Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 sierpnia 2015

Ławtwe pytanie z trudnymi odpowiedziami: Soul mates

Update na dole postu :)

Moi kochani, 
chciałabym przywrócić trochę życia na moim blogu, więc postanowiłam zacząć kilka dyskusji, które wierzę, będą świetną pomocą w pisaniu nowych prac.
Wiem, że czekacie na moje opowiadania i daje mi to wiele radości. Musicie jednak zrozumieć, że życie jest trudne i nie wszystko idzie zawsze zgodnie z planem, a wręcz jest na odwrót. Kiedy coś planujesz, życie ci udowodni jak mało władzy masz nad czasem. Chciałabym móc po prostu usiąć i pisać, pisać i pisać, i czytać, czytać, czytać... 
ale się nie da. 
Poprzednio moje intensywne pisanie było możliwe tylko i wyłącznie dzięki moim osobistym problemom i nieszczęśliwemu związkowi. Pisanie było ucieczką od życia i rodziny, od codziennych problemów i trosk.
Nie chcę tak żyć, więc to wszystko zmieniłam. Zdecydowałam się na rozwód, odnowiłam kontakt z moimi dziećmi, bo ucierpiał bardzo, kiedy skupiłam się na pisaniu, aby nie myśleć o niczym innym.
Poznałam wspaniałego mężczyznę i mam nadzieję spędzić z nim resztę życia. Nie oznacza to jednak, że wszystko nagle stało się łatwe. 
Nadal muszę się troszczyć o dom, dzieci, pieniądze.
Mam nadzieję, że to zrozumiecie i mnie nie opuścicie. Moi bohaterowie są realni w mojej głowie i w waszych duszach, i coraz to nowi powstają. Nie zawiodę ich i nie zawiodę was. Pisanie to integralna część mnie, mojej duszy. Prawie o tym zapomniałam, ale wasze komentarze i opinie przypominają mi o tym w chwilach zwątpienia.
Proszę miejcie to na uwadze. 

Moja pierwsza dyskusja, którą chcę zapoczątkować cały cykl 
"Łatwe pytania z trudnymi odpowiedziami", 
dotyczy "bratnich dusz" albo "soul mates".
Chciałabym się dowiedzieć, co o tym myślicie. Czy wierzycie, że "soul mates" istnieją? Czy chcielibyście mieć/spotkać swoją bratnią duszę, czy macie nadzieję, że się pojawi w waszym życiu? Czy nie obawiacie się, że jej nie spotkacie i jaki to może mieć wpływ na wasze związki (np: czy mogłoby to kreować obawy i wątpliwości w waszym sercu)? 
Czy, nawet będąc w udanym związku, nie zastanawiacie się, czy gdzieś tam jest ktoś, kto jednym dotykiem, jednym pocałunkiem, mógłby przewrócić wasze życie do góry nogami?
Co byście zrobili, będąc w udanym związku, gdybyście nagle spotkali tę jedną jedyną osobę, do której poczulibyście nieodpartą atrakcję i pociąg?
Myślę, że to powinno dać wam do myślenia na chwilę. Odpowiem i ustosunkuję się do waszych opinii w tym samym poście, kiedy wasze komentarze zaczną się pojawiać :) 
Miłego weekendu życzę xxx

Update:)

Dziękuję wam za bardzo ciekawe odpowiedzi. 
W pierwszej kolejności chcę się ustosunkować do prośby o dokończenie moich prac.
Wierzcie mi, jestem bardzo, bardzo wdzięczna za to, że nawet po tak długiej przerwie mam nadal fanów nie mogących się doczekać, kiedy dokończę moje prace. Nic lepiej nie pobudza umysłu i rozgrzewa serca, niż czytanie waszych komentarzy.
Problemem jednak nie jest brak chęci, czy pomysłów, aby dokończyć moje opowiadania, ale zwyczajnie, normalnie brak czasu.
W chwili obecnej pomagam mojemu partnerowi rozkręcić firmę, jak również rozkręcam własną. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie mam możliwości utrzymać się z pisania.
Moje dzieci chcą jeść, taka jest prawda.
Po dwanaście godzin dziennie pracujemy z Craigiem, aby móc ustabilizować naszą sytuację finansową, żebym mogła wrócić do pisania.
A wrócę na pewno. On wie i popiera mnie w zupełności, robiąc wszystko co w jego mocy, aby zapewnić nam jak najlepsze życie.

Myślę, że moje pytanie miało całkiem sporo do czynienia z moim partnerem i moim związkiem. Z uczuciami, które nas łączą, a w które wątpiłam gdzieś na dnie duszy, mimo że jestem autorką romansów.

Wasze opinie były bardzo ciekawe. Uświadomiły mi też kilka rzeczy. Przede wszystkim jak wielka jest nadal różnica między polskim rynkiem książki i światowym (anglojęzycznym głównie). Nie śledzę na bieżąco nowych wydań, bo nie mam czasu ani na pisanie, ani na czytanie :'(
|Jednak w wielu książkach, które przeczytałam w języku angielskim, "soul mates" są przeniesieni w inny wymiar wręcz. Nierealny i magiczny, gdzie dwoje (lub więcej) ludzi przy pierwszym spotkaniu zostają połączeni nierozerwalnym linkiem. 
Krew, DNA, instynkt, animalistyczny pociąg łączy ich w raczej gwałtowny sposób i tak naprawdę nie mają wyboru, bez względu na to jakiej są płci, czy orientacji seksualnej (oczywiście moje ulubione są te w których główny, heteroseksualny bohater okazuje się mieć mężczyznę za bratnią duszę ;) )
Nie mniej jednak, co chciałam powiedzieć, jest to, że nie wyobrażam sobie co ja bym zrobiła w takiej sytuacji, gdyż zdecydowanie nie jestem zwolenniczką oddawania komu/czemukolwiek władzy nad moją wolną wolą. Z drugiej strony, taki związek musiałby być idealny, czyli miałabym pewność, że będę do końca życia z kimś, kto mnie obdarzy najgłębszym uczuciem i troską...
Eh... magiczny świat fantazji...

W naszym, nie tak perfekcyjnym, 
obdartym z iluzji świecie, nie mamy wiele szans na spotkanie naszej bratniej duszy. Pomijając praktyczne przeszkody jak: miejsce urodzenia, brak pieniędzy na podróże, zabieganie, całkowite pogrążenie się w pracy/nauce, różnice w wieku itd., jesteśmy prawdopodobnie zbyt sceptycznie nastawieni na to, aby się zaangażować w związek, który nie ma żadnych głębszych, racjonalnych przesłanek, a tylko i wyłącznie jest wytworem naszej wyobraźni, pragnień i instynktu. Zwłaszcza kiedy wydaje się zbyt piękny, żeby mógł być prawdziwy. 
Ja wierzę, że spotkałam moją bratnią duszę. 
Nie zrozumcie mnie źle; on mnie dobija bardziej niż ktokolwiek inny w moim życiu. Ma wiele irytujących, starych przyzwyczajeń i wydaje się czasem jakbyśmy pochodzili z innych wymiarów, ale jest w nim coś takiego, że nic nie ma znaczenia. Ani sprzeczki, ani nieporozumienia, ani irytacje. 
Jeden uśmiech, dotyk ręki, pocałunek i w jednej chwili zastanawiam się o co mi tak właściwie chodzi, i czemu pozwalam jakimś duperelom mieć wpływ na mój związek z człowiekiem, którego kocham i akceptuję takim jakim jest. Czasem to naprawdę wydaje się być magią. 
Cóż, zdecydowanie nie ma racjonalnego wytłumaczenia, że Craig umie rozbroić mój nawet najgorszy wybuch wściekłości i stresu, po prostu mówiąc jak bardzo mnie kocha. Zawsze wie w jakim jestem nastroju i natychmiast wie, kiedy mój humor się zmienił.
Ja z kolei zawszę mogę wyczuć kiedy on jest zestresowany czy przybity. Jego nastrój bardzo często wpływa na mnie i na to jak ja się czuję.
Nie czyni to naszego życia bardzo prostym, ale czyni je bardzo głębokim i pełnym emocji.

Mówi się, że różnice się przyciągają i że takie związki są najszczęśliwsze, bo para nigdy się nie znudzi sobą.
Ta teoria nie ma zastosowania dla nas. My jesteśmy tak podobni do siebie, że czasem wydaje się jakbyśmy czytali sobie w myślach. Nie nudzi nam się ze sobą wcale, raczej powiedziałabym, że odczuwamy bardzo silną potrzebę przebywania ze sobą (uwielbiamy pracować razem, a to nie częste między parami, bo trudno jest czasem rozdzielić życie osobiste od zawodowego). 
Nareszcie czuję, że mogę odetchnąć z ulgą, bo jest ktoś, kto rozumie mnie bez słów, kto zna mnie i wie o mnie wszystko, przy kim jestem sobą w stu procentach. 
Myślę że udało mi się go znaleźć, bo w pewnym momencie zdecydowałam nie ukrywać kim jestem, jaka jestem, czego chcę. Nagle pomyślałam: do diabła z tym, albo ktoś mnie polubi taką jaką jestem, albo może spadać na drzewo.
Wieczne naginanie się do jakiś wyimaginowanych oczekiwać było dla mnie po prostu zbyt męczące, i w sumie nigdy nie prowadziło do niczego. 

Zgadzam się z jednych z komentarzy, że na bratnie dusze można, i zapewne powinno, patrzeć się również w platoniczny sposób. 
Wszyscy potrzebujemy kogoś, kto jest naszą drugą połową, dopełnia nas i nadaje naszemu życiu wartości. Wierzę, że może to być przyjaciel. 
A o takiego jest równie trudno jak o idealnego partnera/kę/-kochanka/kę/męża/żonę. 
Wydaje się, że mieć bratnią duszę było by jak spełnienie marzeń - pełnia szczęścia.
Niestety może okazać się również przekleństwem, bo co powinniśmy zrobić?
Wierzyć, że gdzieś tam jest ta jedna jedyna osoba, która będzie naszą gwarancją na szczęście i czekać... czekać... czekać
Czy raczej nie czekać i układać sobie życie najlepiej jak umiemy i modlić się, że nikt taki się nie zjawi stawiając nas pod ścianą, zmieniając nasze ustabilizowane życie w koszmar, nigdy nie opuszczających nas wątpliwości: co by było gdyby?

Czekam na więcej opinii i komentarzy :)

środa, 13 sierpnia 2014

Nie ma lekko...

Nie wiem czy jestem zaskoczona, czy właściwie się tego spodziewałam, ale nie jest mi wcale lekko wrócić do pisania. Przeczytałam Wziętego przez zaskoczenie od początku i pierwszym moim odruchem było: 
MATKO! MUSZĘ TO POPRAWIĆ! - to, czyli cały początek. 
Z ledwością się powstrzymałam. Nadal jednak po głowie mi krąży myśl, że może jednak powinnam nanieść poprawki...
Eh... Nie w tym jednak problem. Problem jest w tym, że ciężko mi się od nowa wczuć. Nie tylko w tę historię, ale we wszystkie. Nie minęło wcale aż tak wiele czasu, a czuję się wybita z rytmu. Znów jakbym musiała się uczyć pisać na nowo. 
Myślę, że to zmiany w moim prywatnym życiu odbijają się na moim pisaniu. Wydaje mi się, że kiedyś było mi łatwiej. Miałam tak wiele dylematów i problemów prywatnych, że zamykałam je głęboko w sobie, nie mogąc się z nimi jeszcze wtedy uporać. Mój umysł był ściśle skierowany na "nie myślenie" o nich. Poświęcałam każdy moment i każdą świadomą myśl na kreowanie. Na tworzenie moich idealnych postaci. Skupiałam się na ich problemach, nadziejach, pragnieniach. Budowałam dla nich cały świat. To wypełniało całą moją głowę. Moje własne sprawy, to była mała kropeczka, gdzieś tam w ciemnym, małym kąciku mojego umysłu. 
Teraz ta mała kropeczka dosłownie eksplodowała i mój umysł to istne pobojowisko nad którym próbuję zapanować. Moje własne uczucia, pragnienia, marzenia i potrzeby kolidują z tymi, których potrzebują moi bohaterowie. 
Wygląda na to, że muszę zrobić więcej miejsca i czasu na wszystko. No i muszę rozdzielić mnie pisarkę i mnie kobietę, osobę prywatną, bo te dwie małpy najwyraźniej nie są skłonne współpracować ze sobą ;)
Nie martwcie się jednak, nie zamierzam się poddać. Zamierzam po prostu znaleźć obejście dla tego dylematu, tak jak to robię w każdym innym przypadku. Nie jestem zwolenniczką walenia głową w mur. 


Problem z wyświetlaniem bloga na szczęście okazał się tymczasowy i wydaje się, że wszystko działa sprawnie i bez problemu. Uff! Jeden problem mniej.
Trzymajcie kciuki kochani ♥




!!!:/ - ledwie napisałam post i go opublikowałam, a już mi się blog nie wyświetla :/
WTF? Pewnie wina mojego laptopa, ah!

czwartek, 4 lipca 2013

Przypadki chodzą po ludziach...

Wymyśliłam nowe opowiadanie.
... nie chciałam, przysięgam! Samo tak wyszło!
Jestem wierna Blake'owi i Harryemu. Piszę ile mogę. Już mam pół rozdziału, który planuję wstawić w sobotę wieczorem...
ale to nowe opowiadanie - tak, tak, ma tytuł, choć wcale nad tym nie myślałam - normalnie wyskoczyło z nikąd i mnie przydybało w chwili słabości.
A stało się to tak niewinnie. Nie uwierzylibyście nawet.
Wychodziłam z siostrą z biura - pracujemy razem - i zadzwonił telefon, a nikogo innego nie było. Już miałam sobie zażartować, że ma nie odbierać, gdy BAM! 
Pomyślałam sobie jakby to było gdyby, mój bohater odebrał telefon zdesperowanego, zdradzanego mężczyzny, przeklinającego swojego niewiernego kochanka do piekła i z powrotem.
A potem, cały prawie romans rozwinąłby się przez telefon, podczas długich i ekscytujących rozmów...
aaach... Mówię sobie NIE! Stanowcze NIE! Żadnych nowych opowiadań... Blake i Harry, a potem Morgan i Ryan! 
 I tego będę się trzymała.

Ech... nie do końca jednak tak wyszło...
pod wieczór miałam już tytuł
-Telefon od serca-
♥
i całą historię, biednego polskiego (wiem, wiem, niespodzianka ) emigranta Radka mieszkającego, studiującego i pracującego jako sprzątacz w Firmie Kurierskiej w Anglii oraz seksownego, bardzo kuszącego Anglika Devona, uwodzącego go bez skrupułów przez telefon. Będzie się działo...

A nie chciałam.
I swear!
Wygląda jednak na to, że myślę nawet, kiedy nie myślę. 
Może jak będziecie chcieli, dostaniecie urywek na zachętę :)


piątek, 12 kwietnia 2013

Kochani!

Kochani! Wiem, że czekacie na rozdział 
Wziętego przez zaskoczenie!
Będzie, obiecuję, ale dopiero jutro w nocy lub niedzielę po południu. Bardzo mi przykro was rozczarowywać, ale wynikły przyczyny niezależne ode mnie.Nowa praca, którą miałam podjąć od poniedziałku, wymagała, abym stawiła się już dziś, a są to zmiany od 4 rano do 13 :/ 
Cały mój dzień legł w gruzach. Właściwie miałam 15 min. aby stawić się w pracy, bo zadzwoniono tuż przed 4.
 Bardzo was kochani przepraszam.

Ładni panowie dla was w ramach rekompensaty ;)
 
  Myślę również o konkursie dla was, a nagrodą będzie moja książka w druku z autografem
Ile jest prawdy w prawdzie?
Chętni?
 

środa, 27 marca 2013

Święta jak z obrazka na Wielkanoc :)


Moi kochani, właśnie dodałam resztę opowiadania, za którym już się naczekaliście dość długo.


A Święta to w końcu Święta :)



 Wiem, że  krótko, ale mam nadzieję, że to was nasyci na chwilę.
Dziękuję za cierpliwość i mam nadzieję na wyrozumiałość jeśli jakieś błędy mi umknęły. Pisałam je dziś wieczorem, więc nie było czasu na sprawdzenie :)
a od jutra czekają mnie nocne zmiany, więc raczej nie dałabym rady.
Pozdrawiam, mam nadzieję, że się spodoba!
 

poniedziałek, 6 lutego 2012

Moi bohaterowie

Chciałabym móc jednoznacznie powiedzieć jak powstają moi bohaterowie, ale właśnie uświadomiłam sobie, że to chyba niemożliwe.
Sama myśl o planowaniu ich, rozpatrywaniu, rozbieraniu na części pierwsze, automatycznie odziera ich z tego co czyni ich dla mnie takimi wyjątkowymi.

Zaczyna się od cienia gdzieś na pograniczu mojej świadomości. Wiem że ktoś tam jest, że czeka na swoją historię. Nawet nie wiem jak wygląda ani jaki ma charakter, ale kiedy przychodzi odpowiedni czas, po prostu wiem jakby się zachował w danej sytuacji. 

 Tak więc powstaje jego opowiadanie. Kolor oczu, phi ... nagle staje się oczywisty, tak jak i jego kolor włosów, czy wzrost. Musi być taki, a nie inny. Z każdym krokiem wyłaniając się z mroku coraz bardziej, staje się dla mnie coraz bardziej oczywisty. Coraz bardziej znajomy. 
Imię jest podstawą. Niekiedy najtrudniejszym wyborem. Siedzę i przez moją głowę przewija się lista imion. Nieraz nieskończona. Nic jednak nie mogę poradzić na to, że ON nie ma na imię Tom, John, Ron czy Thierry (wybór imion obcobrzmiących jest zamierzony i pewnie kiedyś o tym napiszę). 
Nie mogę się zmusić aby użyć imienia, które nie pasuje. 
A kiedy już trafię na to konkretne i właściwe, nie ma opcji abym mogła je zmienić. Po prostu nie mogę. Bez względu na to jak dziwnie i śmiesznie może to brzmieć.

 Tło każdego opowiadania rozwija się wraz z tempem historii. Tworzę to czego mi potrzeba. Cały świat rozwija się tuż przed moimi oczyma. Nie myślę jednak o tym mnie otaczającym. Nie sugeruję się, nie porównuję. Historia nie do mnie przecież należy, ale do mojego bohatera. Dodają kolejne postacie, bo bez nich nie byłoby o czym opowiadać. Nie jest przecież w życiu tak, że to inne osoby wpływają na nasze otoczenie? Że w pewnej mierze musimy się dostosować, nawet jeśli tego nie lubimy?

 Oczywiście w moim przypadku musi być też Mr. Right...
Nagle moje spojrzenie na świat który tworzę zmienia punkt odniesienia. Wszystko jest takie samo, a przecież takie inne. Każdy myśli swoim tokiem i ma własne przekonania. W interakcji z innymi zachowuje się inaczej. 
Kończy się tak, że zanim się obejrzę moje opowiadanie już istnieje, a moi bohaterowie dostają to czego pragną od samego początku... nawet jeśli nie uświadamiają sobie tego.

Nie twierdzę, że pisanie o ludzkich uczuciach jest łatwe. Muszą być oparte o przekonania i sytuacje w których znajduje się dana postać. Muszą przyciągać i być prawdziwe, po mimo że jednocześnie są przecież fikcją literacką, a nie kiedy nawet tworami nieludzkimi. Nie mówię jednak, że moje postacie są tylko i wyłącznie nierealnymi, nieprawdziwymi wynikami mojej wyobraźni. Podrasowanymi i odpicowanymi aby każdy ich polubił, aby zaangażował się w ich historię. 
Aby ich stworzyć jak najbardziej prawdziwymi muszę postawić się w ich sytuacji. Przez chwilkę muszę myśleć jak oni, czuć to co oni, pragnąć tego czego pragną. Nie mogę ograniczać się własnym doświadczeniem, bo nie jest adekwatne do potrzeb ich istnienia. Nie znaczy to jednak, że aby opisać kosmitę, sama nim najpierw muszę być.
Wierzę z całych sił, że każdy może być moim bohaterem. Że przychodzi w życiu moment, kiedy świadomie decydujemy o tym jak postępujemy, jak traktujemy innych i jak wybieramy się zachowywać. Świadomość naszego zachowania nie czyni nas wyrachowanymi. Czyni nas ... bohaterami.


 Moje historie dzieją się tam gdzie mieszkasz ty...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Co?

Właśnie sprawdzałam opowiadanie, kiedy nagle przyszła mi na myśl pewna rzecz. Właściwie kilka, ale ta najbardziej dotyczy tego 'co' piszę. Dotyczy samych historii. Choć bardziej pod kątem technicznym niż merytorycznym. 

Wiadomo, że każdy dąży do perfekcji. Dla każdego też ta perfekcja jest czymś innym. Zwłaszcza, że nie zaspokoi się gustów wszystkich. Znalezienie więc złotego środka mogłoby się wydawać, że jest sednem sukcesu. 
Gdyby to tylko było takie proste...

Zdarzyło mi się spotkać z krytyką za używanie angielskich słów lub za słowotwórstwo.
Czytając więc dziś moje opowiadanie, po raz ostatni przed publikacją, naszło mnie pytanie. 
Ok, całe mnóstwo pytań, ale to było najważniejsze. 
 Czy powinnam ulec presji i skomercjalizować moje opowiadanie, czy raczej pozostawić je takim, jakie powstało w moim sercu?

Wiem i zdaję sobie sprawę z tego, że pewnych standardów powinno się przestrzegać. Ja jednak, jestem skłonna patrzeć w przyszłość raczej niż oglądać się przez ramię. Dlatego też biorę pod uwagę, że przeszłość zaczyna się już w tej chwili. Wszystko się zmienia, to co czynię teraz, jutro będzie moją przeszłością. 
Piszę dla całego świata. Uważam więc, że nie powinnam się ograniczać. Nie powinnam zamykać sobie sama drzwi przed nosem, bo czegoś się nie robiło wcześniej lub nie stosuje - jeszcze.
Odpowiedź więc praktycznie sama wyskoczyła w mojej głowie, bez udziału mojej woli. Zwłaszcza że poczułam wręcz wewnętrzne oburzenie na myśl, że zmuszona jestem do oszukiwania w moich pracach.Do udawania, że są takie, jakie nie są, bo w mojej głowie powstały inaczej, a jakieś bliżej nieokreślone standardy bliżej nieokreślonych ludzi nałożyły im kaganiec.
Może to nie będzie standardowe opowiadanie, do jakich jesteście przyzwyczajeni, ale z całą pewnością będzie prawdziwe. 
Sorry więc, ale 'sorry' zostaje :)
Jeśli czyni mnie to złą pisarką... trudno, inna nie będę, bo nie byłabym sobą.

Co piszę?
Historie, które w Polsce nadal są nieobecne, bo ludzie w swej obłudzie zamiatają niewygodne tematy pod dywanik. Opisuję miłość, która jest idealna, bo taka być powinna - innej nie ma. Nie piszę o tych hybrydach powstałych w dzisiejszych czasach, które ludzie nazywają miłością. 
Piszę o mężczyznach zdecydowanych, odważnych i dążących do bycia ideałem, bo właśnie tak wysokie wymagania im stawiam. Wiadomo, że to właśnie oni nadal są siłą sprawczą na ziemi. Czas aby ich zweryfikować i zacząć od nich wymagać.
Jeśli nie miłość, szacunek, zdeterminowanie i otwarty umysł, to co naprawi zniszczenia, których dokonaliśmy na świecie?
Życie to nie bajka i ja nie piszę bajek. 
Opisuję alternatywę, którą mamy, a o której zapomnieliśmy...
choć pewnie większość zwyczajnie jej nie dostrzega.

Powiem wam nawet; Jak? to robię... ;)

sobota, 26 listopada 2011

Jak to wszystko się zaczęło...

Żeby być absolutnie szczerym, właściwie nie wiem jak to się stało... 
Pewnego dnia zwyczajnie byłam pewna, że wiem co mam robić. Więc usiadłam, otwarłam Worda i voila... 
Zacznę jednak od samego początku...

Kocham czytać od tak dawna, że już nie pamiętam, kiedy książka stała się moim uzależnieniem. Pasją, której każdy pragnie w swoim życiu, za którą tęskni..., bo czyni nas ona bardziej namiętnymi i żarliwymi. Głodnymi...

Najpierw czytałam wszystko co tylko wpadło mi w ręce. Szybko jednak przekonałam się, że są rzeczy które absolutnie musiała mieć moja książka, np. Happy End. 
Nie, to nie znaczy że nie czytałam nic innego. Czytałam - nadal czytam - wszystko co ma literki. I wierzcie mi, to czasem bywają najdziwniejsze rzeczy; opakowania, recepty, ulotki, slogany, reklamy, ogłoszenia. Właściwie to już dla mnie odruch bezwarunkowy. Wierzcie mi, jakby to nie brzmiało szaleńczo, okazuje się, że może być bardzo pomocne w codziennym życiu.

Kolejną rzeczą którą 'preferuję' w książkach, co nie znaczy, że wykluczam inne wspaniałe opcje - to związki między ludźmi. Romans, żeby być już absolutnie precyzyjnym - 
w końcu dlaczego nie? 
Całe życie człowiek kształci się, przygotowuje do życia z założeniem, że w końcu zwiąże się z tą/tym idealnym ukochanym. 
Praca, znajomi, rodzina czy przyjaciele owszem są integralną częścią naszego życia, ale to nasz przyszły partner, mąż, kochanek  zaprząta nasz umysł większość naszego życia.
Och, w końcu ile czasu poświęcamy na martwienie się o ideał którego dla siebie byśmy pragnęli, o brzydkie zerwanie - niemal najczęściej zastanawiając się już nad kolejnym podbojem, opcjonalnie; czy ktoś nas zechce - czy o to dlaczego to wszyscy tylko nie my mamy ogniste romanse, wspaniałe związki czy namiętne historie do opowiadania innym. 
Romans, miłość i związki więc były tym co przykuło mnie do książki na lata. 

Dużo czasu zajęło mi zanim uświadomiłam sobie, że to nie same historie mnie wciągają, ale sposób w jaki są napisane. Co sprawia, że książka jest przekonywująca, a bohaterowie 'prawdziwi', dlaczego czasem zamykając ostatnią stronę byłam wściekła, a czasem śmiałam się do rozpuku nad głupotą bohaterów. Jak były napisane przez kobiety, a jak przez mężczyzn. Na co kładli nacisk pisząc romans czy nawet erotykę. Mój mózg analizował to zanim sama świadomie zdołałam to dostrzec. 
Aby sprawdzić dlaczego tak się dzieje na pewien czas czytałam kryminały, detektywistyczne powieści czy próbowałam obyczajowych - szybko jednak przekonałam się, że zasypiam nad nimi zanim nawet zdołam się połapać o co w danej historii chodzi - hm? czy to czyni mnie książkową snobką? 
Pokusiłam się nawet raz o psychologiczną i długo jej potem żałowałam. Okazało się jednak, że kocham Fantazy, S-F i wszelkiego rodzaju siły nadprzyrodzone - mów tu o myśleniu życzeniowym :).

Więc czytałam, czytałam i potem czytałam trochę więcej... wkrótce to były tysiące książek na przestrzeni 20 lat, po polsku i po angielsku.
Nawet nie wiem kiedy zaczęłam przyglądać się ludziom, analizować ich zachowanie, przyglądać ich postępowaniu. 
Po prostu pewnego dnia wiedziałam, widziałam i czułam więcej niż inni... znałam odpowiedzi zanim inni zadali pytania. 
Wierzcie mi, człowiek nie wie co z tym zrobić. 
Nie często ludzie chcą słuchać rad, ale prawie zawsze chcieli by gotowych rozwiązań. 
Z całą pewnością nienawidzą pouczeń, ale chcieli by być ostrzeżeni o błędach, które chcą na siłę popełnić - niestety najczęściej dopiero po ich popełnieniu. 
Dlatego nauczona na własnych plecach, aby nie wtrącać się i nie narażać na bicie... postanowiłam pisać. 
Każdy będzie miał wybór czy chce wiedzieć co mam do powiedzenia czy nie...

Co i dlaczego ... w kolejnym poście. :P