Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M/M. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M/M. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Świąteczny pocałunek

Wszystkiego najlepszego kochani. Mam nadzieję, że święta upłynęły wam w cudownej atmosferze.


Udało mi się zakończyć Świąteczny pocałunek i mam nadzieję, że wam się spodoba. 
Nie edytowany, nie betowany, ale z serca :)


                                                   “The end„
      Ciężki, mieniący się srebrem i brokatem anioł zdobił czubek potężnej choinki, ostentacyjnie pyszniącej się w kącie kaskadą świątecznych ozdób i światełek. Czubek sięgał wysokiego sufitu świątecznie przystrojonej biblioteki. Każda rozłożysta gałąź, aromatycznie pachnącego lasem świerku, uginała się pod ciężarem bombek i lśniących dekoracji. 
Buzujący ogień w nieopodal stojącym pięknym, niemal dwumetrowym kominku, rozsyłał ciepłe błyski, powielane w nieskończoność w ozdobach, lichtarzach i kieliszkach, wypełniając całe pomieszczenie niepowtarzalną atmosferą, której nie dało się odtworzyć, żadną inną porą roku. Z umiejętnie ukrytych głośników świąteczne melodie snuły się cicho, spowijając wszystkich w radosny, pełen oczekiwania nastrój.  Elegancka, bordowo-złota sofa stała przytulona do małego stoliczka z boku kominka, zapraszając do wtulenia się w miękkie poduszki i delektowania pysznym ajerkoniakiem serwowanym w pięknych kryształowych kieliszkach. Idealny świąteczny wieczór. 
      Nawet gęsto porozstawiane światła, kamery, mikrofony i zwoje kabli snujące się w każdym kierunku nie mąciły tego idyllicznego obrazka, prosto z świątecznych opowieści. 
Maddock musiał przyznać, że Rodney wiedział aż za dobrze jak stworzyć atmosferę, która przemówi do podświadomości wszystkich bez wyjątku, lepiej niż tysiąc słów. Mógł się założyć, że praktycznie każdy członek ekipy pracujący nad ostatnimi ujęciami, sto razy bardziej wolałby właśnie siedzieć w domu z rodziną, przeżywając ten niesamowity czas, a jednak mimo to wszyscy nadal tutaj byli, uwijając się jak mróweczki, porwani jego charyzmą i czarem. Niestrudzeni i oddani, dumni z tego że mogą wesprzeć tak szczytny cel, i że ich pomoc naprawdę czyni różnicę. Rodney, przy cichym aczkolwiek niestrudzonym wsparciu Parkera, zdołał zarazić wszystkich entuzjazmem i wiarą w powodzenie ich kampanii.       W trzy tygodnie nawet najwięksi sceptycy zaczęli aktywnie się udzielać i pomagać na wszelkie sposoby. Powstało wiele fundacji, kilka akcji pomagających doraźnie w wielu miejscach na świecie, i sporo bogatych i znanych zaangażowało się osobiście w szukanie rozwiązań dla najistotniejszych problemów. Prawnicy, lekarze, doradcy, właściciele domów, placówek, terenów wypłynęli z cieni codziennego życia, aby wspólnie zacząć myśleć nad jakimś wspólnym, spójnym planem jak permanentnie zmienić ciężką i nieraz tragiczną sytuację tych którzy nie mieli gdzie się zwrócić. Trudno było oczekiwać jeszcze więcej, a jednak Maddock był pewien, że to i tak było nie dość. 
Może to ten wieczny sceptyk w nim unosił głowę za każdym razem, kiedy zaczynał za bardzo ulegać nastrojowi ekscytacji i podnieceniu. A może to po prostu był instynkt samozachowawczy? Tak czy inaczej, nigdy w życiu nie czuł się tak rozdarty i niespokojny jak w tym momencie. Do jego i Darnella ostatniego ujęcia zostało dosłownie kilka minut, a on nie miał bladego pojęcia co powie. Nic co przychodziło mu do głowy nie wydawało się wystarczająco dobre. Cokolwiek by nie wymyślił, to i tak miał wrażenie, że trywializuje całą sytuację. Miał uczucie, że nigdy nie będzie w stanie pojąć w pełni tego co ci ludzie musieli przeżywać na porządku dziennym. Jak więc miał ująć w słowa coś, czego nie dało się objąć umysłem? 
       Jeśli jednak miał być szczery ze sobą, to musiał przełknąć dumę i przyznać, że to nie było jego jedyne zmartwienie.  Jego głównym i największym dylematem był mężczyzna teraz stojący po drugiej stronie pomieszczenia. Mimo że wydawał się być pogrążony w rozmowie ze swoim bratem i ich niespodziewanym gościem, to i tak Maddock czuł jego badawcze spojrzenie na sobie. Nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku. Nie żeby mógł się oprzeć pokusie zerkania i to częściej niż czuł się z tym komfortowo. Za każdym jednak razem, ilekroć by nie uniósł spojrzenia to Darnell patrzył na niego, a jego twarz rozświetlał wielki uśmiech. Maddock mógłby przysiąc, że gdyby nie wiedział lepiej to pomyślałby, że jego partner naprawdę odczuwa radość widząc go. Było idiotyzmem nawet myśleć w ten sposób. Nie wiedział jednak co sądzić skoro Darnell zachowywał się jak zakochany idiota większość czasu, resztę czasu zachowywał się po prostu jak idiota. Uśmiechał się, promieniował szczęściem, flirtował z nim na potęgę i w żaden sposób nie ukrywał atrakcji, którą do niego czuł. Mózg Maddocka był w ciągłym tumulcie, a jego ciało na hormonalnym rollercoasterze. Przez gros czasu, kiedy był sam był zagubiony i samotny, niczego bardziej nie pragnąc niż żeby nie czuć się w ten sposób. Za to kiedy był przy boku Darnella był stracony i bezradny, pragnąc uciec lecz nie mogąc. Składając to wszystko razem do kupy dawało mu niezłego emocjonalnego doła. Po raz pierwszy w życiu nie umiał podjąć jednoznacznej i rozsądnej decyzji. Nie umiał przejść nad tym do porządku dziennego. 
Był skołowany i winił za to Darnella. Za to i za drżenie rąk, za palpitację serca i motylki w brzuchu też. A najbardziej winił go za to, że był zabawnym, atrakcyjnym, dobrym mężczyzną i że nie sposób było mu się oprzeć!
– Dobrze panowie, siadajcie na sofie, zrelaksujcie się i możemy zaczynać – zakomenderował reżyser klaszcząc głośno w dłonie i przyciągając uwagę wszystkich. Z nieopisaną ulgą Maddock dostrzegł, że nie jego i Darnella ma na myśli, tylko Warda i Dru. Mężczyźni wyłonili się z niewielkiego tłumku i ruszyli do kanapy. Ku zaskoczeniu Maddocka, Ward wydawał się być zrelaksowany i wesoły, a Dru sztywny i spięty. Całkowite przeciwieństwo do tego kiedy nagrywali ich scenę.
Bez ceregieli Ward klapnął na kanapę, wyciągając długie nogi przed siebie, a przedramię opierając nonszalancko na oparciu sofy. Dru za to stanął na moment i dopiero biorąc kilka głębokich oddechów usiadł w przeciwległym kącie mebla. Cokolwiek stało się między tymi dwoma, Maddock nie miał sił, aby to zanalizować zbyt dogłębnie. 
Okej, skupcie się i do dzieła! Wszystko jest gotowe, więc mam nadzieję, że macie przygotowane co chcecie powiedzieć, bo nie mamy zbyt wiele czasu i nie będzie nieskończonych powtórek – zagrzmiał Bruyer upewniając się, że każdy obecny rozumie, iż lepiej dla dobra wszystkich zebranych, aby całość poszła jak spłata. – Wszyscy wiedzą co mają robić. Krótko i na temat dlaczego wzięliście udział w kampanii, miłe świąteczne przesłanie zakończone „świątecznym pocałunkiem”. Proste!
   Powodzenia z tym, pomyślał Maddock z kpiną. On sam był pewien, że nie da rady nic z siebie wykrztusić, a jeśli jakimś cudem uda mu się otworzyć usta, to nie mógł gwarantować, że to co spłynie z jego języka będzie miało jakimkolwiek sens. Obstawiał, że po prostu będzie siedział tam sparaliżowany i nieruchomy bez słowa z dwudziestoma ludźmi gapiącymi się na niego jak na idiotę. 
      Całkiem nowy i nieprzyjemny rodzaj drżenia przepłynął po jego ciele. Nie znosił tej niepewności. Stresu. Napięcia unoszącego się w powietrzu. Każdy był rozemocjonowany ważnością tego dnia i to czyniło wszystko jeszcze intensywniejszym. Dałby wszystko, aby już było po całym tym zamieszaniu. Oliwy do ognia dolewało to, że jak nigdy Darnell trzymał się od niego z daleka. Nie żeby zależało mu na towarzystwie tego uparciucha, bo mu nie zależało. Chodziło tylko o to, że zmiana w dość przewidywalnym do tej pory zachowaniu aktora, tylko dodatkowo wytrącało go z równowagi. Miał wrażenie, że jego umysł i ciało zdecydowało działać przeciwko sobie. Zaczynał być emocjonalnym wrakiem z burzą hormonalną i semipemamentnym wzwodem.
     Cichy, ale pewny głos Warda wbił się w rozbiegany umysł Maddocka, uwalniając go od szaleńczej pogoni myśli. Mężczyzna siedział zrelaksowany z lekkim uśmiechem patrząc w kamerę. Wydawało się, że nie dostrzega swojego sztywno siedzącego partnera. Jakim cudem role między nimi się odwróciły i nawet kiedy to się stało przekraczało możliwości pojmowania Maddocka. Miał wrażenie, że przy tej całej kampanii działo się znacznie więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Najlepszym przykładem było chociażby on i Darnell.
– „Kiedy zdecydowałem się na udział w tej kampanii, wydawało mi się, że działam pod przymusem. Że społeczeństwo zmusza mnie do opowiedzenia się po czyjejś stronie, a mnie to zwyczajnie nie obchodziło” - stwierdził Ward bez cienia skruchy. Na wielu twarzach pojawiły się lekkie oznaki niepokoju, ale Rodney tylko nieznacznie potrząsnął głową, zabraniając komukolwiek interwencji. „Nie mogę powiedzieć, że mi się to podobało. Raczej trudno przychodzi mi naginanie się do czyiś wymagań.” Sarkastyczny uśmiech wypłynął na jego usta. Z lekkim potrząśnięciem głowy kontynuował, bardziej jakby myślał na głos, niż dawał wywiad. „Teraz jednak wiem, jak bardzo się myliłem. Przymus owszem istnieje, ale jest to przymus pochodzący z serca i duszy każdego normalnego człowieka. Jak mogę nic nie robić skoro to może być dosłownie kwestia życia lub śmierci drugiego człowieka? Wystarczy się rozejrzeć, aby nagle zdać sobie sprawę z tego co się dzieje i zrozumieć, że musimy zareagować. Wszyscy, bez wyjątku. Dlaczego? A no dlatego, że kiedy odwracamy wzrok i udajemy, że nie widzimy, nie mamy z tym nic wspólnego, to nadal jesteśmy tak samo winni jak ci którzy niszczą cudze życie. Każdy jest tylko człowiekiem i mamy tak wiele wad jak i zalet, szkoda tylko, że jesteśmy skłonni raczej patrzeć na innych i oceniać ich bez zastanowienia lub zrozumienia. Wydajemy sądy i opinie nie martwiąc się jakie konsekwencje to może mieć ani czy w ogóle mamy prawo i kwalifikacje, aby się wypowiadać. Kiedy jednak mamy wziąć odpowiedzialność za nasze postępowanie, chowamy głowę w piasek. Czas zakończyć to. Mam nadzieję, że ta kampania otworzy oczy ludziom. Że wreszcie zmobilizuje tych opornych do działania, a tych niepewnych do szukania odpowiedzi na wątpliwości. Wstyd mi, że potrzeba było szoku i porządnego kopa, aby wreszcie zrozumieć, że mam moralny obowiązek stawić się po stronie tych, którzy cierpią.” Z długim przeciągłym westchnieniem zakończył swoją wypowiedź. „Jest jeden świat dla nas wszystkich, każdy ma tutaj swoje miejsce. Nie oceniaj ludzi przez pryzmat własnych uczuć czy przekonań. Nie są uniwersalne i nie są idealne.”
       Pięciosekundowa cisza która zapanowała po słowach Warda był ciężka jak ołów i przez moment Maddock zastanawiał się co dalej. Nie wydawało się, jakby Dru był w stanie się odezwać. Ward jednak szczerząc zęby w uśmiechu poklepał swojego towarzysza po kolanie i zdawało się, że to zdziałało trik, bo większy mężczyzna, wzdrygając się lekko, spojrzał w kamerę. Maddock w życiu nie widział tak intensywnego spojrzenia.
–„Chciałbym powiedzieć, że wierzę iż teraz wszystko się zmieni, i każdy będzie miły, grzeczny i serdeczny dla siebie nawzajem, ale to by było bezczelne kłamstwo. Nasze występy prawdopodobnie sprowokują wielu ludzi do jeszcze zacieklejszego walczenia z każdym, kto nie pasuje w ich ciasne ramki. Ci którzy do tej pory dręczyli, krzywdzili innych nie przestaną nagle, bo ktoś tam zapoczątkował nową kampanię. To nie w ich naturze i nie oddają władzy nad innymi bez walki.” Intensywny ogień płonął w stalowych oczach Dru, a po plecach Maddocka spłynął zimny dreszcz. Darnell chyba też wyczuł nagłe napięcie, bo podszedł do niego i stanął przy nim bez słowa. Jak anioł stróż, dzielący się gorącem buchającym z jego ciała i ogrzewającym zmarzniętą duszę Maddocka. „Mam jednak nadzieję, że nasza kampania uświadomi im, że nie są bezkarni i że nie są już niewidzialni. Że jest ktoś, kto będzie zwalczał każdą niegodziwość i niesprawiedliwość. Mam też nadzieję, że większa liczba ludzi uświadomi sobie, że nie mogą i nie mają prawa oceniać innych ludzi po wyglądzie, ich orientacji seksualnej, płci czy religii, bo nie mają pojęcia jaka jest rzeczywistość.” Wskazując kciukiem na siebie Dru wbił spojrzenie w swojego towarzysza. „Mam na imię Dru Raymond, ale urodziłem się jako Andrea Raymond i zajęło mi ponad piętnaście lat cierpienia, terapii, szeregu operacji, niezliczonych sesji z psychologiem i rozłamu w rodzinie, żeby wreszcie móc być sobą. Łzy i rozpacz towarzyszyły uwolnieniu mojego umysłu z niewłaściwego ciała, głównie dlatego, że ludzie, których w ogóle to nie powinno interesować, woleli by raczej stłamsić moją duszę i złamać mój umysł, aby pasował do ich wyobrażenia kim jestem!” Cicha, ale stanowcza deklaracja wywołała kilka głośnych sapnięć zaskoczenia. Maddock poczuł się jak uderzonym obuchem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Dru był kobietą. Nie mieściło mu się to w głowie. Kręcąc głową przyjrzał się obu mężczyznom starając się nagle przejrzeć ich na wylot. Zobaczyć co kryło się pod ich skórą. Dru definitywnie nie był kobietą. Nieważne z jakimi narządami się urodził. Jeśli ktoś był mężczyzną, to był nim Dru. Również  nagle zaczerwieniony Ward musiał rozważać podobną linię myśli. Wydawało się, że burza uczuć przepłynęła przez jego twarz. Głównie jednak to była walka między szokiem i zrozumieniem. Wydawało się, że nagle coś pojął i wszystko zaczęło mieć dla niego więcej sensu. Dru jednak nie zdawał się tej jego wewnętrznej walki emocji rejestrować. Spojrzał ponownie w kamerę kończąc swój wywiad. Po jego twarzy można było poznać, że czas owijania w bawełnę się skończył. ”Jeśli uważasz, że masz prawo wpierzać się z buciorami w cudze życie, mam dla ciebie wiadomość. Nie interesuje mnie czy mnie rozumiesz, czy przyjmujesz do wiadomości moje istnienie, czy zgadzasz się z moją egzystencją. Twoja opinia nie ma znaczenia, bo nikt cię nie pyta o zdanie. Twój osąd jest nieistotny w temacie, który cię nie dotyczy. Ten świat należy do mnie tak samo jak do ciebie. Należy do nas wszystkich. Lepiej się posuń, bo my się nigdzie nie wybieramy.” Pochylając się w kierunku Warda wycisnął na jego ustach błyskawiczny pocałunek. Krótki i dosadny, i zdecydowanie nie taki, jaki Rodney i Parker mieli na myśli, kiedy mówili o „Świątecznym pocałunku” z przesłaniem.
      Ciche klaskanie zakończyło ujęcie. Grupka ludzi dopadła do sofy zanim jeszcze Dru i Ward mieli szansę dobrze wstać. Gwar i szum wybuchł jak w ulu, i Maddok miał ochotę otrząsnąć się, w nadziei, że to pomoże jego skołatanej głowie ogarnąć wszystko co się na około działo. 
- Wow – mruknął Darnell z wargami tuż przy jego uchu, smażąc jego i tak napięte do granic możliwości nerwy jeszcze bardziej. Zwalczając chęć dźgnięcia swojego przyjaciela łokciem w brzuch, Maddock odsunął się na odległość ręki. Darnell tylko wzruszył ramionami uśmiechając się łobuzersko. Uwielbiał się droczyć z nim i nawet tego nie ukrywał. – Trzeba powiedzieć, że tutaj nigdy nie jest nudno – zauważył sucho, skinąwszy w stronę gdzie właśnie szerokie plecy Dru ginęły za wolno zamykającymi się drzwiami. Ward z dziwną miną stał i patrzył za nim. – Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już mnie nic nie zdziwi, coś takiego się zdarza. Ludzie po prostu są nieprzewidywalni. 
- Nieprzewidywalni? – wtrąciła z ironicznym parsknięciem jedna z asystentek reżysera, stojąca tuż obok nich. Cała gama uczuć mieniła się na jej pięknej twarzy. Głównie jednak dominowało zniesmaczenie i irytacja. – Spróbuj raczej ograniczeni i egoistyczni. – Widząc zdumione twarze mężczyzn, potrząsnęła głową z zniecierpliwieniem i rzuciła na odchodnym. – Dru przeszedł przez piekło, a ten idiota Ward pewnie jeszcze do tego doda swoja ignorancją. Nagle znalazł dobre usprawiedliwienie dlaczego napalił się na Dru. W jego malutkim, płyciutkim umyśle Dru jest tak naprawdę kobietą, a nie mężczyzną i przez to jego pociąg do niego ma nagle sens.  - Zniesmaczona i wyraźnie wkurzona odeszła zostawiając oniemiałych towarzyszy.
- Wow – ponownie parsknął cicho Darnell. – Nie jestem pewien co się właściwie stało przed chwilą.
- Mnie nie pytaj – odburknął Maddock, ucinając temat zanim się zaczął. – Mam wrażenie, że jestem w jakimś surrealistycznym śnie. Świecie nawet.
- Ty możesz mieć rację – przystanął Darnell śmiejąc się i z sympatią mrugając do niego. Jego lśniące oczy niemal wciągały w swoją głębie. – Takie wytłumaczenie miałoby znacznie więcej sensu, niż cokolwiek mój umysł może wyprodukować. 
    Odrywając, z nie małym wysiłkiem, spojrzenie od swojego partnera, Maddock poszukał jakiegoś innego obiektu na którym mógłby się skupić. Czegoś co by mu pomogło uniknąć wszystko widzącego spojrzenia Darnella. Pierwsza osobą na której zatrzymało się jego wzrok, był Parker. Mężczyzna stał z kamienną twarzą, patrząc na pustą sofę, jakby próbował się upewnić, że wszystko co się dzieje naokoło, to nie tylko jakiś pokręcony sen.
- Twój brat wydaje się niebotycznie wkurzony – zauważył cicho, mając nadzieje, że to odwróci uwagę jego partnera choć na chwilkę od niego. Darnell roześmiał się.
- Nie, to nie jest jego wkurzona mina – zakpił przewracając oczy z przesadą. – To jego zmartwiona mina. Teraz pewnie będzie się stresował tym czy Dre dobrze się czuje, czy występy nie przysporzyły mu zbyt wielkiego stresu i tak dalej.
   Marszcząc brwi, Maddock przyjrzał się starszemu bratu Kimrey. Chwiejny pakt o nieagresji, który panował między nimi, powodował, że obaj raczej unikali się nawzajem, a co za tym szło, nie mieli okazji poznać się zbyt blisko. Rozumiał jego zachowanie i nastawienie, do jego „nie-związku” z Darnellem, i nawet się z nim zgadzał. Szkoda że jego głupie serce nie słuchało rozumu.
- Nie chciałbym się znaleźć po jego niewłaściwej stronie – mruknął Maddock cicho, z ulgą rejterując, kiedy charakteryzatorka przywołała go do siebie gestem.
Przez kolejne kilka minut modlił się żarliwie, aby przetrwać te ostatnie wystąpienie i nie zbłaźnić się totalnie i bezpowrotnie. Serce chciało mu wyjść gardłem na samą myśl o wystąpieniu Darnella. 

***
        Światła kamer wydawały się Darnell'owi wręcz oślepiające, kiedy podszedł do sofy, aby usiąść przy sztywno siedzącym Maddocku. Mężczyzna wydawał się tak napięty, że Darnell w ostatnim momencie zrezygnował i zamiast siadać na kanapie osunął się na podłogę siadając tuż przy nogach swojego partnera, plecami opierając się o siedzisko mebla. Chciał być jak najbliżej, ale jednocześnie nie naruszać jego przestrzeni osobistej. Atmosfera była burzliwa między nimi i bez tego. Pięć sekund i pot spływał mu po plecach pod koszulą. Każdy nerw, i mięsień w jego ciele wydawał się wibrować niepokojem i oczekiwaniem. Dławiło go w gardle i miał nieodpartą chęć wytarcia spoconych dłoni w nogawki swoich eleganckich spodni. W ostatnim momencie jednak powstrzymał się. Nie chciał zdradzać całej ekipie i swojemu bratu jak bardzo spięty był. Maddock doprowadzał go do szaleństwa. 
    Brouyer zasygnalizował gotowość i cichy klaps uciszył wszystkich jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powolne lecz ogłuszająco głośnie bicie serca rezonowało w głowie Darnella. Nawet nie wiedział czemu tak się stresował. Nie ustalali wcześniej, który zacznie, ale po kilku niemożliwe długich, gęstych jak syrop sekundach, zrozumiał, że jego przyjaciel nie zamierza się odezwać. Przełykając głośno spróbował pozbierać emocje i myśli, i stworzyć z nich jakąś logiczną całość.
– „Udział w tej kampanii był jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek dokonałem” przyznał szczerze. Miał wiele powodów, aby tak uważać i nie zamierzał tego ukrywać. „Po pierwsze musiałem spojrzeć na siebie i swoje życie, i nie spodobało mi się to co zobaczyłem. Musiałem zastanowić się dlaczego na początku odczuwałem tak wielki opór przed wzięciem udziału? Okazało się, że jestem egoistą. Zabiegany, zapatrzony w własną karierę, ignorujący to co się dzieje naokoło, bo mnie nie dotyczy. Ja i niemal każda osoba którą znam.” Potrząsnął głową nadal nie wierząc, że zajęło mu tak długo, aby pojąć rzeczy tak oczywiste. „Uświadomiłem sobie, że płynę z nurtem. Bezmyślnie, bez emocjonalnie, byle do przodu. Nie ważne co się dzieje na około. Ludzie żyją, umierają, cierpią, ale dla mnie to było do tej pory tylko coś, co przydarza się innym. Teraz jednak zostałem zmuszony, aby spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Pomyśleć chwilę, zastanowić się. Moje otoczenie ma wielki wpływ na wielu ludzi. Stoją często na piedestale. Uwielbiani, podziwiani, naśladowani. Co jednak robią z tym, poza wykorzystywaniem, aby zdobyć więcej sławy, pieniędzy, fanów? Ta kampania otwarła mi oczy. Nagle dotarło do mnie, że każdy kto jest jakąkolwiek figurą społeczną, idolem, osobistością, powinien wziąć na siebie pewne obowiązki. A przede wszystkim zacząć od siebie edukację i integrację. A już zdecydowanie stanąć murem przeciwko dręczeniu, homofobii, krzywdzeniu innych ludzi.” Patrząc prosto na swojego brata Darnell wyznał bez mrugnięcia okiem. „Nie będę udawał, że to jest łatwe i proste, bo nie jest. Jak z wszystkim, co jest naprawdę ważne, może okazać się, że musimy stawić czoło wyzwaniom na które nie jesteśmy gotowi lub że dowiemy się o samych sobie rzeczy, których nigdy nie podejrzewaliśmy na własny temat. Może to nie być nic dobrego, a może być wyzwalającym, doniosłym doświadczeniem. Jedno jest pewne, robiąc tę właściwą rzecz zmienimy czyjeś życie na lepsze. Może nawet własne życie. Nie ważne czy jesteśmy mężczyzną, czy kobietą. Wszyscy jesteśmy ludźmi i potrzebujemy miłości.” Bez mrugnięcia okiem wbił spojrzenie w nic nie zdradzającą, skupioną twarz swojego partnera. Oddałby duszę diabłu, aby w tym momencie posiadać możliwość czytania w jego myślach. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale obawiał się, że Maddock by tego nie docenił. On sam miał wielki problem pojęcia co właściwie się stało i dlaczego nagle zapałał całą repertuarem uczuć do tego dziwnego, często oschłego człowieka.
Maddock wyraźnie czując się nieswojo pod badawczym spojrzeniem zwrócił się do kamery, chcąc zakończyć ten cały występ jak najszybciej.

– „Mimo że nie bardzo rozumiałem w jaki sposób taka forma kampanii miała pomóc w tak ważnej sprawie, bo przecież co ma dwóch przypuszczenie heteroseksualnych mężczyzn całujących się udowodnić? To zwyczajnie nie mogłem odmówić udziału. Głównie dlatego, że wbrew pozorom problem homofobii, dręczenia, nieprzeciwdziałaniu dyskryminacji i braku właściwiej edukacji w tym temacie dotyczy znacznie więcej ludzi niż to by się mogło wydawać. Jeśli nie chodzi o nas bezpośrednio, to może chodzić o nasze dzieci, kogoś z naszej rodziny, przyjaciół, współpracowników czy osoby pośrednio związane z naszym życiem codziennym. Osoby których twarze widujemy każdego dnia, uśmiechamy się może nawet do nich. Wymieniamy pozdrowieniami. Nasza obojętność czyni nas tak samo winnymi jak tych, którzy przyczyniają się do rujnowania życia ludzi tylko, że nie mieszczą się w ciasne ramki ich umysłów.” Wzdychając głęboko Maddock rozejrzał się po całej scenerii patrząc na ludzi ich otaczających. „Możemy udawać, możemy chować głowę w piasek. Nie zmieni to jednak rzeczywistości. Nasze życie jest nieprzewidywalne. Próbowanie zatrzymania na siłę postępu i rozwoju jest po prostu idiotyczne, i z góry skazane na niepowodzenie. Rozwijamy się i uczymy, bo to jest w naszej naturze. Łakniemy wiedzieć i rozumieć. Musimy jednak zacząć od zrozumienia siebie.„ Przełykając ślinę Maddock spojrzał w oczy Darnella.”Ta kampania pomogła mi zrozumieć, co dwóch całujących się mężczyzn czy kobiet może udowodnić. A mianowicie, że musimy zmienić nasze postrzeganie związków międzyludzkich. Otworzyć się i zmienić nienawiść, strach na sympatię i przyjaźń. Budować zamiast niszczyć. Musimy przestać kurczowo trzymać się przekonań narzuconych nam przez innych i wreszcie zacząć myśleć samodzielnie. Dwóch całujących się mężczyzn udowodniło mi, że nie musimy się bać, bo nie ma czego.” Ciągnąc Darnella za rękę, zmusił go do tego żeby usiadł przy nim na kanapie. Darnell czuł że serce podchodzi mu do gardła. Słowa Maddocka dawały mu nadzieję, na którą nie pozwalał sobie wcześniej. „Bliskość może być przerażająca, ale jaki wybór mamy? Przeżyć nasze życie opuszczając bezpieczne mury, które wybudowaliśmy naokoło siebie, chowając się przed bólem i rzeczywistością okrutnego świata, aby zrobić to co słuszne i dobre lub umierać na raty kilkadziesiąt lat w samotności. Ja wiem jaka jest moja decyzja. Świąteczny pocałunek pomógł mi zrozumieć jak mało wiem, jak wiele jest jeszcze do odkrycia, zrozumienia i zrobienia. Póki co jest tylko jeden świat dla nas wszystkich i mamy tylko jedno życie, bez szansy na naniesienie poprawek” Pochylając się w stronę Darnella, Maddock uchwycił jego usta w głębokim, stanowczym pocałunku. Darnell nie zamierzał się w ogóle opierać jednak. Z westchnieniem ulgi  rozwarł wargi wpuszczając jego język do środka. Nie przypuszczał żeby kiedykolwiek miał dość. Przerażało go to. Niestety Maddock urwał pocałunek, a ekipa zaczęła klaskać na zakończenie ujęcia, wybijając go z lekkiego oszołomienia.
     Nagle dotarło do niego, że to już zasadniczo koniec. Ich rola w kampanii była zakończona. Mogli spakować się, pożegnać się i mogli wracać do domu. Wstając niepewnie na nagle drżących nogach Darnell rozejrzał się bezradnie nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Nie chciał przyznać, że po raz pierwszy jego życie w dużej mierze spoczywało w rękach kogoś innego. Jedyne czego chciał, to dostać szansę. Maddock z nieśmiałym uśmiechem przyjmował pochwały i komplementy od ekipy, która ich obległa. Nawet po kilku tygodniach nie umiał się odnaleźć w tłumie jawnie okazujących mu sympatię ludzi. Jak radził sobie z popularnością jako sportowiec było zagwozdką dla Darnella. 
     
      Otrząsając się z poplątanych myśli, Darnell wycofał się, chcąc uniknąć kolejnej fali rozemocjonowanych ludzi napierających na nich. Oczywiste było, że każdy się cieszył. Wiele nadziei i pracy było włożone w cały projekt, i wszyscy wręcz z zapartym tchem czekali na rezultaty.
     W wigilię Bożego narodzenia kampania miała oficjalnie wystartować, a więc kolejne dwa dni były najistotniejsze dla zakończenia prac przygotowawczych z sukcesem.  Presja była ogromna i Darnell widział napięcie i stres znaczący twarz jego brata głębokimi bruzdami zmęczenia. Chciałby ulżyć mu, ale był bezradny nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. W końcu oddał tej kampanii swój czas, pieniądze i serce.
   O sercu mówiąc, jego oczy znów powędrowały za Maddockiem wolno sunącym przez tłum, wiecznie zaczepiających go ludzi. Ruszał się jak robot, powoli, ale niestrudzenie. Jego głowa przytakiwała, a usta ruszały się w odpowiedzi, jego oczy jednak były wbite w Darnella jak dwa lasery. 
      Dreszcze ekscytacji i niepokoju przepłynął mu po plecach. Miał wrażenie, że kiedy jego przyjaciel do niego dotrze, najbardziej zwariowane tygodnie jego życie dojdą do kulminacyjnego momentu. Czy jednak będzie to koniec, czy początek życia jakie znał?
- Co teraz? – zapytał zanim jeszcze jego mózg zdołał wysłać jakiś konkretny impuls do reszty jego ciała. Musiał wiedzieć.
Maddock podszedł blisko, stając z nim twarzą w twarz. Jego oczy błyszczały, ale minę miał bardzo poważna. Darnell uwielbiał jego zapach, ciepło bijące z muskularnego, szczupłego ciała i intensywne spojrzenie bystrych oczu. Uwielbiał wszystko w tym człowieku. 
- Teraz? Teraz idziemy świętować... – odparł Maddock spokojnie, jakby odpowiedź była oczywista. Lekki uśmiech wygiął kącik jego ust. – Dzisiejszy dzień i dzisiejszy sukces...
 - A co potem?
 - A potem będziemy świętować każdy kolejny dzień. Tak długo jak długo będziemy w stanie.
 - Razem? - zapytał Darnell gwałtownie, chwytając ramiona Maddock prawie nim potrząsając, nie mogąc już zwyczajnie wytrzymać napięcia. Sportowiec roześmiał się odrzucając głowę do tyłu i obejmując Darnella ramionami w pasie.
 - Razem. Życie bez ciebie byłoby puste i jednostajne. Nie chce umierać na raty!
    Wypuszczając długo wstrzymywany oddech Darnell złapał Maddocka w objęcia niemal unosząc go nad podłogę. Radość rozpierała mu pierś, a emocje podejrzanie chciały wypłynąć mu oczami. Męsko jednak zapanował nad sobą. Patrząc swojemu partnerowi w oczy zadeklarował stanowczo.
- Obiecuję, że będę cię irytował nie częściej niż raz na tydzień.
- Wątpię w to, ale doceniam gest – Maddock wyśmiał go bez skrupułów. Splatając palce ich rąk, pociągnął nie opierającego się Darnella do wyjścia. – Chodźmy zacząć nasze świętowanie. Jak znam życie, czeka nas niezła jazda bez trzymanki od teraz.

    Darnell nie obawiał się tego co go czekało jeśli tylko Maddock będzie stał przy nim stawiając czoła reszcie świata. Był wart każdego wysiłku i starania. Reszta świata mogła dosłownie i w przenośni cmoknąć go w cztery litery. 



*********************************************************
Za wszelkie literówki i błędy przepraszam. Pisałam zakończenie dosłownie na kolanie w przerwach w przygotowaniach do świąt.
Pisząc to zakończenie cały czas myślałam co jeszcze się może wydarzyć w ich życiu. Być może będę musiała wrócić do nich i przekonać się co życie im przyniosło ;)

środa, 8 czerwca 2016

Moje ebooki

Kochani w odpowiedzi na wszystkie emaile, które otrzymuję, przy pomocy mojego nieocenionego partnera, udało mi się znaleźć rozwiązanie w kwestii sprzedaży moich ebooków.
Jest to tymczasowe rozwiązanie i nie jest idealne, ale da szansę tym, którzy szukają moich prac, łatwe ich nabycie.

Zdecydowałam się skorzystać z usług PayPal, który jest dziecinnie prosty w obsłudze.
Każdy zainteresowany moimi opowiadaniami, może teraz zakupić je wysyłając płatność z tytułem książki na mój PayPal, a ebook będzie wysłany na wasz adres email tego samego dnia.

Adres email PayPala to: anishyadevlingel.books@gmail.com


Ceny ebooków:

Ile jest prawdy w prawdzie? - 12,99 zł

Pan pozna Panią... Pana - 10,99 zł

Poślizgiem pod choinkę - 8,99 zł



Postaram się dopracować wszystko jak najszybciej. W razie pytań, wątpliwości lub problemów, proszę piszcie na mój nowy email. Tym sposobem będę w stanie zareagować szybciej.
Dziękuję wam za zainteresowanie, piękne komentarze i cudne emaile.
Dzięki wam chce się żyć :)


czwartek, 26 listopada 2015

Moje ebooki - problemy

Nie macie pojęcia jaka jestem wdzięczna wam za wasze komentarze i rady. Przepraszam, że nie odpowiadam na wszystkie osobiście, ale naprawdę jestem zarobiona po kokardki. Proszę, wierzcie mi, że je doceniam całym sercem.
Dziękuję zwłaszcza za informacje o zniknięciu moich ebooków z księgarni internetowych.
Sprawdziłam i faktycznie Wydaje.pl przepadło wraz ze sporą sumą moich pieniędzy :'(
Skontaktowałam się z nimi i zobaczymy czy doczekam się jakiejś reakcji. 
Sama jestem sobie winna, że nie trzymałam ręki na pulsie :(
Wydaje się, że Virtualo też wycofał moje ebooki bez informowania mnie, czy wypłacenia mi pieniędzy - a te pieniądze właśnie zbierałam na zainwestowanie w nowe okładki i betowanie moich prac. Zobaczymy co mi odpowiedzą.
Udało mi się znaleźć mój ebook w Merlinie, będę się jednak musiała zorientować konkretnie, gdzie pieniądze idą. 
*****

Jeśli chodzi o dokończenie którejś z moich prac - to nie chcę obiecywać czegoś, czego nie będę w stanie wypełnić, ale marzę o dokończeniu przynajmniej jednego z opowiadań na święta. Obiecuję, że zrobię co w mojej mocy. 
A z osób które nie mogą dostać moich ebooków, wylosuję trzy osoby, dla których ufunduję moje opowiadania jako prezenty gwiazdkowe. 
Jeśli chcecie wziąć udział w losowaniu - po prostu zostawcie komentarz, który ebook byście chcieli znaleźć pod choinką :)

piątek, 31 lipca 2015

Przepraszam, przepraszam, przepraszam....

Bardzo, bardzo przepraszam. 
Nie mam naprawdę dobrego usprawiedliwienia dlaczego nie napisałam nawet malej notki co u mnie się dzieje. Byłam zajęta, ale wciąż mogłam napisać choć kilka slow. 
Nie będę wymienić wszystkich powodów dla których mogło by się wydawać, ze was porzuciłam, za późno na usprawiedliwienia, a każdy wie jakie jest życie. 
Nie porzuciłam was, obiecuje i będę się starała wrócić w wasze laski bardzo szybko.
Więcej info wkrótce obiecuje.
Buziaki

* mój laptop ma bunta i nie mogę zmienić języka na polski, wiec ta notatka to taka kaleka.  

niedziela, 2 marca 2014

Zgodnie z obietnicą...

 Obiecałam, więc jest...
niepoprawiany, na świeżo napisany i wstawiony dla was kochani...
a teraz idę się pakować, bo jutro lecę z powrotem do Anglii i do was kochani :)



Świąteczny pocałunek
..trwa ;)


Rozdział szósty

Za każdym razem, kiedy Parker mówił: musimy zamienić słowo; Darnell wiedział, że nie spodoba mu się ta rozmowa. Nie był więc wcale zdziwiony, kiedy jego brat najpierw przez pięć minut krążył mu po pokoju hotelowym, jakby musiał dobrze się zastanowić czego nie chce powiedzieć, a potem kolejne dziesięć układał rzeczowy i pouczający wykład, który wyjaśniał dlaczego Prudence Fox nie miała racji.
Darnell średnio był zainteresowany tym tematem i dosłownie było mu naprawdę wszystko jedno, o co chodziło tej kobiecie, ale nie śmiał przerywać bratu. Doskonale wiedział, że nie dlatego Parker chciał z nim rozmawiać, nie był jednak skłonny niczego mu ułatwiać. Jeśli coś miał mu do powiedzenia, zwłaszcza na temat jego pocałunku z Maddock’iem, sam musiał zainicjować konwersację.
W końcu sam nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Nie żeby jakoś szczególnie próbował. Pewność miał jedną i tu nie było nic do zastanawiania. A mianowicie nie dało się zaprzeczyć, że bardzo mu się podobało to co wzbudzał w nim młody sprinter i zdecydowanie był gotów na więcej. Po za tym Maddock intrygował go. Zaś to nie często mu się zdarzało ostatnimi czasy. Właściwie miał wrażenie, że już wszystko widział i nic go nie dziwiło, a każdy człowiek był do pewnego stopnia przewidywalny. Maddock jednak nie mieścił się w żadne ramki. A to nie było bez znaczenia w świecie gdzie każdy próbował się dopasować.
– Okej. Przejdziesz do rzeczy czy masz zamiar wychodzić dziurę w moim dywanie, zanim nazbierasz odwagi? – zapytał w końcu Darnell niezdolny dłużej wytrzymać nerwowego ciskania się swojego brata. Nawet on miał pewne granice. Wciągając swoją ulubioną, znoszoną niebieską bluzę i wciskając ją za pasek jeansów, z wystudiowaną niedbałością usiadł na fotelu, wolno popijając swoją zamówioną do lunchu kawę. Poddał się nie mając nadziei, że Maddock przyjmie jednak jego zaproszenie i postanowił zjeść w pokoju tracąc ochotę na wyjście. Teraz wodził oczami za wysoką sylwetką, próbując rozgryźć, o co tak naprawdę chodziło mężczyźnie, bo z Parkerem to nie do końca było czasem pewne wbrew pozorom.
– Wiesz jak wiele dla mnie znaczy to, że bierzesz udział w tej kampanii. – Tak, oczywiście, że Parker musiał zacząć z grubej rury, przyjmując protekcjonalny ton i drażniąc Darnella już na występie. Później nie było wcale lepiej. – Wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć...
– Do sedna Parker.
– Chodzi o to, że znam cię.
– To powinieneś wiedzieć, że takie owijanie w bawełnę mnie wkurza – wtrącił zirytowany już nie na żarty Darnell. – Mów, jeśli masz coś do powiedzenia, a jeśli nie, to pilnuj własnego nosa.
– Boję się, że wpakujesz się w jakiś skandal, a to na serio nie jest potrzebne naszej sprawie.
Robiąc wielkie oczy Darnell zakpił z brata, tym bardziej, że widział jego dyskomfort.
– A jakiż to skandal grozi kampanii na rzecz walki z homofobią, wśród długiej listy innych ważnych rzeczy takich jak równość, wolność i bezpieczeństwo… – rzucił sucho –  przy udziale dwóch mężczyzn? – dodał, wcale nie siląc się na udawanie, że nie ma pojęcia, o czym Parker do niego mówi. Nie mieli już po kilkanaście lat i nie musieli próbować się przechytrzyć, aby wyszło, który jest mądrzejszy i sprytniejszy.
– Jak już powiedziałem – powtórzył Parker z naciskiem, stając naprzeciwko wygodnie siedzącego Darnella, patrząc na niego z góry i zaplatając ręce na piersi. – Znam cię wystarczająco dobrze, aby poznać błysk w twoich oczach. Zawsze we wszystko pakujesz się bez zastanowienia, skacząc głową naprzód. Nigdy nie myślisz o konsekwencjach, bo albo z większości tarapatów zawsze udawało ci się wychodzić obronną ręką, albo traciłeś zainteresowanie zanim właściwie miałeś szansę władować się na dobre w jakieś kłopoty.
– To chyba raczej świadczy o moim szczęściu, a nie stwarza powód do martwienia.
– Pogrywanie ze sławnym sportowcem może się zakończyć zajebiście wielkimi kłopotami. Nawet ty musisz sobie zdawać z tego sprawę.
– Nie chwytam, co rozumiesz przez pojęcie „pogrywania sobie” – oświadczył Darnell cicho. W duszy jednak powtarzał rzucając nieme wyzwanie bratu: powiedz to, powiedz to, no dalej powiedz to na głos!
– Maddock Sheffield to nie nowa zabawka, która cię intryguje. To człowiek, który naprawdę może ci narobić kłopotów. Zrozum, że ta kampania opiera się na dobrej woli ludzi. Jeśli zrazisz go, obrazisz czy zwyczajnie zabawisz się jego kosztem, będzie to rzutowało na ciebie, na mnie i w konsekwencji na całą akcję. Obserwowałem cię…
– Dlaczego? – Darnell nie zamierzał się ugiąć. Wiedział, że jeśli nie przyciśnie do muru swojego brata, to nie dostanie ani jednej prostej, bezpośredniej odpowiedzi, tylko kolejny wykład o moralności, odpowiedzialności i obowiązkach. Zresztą bardzo był ciekawy odpowiedzi na to jedno pytanie.
Wytrącony ze swojej tyrady niespodziewaną zmianą tematu Parker, przez chwilę wpatrywał się w niego lekko przechylając głowę na bok, jakby próbując rozszyfrować podwójne dno pytania. Tylko, że tam nie było żadnych podtekstów, było wręcz boleśnie proste. Darnell poprawił się, wyciągając przed siebie długie nogi i krzyżując ręce na piersi. Bez problemu wytrzymał badawcze spojrzenie wymierzone w niego.
– Co, dlaczego? – zapytał w końcu jego brat, jakby próbując zyskać na czasie.
– Dlaczego mnie obserwowałeś? Jestem niezależnym finansowo i zawodowo, prawie trzydziestoletnim mężczyzną. Dlaczego czujesz się w obowiązku pilnować mnie jakbym był twoją siedmioletnią córką Marigold?
– Bo się o ciebie martwię! – wybuchnął zdenerwowany nagle mężczyzna. Przeczesując dłonią włosy, obrócił się na pięcie i ruszył do barku w kącie pokoju.
– Nie ma powodów. Po za moim jednym wyskokiem w wieku szesnastu lat, zawsze byłem rozsądny i odpowiedzialny. – Darnell naparł na brata, kładąc na każdym słowie nacisk i bez mrugnięcia powiekom śledząc każdy jego ruch.
– Nie oznacza to, że masz monopol na fuksa. Dla ciebie jak dla każdego innego lepiej jest unikać problemów niż szukać z nich później wyjścia – skontrował bankowiec marszcząc brwi z niezadowoleniem. Racjonalizm jego roztrzepanego zazwyczaj brata był dla niego niespodzianką, bo nie często miał miejsce.
– Zawsze ponoszę odpowiedzialność za swoje czyny. Nie rozumiem więc, skąd się wziął twój nagły niepokój? – Trochę już zdenerwowany i sfrustrowany tonem rozmowy, Darnell poprawił się, próbując wmówić samemu sobie, że nie ma powodów do irytacji. Jego brat mógł być wrzodem rozsądku na jego tyłku, ale był całkiem porządnym człowiekiem. Oczywiście błądził jak każdy, a Darnell był pierwszy, aby mu to bez ogródek uświadomić. – Czy jesteś pewien, że to o mnie się niepokoisz? Że to ja stwarzam problem? Może po prostu martwi cię, że przez przypadek pocałunek z Maddock’iem mógł mi się za bardzo spodobać? – To było uzasadnione pytanie, skoro jemu samemu kołatało się po głowie przez cały czas.
Palce Parkera zacisnęły się niespodziewanie na szklaneczce Burbona, którą sobie nalał, a na policzki wypłynęły mu lekkie rumieńce. Skoro sięgał po alkohol w porze lunchu, to oznaczało, że był bardziej wzburzony niż chciał to głośno przyznać, nawet przed sobą samym. Co prawda Darnell w ogóle mu się nie dziwił, biorąc pod uwagę presję, w jakiej ostatnio żył, ale nadal niepokoił go fakt, że najbliższa mu osoba może okazać się, kimś kogo w ogóle nie znał. Ostatnie dni i udział w nagraniach otwarły mu oczy na wiele spraw, co wkurzało go niejako. Nie chciał, aby wątpliwości zatruwały mu życie. Chciał mieć wszystko poukładane i pięknie popakowane w schludne szufladeczki, aby wiedzieć, czego się od życia jeszcze spodziewać. Jak to mówią jednak: gdyby życzenia były końmi…
– Mówisz jakby to był jakiś żart. Powód do drwin! – wycedził mężczyzna, ściągając rozmowę na całkiem nowy poziom „mówię śmiertelnie poważnie”. – To nie jest śmieszne.
Darnell’owi włosy zjeżyły się na całym ciele. Był skonfundowany, podniecony i podekscytowany. Gorzej, był nawet poniekąd wystraszony, ale zdecydowanie nie było mu do śmiechu.
– Mylisz się, jeśli uważasz, że traktuję to jak żart czy zabawę. – Wolno unosząc się z fotela, wyciągnął się na całą długość, próbując rozluźnić napięte jak postronki mięśnie. Kiedy stało się dla niego jasne, że nic nie pomoże, ruszył do swojego brata zdecydowany na ostateczną konfrontację.
Lata doświadczenia w „śmiertelnie poważnych” rozmowach, ostrzegło Parkera, że dialog między nimi właśnie przybrał nowy obrót. Odstawiając prawie nienapoczętą szklaneczkę alkoholu odwrócił się do Darnella przodem. W oczach miał ten swój upór, którego Darnell tak nie znosił. Upór, który zawsze sprawiał, że ścierali się jak dwa byki i w rezultacie każdy ostatecznie zostawał przy swoim, i tak czy inaczej obaj musieli z tym żyć.
– Czy w ten pokrętny sposób chcesz mi powiedzieć, że traktujesz Maddocka Sheffielda w sposób wykraczający po za sympatię między partnerami i współpracownikami? – Pozostawić to Parkerowi, żeby wszystko skomplikował, kiedy odpowiedź była bardzo prosta. Darnell nie miał oporów, aby stawić czoła swojej głupocie.
– Jeśli w ten zawiły sposób chcesz wiedzieć czy lecę na niego? To tak. Napaliłem się jak idiota. Czy to zaspokaja twoją ciekawość? Bo jeśli chciałeś usłyszeć coś przeciwnego, to przykro mi bardzo bracie, ale nie masz szczęścia. – Widząc jak oczy jego bratu wychodzą na wierzch, musiał zdławić śmiech i spróbować opanować sytuację zanim biedak wybuchnie. – Nie martw się. Nie uważam wcale, że to jest najmądrzejsze, co mi się mogło przydarzyć.
Po kilku głębokich wdechach i wielu nieudanych próbach wydobycia z siebie głosu, Parker niczym desperat chwycił się z powrotem swojej szklaneczki, którą wcześniej, najwyraźniej bardzo pochopnie odstawił. Ostatecznie spojrzał na Darnella jak dezaprobujący ojciec strofujący niepokorne dziecko.
– Wiem, że emocje unoszą się wysoko w sytuacjach takich jak ta – zaczął mentorskim tonem, który z miejsca posłał ciśnienie Darnella pod sam sufit. – Ludzie z natury łatwo ulegają panującemu uniesieniu i ekscytacji, kiedy znajdują się w tłumie. Zwłaszcza, jeśli ciśnienie jest duże i grupa ludzi poddawana jest pewnej presji przez dłuższy czas. – Kolejne wypowiedzi nie pomagały uspokoić się młodszemu Kimrey’owi, ale Parker wydawał się nie dostrzegać jego wciąż rosnącego ciśnienia i coraz mocniej zaciśniętych warg. – W tym wypadku uczucia są skumulowane, bo wielu osobom naprawdę zależy, aby zrobić wreszcie jakiś porządny, duży krok we właściwym kierunku. Każdy jest na psychiczny haju. Wszystko nagle wydaje się ciekawsze, bardziej podniecające i tysiąc różnych opcji wyskakuje przed człowiekiem znikąd. Nie trudno pomylić zaciekawienie z rzeczywistością. Nie sądziłem jednak, że i ty dasz się ponieść… –  dodał wyraźnie niedowierzając, że taka opcja stała się realna i musiał się z nią uporać.
Och, to się Parker zdziwi – pomyślał nie bez przekąsu Darnell nie mogąc już dłużej znieść jego bredzenia od rzeczy.
Nie napalił się, bo wszędzie byli całujący się ludzie, a każdy podświadomie myślał o seksie i chcąc czy nie chcąc, zastanawiał się co większość z tych występujących facetów czuła i czy im pały stawały z ekscytacji i podniecenia. On się napalił, bo Maddock zwykłym pocałunkiem właściwie rzucił go na kolana i kopnął w jądra, wzbudzając całkiem nowy zestaw pragnień, których nie miał zamiaru tak łatwo się wyrzec.
– Wierz mi, że doskonale wiem, co się dzieje – stwierdził cicho, bez ogródek wtrącając się w pół słowa bratu. Przekrzywiając na bok głowę przyjrzał się reakcji Parkera na swoje oświadczenie, aby nie przegapić żadnej emocji, która odbiła się w oczach starszego mężczyzny. Bardzo ważne było dla niego, aby się nie rozczarować. Chciał za wszelką cenę upewnić się, że jedna z dwóch najważniejszych osób w jego życiu dorasta do jego wyobrażeń i pragnień. On egoista? Nigdy… – Czy się tego spodziewałem? Nie. Czy zamierzam coś z tym zrobić? Zdecydowanie. Dlaczego tak jest? Nie wiem, nie mam zamiaru dręczyć się tym i ty jako organizator akcji mającej za zadanie wywalczyć dla wszystkich prawo wyboru z kim się wiążą nawet nie powinieneś pytać.  
Parker wyraźnie nie lubił odpowiedzi swojego brata, bo jego twarz poczerwieniała nagle i wyglądał jakby był na pograniczu wybuchu. Trwało jednak to zaledwie moment, bo już po kilku głębokich wdechach, wciągniętych z sykiem przez nos, z chłodnym opanowaniem zmierzył Darnella długim, taksującym spojrzeniem.
– Szczerze mówiąc nie wybrałbym dla ciebie takiej opcji, gdybym miał coś do gadania, jednocześnie jednak jestem realistą. Moja opinia się nie liczy i dobrze zdaję sobie z tego sprawę. Czy to lubię? Nie. Przełknę jednak, bo tak postępuje dorosły, inteligentny człowiek. – Chłód w jego głosie nie brzmiał prawdziwie i Darnell miał wrażenie, że chyba raczej miał służyć za przykrywkę dla całkiem sporych emocji, które nim targały, niż lodowatą wściekłość Parkera, nie zamierzał jednak naciskać. Spokojnie słuchał, choć serce waliło mu nieprzytomnie. – Jestem też szczerym człowiekiem i nie zamierzam ściemniać, i lukrować gorzkiej prawdy, żeby było łatwiej ją przełknąć. Kocham cię i jesteś dla mnie jedną z najważniejszych na świecie osób, więc dosadnie mówiąc w dupie mam, z kim się spotykasz czy z kim się zwiążesz, bo zawsze stanę po twojej stronie… – wycedził wolno Parker, bez drgnięcia powieką zbliżając się do swojego brata i z wyzwaniem patrząc mu w oczy. Tylko cudem udało się zdławić Darnell'owi westchnienie ulgi.  – O ile dorośniesz w końcu do tego, ażeby w ogóle się z kimś związać.
Cios był celny, szybki i bolesny, i Darnell tylko resztką siły woli nie pomasował swojej piersi, próbując złagodzić fantomowy ból. Parker potrafił mu dokopać jak nikt inny, znał go też jak żadna inna żywa osoba na świecie. Szkoda, że jednak czasem naprawdę nie dostrzegał oczywistych rzeczy. Życie ich obu byłoby o wiele prostsze. On nie miał problemu ze związkami. Problem miał z ludźmi, bo nikomu nie było można ufać, a do związku potrzeba było dwojga ludzi.
– Kiedy sam zaczniesz osiągać jakieś sukcesy na tym polu, wróć, to zgłębimy ten temat – odparł, w samoobronie zadając własny cios poniżej pasa. Zawsze lepiej było cierpieć grupowo, a on nigdy nie udawał, że nie był małostkowy. Wargi jego brata zacisnęły się tak mocno, że zbielały, a kamienny mur prawie z hukiem wyrosł wokół niego. Kiedy jednak wtykasz nos w czyjeś życie musisz liczyć się, że w konsekwencji i twoje własne może zostać ocenione. – Bądź również uspokojony, bo zapewniam cię, że cokolwiek stanie się między mną i Maddock'iem, będzie on w pełni dobrowolnym, chętnym i aktywnym uczestnikiem.
Wielka brawura przez niego przemawiała, gdy tak pochopnie zdeklarował swoje zamiary względem swojego partnera, ale przecież Parker nie musiał wiedzieć jak się sprawy miały na ten moment, i że to wcale nie było takie pewne, że Maddock da mu się choćby zbliżyć do siebie na odległość wystarczającą, aby mu dać kopa na zapęd jak go będzie odsyłał z kwitkiem.
Na szczęście dla rozdygotanego w środku Darnella głośne pukanie przerwało im dalszą rozmowę. Ktokolwiek to był zasługiwał dosłownie na pocałowanie, bo dalsza dyskusja braci znalazła się właśnie na równi pochyłej i wkrótce skończyłaby się w sposób, którego obaj by żałowali. Mierząc się jeszcze przez krótki moment chłodnym wzrokiem obaj mężczyźni rozstąpili się, a Darnell z nadzieją poszedł sprawdzić, kto go odwiedził.
Zanim zdołał dobrze otworzyć, mała kulka energii odziana w brokatem skąpaną kreację wpadła do środka, z piskiem rzucając mu się na nogi.
– Wujku! Jestem! – Marigold Kimrey oświadczyła swoje przybycie z emfazą i furkotem kokardek. Kiedy Darnell poderwał ją w objęcia, zachichotała wypełniając całe pomieszczenie radością. Twarze obu mężczyzn rozpromieniły się natychmiast.
– Widzę, że jesteś – przytaknął całując czubek jej blond czuprynki. Najwyraźniej jej atrakcja baseballem przeminęła i weszła w nową fazę, bycia księżniczką w zwiewnych sukienkach i lokach. Już dawano nauczył się nie zadawać małej kobietce pytań.
– Przepraszam panów. – Cichy głos niani Marigold, Very wyłonił się zza futryny wraz z niewysoką sylwetką starszej pani. – Marigold chciała się upewnić, że pamięta pan o obiecanym lunchu, który mieliście razem zjeść. – A obietnica to przecież była rzecz święta dla małej kobietki i nikt, a zwłaszcza jej tata i wujek nie mieli prawa, i dość odwagi, aby ją złamać. Opiekunka tylko pilnowała, aby wszyscy byli szczęśliwi i nikt nie miał kłopotów.
Parker z uśmiechem skinął głową kobiecie, wdzięczny za lata wspaniałej troski i opieki nad całą ich trójką.
Marigold zaciskając małe rączki na szyi Darnella przyjrzała mu się krytycznie.
– Już wszystko wygrałeś? – zapytała podejrzliwie. Zdezorientowany Darnell już miał spojrzeć na swojego brata w nadziei na weryfikację, gdy nagle go olśniło. Próbując opanować śmiech, odparł poważnie, nie ważąc się nie docenić swojej bratanicy.
– Jeszcze nie nagrałem wszystkiego. Mam jeszcze trochę pracy. – Zostawiając między dwoma palcami centymetr przerwy pokazał dziewczynce jak niewiele pracy mu zostało, aby ją uspokoić. – O dokładnie tyle. Dlaczego pytasz?
– Tylko sprawdzam czy skończysz przed świętami, bo nigdy cię nie ma jak pracujesz. – Marigold chciała się upewnić czy jej idealnie zaplanowane święta nadal będą idealne. Z dorosłymi, to przecież nigdy nie było wiadomo.
– Nic się nie martw. Twój tata już nas wszystkich przypilnuje, aby wszystko było skończone na czas. – Rzucił bratu spojrzenie, uśmiechając się kącikiem ust. W razie czego on był kryty.
– Tato powiedział, że twój partner, z którym pracujesz jest bardzo szybki, chyba więc już długo wam nie zajmie? – dopytywała się, aby już całkowicie rozwiać wszelkie wątpliwości.
– Powiedzmy, że kiedy biega to jest jak błyskawica. Jest więc prawdopodobne, że ze wszystkim jest taki prędki. – Darnell podzielał jej nadzieję, że Maddock jest szybki, tylko z absolutnie innych powodów niż ona. On miał absolutnie egoistyczne przesłania.
Parker jakby wyczuwając, że jego myśli zaczynają błądzić po niewłaściwych rejonach, odebrał mu dziecko, witając się z nią entuzjastycznie. Mała istotka jednak była dumną spadkobierczynią uporu rodziny Kimrey, bo wyglądając znad ramienia ojca nadal przepytywała wuja.
– Czy jest taki szybki, że jakbyś uciekał to by cię dogonił? – Najwyraźniej bardzo ją fascynowało czy ktoś jest w stanie pokonać jej dzielnego wuja. Parker prychnął pod nosem, ale w ostatnim momencie ugryzł się w język zanim palnął coś, za co Darnell musiałby mu wybić kilka ślicznych, białych ząbków.
– Nie mam pojęcia szczerze mówiąc, ale pewnie tak – odparł wujek poważnie, nie chcąc mieszać dziecku w głowie, tym bardziej, że znał ich małego szatanka i wiedział, że w jakiś sposób zmusiłaby go do tego, aby sprawdzili. Co oczywiście byłoby absolutnym upokorzeniem jego męskości, bo nie miałby szans z Maddock'iem, nawet w przedbiegach.
– A jakby chciał ci uciec, to złapałbyś go? – Niewyczerpana kopalnia pytań, to było drugie imię Marigold. Patrząc na dziewczynkę Darnell uśmiechnął się krzywo. Parker miał niezłego następcę.
– Mam nadzieję, że nie będzie chciał mi uciec – powiedział spokojnie z lekkim mrugnięciem oka. Pielęgnując w sercu szczerą i gorącą nadzieję, że się nie myli.
Mina Parkera była porażająca. Wyglądał jakby był rozdarty między chęcią wrzeszczenia z frustracji i napadem dzikiego śmiechu. Sytuację jednak rozładowało kolejne pukanie do drzwi, za co Darnell był tylko jeszcze bardziej wdzięczny. Sam nie wiedział co go napadło tego dnia. Nie miał pojęcia jak sobie poradzić z buntem emocjonalnym, który czuł i co powinien zrobić, aby nie wpakować się w szambo po uszy. Nie chciał też wykończyć psychicznie swojego wyraźnie nadopiekuńczego brata. W końcu mężczyźnie leżało na sercu jego dobro, a to raczej trudno było mieć mu to za złe.
Na wdechu, bez racjonalnego powodu przejęty, otwarł drzwi prawie zachłystując się na widok wyraźnie spiętego, rozczochranego Maddocka na swoim progu. W duszy spodziewał się, miał nadzieję, że to on, a jednak był zaskoczony. Może nawet trochę przestraszony, kiedy ten w końcu zjawił się.
Mężczyzna wyglądał jakby gnębiło go zbyt wiele problemów na raz i już praktycznie był na granicy wyczerpania psychicznego. Zdenerwowany i spięty zdawał się być skłonny do zerwania się do ucieczki w każdym momencie, choć z drugiej strony stał twardo, wspierając się dłonią o framugę i ze zdeterminowaną miną patrząc na Darnella, przyszpilając go do miejsca. Rozchełstana czarna koszula i wymiętoszone, tegoż samego koloru, spodnie dodawały mu tylko powabu. Dość, że oczy płonęły mu podejrzanie znajomym Darnell'owi płomieniem. On sam przecież czuł dokładnie ten sam żar w swoim wnętrzu.
– Myślałem już, że jednak odrzuciłeś moje zaproszenie… – wymamrotał przez zaschnięte usta. Nagle przełykał z trudem, a jego wnętrze zmieniło mu się w galaretkę. Czuł się idiotycznie, ale nie przeszkadzało mu to modlić się, aby Maddock nie czmychnął po raz kolejny. Chciał mieć szansę. Szansę, aby wreszcie zrozumieć samego siebie. Nie było to jednak łatwe, kiedy nie był pewien czy z ekscytacji będzie zdolny skonstruować choćby jedno normalnie brzmiące zdanie.
Maddock potrząsnął głową nie odrywając od niego swojego rozpalanego spojrzenia. Roztrzęsione dłonie wcisnął mocno w kieszenie spodni.
– Chciałem… – wyznał raczej drętwo, krzywiąc się przy tym lekko. Jego oczy na moment uciekły spojrzeniem w bok, ale już sekundę później znów zmierzyły się z praktycznie nie mrugającym Darnell’em. Oblizując spierzchnięte wargi, dodał cicho i nieustępliwie: – Nie jestem głodny, ale wygląda jednak na to, że na lunch będę miał ciebie.
Poruszając się jak błyskawica, wepchnął zaskoczonego Darnella do pokoju, w tym samym momencie wpijając się gwałtownie w jego usta. Przytrzymując mocno kark aktora, wbił palce w drgające mięśnie.
Zanim zdumiony Darnell miał szansę choćby pisnąć, już był przyparty plecami do drzwi z Maddock’iem ciasno przyciśniętym do jego ciała na całej długości. Długie, silne palce wplotły mu się we włosy i unieruchomiły jego głowę skutecznie. Co miał zrobić, jeśli jedyne czego pragnął, to poddać się?
Długi dreszcz rozkoszy wstrząsnął jego wnętrzem i jakikolwiek protest formujący mu się na końcu języka został połknięty przez głodne wargi Maddocka.
Słowa, jęki i westchnienia utknęły Darnell'owi w gardle, a racjonalne myśli rozpłynęły się bezpowrotnie. Obecność trzech zdębiałych osób w pokoju wyparowała mu nagle z głowy. Przestała się liczyć na tę chwilę. Wszystko, co czuł i o czym zdolny był myśleć, to gorący, śliski język Maddocka badający jego usta, liżący każdy zakamarek. Jego zapach, gorąc oddechu i silny uścisk ramion go oplatających jak bluszcz. Zagubił się w kontrastach. Siła Maddocka i delikatność oszołamiała go. Zatopił się w miękkim dotyku ust i twardych mięśniach skrytymi pod ubraniami, które teraz pragnął zedrzeć, aby nie stały na drodze jego dłoni. Objął szczupłe ciało i zdusił w ramionach nie mogąc nagle znaleźć się dostatecznie blisko, aby zaspokoić rozbudzone pragnienie.
Głośny chichot Marigold i kreatywna litania słów, których Parker używał zamiast przekleństw zadziałała jak chlust lodowatej wody. Wszystko wróciło z szybkością światła i otoczenie naparło na nich ze wszystkich stron.
Poczuł dosłownie, w którym momencie obecność jego gości dotarła do Maddocka, bo zesztywniał mu w ramionach i gwałtownie przerywając pocałunek, spojrzał na niego szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. Wojna emocji rozegrała się w jego rozszerzonych źrenicach. Niedowierzenie, zażenowanie i zdumienie walczyło o lepsze miejsce na jego twarzy na raz.
Darnell czuł jednocześnie dumę i współczucie. Głownie jednak próbował opanować przyśpieszony oddech, szaleńczy puls krwi i nadal wielki wzwód wywołany seksownym, namiętnym pocałunkiem.
– O cholera – wyszeptał oszołomiony Maddock z rozpaczą wpatrując się w niego. Zaczerwieniony i rozdygotany wsparł czoło o czoło Darnella łudząc się nadzieją, że jak zamknie oczy i będzie wystarczająco mocno udawał, to okaże się, że jednak wcale nie ma tam świadków jego szaleństwa, a to tylko horror na jawie.
– Nie miałem szans cię ostrzec – wymamrotał Darnell nagle widząc zabawną stronę całego tego incydentu. Wolał jednak nie ryzykować kopniaka w jadra, uśmiechając się w nieodpowiednim momencie do zdenerwowanego przyjaciela. Mężczyzna mógłby w tym momencie nie docenić jego poczucia humoru, a już z całą pewnością nie dostrzegał komizmu sytuacji w tej chwili. No i po za tym nadal miał Maddocka przy sobie, ciasno przyciśniętego do piersi. Chętnego, choć może niezbyt zachwyconego tym faktem. Nad tym jednak mógł spokojnie popracować, o tym był przekonany i to dawało mu nadspodziewanie wiele radości.
– Pora na nas młoda damo – oświadczyła Vera głośno, usilnie walcząc z wybuchem wesołości, która wręcz rozświetlała jej oczy, zwracając tym na siebie całą uwagę. Zwłaszcza Maddock i Darnell odskoczyli od siebie dość gwałtownie.
Parker sztywny jak kołek z wargami ciasno zaciśniętymi skinął stojącym teraz obok siebie mężczyznom i stawiając córkę na podłodze, wsadził dłonie do kieszeni jakby wahając się czy wyjść, czy zostać i próbować odwieść brata od popełnienia jakiegoś szaleństwa.
Marigold, złote dziecko nieświadome napięcia w pomieszczeniu wręcz spływającego po ścianach, śmiejąc się w głos i tańcząc po pokoju, zaczęła śpiewać:
– Wujek ma chłopaka… na na na na! Ma chłopaka uuuuaaa…aaa… na na na na… Wujek ma chłopaka!
– Marigold! – Trzy oburzone i zaskoczone głosy zlały się w jedno, kiedy na policzki całkiem już upokorzonego Maddocka wypłynęły wielkie, gorące rumieńce. Vera nadal walcząc o zachowanie opanowania chwyciła dziewczynkę za rączkę, raczej zdecydowanie wiodąc ją do drzwi. Widać jednak było, że jej pomarszczone policzki lekko się trzęsą od hamowanego śmiechu. Darnell zagryzł wargi prawie do krwi, aby nie parsknąć w głos i nie pogłaskać po główce rezolutnego dziecka. Może mu odbiło już do końca, ale był bardziej niż gotów płynąć z prądem sytuacji. Po za tym Maddock onieśmielony i praktycznie oniemiały tworzył zachwycający widok.
– Panie Kimrey pora lunchu prawie minęła – dodała z naciskiem niania, widząc wyraźnie, że zatroskany ojciec nie zbiera się z nimi do wyjścia. Po twarzach młodych mężczyzn wnosząc, doszła do wniosku, że zdecydowanie woleliby zostać sami. – Marigold jest głodna. – Nie czekając na jego reakcję ruszyła do wyjścia, przekonana absolutnie, że bankowiec wie, co dla niego dobre i podąży za nimi bez protestu.
Marigold mając własne pomysły, stanęła nagle jak wryta w ziemię tuż przy drzwiach, wyciągając małą rączkę do stojącego jak słup soli Maddocka.
– Cześć, jestem ulubioną bratanicą wuja. Mam na imię Marigold – oświadczyła dziewczynka z szerokim szczerbatym uśmiechem ignorując niedżentelmeńskie parsknięcie Darnella i cichy jęk ojca.
Biegacz wyrwany nagle ze stuporu, zamrugał lekko, po czym otrząsnął się spiesznie i walcząc o zachowanie spokoju i równowagi, przyjął ofiarowaną dłoń. Kłaniając się elegancko przywitał małą kobietkę z rewerencją, na jaką zasługiwała.
– Witaj. Ja nazywam się Maddock Sheffield i bardzo miło mi cię poznać. Twoje imię jest prawie takie piękne jak ty – oświadczył z wielkim uśmiechem, trochę może naciąganym, ale za to pełnym dobrej woli, wywołując falę chichotu u dziewczynki i wielki aprobujący uśmiech u niani.
Darnell wcale nie był zdziwiony, że jego przyjaciel potrafił oczarować każdego. Sam przecież padł jego ofiarą, a facet nawet się nie starał.
– Marie to imię po mojej babci, a Gold, bo jestem skarbem taty, oczywiście… – odparło dziewczę z rezolutnym uśmiechem, bardzo zadowolone z siebie. Maddock spojrzał ponad głową sprytnego aniołka na jej ojca, ale mężczyzna tylko przewrócił oczami nie prostując tezy swojego dziecka.
– Oczywiście, że tak, skarbie. Wcale się nie dziwię – przyznał Maddock bez drgnięcia powieką.
– Marigold nie flirtuj z moim chłopakiem – wtrącił nagle Darnell, niezbyt szczęśliwy, że o nim zapomniano. Chciał też wrócić do tego, co zostało mu tak brutalnie przerwane. Zresztą drażnienie wszystkich i igranie z Maddock'iem miało urok samo w sobie. Głośne sapnięcie jego partnera i Parkera było jak nagroda za jego wysiłek. Szczerząc się do siebie nawzajem z dziewczynką, przybili sobie piątki chichocząc jak wariaci.  Łączyło ich porozumienie, które umykało reszcie zebranych, ale wuj i bratanica mieli to samo poczucie humoru. Co oczywiście nie cieszyło jej tatusia, już przewidującego jak często będzie musiał swoją pociechę wyciągać z tarapatów.
Nim ponownie wytrącony z równowagi sportowiec zdołał wydusić z siebie jakąkolwiek reakcję, Parker porwał swoją rozbawioną córkę i żegnając się raczej szybko wypadł z pokoju Darnella.
Krępująca cisza zapadła w momencie, w którym drzwi zamknęły się za ostatnią znikającą osobą. Napięcie i podniecenie opadło w trakcie tej niedługiej wymiany słownej i nagle wszystko, co pozostało, to zaskoczenie Darnella i zażenowanie Maddocka.

***

Próbując opanować drżące kolana, wywracające się wnętrzności i skołatane myśli, Maddock przeszedł na drugą stronę pokoju, aby stanąć koło okna i celowo dać sobie moment na uspokojenie. Przeczesując potargane włosy obiema dłońmi, zamknął oczy nie mogąc znieść rozpalonego, wszystko widzącego wzroku, milczącego jak nigdy Darnella. Te przeklęte niebieskie oczy wodziły za nim, pieściły go, więziły. Miał ochotę uciekać i nie oglądać się za siebie. Stał jednak jak wmurowany, niezdolny do ruchu. Ciskanie się po własnym pokoju, leżenie, kucanie, siadanie, co do tej pory robił, jakoś nieszczególnie mu pomogło, skoro w gruncie rzeczy i tak tu wylądował.
Co on do cholery sobie myślał przychodząc tutaj? Co on najlepszego wyprawiał? Chyba już całkiem zwariował. Nie, żeby kiedykolwiek uważał się za bystrzaka. Życie uwielbiało udowadniać mu, że się mylił, wciąż i na nowo.
Biczowanie się w myślach jednak nie pomagało wcale na mieszankę wybuchową, w jaką zmieniły się jego emocje, teraz buzujące mu w duszy. Wręcz jeszcze bardziej go to dołowało. Nie umiał poradzić sobie sam ze sobą, ani właściwie podjąć jakiejś konkretnej decyzji, której byłby w stanie się trzymać. Na przykład wyjść stąd i udawać, że nic się nie stało. Stał za to jak idiota i błagał w duszy Darnella, żeby powiedział coś, odezwał się… dotknął go.
Sam był bezradny jak dziecko, tak że miał ochotę kląć i walić się w czoło z rozpaczy nad własną głupotą.
Nadal nie mógł uwierzyć, że przyszedł tutaj. Gorzej, że napadł biedaka w drzwiach, pakując mu własny jęzor do gardła.
Atmosfera oczekiwania i niepewności zaciskała się na jego gardle z każdą mijającą sekundą i choć zdenerwowany, wiedział, że długo nie da się unikać konfrontacji, która wisiała w powietrzu. Tym bardziej, że Darnell wydawał się całkowicie wyluzowany i pogodzony ze sytuacją. Gorzej, po pierwszym zaskoczeniu, kiedy Maddock go pocałował, nie było już ani śladu, co dodatkowo go dobijało. Zazdrościł mężczyźnie żelaznych nerwów i stoickiego opanowania. On nadal krygował się ze wstydu. Jak kretyn dał się przyłapać, kiedy wręcz molestował aktora.
Chyba do końca już postradał zmysły. Darnell był… cóż… mężczyzną. I choć pociągającym jak cholera z tym swoim image’m niegrzecznego chłopca, to jednak mężczyzną i Maddock nie miał żadnego interesu w pozwalaniu własnemu szaleństwu, reagować na atrakcję, którą odczuwał.
Trąc kark dłonią i modląc się o jakiś cud, i cofnięcie czasu do momentu, kiedy stał pod drzwiami i zmagał się z własnym pragnieniem, aby zapanować nad sobą i nie zapukać, Maddock błagał w duszy, aby Darnell odezwał się wreszcie i złagodził napięcie. Żeby dał mu jakiś znak, wytyczną, czego powinien się spodziewać. Co robić dalej.
Po raz kolejny bez celu rozejrzał się po pokoju unikając wzroku wolno skradającego się do niego aktora. Żołądek chciał mu wyleźć gardłem, a serce… inną częścią ciała. Nie umiał jednak opanować rozgorączkowania. Z nerwów po prostu trząsł się jak osika. Miał tylko nadzieję, że tego nie było widać na zewnątrz.
– Nie mam pojęcia, co ja tutaj robię… – wymamrotał do siebie, ale nagle znajdujący się za nim Darnell doskonale go usłyszał.
– Kłamczuch – odparował mężczyzna cicho, długie ręce oplatając wokół szczupłego pasa sportowca i lekko, ale stanowczo go obracając do siebie.
– W ogóle nie powinienem przychodzić tutaj! – Maddock nie był gotów spojrzeć w oczy wyższego mężczyzny i czuł się jak roztrzęsiony kretyn. Nie wierzył, że znów zachowuje się jak nieporadny nastolatek. Gorzej, że jego partner ma na niego taki wpływ, że mózg mu stawał, a rozsądek wychodził z trzaskiem drzwi, zostawiając go na pastwę losu i jego hormonów.
– Cieszę się jednak, że przyszedłeś. – Chwytając w ciepłą dłoń odsłonięty kark Maddocka, Darnell zacieśnił objęcia, zmuszając go do spojrzenia do góry. Stali tak blisko, że bez trudu dało się wyczuć ekscytację aktora, który zresztą wcale nie ukrywał swojego podniecenia i pragnienia.
Łapiąc się nitki irytacji wzbudzonej przez dobijającą Maddocka pewność siebie jego partnera, biegacz chwycił jego bluzę na piersi zgniatając ją w pięściach. Prawie udało mu się go odepchnąć. Prawie. Z tym, że raczej przyciągnął go do siebie tylko jeszcze bardziej, cedząc przez ciasno zagryzione zęby.
– Wkurzasz mnie jak mało kto. Właściwie cię nie lubię! – oświadczył, nie kryjąc swojej irytacji i napięcia. Chyba to właśnie ta huśtawka uczuciowa zmiękczyła jego zdrowy rozsądek, bo nie poznawał samego siebie. Chciał jednocześnie zdzielić tę przystojną twarz i ją wycałować, aż by facetowi skarpetki spadły.
Śmiejąc się lekko, Darnell ujął twarz Maddocka w dłonie, spoglądając ma niego z niebezpiecznym błyskiem w oku.
– Dobrze, że nie przeszkadza ci to… całować mnie.
Cyniczne parsknięcie Maddocka utknęło mu w piersi, gdy wilgotne, szerokie wargi Darnella zamknęły mu usta intensywnym pocałunkiem. Chwytając łapczywy oddech, wchłonął męski, tożsamy tylko i wyłącznie z Darnell’em zapach, czując jak kolana mu się uginają od mieszaniny uczuć, które w nim budził. Ich brody otarły się o siebie i chrzęst zarostu wydawał się nagle bardzo głośny w ciszy, przerywanej tylko ich przyśpieszonymi oddechami. Szorstkość policzków Darnella sprawiła, że kark i pierś pokryta mu się gęsią skórką, a sutki stwardniały od nagłego pragnienia. Zaciskając oczy i pięści jeszcze mocniej niż do tej pory, odpowiedział na wolne, celowe pieszczoty badającego jego usta języka. Pod nieustępliwym naporem musiał ustąpić i je szerzej otworzyć.
Nie mógł uwierzyć, że to się działo naprawdę. Z każdym liźnięciem jednak, z każdym lekkim ugryzieniem, z coraz bardziej pogłębiającymi się pieszczotami ich języków, było mu coraz bardziej wszystko jedno. Chciał tylko zgnieść swojego partnera w objęciach, a najlepiej pchnąć na jakąś płaską powierzchnię i odkryć jak wiele sposobów jest na odebranie komuś rozumu. Tylko fair było, aby obaj zwariowali z tego samego powodu.
Jeśli stracić głowę, to przynajmniej z kretesem.
Sapiąc cicho i chwiejąc się, mocował się z swoim partnerem i ze sobą. Obejmowali się nagle jak szaleńcy tracący rozum. Ich ręce splątane razem wydawały się błądzić po ich ciasno przyciśniętych do siebie ciałach. Każdy mięsień brzucha wręcz płonął mu z wysiłku, tak bardzo spiął się od palącego go pożądania.
Brak jawnego oporu był wystarczającym bodźcem dla Darnella, aby zmienić zwykły pocałunek w namiętną batalię woli. Dłońmi zaczął błądzić po plecach i biodrach Maddocka uciskając napięte mięśnie, mocno je masując. Jego palce znały wszystkie czułe punkty i wbijały się precyzyjnie w każde zagłębienie, kryjące jego zakończenia nerwowe, dając mu nieziemską przyjemność. Zdawało się, że te pełne inwencji, sprytne ręce, były we wszystkich miejscach na raz badając jego ciało. Silne, muskularne udo dosłownie wdarło mu się między nogi. Każdy najmniejszy ruch sprawiał, że wielka, obrzmiała erekcja ocierała się to o jego biodro, to o jego pobudzone krocze. Nie był zdolny jednak myśleć o tym fakcie w tym momencie, bo przyjemność zwyczajnie przysłaniała mu wszystko inne. Coraz bardziej rozpalony złapał pośladki Darnella i wtulił się z całych sił, aby odnaleźć, choć odrobinę więcej tej cudownej rozkoszy, którą odczuwał przy każdym najmniejszym ruchu. Wibrował wewnątrz. Brakowało mu tchu, a jednak gonił za ustami mężczyzny ilekroć tamten zmniejszył nacisk swoich łapczywych, wygłodniałych ust.
Sprawnie i całkiem niespodziewanie dłonie Darnella wdarły mu się pod ubranie, i gładziły jego nagie plecy. Jęk i westchnienie zmieszały się razem, bo całym ciałem wstrząsnął mu długi dreszcz, przy pierwszym kontakcie jego rozpalonej skóry z wielkimi dłońmi. Dotyk był stanowczy i pewny siebie, całkiem inny do pieszczot miękkich, delikatnych rąk kobiet, do którego przywykł. Okazywało się, że jednak był niemniej przyjemny. Trochę oszołomiony spiął się, próbując posortować co czuł. Gdzieś tam kołatało mu się po głowie, że powinien zaprotestować, oburzyć się, może nawet wściec… jego mózg jednak nie mógł dojść do porozumienia z ciałem, które nie widziało żadnego wystarczająco dobrego argumentu na to, aby odmawiać sobie, umysł naginającej, rozkoszy.
Nie trwało to jednak długo, bo mężczyzna zwyczajnie wycałował z jego głowy wszelkie wątpliwości, gładząc uspakajająco jego ciało. Desperacko lgnąc do niego i cicho pojękując z zadowolenia, i rozkoszy nie ukrywał jak bardzo go pragnie, co samo w sobie dawało niezły odlot egu Maddocka. To było błogie uczucie. Miał ochotę łasić się do silnego ciała ciasno z nim splecionego. Zajęty jednak był błądzeniem ustami po pokrytej lekkim zarostem szyi mężczyzny, aby śledzić co robi i jakim cudem zdołał rozpiąć mu koszulę. Prawdę mówiąc i tak stała tylko na przeszkodzie. Lubił uczucie jakie wzbudzały w nim długie palce aktora badające każdy mięsień na jego piersi. Każde trącenie jego napiętego sutka sprawiało, że prężyły mu się plecy. Darnell jak na złość zdawał siebie sprawę z jego słabości, bo go dręczył lekkimi muśnięciami.
Wbijając zęby w obojczyk mężczyzny, Maddock zebrał resztkę sił i skupił rozszalałe myśli. Nie pomogło mu to jednak, bo odkrył, że chciałby zbadać idealnie zbudowane ciało aktora. Decyzja zajęła jedno uderzenie serca. Pierś rozpychało mu szaleńcze uczucie, miał wrażenie, że zwariuje, jeśli jakoś nie rozładuje skumulowanego głodu. Ciągnąc, chyba nawet zbyt mocno, wydarł bluzkę Darnella zza paska jego jeansów. Zdarłbym mu ją przez głowę, ale nie mógł rozplątać zaborczych, pieszczących go rąk mężczyzny. Wariackie, gwałtowne pocałunki również nie pomagały. Ich usta same do siebie wracały wciąż i na nowo. Ścierały się, ssały i gryzły. Miał jednak wreszcie okazję poczuć napinające się twarde mięśnie mężczyzny. Skóra gorąca i sprężysta pod jego palcami, okazała się być zdumiewająco delikatna. Wręcz miał ochotę całować ją, gładzić… poczuć na swoim nagim ciele. Nieznaczny zarost na muskularnej piersi wiódł w dół płaskiego, twardego jak deska brzucha, ginąc za paskiem.
Jakie uczucie by to było, gdyby potarł o niego policzkiem?
– Ogh… – wymamrotał zrozpaczony i zniechęcony. Pakując język do gardła Darnell'owi, ukarał go za własne chore, nieokiełznane pragnienia. Szkoda, że ta słodka kara sprawiła tylko tyle, że pięść rozkoszy zacisnęła się na jego ociekającym już członku. Wypchnął biodra, ścierając się z wielką erekcją swojego przyjaciela. Jądra skurczyły mu się, od fali błogości, która w niego uderzyła.
Jego partner musiał podzielać jego entuzjazm, bo z głośnym jękiem oderwał swoje opuchnięte, lśniące od ich zmieszanej śliny usta, z szaleńczym pragnieniem patrząc mu w oczy.
– Przez ciebie skończę w spodnie… – zaprotestował, zdławionym głosem, ale jednocześnie wpakował dłonie za pasek spodni Maddocka, gorącymi dłońmi łapiąc jego zaskakująco chłodne, nagie pośladki. Dotyk był palący i Maddock zachłysnął się z zaskoczenia. Darnell jednak paraliżował go nieprzytomnie błyszczącym namiętnością wzrokiem. – Nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło…
– Chyba powinienem czuć się pochlebiony – wymamrotał sapiąc. Właściwie ledwie słysząc samego siebie przez krew buzującą mu w głowie. Jego pośladki same się zaciskały ze strachu i zaskoczenia. Reszta jego ciała nie miała jednak problemu z przyjemnością, jaką czuł od pieszczot silnych dłoni. Obrzmiałe krocze samo wpychało się w twarde udo trochę wyższego mężczyzny. – Och…
– Mmm Boże… mam ochotę… – zaczął Darnell cicho zduszonym głosem, całując linię żuchwy Maddocka, muskając co rusz językiem napiętą skórę, ale dźwięk telefonu mu przerwał. – Cholera…
– Ja pierdolę! – Zaklął i biegacz, bo i jego, znajdująca się drastycznie blisko jego przekrwionego penisa komórka zaczęła dzwonić, posyłając przez jego ciało jakieś dziwne wibracje.
Zdenerwowanie i rozczarowanie zaczęło go mdlić swoją mieszanką, więc wyrwał się z objęć protestującego Darnella. Zanim jednak mężczyzna miał okazję znów go uwięzić swoimi pocałunkami, do drzwi rozległo się głośne pukanie. Skutecznie to pohamowało niepoddającego się jeszcze sekundę wcześniej aktora, którego ręce najwyraźniej nie chciały się oderwać od roztrzęsionego Maddocka, który nie wiedział co robić. Podniecenie i zaskoczenie sprawiało, że nie mógł wyciągnąć nadal dzwoniącej komórki. Telefon terkoczący na szafce nocnej Darnella działał na jego napięte nerwy jak piła łańcuchowa, a klnący, przeczesujący nerwowo włosy drżącymi dłońmi Darnell, doprowadzał go do szaleństwa.
– Otwórz, odbierz, albo coś, bo dostanę do głowy! – zawołał niespodziewanie wściekły. Rzeczywistość, jak to zwykle, okazywała się być zimną suką, bo bez skrupułów wlazła między nich w momencie, kiedy uznał, że może sobie odpuścić i zwyczajnie poddać pragnieniom.
– Założę się, że to sprawka Parkera – wymamrotał również wkurzony już Darnell. Biorąc głęboki oddech ruszył do drzwi, cały czas klnąc pod nosem. – Nie wiem jak to zrobił, ale na sto procent, to on.
Po minucie wrócił, nie wpuszczając gościa, ale Maddock doskonale wiedział, o co chodziło, bo właśnie asystent reżysera, nawijający mu do ucha, dość obcesowo powiadomił go, że są potrzebni na planie filmowym: na wczoraj.
 – Już wiesz? – zapytał widząc jego minę.
Roztrzęsiony i zawstydzony Maddock czuł się jakby dostał w pysk. Odwracając się, aby nie widzieć rozchełstanego, dobrze wycałowanego Darnella, ruszył do drzwi, zapinając koszulę drżącymi rękami.
Właściwie trzęsły mu się tak bardzo, że nie mógł trafić w dziurki, co z jakiegoś irracjonalnego powodu sprawiało, że miał ochotę płakać, a nie robił tego od śmierci kuzyna.
Co do cholery się z nim działo? Było mu głupio, czuł się wyczerpany i nadal podniecony. Było mu również strasznie wstyd. Nie tego co zrobił, ale braku swego opanowania. Czuł, że odkrył siebie, a tego nienawidził.
– Nie uciekaj – poprosił Darnell, nagle znów stając za nim i obejmując go mocno ramionami w pasie. Potężne ciało promieniowało ciepłem i siłą. Bez problemu wpasował go w swoje objęcia, jakby zawsze tam było jego miejsce.
Gorący oddech mężczyzny owiał mu policzek, posyłając ciarki wzdłuż kręgosłupa, a usta zaczęły mrowić na samo wspomnienie pocałunku, który jeszcze przed chwilą dzielili. Spiął się gotów, aby się wyrwać, ale nagle z bolesną świadomością uzmysłowił sobie, że właśnie to robił; znów uciekał. Przed bliskością, a przede wszystkim przed uczuciami. A Darnell budził w nim całą karuzelę uczuć. Dobijająco brutalnie uświadamiając mu jak niewiele czuł od lat i jak martwy był wewnątrz.
Obrócił głowę całując z zaskoczenia, czekającego bez tchu aktora. Kąt był dziwny i niewygodny, a jednak mężczyzna westchnął z ulgą i ukontentowaniem rozchylając natychmiast usta i wpuszczając go do środka. Ten cichy dźwięk wystarczył do uświadomienia mu, co wybierał. Chciał żyć, chciał czuć…
– Nie będę uciekał, jeśli znajdziesz sposób, aby mnie zatrzymać… – wymamrotał, wykręcając się z coraz bardziej zaborczego uścisku. Całując lekko rozdziawione z zaskoczenia usta Darnella, mrugnął do niego. – Spotkamy się na planie…

Wyszedł, poprawiając rozchełstaną koszulę na korytarzu, nie bardzo dbając ile ludzi go mijało i widziało wychodzącego z pokoju aktora.