznie pisaniu. Tak na razie niestety nie może być. Nie chcę jednak was zawieść. 

Opowiadanie na tę chwilę ma 29 691 słów co daje 90 str A4 12 TNR. 

W ten weekend postanowiłam, że je dokończę choćby nie wiem co. Chcę je wam zaprezentować, bo uważam, że jest świetne i porusza ważne tematy. Mam nadzieję, że uznacie iż warto było poczekać. 

Ten mały gif jest świetną inspiracją dla 
mojego opowiadania








Chcę wam przedstawić naszych nowych bohaterów w 
Pierwszym Rozdziale...


Świąteczny pocałunek




Wszystkie prawa zastrzeżone
AkFa©Anglia, Grudzień 2013

Jeden Świat dla Nas Wszystkich
                                                          
Darnell &Maddock







Rozdział pierwszy

Logicznie rzecz biorąc, Maddock Sheffield doskonale wiedział, dlaczego wszyscy znaleźli się w zatłoczonej, gwarnej sali konferencyjnej ekskluzywnego hotelu, w którym tymczasowo zamieszkali. Tym bardziej więc był zaskoczony tym, co się działo naokoło niego. Zamieszanie było ogromne, a zebrani wydawali się prześcigać w pomysłowości i oryginalności swojego zachowania. Nade wszystko zdumiewały go rzucane na prawo i lewo komentarze, szepty, wymuszone dowcipy i nieopatrzne riposty. Nie spodziewał się ich w takim miejscu, w takiej sytuacji. Wręcz raziły w miłej, kolorowej oprawie Bożonarodzeniowych dekoracji zdobiących cały budynek. Ktoś mógłby przypuszczać, że spotkała się grupa przypadkowych ludzi, tylko incydentalnie biorących udział w tej samej świątecznej imprezie, a tak nie było i każdy to wiedział. Napięcie wyczuwało się na skórze, tak jak szmer rozmów, prześlizgujący się między grupkami ludzi, których Maddock mijał.
Miejsca nie było zbyt wiele, a mimo to tłum zebranych wydawał się rosnąć z każdą minutą, wypełniając każdy zakamarek wielkiego pomieszczenia. Poruszając się wolno, niemal płynnie, sprawiał wrażenie jakby przelewał się z miejsca na miejsce. Przy drzwiach wydawane były małe słuchawki dla osób nieznających angielskiego, każdy miał więc możliwość porozumiewania się na pewnym poziomie. Jak to działało Maddock nie chciał się nawet zastanawiać. I bez tego czuł się jakby wyrwany z własnej bajki i ciśnięty w całkiem inny świat, w którym naprawdę nie chciał być. W pewnym sensie czuł się jak obserwator z zewnątrz.
Elegancja i bogate wnętrze nie robiło na nikim wrażenia w sytuacji, kiedy dla większości z nich to był chleb powszedni. Czując się więc jak ryby w wodzie uczestnicy popisywali się nonszalanckim zachowaniem i luzem. Niewprawnemu oku nie sposób było dostrzec, kto udawał pewność siebie tak jak Maddock, a kto faktycznie był u siebie.
Cicho prowadzone konwersacje rosły w siłę, więc czy chciał, czy nie bez trudu mógł usłyszeć, co poniektóre niewybredne teksty i śmiech swoich współtowarzyszy. Wydawało się jakby niektórzy zwyczajnie nie potrafili nad sobą zapanować, a już przynajmniej nie do końca pojmowali wagę spotkania, w którym uczestniczyli. Atmosfera zaczynała być coraz bardziej nabuzowana, a cel spotkania wywoływał niezdrowe podniecenie i ekscytację. Napięcie zaczynało wkradać się również w kark Maddocka, za co był zły na siebie. Obiecał sobie, że zachowa spokój i opanowanie, trudnej jednak było tego dokonać niżby chciał przyznać.
W pewnym sensie rozumiał skąd się brało całe to nerwowe podekscytowanie i hiper aktywne zachowanie większości. On sam, co pięć minut rozważał wszystkie za i przeciw swojego własnego uczestnictwa. I tak często jak podejmował stanowczą decyzję, że właśnie tu jest jego miejsce, tak samo często zaczynał dochodzić do wniosku, iż nie miał pojęcia, co tam właściwie robił i nabierał wątpliwości, co do słuszność przekonania, że to faktycznie był taki świetny pomysł jak mu się wydawało na początku. Mógł się założyć, że w głowach kilku dziesiątek jego towarzyszy działo się dokładnie to samo. Szczęściem jednak, on nie chichotał jak rozemocjonowana nastolatka, nie rzucał zbyt głośno kiepskimi żartami i nie udawał, że tak w ogóle to on jest wyluzowany, a to tylko: pogoda, podróż, przesilenie zimowe, kac – niepotrzebne skreślić – wpływało na jego zachowanie i miało usprawiedliwiać poczynania bandy dorosłych mężczyzn, i kobiet, którzy nie wiedzieli jak się zachować, i co z sobą począć. Im dłużej wszyscy stali i czekali tym większy gwar się robił, i coraz więcej osób zaczynało się niecierpliwić. W rezultacie dostęp do barku sprawił, że ryzyko prawdziwej awantury zawisło w powietrzu, kiedy znany model z Francji łamaną angielszczyzną wdał się w sprzeczkę z Amerykańskim pisarzem, nad merytorycznym sensem całej akcji, w której za moment mieli wziąć udział,. A przynajmniej oficjalnym i ostatecznym podpisem zadeklarować, że tak wierzą, iż jest Jeden Świat dla Nas Wszystkich i tu, i teraz wyrażają gotowość do walki z homofobią, nienawiścią i niesprawiedliwością.
To było to miejsce gdzie Maddock się gubił. Jego wrodzony sceptycyzm walczył na kły i pazury z jego nieumierającą nadzieją. Nie wiedział już sam co myśleć. Życie nauczyło go, że nic nigdy nie ma za darmo i ludzie nie pomagają innym z dobroci serca. Z drugiej jednak strony przerażało go to, że to może być prawda i że nikomu nie można wierzyć. Chciał sam sobie udowodnić, że się myli. Dać światu jeszcze jedną szansą. Jeśli udział w tej kampanii nie był idealną szansą na to, to już innej opcji nie mogło być.
Cel był szczytny – nie dziwne więc było, że wszyscy musieli tu być, a przynajmniej ci, którzy chcieli być postrzegani jako porządni, normalni ludzie.
Przekaz niecodzienny – z tym, że nic innego do tej pory nie wydawało się działać wystarczająco skutecznie.
Wykonanie – niestety, mogło nastręczyć niemałych kłopotów i wystarczył Maddock’owi rzut oka, aby mieć, co do tego pewność.
Nie było przymusu uczestnictwa, a jednak na każde zaproszenie goście stawili się zwarci i… cóż, nie całkiem gotowi. Każdy wiedział, o co chodzi, a mimo to wszyscy udawali jakby spotkali się na wielkim party przez przypadek. Maddock z tremą i zakłopotaniem patrzył w twarze ludzi, których znał z widzenia, z okładek magazynów, z ekranu telewizora i kina – w końcu same osobistości były poproszone o udział w tak doniosłym projekcie – widział jednak tę samą niepewność i zażenowanie, które z całą pewnością malowało się na jego twarzy. Każdy, kto nie dowcipkował albo nie stał w kącie groźnie marszcząc brwi i generalnie zachowując się jak chmura gradowa, próbował unikać kontaktu wzrokowego i fizycznego z wszystkimi innymi.
Pomiędzy gośćmi pracowicie przewijali się pomocnicy i współpracownicy kampanii, przez cały czas dobitnie przypominając wszystkim, o co toczyła się walka. Dla wielu to był swoistego rodzaju szok, dla innych stawienie czoła rzeczywistości. Nie udało się jednak nikomu pozostać obojętnym. Podskórne obawy i niewypowiedziane zahamowania wychodziły nagle na światło dzienne w najmniej spodziewanym momencie.
Podenerwowanie było wyczuwalne i nie pomagały na siłę stwarzane pozory spokoju i pewności siebie, którymi niektórzy mężczyźni próbowali epatować. Staranie się na potęgę przynosiło odwrotne skutki od zamierzonych, a głupie przytyki o homo orgii tylko dolewały oliwy do ognia. Maddock, co rusz kręcił głową właściwie nie dowierzając temu, co miał okazję usłyszeć i zobaczyć.
To chyba był jeden z najlepszych przykładów, dlaczego zorganizowanie szeroko zakrojonej akcji było niezbędne.
Ignorancja i homofobia rosły na potęgę samą siłą napędową ludzkiej małostkowości.
Nie zdziwił się więc, że organizatorzy światowego przedsięwzięcia „Jeden Świat dla Nas Wszystkich”, stracili cierpliwość. Środowiska LGBT, organizacje na Rzecz Praw Człowieka, Organizacje Humanitarne, Fundacje Charytatywne i wszelkie inne stowarzyszenia mające dobro i sprawiedliwość we wszystkich najlepiej pojętym interesie, zdecydowały się na jeden wielki krok w walce o równość, wolność i bezpieczeństwo dla ogółu. Gdzieś trzeba było ustalić granicę dla szaleństwa, które zmieniało życie wielu setek tysięcy ludzi na całym świecie w koszmar na jawie.
Wreszcie uznano, że nie można rozmieniać się na drobne, bo nikt nie wygrywał, a wszyscy przegrywali, co poszczególne małe batalie. Czas tłumaczeń, usprawiedliwień i uginania się minął bezpowrotnie. Trzeba było raz i zdecydowanie stanąć w obronie tych, którzy musieli cierpieć ze względu na orientację seksualną, płeć czy przekonania.  
Rodney Sterling wspiął się na podwyższenie i klaskając w dłonie zwrócił na siebie uwagę zebranych. Nie było to zresztą trudne. Prawie dwumetrowy, chudy mężczyzna roztaczał wokół siebie aurę pewności siebie i spokoju. Wyłącznie witając się grzecznie w paru słowach, przykuwał uwagę równie skutecznie jakby krzyczał. Uzależniał ludzi od swojego dystyngowanego, zdecydowanego zachowania. Narzucał ton i sposób bycia swojemu towarzystwu nawet się nie starając. Trudno było nie dostrzec, że miał więcej autorytetu i charyzmy niż otaczający go tłumek współpracowników. Elegancko ubrany w szary garnitur, z idealnie przystrzyżoną ciemną brodą i lekko przyprószonymi siwizną skroniami, przyciągał wzrok wszystkich. Błyszczał zwyczajnie się uśmiechając.
– Drodzy państwo, chciałbym prosić o chwilę uwagi! – Właściwie nie podniósł głosu, ale i tak w najdalszym kącie sali zapadła cisza. Mamroczący pod nosem maruderzy zostali uciszeni jednym ostrym spojrzeniem jego ciemnoszarych oczu. Jako założyciel i fundator Organizacji „Stop Nienawiści i Homofobii” był współtwórcą Kampanii Jeden Świat dla Nas Wszystkich. Nie było więc nic dziwnego w tym, że zjawił się, aby przywitać wszystkich osobiście i czuwać nad każdym krokiem w tej nie łatwej przygodzie. – Witam was bardzo serdecznie. Napawa mnie optymizmem jak wielki i entuzjastyczny był państwa odzew. Rozesłaliśmy do was zaproszenia z nadzieją, że zgodzicie się na udział w tak ważnym wydarzeniu i śmiem wierzyć, że dlatego tutaj jesteście. Nie oszukujmy się. Jest źle. Sami to wiecie najlepiej. Mamy idealny przykład z Rosji czy Ugandy, dlaczego teraz, a nie kiedy indziej. Jeśli to nie jest właściwy dowód na to, że nie można już dłużej czekać, to nie chcę nawet sobie wyobrażać, co by musiało się stać, abyśmy wreszcie zareagowali. – Stwierdzenie odbiło się echem o ściany i uderzyło w słuchających z każdej strony. Wiele twarzy zasnuło się przygnębieniem i złością. Niektórzy niechętnie zaczęli przytakiwać. Rodney machnął ręką dla emfazy. – Jest dwudziesty pierwszy wiek, a wielu z was: sportowców, piosenkarzy, artystów, pisarzy, modeli, znanych i wpływowych obywateli nadal ukrywa prawdę o sobie z obawy przed reakcją społeczeństwa. – Uniósł dłonie do góry uciszając wszelkie przyciszone protesty. – Nawet, jeśli nikt z tu zebranych nie jest gejem czy lesbijką, to nadal nie czyni to przymusu ukrywania prawdy o sobie w porządku. W porządku byłoby, gdyby każdy bez mrugnięcia okiem mógł spokojnie powiedzieć: kocham, spotykam się, interesuje mnie XYZ i nie bać się ostracyzmu. – Zauważył spokojnie, ale twardo. Zmieszane, lekko spanikowane miny stojących najbliżej uczestników były jednocześnie dobijające i zniechęcające, Rodney jednak nie poddawał się. Nie mrugnąwszy nawet okiem i próbując uchwycić wzrok tak wielu uczestników jak tylko się dało, kontynuował swój apel. – Wykluczenie, agresja, niewiedza i wrogość społeczeństwa kosztuje nas wiele żyć. Kosztuje nas wiele cierpienia, a jeśli nie nas personalnie, to naszych przyjaciół i bliskich, naszych współpracowników, ludzi odpowiedzialnych za nasze zdrowie, bezpieczeństwo, edukację naszych dzieci. Można by wymieniać bez końca. To musi się zmienić. To może się zmienić, bo to my jesteśmy społeczeństwem! Mamy moralny obowiązek stanąć w obronie tych, którzy nie zasłużyli w żaden sposób na cierpienie. To nie tylko, zwyczajnie i po prostu, jest złe. Toż to dosłownie jest powód, aby się bać, że za chwilę to my staniemy się celem i to my będziemy przeżywali piekło na ziemi, skoro ludzie są skłonni do nienawiści tylko dlatego, że czegoś nie rozumieją, nie pojmują, nie znają, mają błędne wyobrażenie o swojej wyższości. Uważają, że mogą wykorzystywać swoją przewagę psychiczną, finansową czy fizyczną nad innymi. Kierując się osobistymi odczuciami estetycznymi, religijnymi bądź zwyczajnymi obawami, wymuszać na innych zachowania i zakazy, które wcisną wszystkich w te same małe, ciasne ramki, które dla nich być może są odpowiednie, a innym przysporzą bólu. – Patrząc po tłumie spokojnie i wyczekująco, ciągnął już wyraźnie ożywiony. Za jego plecami chwilę wcześniej, na ścianie, zaczęły wyświetlać się zdjęcia. Okrutne, odarte z kłamstw zdjęcia pełne przemocy i rozpaczy. Namacalny dowód cierpienia bitych, maltretowanych i zabijanych kobiet, mężczyzn i nastolatków. Transseksualiści, geje i lesbijki dręczeni za to, że nie potrafili zmienić tego, kim byli. Oczy zebranych rozszerzały się z przerażenia z każdym kolejnym slajdem. – Chciałbym móc powiedzieć, że znam złoty środek na rozwiązanie naszych wszystkich problemów, ale tak nie jest. W naszych umysłach – wskazał dłonią kilkoro stojących przy jego boku przyjaciół – zrodził się pomysł, aby pokonać każdy jeden z osobna i wszystkie razem: stereotypy, kłamstwa, przemoc, ksenofobię, zdemaskować bigoterię, homofobię i szowinizm. Ludzie muszą pojąć, że jest ktoś silny, odważny i dobry na tym świecie, kto jest skłonny zawsze stać na straży ludzkich praw i równości. Sprawiedliwość obowiązuje wszystkich i wszystkich dotyczy. Nie walczymy o przywileje. Walczymy o równe traktowanie. O prawo do bycia sobą. Sami jednak jesteśmy bezradni. Mamy tak wiele przeszkód do pokonania, że bez waszej pomocy może to zająć nam kolejne stulecia. Co jednak z tymi, którzy muszą żyć tu i teraz? Nie czekajmy, aż ktoś inny się tym zajmie za nas. Nie łudźmy się, że będzie lepiej z czasem, jeśli nic się nie zrobi już teraz. Społeczeństwo nie potrzebuje czasu na przyzwyczajenie się, na oswojenie się, bo powtarzam, społeczeństwo to my! I nie, chowanie głowy w piasek nie uratuje nikogo i nie zmieni rzeczywistości. Za naszymi plecami dramaty nadal będą się rozgrywać. Ludzie nadal będą krzywdzeni, bici, zabijani i dręczeni. Maltretować można na wiele sposobów. Nie zawsze to jest fizyczny ból. Czasem najgłębsze rany nosi się na umyśle i w sercu. Stojąc obok i nie reagując jesteśmy współwinni. Nawet jeśli będziecie udawali, że to się nie dzieje, że to was nie dotyczy i nie ma z wami nic wspólnego, to na was spoczywać będzie odpowiedzialność za każde dziecko wyrzucone z domu, za każdego nastolatka wieszającego się, bo nie było nikogo gdy wołał o pomoc. Wielu ludzi w tym właśnie momencie ponosi karę za bycie sobą, choć to nie my chcemy poszkodować innych, ale dlatego, że nadal panuje jakieś chore przekonanie, iż to nas można krzywdzić, a każde najbardziej idiotyczne usprawiedliwienie wystarcza. – Głos Rodneya przebrzmiał po ostatnich słowach i salę wypełniła cisza ciężka jak ołów.
Zgromadzeni, włącznie z Maddock’iem stali i wpatrywali się w niego nie mogąc wydusić słowa. Cokolwiek każdy myślał indywidualnie, nie dało się zaprzeczyć, że słowa Rodneya miały wielką siłę i duży wpływ na każdego. Samo serce Maddocka waliło jak oszalałe, a sprawa nawet nie dotyczyła go osobiście. Mimo to poczuł się jednocześnie obolały w środku i wystraszony. Jego instynkt krzyczał, aby wiać, aby schować głowę w piasek. Kiedy czegoś się nie widzi i nie słyszy, to się o tym nie myśli.

***

Odrywając spojrzenie od rozemocjonowanego tłumu Darnell spojrzał na swojego zdenerwowanego brata. Dłonie Parkera drżały lekko, choć starał się to ukryć wciskając je głęboko w kieszenie. Jak zwykle nienagannie ubrany w swój ulubiony czarny garnitur i niebieską koszulę sprawiał wrażenie niewzruszonego i opanowanego, Darnell znał go jednak zbyt dobrze, aby nie dostrzec subtelnych oznak jego stresu. Choćby małe zmarszczki rozsiane wokół niebieskich oczu, praktycznie identycznych jak jego własne, pogłębiały się, kiedy był zmartwiony lub zły. Usta zazwyczaj wygięte w lekko kpiącym uśmieszku – kolejne ich podobieństwo – teraz były zaciśnięte w cienką linię. Na szczęście różniło ich coś więcej niż tylko kolor włosów. Parker dumnie i z pedancją pielęgnował swoje krótko przystrzyżone szatynowe włosy, a Darnell dał rosnąć swoim blond kosmykom, po ostatnich zdjęciach do filmu na potęgę, zmieniając je w nieokiełznany mop na głowie. Starszy mężczyzna był żywym przeciwieństwem swojego nieroztropnego, wiecznie pogodnego brata. W tym momencie ich różnice osiągnęły chyba apogeum. Parker dobrnął na swoje własne nowe szczyty. Milion myśli odbijało się na jego twarzy, a całe ciało wibrowało od nadmiaru skumulowanej energii. Szerokie plecy mężczyzny pod idealnie dopasowana marynarką, co rusz sztywniały i prostowały się, reflektując jego wewnętrzny konflikt.
Lekko zirytowany i spięty Darnell sam nie wiedział właściwie jak się czuł stojąc u jego boku. Nadal był trochę zły, że Parker tak naprawdę nie dał mu wyboru i teoretycznie zmusił go do udziału w całej tej hecy. Z drugiej strony był rozczarowany sobą, że w ogóle rozważał odmówienie bratu pomocy. Że chciał znaleźć wymówkę, aby nie pomóc, kiedy ewidentnie mógł i powinien. Jego własna opinia o sobie spadała na łeb i szyję.
Z ociąganiem, walcząc sam z sobą podszedł jednak do Parkera i kładąc mu dłoń na ramieniu uścisnął lekko. Był wyższy o kilka centymetrów i trochę bardziej muskularny, ale nadal czuł się przy nim jak dzieciak. Osiem lat różnicy między nimi, to było najwyraźniej czasem bardzo dużo, zwłaszcza, że w te kilka lat można przeżyć niemal całe życie.
– Zaraz żyła ci pójdzie jak się nie uspokoisz – wymamrotał cicho, próbując rozluźnić napięte mięśnie barków brata, lekko je uciskając. Parker w odpowiedzi rzucił mu spojrzenie mogące wysuszyć ocean. Nie zniżył się jednak do odpowiedzi. Doświadczenie nauczyło go, że niewiele było trzeba, aby zachęcić młodszego brata. Darnell mimo to wyszczerzył zęby w szerokim, perfekcyjnie białym uśmiechu. – Rodney ma ich wszystkich na smyczy, jeszcze chwilę i będą jedli z jego ręki. Na serio nie wiem, czemu się martwisz.
– Chciałbym móc ci wytłumaczyć, obawiam się jednak, że to zbędny wysiłek.
– Och, to bolało braciszku. – Darnell udał, że łapie się za swoje krwawiące serce. – Wiem, jak wiele znaczy dla ciebie ten twój projekt–pieszczoch.
– Nie masz nawet bladego pojęcia inaczej byś sobie nie drwił z tego.
– Doprowadzenie się do stanu przed zawałowego z całą pewnością nie pomoże nikomu. Po za tym, stawili się praktycznie wszyscy ważni i ważniejsi. Tego przecież chcieliście…
– Czyli ci co nie znaleźli wystarczająco ważkiej, pomysłowej lub chamskiej wymówki, aby nie uczestniczyć w akcji – parsknął Parker wcale nie pod wrażeniem logicznego wywodu Darnella.  
– Ale i tak przyjechało więcej zaproszonych niż zakładaliście – skontrował młodszy mężczyzna.
– Gros kopiąc i krzycząc – Parker spojrzał na brata wymownie – tak jak na przykład ty.
Lata praktyki aktorskiej uratowały Darnella przed rumieńcem.
– Miałem inne plany…
– Cały świat ma zawsze inne plany. Trzeba jednak mieć priorytety. Są rzeczy istotne i ważniejsze – zaczął Parker poważnym tonem po raz milionowy szykując się do wywodu. Darnell ledwie powstrzymując się przed przewróceniem oczu, uniósł dłonie w geście poddania.
– Mnie nie musisz już przekonywać. Jestem tutaj, tak czy nie?
Szybkie spojrzenie ironicznie przymrużonych oczu Parkera wystarczyło za całą odpowiedź. Może nie było tego widać, ale Darnell był przeświadczony, że rumienił się wewnętrznie.
No dobra, może był nadętym palantem, który tak właściwie to nie myślał o innych, ani jego priorytetem nie było zamartwianie się o dobro pozostałych ludzi, ale to nie znaczyło, że odpowiednio zmotywowany nie potrafił wykazać się, gdy sytuacja tego wymagała.
Towarzystwo, w jakim się obracał jako aktor, generalnie było zblazowane i płytkie, a przynajmniej ciężko pracowało na taką reputację. Nikt nigdy nie mógł być pewien, kto i jaką rolę odgrywał w danym momencie, oni sami chyba się zagubili. Pewne jednak było, że nastroje i trendy zmieniały się w zależności od zmiany wiatru. Kilka chlubnych wyjątków ginęło w masie i nie miało wystarczającej siły przebicia, aby tak naprawdę coś zmienić. Prawdą było, że od jakiegoś czasu można było odnieść wrażenie, że bycie gejem czy lesbijką stawało się być modne, ale każdy, kto się dobrze przyjrzał szybko mógł się zorientować, że i tak była to w pewien sposób manipulacja. Bardzo łatwo było ukryć pod płaszczykiem wsparcia i tolerancji sprytne sposoby na wypaczenie, i przekłamanie obrazu, w jakim byli prezentowani. Wielu gejów swoim zachowaniem nie pomagało z całą pewnością.
Transseksualizm, biseksualizm, aseksualizm w ogóle były czarną magią, której większość wydawała się nie ogarniać.
Zresztą, kto tak naprawdę się przejmował? Wszyscy byli zajęci. Życiem, karierami, byciem cool.
Teraz jednak zostali przywołani do porządku i postawieni pod ścianą moralnego obowiązku. Koniec był chowania się po kątach, stwarzania pozorów i udawania. Mieli właśnie ukazać swoje prawdziwe oblicza. W końcu wykorzystywali je wystarczająco często, aby coś zyskać dla siebie. Nie zabije ich pomoc innym.
Tej właśnie myśli uchwycił się Darnell, kiedy każda komórka jego ciała walczyła z nim, aby wiać w przeciwnym kierunku. Będąc bratem jednego z współzałożycieli miał wgląd w program i zimny pot go oblewał za każdym razem, kiedy myślał, co na niego może wypaść. Z goryczą i rozczarowaniem musiał przyznać, że był spanikowany. Zwyczajnie był tchórzem i nie dało się tego pokryć żadną ilością lukru.
Głos Rodneya wbił się w szalejący umysł Darnella jak nóż. Mężczyzna nie przebierał w słowach i nie owijał w bawełnę.
– Naszym celem jest skontrować każdy zarzut, rozwiać każdy mit, zwalczyć stereotypy, pokazać prawdę, edukować i zademonstrować rzeczywistość taką, jaka jest. Przede wszystkim musimy pokazać, że można inaczej, że można z uczuciem, dobrem w sercu i honorem stawić czoła zwykłej nienawiści. Koniec chowania się za pustymi sloganami. Koniec udawania, że nas to nie dotyczy, bo jestem hetero, bo nie chcę ślubu, bo dwóch mężczyzn jest obrzydliwych, a dwie kobiety seksi, bo płeć to kwestia czysto biologiczna, bo gender to potwór o stu głowach, choć nikt nigdy go nie widział! Transseksualizm to nie przebieranki, feminizm to nie godzenie w rodzinę ani niszczenie stosunków męsko–damskich. Czas przestać się usprawiedliwiać i tłumaczyć. Nie chcemy tolerancji! Tolerować można złą pogodę albo fakt, że sąsiad na Gwiazdkę stroi dom jakby mu fabryka światełek wybuchła na progu, a my nawet nie obchodzimy Świąt, a nie ludzi, bo nie są heteronormatywni. Czas zacząć przyzwyczajać wszystkich, że nie potrzebujemy ich zgodny, aby żyć. Nie mają nic do gadania w sprawie tego, z kim się wiążemy, jak się ubieramy, kim jesteśmy w środku. Nie jesteśmy potworami, za jakich chcą nas uważać. Musimy ich zmusić, aby przestali kłamać sobie, nam i innym!
Brawa zerwały się, a na twarze wielu ludzi zaczynały wypływać uśmiechy. Rodney porwał ich swoim entuzjazmem i stanowczością. Wypowiedział na głos wiele rzeczy, które najprawdopodobniej nie raz zaświtały w umysłach wielu tu zebranych. Wreszcie mieli sposobność, wymówkę i właściwy bodziec, aby coś zrobić z własnymi sumieniami.
– Proszę was, zgłoście się do moich przyjaciół i podpiszcie petycje, które tam znajdziecie, zgodę na wykorzystanie waszych wizerunków i przede wszystkim potwierdzenie dobrowolnego udziału w całym przedsięwzięciu. Każdy weźmie udział w losowaniu zadań i partnera. Mamy wiele do zrobienia i najbliższe tygodnie będą bardzo pracowite. Przyjęcie i obiad w pierwszy dzień Świąt będzie kulminacją dla naszego projektu. To zawsze jest szczególny czas, wypełniony miłością, radością, szczęściem, tym razem mamy jednak szansę uczynić go wiekopomnym tak, aby nasi wnukowie i prawnukowie nadal byli z nas dumni. Mam nadzieję, że potraktujecie to poważnie, że wyrazicie swoje uczucia i okażecie prawdziwe wsparcie. Nie chciałbym myśleć, że wasz udział tutaj wynika z innych pobudek niż czysto humanitarnych. Zapraszam! – Rodney wskazał stoły ustawione pod jedną ze ścian.
Z ociąganiem na początku, zebrani ruszyli w kierunku, w którym wysłał ich mężczyzna. Niby niepewni, dając sobie czas na przemyślenie wszystkiego, przeglądali broszury, listy i papiery rozłożone przed nimi. Było trochę mamrotania i jedna czy dwie gorące wymiany poglądów, ale nikt tak naprawdę nie potrafił przełamać niewidocznej bariery, hamującej podejmowanie wiążących decyzji. Gdy jednak pierwsza z kobiet zdecydowała się na podpis, lawina ruszyła. Jak mrowie wszyscy zebrali się wokół piątki siedzących za stołami wolontariuszy, praktycznie napierając na nich. Grupka pomocników pośpieszyła, aby pomóc przyjaciołom opanować całą sytuację.
Kątem oka Darnell zauważył, że mała garstka mężczyzn i dwie lub trzy kobiety wycofały się ze sali próbując nie wzbudzać zainteresowania innych. Po ich minach poznać jednak było można jak bardzo pragnęli znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Niektórzy nawet nie silili się na nonszalancję, zwyczajnie krzywiąc się wymaszerowali bez zerknięcia za siebie. Jednego z nich Darnell znał osobiście, bo miał okazję kilkukrotnie obracać się w tych samych kręgach. Za każdym razem też, gdy brali udział w socjalnych spotkaniach odnosił nieprzemożne wrażenie, że aktor teatralny był gejem i to dość nieudolnie ukrywającym ten fakt. Teraz w sytuacji, kiedy mógł coś z tym fantem zrobić, wychodziło na to, że jego szafa była zabita gwoździami na dobre.
Wzruszając ramionami Darnell zwrócił się po raz kolejny do brata.
– Idę podpisać cyrograf. – Zignorował minę Parkera, wyraźnie świadczącą o tym, że nie znajdował jego komentarza, jako śmiesznego. – Nie rozumiem, czemu nie mam żadnych chodów u ciebie. Powinieneś pozwolić mi wybrać program. – Nadąsał się, choć wiedział, że nie wywrze to wrażenia na jego bracie. Zawsze jednak warto było praktykować.
Mężczyzna uśmiechnął się ironicznie.
– Wszyscy uczestnicy są traktowani jednakowo. Ty też, więc przestań się zachowywać jak dwudziestoośmioletnie dziecko. Nie zapomnij zaznaczyć, że posługujesz się tylko językiem angielskim – dodał Parker kpiąco. – Nie chcielibyśmy, abyś wylądował z partnerem, którego nie będziesz w stanie zrozumieć. – Nawet nie starał się ukryć szerokiego uśmiechu.
– Ha, ha – odburknął Darnell. Doceniał fakt, że był w stanie poprawić humor Parkerowi, ale czemu jego własnym kosztem? – To nie moja wina, że nie mam talentów językowych!
– Acha, i to dla tego, że nie masz zdolności lingwistycznych śpiewasz wszystkie piosenki Garou po francusku…? Tak, ma sens. – Bez mrugnięcia okiem, Parker zmierzył go wymownym spojrzeniem na odchodnym.
Darnell zirytował się, wołając za bratem:
– Ma fajne, zmysłowe piosenki i seksowny głos! Samo wpada w ucho!
Odpowiedź była automatyczna i jak zwykle wywołała dziwne spojrzenia u ludzi na około niego. Nawet jego brat parsknął śmiechem. Do cholery nie wiedział, o co im wszystkim chodziło. Miał ciarki ilekroć słyszał Belle czy Gitan, co miał na to poradzić?
Przedzierając się przez gąszcz ludzi odchodzących już od stoisk, Darnell całą drogę dawał sobie twarde, zdecydowane wytyczne. Oczywiście nie chodziło o to, że był nerwowy czy niepewny. Chodziło tylko o to, aby wyznaczyć sobie stanowcze, realne cele. Zawsze tak robił i zawsze ta metoda się sprawdzała.
Będzie zachowywał się z godnością i powagą. Nie stchórzy ani nie zrobi z siebie idioty. Jeśli zawiodą go wszystkie sztuczki, wyciągnie lata doświadczenia aktorskiego, a wtedy nie było bata musiał sobie poradzić.
Szkoda tylko, że nie pomagało to rozwiązać supła zaciśniętego na jego wnętrznościach. Nieprzyjemne mdlenie i spocone dłonie były jak wisienka na torcie, i tylko jeszcze bardziej go irytowały. Ten jeden raz w życiu nie mógł się doczekać, kiedy już będzie po wszystkim. W każdej innej sytuacji uwielbiał ekscytację oczekiwania na to, co się może stać w następnej chwili. Kochał wyzwania. Trudne sytuacje były jak ogień wypełniający mu żyły i właściwie żył dla chwil, w których mógł się sprawdzić i sprostać problemom. Tym razem jednakże chciał, aby już był koniec. Cała ta sprawa zmuszała go do zbyt dokładnego przyglądania się sobie samemu.
Na miękkich nogach ruszył do najbliższego stolika. Miny tych, których mijał, zaczytanych w stosy kartek, które otrzymywali na odchodnym, nie były zachęcające. Co poniektórzy wręcz kręcili głową z niedowierzaniem. Wcale się nie dziwił. Miał nie raz okazję uczestniczyć w długich i gorączkowych debatach Rodneya, i Parkera, i ich pomysły były nieraz szokujące.  Wielokrotnie miewał obiekcje i wątpliwości czy naprawdę trzeba było się posuwać, aż do takich kroków, ale kilka tyrad brata i długie, drażniąco spokojne wyjaśnienia Rodneya nauczyły go co nieco.
A mianowicie, żeby nie zadawać głupich pytań.
Prawdą było nie mniej, że jako, iż praktycznie gdzieś tam na peryferiach uczestniczył w projekcie od samego początku, to coraz lepiej i łatwiej rozumiał przesłanie, i ich intencje. To nie zmieniało nadal faktu, że w dalszym ciągu Darnell czuł się usprawiedliwiony tym, że obawiał się, aby to wszystko nie wybuchło im w twarz. To już nie była jakaś lokalna kampania. To było światowe przedsięwzięcie mające za zadanie zaangażować większość krajów. Co samo w sobie było receptą na katastrofę.