Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postacie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postacie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Nie obijam się...

Wiem, że dla mnie czas leci inaczej, niż dla was... Dla mnie każdy dzień, tydzień to mgnienie oka, podczas gdy wasze oczekiwanie najprawdopodobniej wydaje się wiecznością.
Przykro mi bardzo z tego powodu. Mam wrażenie, że nie nadążam ze wszystkim. Nie obijam się jednak. Pochwalić się mogę małym sukcesem, gdyż niedawno zdałam teorię na prawo jazdy, po angielsku ;) Mała rzecz a cieszy. 
Staram się wdrożyć ponownie w pisanie, w moje opowiadania, połączyć z moimi bohaterami. Wiem, że dam radę, jedynym moim wrogiem jest teraz uciekający czas. Nie poddawajcie się jednak i nie przestawajcie zaglądać, bo wynagrodzę wam waszą cierpliwość!
Gorące pozdrowienia moi kochani ♥

piątek, 18 kwietnia 2014

Kolizja światów

Nie porzuciłam was moi kochani. Ani bloga, ani tym bardziej moich opowiadań. Zwyczajnie walczę z dniem codziennym i natłokiem obowiązków, myśli, problemów.
Moje światy jednak zaczęły kolidować, bo najwyraźniej pisanie jest tak integralną częścią mnie, że nie da się go zdławić ani tym bardziej stłamsić przytłaczającą, szarą rzeczywistością.
Brakuje mi pisania, choć nie mam na nie siły najczęściej. Nie oznacza to jednak, że mój umysł tak zwyczajnie się poddał i zawiesił wymyślanie. O nie. Mój mózg nie chce się zamknąć nawet na chwilę, choć na przykład mam tylko trzy godziny snu zanim będę musiała wstać i iść do pracy. 
Gorzej, przyłapałam się na tym, że do każdej poznanej osoby zaczynam dopisywać w myślach scenariusze, dialogi, sytuacje...
To bywa nieraz żenujące, bo uśmiecham się pod nosem lub patrzę na kogoś widząc w głowie nowe historie, a ta osoba nie ma pojęcia o co mi chodzi. Słyszę coraz częściej, że wydaję się bardzo dobrze znać ludzi. Że jestem w stanie ich przejrzeć...
Hmm... nie wiem co o tym myśleć. 
Może to jakiś instynkt drzemiący w pisarzach, pomagający nam w tworzeniu postaci? 
Tak czy inaczej wiele godzin dziennie poświęcam na kreowanie świata, który nakłada się na mój realny, co sprawia, że czuję się zagubiona. Tak trochę na krawędzi, trochę rozdarta. Ani tu, ani tam.
Obiecuję jednak, że uporam się z tym wszystkim, bo innej opcji nie ma. 
Kocham was i pozdrawiam bardzo serdecznie.
Wesołych Świąt Wielkanocnych!
♥

niedziela, 9 lutego 2014

Darnell i Maddock czekaja kochani...

Świąteczny pocałunek
AkFa






Rozdział piąty

– Cięcie! Mamy to – zaanonsował zadowolony Brouyer.
Maddock miał wrażenie, że kolana zaraz ugną się pod nim z ulgi. Był przerażony, bo to było chyba czwarte podejście i jakoś nie czuł, żeby była wielka różnica tym razem w porównaniu do poprzednich, choć naprawdę się starał. Patrzył w oczy obcych mu ludzi, wyjawiając sekrety i problemy nieistniejącego „Jasona”, a mimo to na jakimś poziomie świadomości miał wrażenie, że ta scena odbywała się tysiące razy. Gdzieś, ktoś płakał, krzyczał, bluzgał i wyzywał. Była rozpacz tak żywa, że zamieniała się w fizyczny ból. Nadzieja i pragnienia niedające się zagłuszyć. Były kłótnie i złość. Dramatyczne, a niekiedy nawet drastyczne akty towarzyszyły tym najważniejszym dla wielu osób momentom.
Ludzie uzurpowali sobie prawdo do wydawania opinii, oceniania, nakazywania i zakazywania nie bacząc na ból często najbliższych im osób. Słowami i czynami zmieniając czyjeś życie w koszmar. Najgorsze jednak było, że w zastraszającej przewadze to rodzina, przyjaciele i współpracownicy wyjawiającego swoją orientację seksualną człowieka mieli się za poszkodowanych. Za ofiary obrzydliwego „stylu życia” który niby wybierały sobie osoby homoseksualne. Nie trudno było więc pojąć, co kierowało Sterlingiem, kiedy kład tak wielki nacisk na to, ażeby ukazać ludziom, co się dzieje w duszach nieszczęśników muszących walczyć o siebie i godne życie, odsłaniając się jednocześnie na ciosy, ocenę i krytykę w tym jakże ważnym momencie.
Statyści i jeszcze przed chwilą drwiący z „Jasona” pseudo przyjaciele podeszli do niego, aby z uśmiechami, pochwałami i komentarzami poklepać Maddocka po plecach i piersi. Dla nich najwyraźniej spisał się bardzo dobrze. Widział po ich minach, że byli zmęczeni, ale i zadowoleni, że przebrnęli przez najtrudniejsze momenty. Wielu z nich było profesjonalistami. Aktorami serialowymi i teatralnymi. Ci, którzy zgłosili się wolontaryjnie, a byli to w dużej mierze członkowie LGBT, mieli miesiące na przygotowanie się, nie tak jak Maddock. On przez większość czasu nie miał pojęcia, co robić, gdzie patrzeć i co mówić. Próby i nagrania wyglądały definitywnie inaczej niż to sobie wyobrażał. A z całą pewnością nijak nie przypominały gotowego produktu.
Łapiąc oddech Maddock podziękował jakiemuś asystentowi za wręczenie mu do ręki wielkiej butelki wody mineralnej. Był spragniony i było mu przeraźliwie gorąco. Lampy grzały na nich jak wielkie grzejniki. Czuł się nieswojo, bo pot spływał mu pod granatową koszulą, w którą wcisnęła go garderobiana. Przynajmniej mógł zachować swoje jeansy. Jakby to nie było absurdalne, to dawało mu to namiastkę komfortu.  
Dźwiękowcy, kamerzyści i coś jakby blisko setka innych osób – a przynajmniej tak wydawało się Maddock’owi – biegała dookoła bez składu i ładu, szykując się do kolejnego, barowego ujęcia.
Sama myśl o tym posyłała wariację nerwowej ekscytacji i zwyczajnej paniki przez jego ciało. To miała być kulminacja ich projektu, co na dłuższą metę oznaczało prawie koniec i powrót do rzeczywistości. Drżał jednak za każdym razem, kiedy o tym myślał. Tym bardziej, że im usilniej próbował, to sobie wyobrazić, tym więcej obaw rodziło się w jego głowie. Wszystko mogło pójść źle. Gorzej mógł zrobić z siebie idiotę. Już teraz nie potrafił zachować zimnej krwi, szczególnie kiedy chodziło o jego niereformowalnego partnera.
Próbując spamiętać wszystkie rady, których udzielił mu Darnell przed nagraniem, Maddock miał mętlik w głowie. Próbował jednak wszystkiego, aby zapanować nad rodzącą się jego piersi paniką. Posługując się każdą techniką relaksacyjną, jaką znał, spróbował się uspokoić. Przebrał się właściwie na autopilocie. Dał się uczesać i ucharakteryzować bez mrugnięcia okiem, nie odzywając się, tylko intensywnie myśląc o scenariuszu i swojej roli. Otaczający go ludzie być może zdawali sobie z tego sprawę, bo nikt go nie kłopotał, a może zwyczajnie wszyscy byli zbyt zajęci, żeby przejmować się jego lekkim załamaniem nerwowym.
Zanim się obejrzał już był w gwarnym barze, siedząc na wysokim stołku, ściskając w ręce szklaneczkę. Od momentu, kiedy kamera wystartowała był jak w transie. W głowie jak echo słyszał głos Darnella:
„Musimy pokazać, że nam na sobie zależy. Że się lubimy, znamy, jesteśmy blisko, że twój wielki sekret to był wstrząs, ale ostatecznie nic się nie zmienia między nami. Oczywiście nie od razu. Wiadomo, że nic nie jest proste. Chodzi jednak o emocje i pragnienia, o bezpieczeństwo, które czujemy przy sobie i wiarę w siebie nawzajem. Obojętnie, co robią inni, co myślą i jak cię traktują, Ty uświadamiasz sobie, że zależy ci tylko na mojej opinii i to cię boli najbardziej, bo odziera cię z poczucia bezpieczeństwa.”  Pod powiekami widział jak mężczyzna chodził niespokojnie wypluwając słowa jak z karabinu. W pewnym momencie Maddock nie był nawet pewien, do kogo Darnell się zwraca. Do siebie czy do niego, próbując go ukoić. Sam bowiem nie wyglądał na uspokojonego. Intensywnie myślał, chodząc wokół Maddocka, od czasu do czasu machając rękoma dla emfazy. Wielka zmarszczka przecinała jego czoło i tylko jeszcze się pogłębiała z każdym słowem. Ostatecznie, łapiąc go za kark i patrząc w oczy oświadczył, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko zapomni, że nie jest Maddock’iem, a „Jasonem” na ten krótki moment.
Łatwiej jednak było powiedzieć niż zrobić. Ledwie potrafił wydusić słowo „gej”, gdy autował się przed swoją nieprawdziwą rodziną i oszukanymi znajomymi. Obojętnie ile razy to mówił, nie stawało się ani odrobinę prostsze. Jego mózg zdawał się zawieszać za każdym razem i bezsensowne, bezzasadne obawy i obiekcje rodziły się w jego umyśle. A przecież nie miał nic przeciwko gejom. Szanował ich jak każdego innego człowieka. To tylko jego głupie, zakorzenione gdzieś głęboko w jego umyśle skojarzenia blokowały jego rozsądek i rozum. Nie był z siebie dumny. Właściwie wstydził się, że jest tak płytki i pusty. Nie zazdrościł im niemniej jednak pozycji, w jakiej już na starcie się znajdowali.
Nie musiał wcale udawać, że był nerwowy i przestraszony. Śmiechy i docinki nieprawdziwych znajomych, które znosił siedząc w zainscenizowanym barze, w którym uprzednio bawił się ze swoim niby–przyjacielem „Keith’em”, dźwięczały mu w głowie jak dzwon. Jak ktoś mógł to przeżyć i wyjść bez szwanku na duszy i umyśle? Jak drętwy wpatrywał się w swoją szklankę oszukanej whisky i nie musiał wcale symulować przygnębienia.
Kiedy w końcu jeden ze statystów niby przypadkiem go potrącił wylewając zwartość na blat, śmiejąc się przy tym szyderczo, Maddock poderwał spojrzenie. Nawet nie pamiętał czy powinien coś powiedzieć. A jeśli tak, to co to miało być? Przyjaciel „Jasona” nie pokazał się od momentu, kiedy ten bardzo niezdarnie przyznał się do swojej orientacji. Nie mógł, więc liczyć na wsparcie z jego strony, a jednocześnie nie chciał zrezygnować z życia, jakie do tej pory wiódł. Maddock jednak miał wrażenie, że życie „Jasona” takie, jakim je znał do tej pory, skończyło się nieodwołalnie.
– Chyba ten palant jest ci winien drinka – odezwał się cicho za plecami Maddocka „Jasona” Darnell „Keith”. Mężczyzna stojąc z rękami wspartymi na biodrach obciągniętych ciasnymi jeansami w lekkim rozkroku, mierzył złowrogim wzrokiem nadal dowcipkujących klientów baru. Widać było, że szykował się do walki. Mięśnie tańczyły pod jego cienką czarną podkoszulką napięte na samą myśl o czekającej go konfrontacji. „Keith” marszcząc brwi, szczerzył zęby prawie warcząc. Stał tam jak pan i władca na krawędzi świata dumnie wyzywając swoich przeciwników i nie unikając kontaktu wzrokowego z mężczyznami dręczącymi jego przyjaciela. Maddock był pod wrażeniem, jako „Jason” pokręcił jednak głową lekko.
– Nie warto – wymamrotał, próbując przeforsować słowa przez zaciśnięte z nerwów gardło. „Jason” nie śmiał marzyć, że jego przyjaciel wrócił. Kilka ostatnich dni nauczyło go, że może się okazać, że „Keith” chce go wysłać na terapię, do jakiegoś księdza albo wmówić mu, że nie jest żadnym gejem tylko się pomylił. Tak przecież postąpiła połowa otoczenia, w którym żył.
Zerkając niepewnie, obserwował swojego przyjaciela. „Keith” ze swoją dobrze zbudowaną, postawną sylwetką był imponujący. Nie fazowała go przewaga zebranych mężczyzn w barze. Zresztą mogłoby się wydawać, że to zawsze była ta sama ekipa. Nie wszyscy jednak wpatrywali się w nich jakby dawali darmowe widowisko. Wielu dyskretnie obracało głową, jak gdyby nie chcieli być świadkami awantury, która wisiała w powietrzu. Przekonał się już nie raz, że ludzie woleli udawać, że nic nie widzą, niż być wciągnięci w cudze problemy. Miał nadzieję, że on taki nie był, choć sam nie wiedział jakby się zachował gdyby role były odwrócone.
– W takim razie ja ci postawię drinka – odparł „Keith” siadając na barowym stołku tuż przy nim. Po sekundzie wahania i niepewności, zaledwie na ułamek sekundy spoglądając w oczy „Jasonowi”, przysunął się do niego epatując opiekuńczością. Widać znów był na misji. „Jason” czuł ulgę pomieszaną z jeszcze większą konfuzją. Co to oznaczało dla ich przyjaźni?
– Keith – wymamrotał „Jason”, ale to Maddock nie pamiętał tekstu. Uczył się, powtarzał do znudzenia, ale co tak naprawdę mówi jeden mężczyzna do drugiego, kiedy przez x lat ukrywało się o sobie prawdę? „Keith”, a może to Darnell obrócił się na taborecie w jego stronę i łapiąc go za kark, w dobrze już znany Maddock’owi sposób, przyciągnął do siebie.
– Przestań. Zajęło mi trochę czasu, aby wyciągnąć głowę z tyłka, ale teraz tutaj jestem. Nic się nie zmieniło. Zawszę będę obstawiał twoje tyły. –  Śmiejąc się drętwo z własnego nieszczęsnego formułowania, „Keith” potrząsnął swoim towarzyszem lekko, próbując niefrasobliwością pokryć gafę. Gafę, która najwyraźniej jego dużo bardziej niepokoiła niż „Jasona”. Może miał dobre intencje, ale kiepsko mu szło. Ile czasu teraz potrwa zanim wszystko między nimi wróci do normy? A każde słowo nie będzie miało podtekstu w sobie?
– Naprawdę, nic się nie zmieniło? – Tym razem Maddock naprawdę wczuł się w „Jasona”. Sam był ciekaw. Co byłoby najważniejsze dla człowieka, który postawił wszystko na szali, aby móc być sobą i aby móc wreszcie spróbować żyć tak jak tego pragnął? Brouyer i tak był wizjonerem, szybko umiał rozpoznać dobry materiał, była więc duża szansa, że nie ukatrupi Maddocka za zmiany w tekście. Patrząc w oczy swojego nowego przyjaciela, pochylił się w jego stronę. Zaskoczony „Keith” zesztywniał przy jego boku. – Nie rusza cię fakt, że będę spotykał się z mężczyznami, że być może będę ich przyprowadzał na nasze spotkania? Dotykał, może nawet całował w twojej obecności? Nie będziesz do końca życia zastanawiał się czy nie myślę o tym, aby cię przechylić przez oparcie kanapy i dobrać się do twojego tyłka?
– Jason… – Widząc wielkie oczy „Keitha”, „Jason” od razu wiedział, że dokładnie to przeszło jego przyjacielowi przez głowę. Nie żeby się dziwił. Każdy i to dosłownie każdy w pierwszej kolejności miał seksualne skojarzenia, gdy chodziło o homoseksualizm. Z biseksualizmem to było o wiele bardziej skomplikowane. Tego ludzie zdawali się w ogóle nie pojmować.
– Jak możesz uważać, że nic się nie zmieniło, kiedy to ja się zmieniłem? Już nie jestem wstanie udawać, że podobają mi się kobiety, które pokazujesz mi palcem. Nie mogę ukrywać zainteresowania przystojnymi mężczyznami. Czy to jest dla ciebie jasne?
Cisza zapadła między nimi wypierając gwar i muzykę. Ludzie zniknęli, kiedy „Jason” i „Keith” mierzyli się wzrokiem. Znajdowali się zbyt blisko siebie jak na komfort Maddocka. Zdecydowany jednak był nie wypaść z roli. Twarz jego partnera była skupiona i poważna, a niebieskie oczy bez trudu wytrzymywały wyzwanie „Jasona”, choć sam Maddock drżał w środku z obawy i niepewności. Co on do cholery najlepszego wyprawiał?
– Czy po za faktem, że mój tyłek może ci się ewentualne podobać, co oczywiście świadczy o twoim świetnym guście, coś jeszcze się zmieniło? Urosła ci druga głowa? Masz zamiar jeść niewinne dzieci na śniadanie? Molestować bezbronnych mężczyzn? A może rozbijać małżeństwa, podrywając bogobojnych, chcących, ale niemogących ci się oprzeć mężów? Czy twój charakter się zmienił? Straciłeś nagle poczucie humoru? Będąc gejem chyba nie oznacza, że przestałeś być nagle praworządny, porządny i dobry… – pytał cicho „Keith”, szukając jednocześnie odpowiedzi w samym sobie, bo Darnell z tym jego kpiącym uśmieszkiem przebijał się przez postać, którą miał grać.
– Ja po prostu widzę mężczyzn tak jak ty widzisz kobiety – skonkludował ostatecznie Maddock sam zdziwiony tak prostą i oczywistą prawdą. Nagle dotarło do niego, co przeraża większość z nich. – To właśnie przeraża niektórych mężczyzna najbardziej – powiedział patrząc w oczy Darnella. – Że zostaną potraktowani przez innych mężczyzn dokładnie tak jak oni traktują kobiety…
– To i myśl, że mogą mieć mniejszego! – palnął Darnell wypadając z roli. Widząc zdębiałą minę swojego partnera, trącił go ramieniem śmiejąc się. – Wyluzuj. Wszystko będzie dobrze. Jestem mądrym chłopakiem i mam kręgosłup. Nie straszne mi nowe przygody, w które możesz nas wpakować.
Maddock nie wiedział, co myśleć, nie umiał jednak stłumić uśmiechu, który wymusił z niego Darnell. Coraz częściej mu się to zdarzało. Ten facet po prostu zdzierał jego mury obronne wytrwałością i czarem. Nie, żeby przyznał się do tego bez bicia w tym dziesięcioleciu, jeśli w ogóle kiedykolwiek.
– Chcesz mi wmówić, że nie wybiłbyś mi zębów, gdybym spróbował cię pocałować? – zapytał „Jason”, natychmiast czując jak całą jego twarz zalewa rumieniec zażenowania. Teoria była prostsza niż praktyka. Nie wystarczyło wiedzieć, co miał zrobić. Musiał jeszcze zmusić swoje ciało do reakcji. W ustach mu zaschło, gdy tylko jego umysł zawędrował w te rejony, a na myśl o faktycznym pocałowaniu Darnella serce waliło mu o żebra jak spłoszone zwierzę i nie był w stanie wykrztusić dalej swojej kwestii. Miał też przytłaczającą pewność, że z tak bliska jego partner bez trudu widział jego zakłopotanie i niepewność, co tylko pogarszało całą sytuację. Raz jednak ruszając przed siebie, jak każdy dobry biegacz, był zdecydowany brnąć do końca.
Nieprawdziwy, a jednak bardzo realny „Keith” zlewając się z Darnell’em w jedną irytująco autorytatywną osobę, wyszczerzył zęby w uśmiechu. Przechylając lekko głowę na bok rzucił mu wyzywające spojrzenie. W oczach miał niebezpieczny błysk i Maddock czuł jak pot spływa mu po plecach.
Chwilę później bez odpowiedzi i bez ostrzeżenia pochylił się w stronę Maddocka i uchwycił jego lekko rozchylone usta w gorący pocałunek. Lekkie tchnienie oddechu ich dzieliło na ułamek sekundy, a potem zdumiewająco ciepłe i miękkie wargi mężczyzny złapały go w pułapkę, i zniewoliły na moment. Oczy same mu się zamknęły – automatycznie, jakby ze strachu, walcząc do końca z rzeczywistością – zanim jeszcze doszło do pierwszego kontaktu, a powieki jakby niespodziewanie ważyły tonę.
Nieoczekiwany dotyk wyrwał westchnienie z gardła sportowca. Nierealne i zdumiewające emocje targnęły jego duszą, zmieniając się w realny ucisk w piersi. Najpierw delikatnie, ale stanowczo Darnell uwięził go w pocałunku, swoimi wargami obejmując jego usta, a potem przywarł z całych sił, ssąc lekko. Pieszczota była subtelna i zdecydowanie przyjemniejsza niż Maddock śmiał sobie wyobrażać. Ich wargi pasowały do siebie idealnie. Pewne i zdeterminowane, złączone mocno ocierały się o siebie kusząc i zachęcając do zabawy. Usta Maddocka same musiały odwzajemniać pieszczotę, bo przecież on sam był zbyt zdumiony własną reakcją, ażeby choć drgnąć. Umysł aktywowany pożądaniem rejestrował każde muśnięcie. Chciał chyba wchłonąć i zapamiętać, każdy dotyk, który rozbudzał tysiące zakończeń nerwowych w jego ciele, odbierając mu opanowanie. Co on zresztą wiedział w tym momencie? Kolorowe wzory tańczyły pod jego ciasno zaciśniętymi powiekami. Dygotał od momentu, kiedy poczuł wielką dłoń Darnella na swoim karku. Tak znajomą i krzepiącą już dla niego, że aż go to przerażało. Skóra płonęła mu od tego niewinnego dotyku. Całe mrowienie właśnie stamtąd rozpływało się po jego skórze jak zimna fala. Nie mógł wziąć oddechu, bo seksowny, męski zapach jego przyjaciela wypełnił mu nos i głowę. Budził w nim głód.
Nieświadomie musnął językiem wargi Darnella. Chciał je tylko zwilżyć. Czuł nieprzepartą potrzebę, aby to uczynić, a zbyt słaby był, aby sobie odmówić. Usta jego partnera jednak rozchyliły się bez protestu i oporu, wciągając go głębiej w gorące, wilgotne wnętrze. Obaj westchnęli z ukontentowaniem, kiedy ich języki prześlizgnęły się po sobie. Ulga wypełniła ich ciała. Tylko, że Maddock prawie tego nie słyszał, bo cała krew buzowała mu uszach. On chciał tylko przycisnął się bliżej do silnego ciała władającego jego ustami mężczyzny i poddać się, choć na chwilę. Zanurzyć w przyjemności, którą czuł.
– Cięcie! – Krzyk Brouyera był jak kubeł zimnej wody wylany wprost na rozpaloną głowę Maddocka. Studio pełne ludzi i fałszywy bar wróciły nagle jakby przeniesione z innego wymiaru. Maddock nie zdawał sobie sprawy, że całe otoczenie dla niego zniknęło już jakiś czas temu. Zdezorientowany spojrzał na biorącego drżące oddechy Darnella. Mężczyzna wyglądał na wstrząśniętego, co sprawiło Maddock’owi absurdalnie wiele satysfakcji. Świadomość, że wywarł takie wrażenie na swoim partnerze pozwoliło mu się łatwiej pogodzić z tym, że jego własne ciało go zdradziło, a mózg nagle stwierdził, że otworzyło się przednim milion nowych możliwości, których nie brał nigdy wcześniej pod uwagę i z których nagle nie miał zamiaru zrezygnować. Nie miał czasu jednak na analizę pogoni myśli w swojej głowie, bo starszy mężczyzna był wyraźnie niezadowolony i nie omieszkał wszystkim to uświadomić. – To nie tak miało być! Jason całuje Keitha do cholery! Nie na odwrót. Ja pierdolę, co się tutaj dzieje? Czy nikt już nie pamięta co ma robić?
Zdumieni nagłym wybuchem, obaj z Darnell’em spojrzeli na podminowanego reżysera, szalejącego po studiu. Stojący przy nim podejrzanie zaczerwieniony Parker wpatrywał się w swoje buty z uporem godnym lepszej sprawy. Cała jego sylwetka wręcz krzyczała o dyskomforcie i napięciu. Maddock zamrugał niepewnie. Nawet nie był pewien, o co właściwie chodziło. Czuł jak cała twarz go pali, a jego na wpół wzwiedziony członek obscenicznie wypycha przód czarnych spodni. Dobrze, że siedział, bo konfrontacja z bratem swojego partnera była ostatnim czego pragnął, zwłaszcza w takim stanie.
– Robimy powtórkę! – zarządził reżyser, kiedy jednakże Parker wymamrotał coś do niego przez zaciśnięte zęby, facet wyglądał jakby był na dobrej drodze do dostania apopleksji na miejscu. – Za dziesięć minut – dodał opornie. Organizator jednak nie ugiął się, nadal cedząc jakieś polecenia i jednocześnie przyszpilając mężczyznę do podłogi lodowatym spojrzeniem, które także Darnell opanował do perfekcji, a którego odbiorcą Maddock był już kilkukrotnie. Nie dziwił się, że Brouyer wyglądał jakby miał za moment wyjść siebie. Bracia Kimrey potrafili zaleźć człowiekowi za skórę. – Macie wolne! – zaanonsował ostatecznie reżyser z miną maniakalnego mordercy. – Dogramy przesłanie po lunchu. Co ja przecież wiem? Jestem tylko jakimś tam reżyserem! Co tam scenariusz, co tam moje polecenia? Czy ja w ogóle wiem, o czym gadam? Ależ skąd! Mi tylko każą dokonać cudów! – Mężczyzna szturmem wypadł ze studia nie oglądając się na wściekłego Parkera. Zresztą ten chwilę później podążył jego śladem, starając się aż za bardzo, aby nie wyglądało na to, że zrejterował z placu boju. Sztywna sylwetka zdradzała go jednak przy każdym wolnym kroku, jaki zrobił.
Maddock w ułamku sekundy zrozumiał, że nie będzie powtórki ostatniego ujęcia. Cokolwiek Parker myślał i czuł na temat pocałunku swojego brata, było najwyraźniej dla niego zbyt trudne do przełknięcia.

***

Celowo odwracając się do Maddocka plecami, Darnell patrzył za swoim znikającym bratem. Szerokie plecy miał wyprostowane jak deska, a podbródek wysoko uniesiony. Jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby wszyscy z chodzili mu w pośpiechu z drogi, kiedy z wymuszoną nonszalancją opuszczał pomieszczenie. Nie mógłby być bardziej oczywisty nawet gdyby próbował. Przewracając mentalnie oczami, Darnell stłumił przekleństwo. Na serio nie potrzebował tego całego bałaganu. Najwyraźniej nie tylko na nim pocałunek wywarł wielkie wrażenie. Jego brat także wydawał się poruszony, choć trudno było powiedzieć, co myślał, bo z wystudiowaną obojętnością na twarzy unikał patrzenia w ich stronę, walcząc jednocześnie kłami i pazurami z reżyserem. Najwyraźniej wygrywało zażenowanie w tumulcie uczuciowym, wnosząc po tym jak nie potrafił spojrzeć mu w oczy.
Darnell sam potrzebował chwili, aby się ogarnąć. Chciał też mieć możliwość dyskretnego poprawienia erekcji, która wybijała mu dziurę w bokserkach, żeby wyjść i się pobawić z miłym panem, który był zniewalający i całował jak demon.
Rzec, że był zaskoczony jak wielką przyjemność sprawiło mu pocałowanie Maddocka, byłoby niedopowiedzeniem roku. Było oszałamiająco podniecające i naprawdę się tego nie spodziewał.
Przypuszczał, że to nie będzie jakieś traumatyczne doświadczenie i że nie zamknie się w sobie na całe życie, bo pocałował mężczyznę. Bóg mu świadkiem, że śniło mu się to wystarczająco często, aby zacząć się martwić – gdyby się przyjmował. Nie borykał się jednak zbyt głęboką analizą swojej osobowości, bo to nigdy nie prowadziło do niczego dobrego. Dołowało go to co potrafił wygrzebać ze swojej głowy. Po co więc robić sobie krzywdę? Przecież skoro nic nie robił z faktem, że różne możliwości od czasu do czasu pobudzały jego umysł, to mógł spać spokojnie. Nikt przecież nie był w stanie wejrzeć mu w myśli i zobaczyć, co się działo w jego wyobraźni. Sam tam rzadko zaglądał.
Teraz jednak musiał stawić czoła Maddock’owi. A facet potrafił być jak pitbull z kością.
– Wow! – rzucił siląc się na lekki ton i przeklinając jednocześnie drapanie w nadal suchym gardle. Podniecenie sprawiało, że nie miał kropli śliny w ustach. Jak na zawołanie jego wzrok sam padł na błyszczące, wilgotne wargi Maddocka i praktycznie zapomniał, o czym mówił. Na języku wciąż miał jego smak. Wargi wciąż go mrowiły od przelotnego kontaktu, a wszystkie mięśnie brzucha miał napięte jak postronki z wysiłku, który wkładał w powstrzymywanie się przed rzuceniem się na niego po raz drugi. Jego towarzysz najwyraźniej rozumiał go bez słów, bo tylko mu przytaknął. Głowę miał lekko opuszczoną, więc Darnell tylko częściowo widział jego minę i bardzo go to irytowało. Chciał wiedzieć, o czym myśli jego partner. Co gorsza chciał zobaczyć jego reakcje na ich pocałunek. Spojrzeć mu w oczy i dojrzeć tę samą namiętność, która teraz trawiła jego wnętrze. Upewnić się, że i jemu tak namieszał w głowie. Sprawdzić czy podziałał jak porażenie prądem w jądra, które sam poczuł.
Był zdesperowany wystarczająco, żeby zapytać, ale obsługa studia przegoniła ich. Wołali do nich składając wiele gratulacji i wyrażając podziw dla ich wysiłku, i poświęcenia, Darnell jednak miał problem, aby skoncentrować się na tym co się działo wokół niego. Nadal tkwił w bańce, która zamknęła się wokół niego i Maddocka. Wolno, z wymuszonymi uśmiechami obaj jak na komendę ruszyli do wyjścia, machając wszystkim na pożegnanie. Nie czuł się na siłach, aby z kimkolwiek wymieniać grzecznościowe uwagi, a Maddock gotów był uciec przy pierwszej okazji. Z ulgą więc zamknął za nimi drzwi na pusty korytarz. W gruncie rzeczy był wściekły. Trudno było zaczynać poważną rozmowę w takich warunkach i miejscu, gdzie istniała duża szansa, że mogą mieć przerwane w każdej chwili.
Jakby wiedziony impulsem chwycił Maddocka za kark i zatrzymał zanim mężczyzna miał okazję odejść bez oglądania się za siebie, co najwyraźniej zamierzał zrobić. Czując dotyk jego partner stanął i wolno obrócił się w stronę Darnella. Młodszy mężczyzna wydawał się z jednej strony spłoszony, z drugiej jednak wysoko zadzierał podbródek, gdy z uporem patrzył mu w oczy.
– Zjedz ze mną lunch – powiedział cicho Darnell. Nie było sensu straszyć chłopaka. Do poważniejszych tematów mogli przejść powoli. Maddock jednak miał inne plany, bo pchnął go nagle na ścianę i przycisnął całym ciałem. Z zaskoczenia Darnell jęknął, nie bronił się jednak, zbyt ciekawy, aby zmusić się do oporu. Do udawania dla zachowania pozorów.
– Po co męczyć się przez cały posiłek? Rozstrzygnijmy to tu i teraz, i będziemy mieli z głowy – wymamrotał z determinacją Maddock, rzucając mu wyzwanie twardym spojrzeniem. Źrenice miał lekko rozszerzone, a oddech przyśpieszony. Ich twarze dzieliły centymetry, więc Darnell z każdym oddechem wchłaniał zapach jego wody po goleniu. Całe jego ciało absorbowało zaś ciepło muskularnego, szczupłego ciała biegacza.
– Co mamy rozstrzygnąć? – zapytał zdławionym głosem nie do końca pewien, czego się spodziewać. Maddock zaskakiwał go już nie raz i myśl o tym tylko przyśpieszała szaleńczy łomot jego serca. Ekscytacja budowała w jego kroczu przyjemne napięcie. Prawie drastycznie musiał trzymać się w karbach, aby nie wepchnąć swojego nadgorliwego penisa w biodro swojego przyjaciela.
– Czy było tak zajebiście jak nam się wydaje czy to tylko fuks. – Zamiast wdawać się bezsensowna dyskusję, Maddock ujął twarz Darnella w dłonie i wpił się w jego usta. Nic nie pozostało z ich poprzedniego subtelnego, pełnego wahania pocałunku. Maddock doskonale wiedział, czego chciał. A chciał zbadać każdy zakamarek ust Darnella i poczuć jeszcze raz dreszcz spływający wprost do jego jąder przy pierwszym kontakcie ich śliskich języków. Miękkie wargi rozchyliły się, więc parł do środka, aby znaleźć się jak najgłębiej. Czuł jak słabość ogarnia jego kolana, przyparł zatem z całych sił do Darnella, próbując znaleźć oparcie. Wszystko drżało w jego wnętrzu. Właściwie chyba dygotał na całym ciele.
Darnell jednak nie miał zamiaru tak zwyczajnie poddać się tym razem. Objął Maddocka i prawie zmiażdżył w silnym uścisku. Determinacja i pożądanie paliło każdy zakamarek jego ciała, i przelewało się przez niego wraz z krwią. Trzymając Maddocka za kark zawładną jego ustami, pieszcząc je i ssąc, walcząc o wejście do środka. Zdezorientowany na moment sportowiec zesztywniał nieznacznie, ale ostatecznie nie dał rady odmówić sobie przyjemności. Musiał ulec. Z westchnieniem pozwolił Darnell'owi wessać swój język do środka jego gorących, wilgotnych ust. Każdy dotyk i muśnięcie było naelektryzowane. Ich języki splotły się szukając jak najwięcej kontaktu. Jak szaleni tulili się i ocierali o siebie, walcząc o zaspokojenie pragnień, których intensywności wcześniej nie znali. Darnell nie pojmował jak wiele przyjemności i satysfakcji daje mu trzymanie w ramionach silnego, twardego ciała. Chciał go opatulić ramionami. Wkomponować w siebie i posiąść.
Otwierane z hukiem drzwi gdzieś za nimi wyrwały go jednak z seksualnego zamroczenia. Zły, zaskoczony i rozpalony po sam czubek głowy nie potrafił złapać równowagi, toteż oparł czoło na ramieniu zdyszanego, zesztywniałego ze zdumienia Maddocka. Przynajmniej mężczyzna go nie odepchnął, kiedy zaaferowany asystent Brouyera przebiegł koło nich nawet nie mrugając powieką na ich widok.
– „… organizatorzy już są powiadomieni. Sterling jest w drodze…”
Tylko tyle udało się wyłowić Darnell'owi z komentarza rzuconego do słuchawki, przez podekscytowanego mężczyznę, kiedy z żalem wyplątywał się z dość zaborczych objęć Maddocka. Jego podejrzliwość i ciekawość, zmora jego życia, uniosły głowę i zaczęły węszyć kłopoty. A to było dokładnie to, czego w tej chwili nie życzył sobie. Potrzebował Maddocka i musiał zgłębić te potrzeby, które mężczyzna najwyraźniej w nim zaspokajał nawet nie próbując. Chciał kontynuować, to co im tak bez skrupułów przerwano.
Maddock jednak jak zwykle miał inne plany. Przeczesując włosy i biorąc kilka oddechów dla uspokojenia, cofnął się zwiększając między nimi dystans. To było wręcz bolesne.
– Cóż, szybko i skutecznie rozwialiśmy pewne wątpliwości – rzucił jakby od niechcenia, ale oczywista wypukłość w jego spodniach mówiła prawdziwą historię, bez względu na to, że jego mina nie zdradzała nic. Darnell poczuł ulgę, filtrując od razu każde słowo, które miało paść z jego ust. Mógł łgać ile wlazło, on jednak widział wyraźnie oznaki podniecenia swojego partnera. Nie był ani obojętny, ani odporny. Był za to jak zwykle jeden krok przed Darnell’em. – Całujesz wystarczająco dobrze, żeby zwinąć facetowi bokserki do kostek, to nie ma dwóch zdań wątpliwości w tym temacie. – Ruszył korytarzem, rzucając oniemiałemu Darnell'owi spojrzenie przez ramię. – Idziesz czy nie? Chcę się dowiedzieć, o co chodzi z całym tym zamieszaniem.
Znaleźli się przy drzwiach studia numer dwa zanim Darnell tak właściwie zdecydował, co powinien odpowiedzieć na to niespodziewane oświadczenie. Czy to był komplement? A może jego nowy przyjaciel z niego drwił? Trudno było powiedzieć, choć jego durne serce zadecydowało, że obstawia tę korzystniejszą dla niego opcję. A przecież on nigdy nie przejmował się tym, co myślą o nim inni ludzie. No może po za jego bratem i bratanicą.
Parker jak na zawołanie wyrósł tuż przy nich i zanim zdołali przekroczyć próg dosłownie wepchnął się przed nich, praktycznie zamykając im drzwi przed nosem. Widząc jednak stanowczą minę Darnella z niezadowoleniem skinął im głową i ruszył do centrum awantury, zostawiając ich samych sobie. Najwyraźniej miał większe problemy niż zaspokajanie ciekawości brata.
Stojąc w niewielkim oddaleniu od planu zdjęciowego i grupki aktorów, wysoka szatynka z ciasno upiętymi włosami, odziana w drogi czerwony kostium z miną udzielnej królowej strofowała niepozornie wyglądającą blondynkę. Chłód wręcz bił od niej, gdy spoglądała z góry wzdłuż swojego niemal arystokratycznego szczupłego nosa na nią. Karminowe wargi wydymały się za każdym razem, kiedy fukała na spokojnie przyjmującą jej zażalenia kobietę.
Pracownica kampanii skromnie ubrana w białą koszulę i czarną spódniczkę stanowiła totalne przeciwieństwo swojej oponentki, przypominając anioła z kaskadą loków spływających jej po plecach. Niższa i jakby krucha, wydawała się niewzruszona, choć jej postura krzyczała o dyskomforcie. Mała słuchawka w uchu bez problemu identyfikowała ją, jako jedną z pomocnic, a mocno ściskany folder w dłoniach zdradzał jej napięcie.
– Ta mała to asystentka Rodneya Ann – wymamrotał Darnell do niepewnie rozglądającego się Maddocka. Wskazując głową sprawczynię zamieszania, dodał szeptem: – Ta druga to Prudence Fox. Przewodnicząca jakiejś organizacji feministycznej, właścicielka kilku prestiżowych restauracji. Z tego co wiem przybyła na plan, aby wspierać swoja przyjaciółkę, która jest jednocześnie szefową kuchni w jej przybytku… ooo… tę niewysoką Azjatkę podczas nagrywania – powiedział, wymownie kiwając głową w stronę niepewnie przestępujących z nogi na nogę aktorów – Sądząc po minie mojego brata można przypuszczać, że Fox znów chciała wykastrować jakiegoś mężczyznę.
– Nawet nie chcę wiedzieć skąd czerpiesz swoją wiedzę – odszepnął mu sportowiec z ciekawością dziecka śledząc całą scenę.
To studio nagraniowe niewiele różniło się od tego, w którym oni pracowali jeszcze moment wcześniej. Różnica była w składzie ekipy, jeszcze bardziej znerwicowanym reżyserze i fakcie, że wstępowały tutaj w większości kobiety. Inscenizacja była prosta i ktoś niewidzący połowy pomieszczenia mógłby przypuszczać, że znajdują się w dyskotece albo już przynajmniej na wielkim party. Trzy postacie wyróżniały się jednak z tłumu skompletowanego ze statystów. Dwie kobiety, z czego jedna musiała być bez dwóch zdań przyjaciółką robiącej zamieszanie damy, i wysoki mężczyzna stali niepewnie zerkając na klnącego, ciskającego się po pomieszczeniu reżysera i debatujące bardzo głośno Ann, i Prudence Fox. Wyraźnie nie wiedzieli, co się dzieje i co robić. Nie żeby Darnell był, choć trochę lepiej zorientowany.
Oczywiście Fox nie miała skrupułów, aby donośnie i dobitnie oznajmić swoje niezadowolenie.
– To jest po prostu nie do pomyślenia, co tutaj się dzieje! – wrzeszczała w twarz Ann. – To jakaś kpina. To co tutaj robicie to pogwałcenie wszystkich praw kobiet! Co to ma być? Jak nie rozumiem, dlaczego Mia Li zgodziła się pomóc wam w tym żałosnym projekcie! – Pod koniec swojej tyrady lekko była już zsiniała, więc Ann miała okazję odpowiedzieć z żelazną konsekwencją i spokojem.
– Proszę się uspokoić i nie robić zamieszania.
– Zamieszania? Ja dopiero zrobię zamieszanie. Prasa was pożre żywcem. Ten wasz szkolny projekcik pójdzie w kanał! – Prudence trzęsła się ze swojego słusznego oburzenia.
– Proszę ten temat poruszyć z panem Sterlingiem. Mogę panią umówić… – rzucając sarkastyczne spojrzenie feministce i wyraźnie walcząc z ironicznym uśmiechem, spojrzała w swój folder. – Za tydzień.
– Nie pogrywaj sobie ze mną sekretareczko, bo najwyraźniej nie wiesz z kim zadzierasz…
 – Och, ja doskonale zdaję sobie sprawę z kim mam do czynienia – odparła Ann stoicko, nie dając się sprowokować swojej przeciwniczce. – Mia Li zaangażowała się dobrowolnie w kampanię i po zapoznaniu z projektem, wyraziła chęć wystąpienia. Myślę, że dla niej i dla pani to istotne, aby uświadomić ludziom dyskryminację, błędne wyobrażenia o lesbijkach i brak poszanowania dla kobiet.
– Ty mi tutaj panienko nie wyjeżdżaj ze swoimi mądrościami na temat dyskryminacji. Jestem uosobieniem feminizmu i nie będziesz uczyła mnie co jest ważne i potrzebne kobietom! – Fox zapłonęła oburzeniem prawie rzucając się do gardła asystentki.
– Nie skorzystamy jednak z pani rad – Ann skontrowała nie bez odrobiny sarkazmu. – A teraz przepraszamy, ale nie możemy dopuścić do opóźnień. Proszę nie przeszkadzać przyjaciółce.
– Co ma niby uświadomić ludziom obmacywanie jej przez jakiegoś palanta i głupie uśmiechy idiotki jak ciele się w nią wpatrującej? – Och, Prudence najwyraźniej nie podzielała wizji reżysera i Sterlinga, który ułożył większość przesłań i scenariuszy do filmików.
– Dziękujemy, że podzieliła się pani z nami swoją cenną opinią, ale naprawdę poradzimy sobie sami – Rodney, z Parkerem tuż na jego piętach, wślizgnął się miedzy dyskutujące kobiety. Ann z ulgą cofnęła się, niezłomnie jednak trwając przy boku swojego szefa.
Darnell doskonale wiedział, w którym momencie Maddock dostrzegł jej krótszą zdeformowaną rękę częściowo schowaną w fałdach koronkowej bluzki. Wszyscy reagowali dość gwałtownie na ten widok i Maddock nie był wyjątkiem. W jego przypadku jednak to była instynktowna sympatia, bo zaczął ciskać piorunujące spojrzenia w stronę feministki. Wcale go nie dziwiło, że młodszy mężczyzna był uczuciowy i troskliwy, właściwie zawsze to podejrzewał.
– Nie mam zamiaru pozwolić, aby moja przyjaciółka była wykorzystywana w taki sposób! – Prudence nie zamierzała się ugiąć. Jej perfekcyjnie umalowane usta zacisnęły się w cienką linię, a idealnie wydepilowana brew podjechała do góry, kiedy z obrzydzeniem mierzyła mężczyzn przed nią stojących jak karaluchy, na które niechcący nadepnęła.
– Rozumiem, że ma pani szczególne postrzeganie świata i kobiecych potrzeb. – Oświadczył Rodney tonem tak wyważonym i stoickim, że wybuch Prudence nagle wydawał się być dziecinny i bardzo nie na miejscu. Stając z nią twarzą w twarz potraktował ją jak równego sobie przeciwnika, a nie kobietę. Z całą pewnością jej wewnętrzna sufrażystka powinna to docenić. – Niestety my jesteśmy realistami. Musimy i chcemy trafić z naszym przesłaniem do szerszego kręgu ludzi. Proszenie o pomoc nie uwłacza ani kobietom, ani mężczyznom i trzeba to wyraźnie podkreślić. Nasz przyjaciel – wskazał na aktora lekko poklepującego zdenerwowaną Mię Li po ramieniu – musiał odwzorować zachowania wielu mężczyzn, więc cały filmik może być intensywny. Obłapywanie, niewybredne propozycje czynione lesbijkom i przede wszystkim irracjonalne niedowierzanie kobietom, że ich orientacja seksualna, wcale nie wynika z braku wielkiego penisa i że mężczyzna nie jest wykładnikiem zaspokojenia ich potrzeb, to tylko czubek góry lodowej. Grunt to zaszczepić w ludzkich umysłach, że NIE zawsze oznacza NIE, a nie „może” czy „nie wiem”. Trzeba też nauczyć kobiety nie obawiać się prosić o pomoc w chwilach zagrożenia. To ma właśnie uświadomić to ujęcie. Napastowane kochanki mają prawo do obrony i mają prawo jej oczekiwać, bo ich związek nie jest powodem do rezygnacji z zwyczajnych ludzkich przyjemności i zabawy.
– Oczywiście, bo przecież o niczym innym nie marzycie wy szowinistyczne świnie niż tylko, żeby znów uzależnić od siebie kobiety! – Dysząc z wściekłości Prudence praktycznie trzęsła się na koniec spokojnego wykładu Rodneya. Wyglądało na to, że przez jej filtr przedostało się tylko to co aktualnie jej odpowiadało.
– I to jest właśnie to miejsce, gdzie się najwyraźniej nie rozumiemy – wtrącił Parker lodowatym tonem. Jego spojrzenie wystarczyło, aby zmrozić zapał kobiety do kolejnej tyrady. – My chcemy uświadomić ludziom, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy równi. To dotyczy się też kobiet. Nie ma mężczyźni kontra kobiety, homo przeciwko hetero. Jest dyskryminacja i nienawiść przeciwko ludzkości.
– Piękne słówka nic nie kosztują – syknęła Prudence, robiąc krok w stronę brata Darnella. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Była albo bardzo głupia, albo miała worek jaj, które wcześniej odebrała mężczyznom, którzy padli jej ofiarami. – Możecie wszystkim mydlić oczy, ale tak naprawdę chodzi wam o pokazanie, kto jest górą.
– Nie, chodzi nam o to, żeby ludzie, którzy się wiążą ze sobą, co może kiedyś dotyczyć i ciebie, nie musieli właśnie walczyć na każdym kroku. Aby byli bezpieczni bez względu na to, w jakim otoczeniu się znajdują. Kobiety nie mają być postrzegane, jako słabe ofiary, mają mieć pewność, że znajdą pomoc i wsparcie, jeśli tego sytuacja będzie wymagała. Możemy wszyscy rzucać wzniosłymi, aczkolwiek pustymi sloganami, ale to nie przybliży nam ani trochę rzeczywistości, w której żyją miliardy osób – deklaracja Rodneya była spokojna i wyważona, ale bez mrugnięcia okiem skinął głową ochroniarzowi, który wślizgnął się niepostrzeżenie do studia, dając mu znać, że jego interwencja może być potrzebna.
Ann z szerokim uśmiechem rzuconym swojemu pracodawcy wskazała czerwonej z furii Prudence wyjście.
– Proszę za mną, nagranie musi być kontynuowane – powiedziała odzyskując równowagę i pewność siebie.
– To jeszcze nie koniec! – Kobieta nie zamierzała tak zwyczajnie skapitulować. Wbijając pełne furii spojrzenie w organizatorów, wymierzyła w nich oskarżycielki palec o krwiście pomalowanym paznokciu. – Robicie sobie i kobietom więcej szkody niż pożytku. Tego tak nie można zostawić. Trzeba się przyjrzeć tym waszym szemranym pomysłom. Promujecie zachowania bandy szowinistycznych, mizoginicznych zboczeńców. Udajecie, że chcecie pomóc, ale tak naprawdę chcecie tylko sobie dobrze zrobić!
– To, że organizatorzy nie zamierzają traktować kobiet, jako gatunek nadrzędny nie oznacza, że traktują je gorzej! – wtrąciła gwałtownie oburzona Ann, aż zaciskając pięść na folderze ze złości. – To takie kobiety jak ty robią innym kobietom więcej szkody niż pożytku. Chcecie, aby świat kłaniał wam się w pas tylko dlatego, że jesteście kobietami. Cóż, w moim imieniu nie przemawiasz, więc wyjdź i nie przeszkadzaj, jeśli nie zamierzasz pomóc!
Rodney czując narastającą furię u swojej pracownicy, położył jej na ramieniu dłoń w uspokajającym geście, chłodno mierząc zacietrzewioną feministę, wyglądającą jakby się miała rzucić na niższą kobietę.
– Proszę się nie krępować. Jak już znajdzie pani jakieś uchybienia… – zaczął, ale Ann najwyraźniej jeszcze nie skończyła, dodając sarkastycznie.
– …to wsadź sobie te swoje uwagi w swój kościsty tyłek i udław się swoimi świętymi racjami, bo tutaj nie ma dla radykalizmu miejsca. – Przywołując ochroniarza jednym ruchem ręki, zmierzyła swoją przeciwniczkę pełnym niesmaku i odrazy spojrzeniem. – A teraz nie będziemy pani zatrzymywali… może mieć pani jakąś aborcję zaplanowaną w czasie lunchu i nie chciałabym, aby pomaganie innym i troska o ludzi stanęła pani na drodze…
W przeciągu kilku kolejnych sekund po drastycznym stwierdzeniu młodej asystentki i pełnym oburzenia wrzasku restauratorki, akcja w studio rozegrała się błyskawicznie.
Darnell wręcz mrugał z niedowierzaniem, jak na jego oczach tylko sprawnym działaniem Parkera i Rodneya o włos zażegnano konflikt zbrojny. Po pięciu minutach od wyprowadzenia robiącej zamieszanie Prudence wydawało się jakby wszystko w mgnieniu oka wróciło do normy. Napięcie jednak wręcz elektryzowało włoski na jego ciele. Maddock wyglądał jak jeleń złapany w światła reflektorów samochodu niemogący się ruszyć z miejsca. Wyraźnie wstrząsnęła nim cała ta konwersacja.
– Wow… to był cios poniżej pasa – wymamrotał do Darnella nadal patrząc na zdenerwowaną Ann wolno teraz popijającą herbatę, którą ktoś z obsługi jej wręczył na uspokojenie.
– Wiem… – przyznał Darnell już w myślach planując drogę ucieczki przed wyraźnie zmierzającym w ich kierunku bratem. – Nie znam szczegółów, ale słyszałem, że Ann ciężko przeżyła dwa poronienia, a kiedy starała się o in vitro, grupa feministek nie ukrywała, że ze względu na jej kalectwo powinna raczej przemyśleć sobie rozmnażanie. Myślę, że nie może tego tak zwyczajnie przełknąć, że one są nastawienia, iż usuwanie ciąż jest czymś normalnym jak wyciśnięcie pryszcza…
Po raz kolejny Maddock wpatrywał się w niego z ciekawością i zdumieniem, i Darnell nagle poczuł się nieswojo. Czemu tak paplał jak zakochana nastolatka ilekroć ten mężczyzna spojrzał na niego? Chyba było z nim coraz gorzej.
– Tym razem chyba chcę wiedzieć skąd czerpiesz swoją wiedzę – przyznał biegacz cicho, przysuwając się bliżej jakby chciał tam i w tym momencie usłyszeć wyjaśnienia.
Przewracając mentalnie oczami Darnell skrzywił się. Wpakował się i to nie na żarty. Parker go zabije.
– Chętnie udzielę wszelkich wyjaśnień podczas lunchu. Choć przyznam, że raczej wolałbym rozmawiać o czymś ciekawszym niż o przykrych przeżyciach mojego brata i trudnym życiu, jakie zgotowała mu jego była żona.
– Och…
– No och, dobrze to kwituje – przytaknął Darnell z rezygnacją patrząc ponad ramieniem Maddocka na swojego brata. – O wilku mowa…
Zaskoczony i jakby nagle wyrwany ze stuporu mężczyzna rozejrzał się dookoła. Widząc zdeterminowaną minę surowego organizatora podjął błyskawiczną decyzję.
– Pora na mnie… – Obracając się na pięcie ruszył do wyjścia nie oglądając się na Darnella.
– Hej, a co z naszym… lunchem? – zawołał za nim aktor, próbując przełknąć rozczarowanie, które poczuł na widok oddalających się pleców swojego partnera. To nie tak miało być. Chciał zgłębić atrakcję, którą czuł. Chciał zrozumieć co się z nim działo, a wyglądało na to, że to właśnie Maddock trzymał klucz do zagadki jaką stały się jego własne pragnienia. Dobijało go też, że przystojny sprinter zdawał się ciągle mu wymykać.
Miał zbyt wielki mętlik emocjonalny, aby stawić czoła bratu, nie wyglądało jednak, aby starszy mężczyzna dał mu jakąś inną opcję. 


cdn... ;)

sobota, 11 stycznia 2014

Rozdział drugi

Bo jesteście kochani, i bo lubię was dręczyć :D


Drugi rozdział 
Świątecznego pocałunku 
dla was...





Rozdział drugi


Akcja była wielka i wszechstronna, zatem projekt przewidywał różne klipy filmowe, zdjęcia, wywiady, reklamy i plakaty. Mocne, bezpośrednie hasła i slogany. Chciano położyć szczególny nacisk na edukację, wpleść w całość fakty medyczne, bo wiedza na temat HIV i AIDS nawet w dobie Internetu była zatrważająco uboga u większości ludzi. Potrzeba też było przybliżyć wszystkim problem dręczenia wśród nastolatków i zastraszającej ilość samobójstw wśród młodzieży. Problemów i zadań było zastraszająco wiele, Rodney jednak zdawał się znaleźć rozwiązanie dla wszystkiego. Nie dziwne, że potrzebował tak wielu chętnych, aby wsparli go w tej wojnie.
Każdy z uczestników miał z góry przeznaczone zadanie i partnera z którym – przy pomocy wyznaczonych wolontariuszy – miał je realizować. Część filmowców i fotografów światowej sławy nie tylko zadeklarowało pracę za darmo, ale i czynny udział w projekcie. To samo dotyczyło się muzyków, stylistów, choreografów, scenarzystów i grona ludzi, co do których przeznaczenia i zawodów Maddock nawet nie był pewien. Wielkie studio filmowe asygnowało swoje pomieszczenia i sprzęt do użytku. Zestawienie prywatnych firm i przedsiębiorstw w ten czy inny sposób deklarujących pomoc było dające do myślenia. Nieśmiałe macki wątpliwości wpełzły do umysłu biegacza. Coś to przecież musiało znaczyć. Czyżby wystarczył odpowiedni bodziec?
Lista wspierających wydrukowana na kilku ostatnich stronach programu była imponująca i w niemałej mierze zaskakująca. Może wreszcie do wielu ludzi dotarło, że należało coś zrobić.
Zadanie było wielkie, ale i cel był szczytny. Półśrodki zdecydowanie nie dawały rezultatu do tej pory. Trzeba było zmienić postrzeganie środowiska LGBTQIA*[1] i Gender na całym świecie, co oznaczało, że musieli dotrzeć do wszystkich. Ukazać prawdę. Dobitnie dowieść jak błędnie ludzie myślą o homoseksualizmie, biseksualizmie czy transseksualizmie. Co każdy zrobi potem z tą wiedzą nie leżało już w rękach organizatorów, ale każdego indywidualnego człowieka, i może Boga, jeśli ktoś w niego wierzył.
Maddock miał wiele wątpliwości i pytań, nie bardzo jednak wiedział, kogo miał zapytać ani jak sformułować swoje obawy. Jego scenariusz wydawał się wyglądać prosto. Miał zagrać we filmiku. Później po kilku sesjach zdjęciowych, miał udzielić wywiadu i wraz ze swoim wylosowanym partnerem – a jak jego bilecik głosił, był to Darnell Kimrey, aktor, o którym nigdy wcześniej nie słyszał – siedząc pod wielką choinką wyznać, że choć żaden nie jest gejem, to wzięli udział w akcji, ponieważ…
No właśnie i to wielkie „ponieważ” było ciężkim orzechem do zgryzienia dla Maddocka. Miał szczerze i otwarcie wyjaśnić, co go skłoniło do uczestnictwa w akcji, udawania geja, do – hipotetycznego – całowania innego mężczyzny, do wystąpienia z szeregu i przywołania ludzi do porządku. Co samo w sobie powinno być proste. Powinno, a nie było, w sytuacji, kiedy sam nie do końca był pewien własnych motywów.
Jak miał ubrać w słowa coś, co wyżerało mu duszę? Jak posortować mętlik w głowie i skonfliktowane uczucia? Z całą pewnością nie chciał wyjawiać osobistych, prywatnych spraw na forum, dla wszystkich do oceniania. Nie miał ochoty pozwolić innym na zaglądanie sobie w głowę. Ujawnienie tego, co naprawdę myślał odzierało go z warstwy ochronnej, którą nie wiedział, kiedy wyhodował. Wiedział tylko, że czuł się bezbronny taki przezroczysty.
Organizatorzy jednak nie mieli zamiaru iść na łatwiznę. Nie zamierzali podpowiadać, pomagać czy sugerować właściwych odpowiedzi. Chcieli, aby każdy z osobna miał czas przemyśleć swoje własne nastawienie i pobudki, by zweryfikowali swoje odczucia w tym temacie. Łatwo było mówić to, co było właściwe, poprawne politycznie. Wyuczone regułki bez trudu spływały ludziom z ust. Kiedy jednak miały wypłynąć prosto z serca, gdy miały reflektować czyjeś prawdziwe emocje, sytuacja nagle stawała się skomplikowana. Wiele niespodzianek mogło spotkać człowieka w momencie, w którym musiał się otworzyć. Udawać było łatwo, przekonać jednak samego siebie, co jest właściwe, było z goła czymś dokumentnie innym. Tak jak de facto zrozumienie, co było tym godziwym zachowaniem, które mieli reprezentować. Nie dla wszystkich to było oczywiste.
Całkowicie skołowany i przybity Maddock ruszył w kierunku, rozmawiającego na środku sali Rodneya Sterlinga. Pot ściekał mu po plecach pod koszulą, choć drżał z zimna pomimo marynarki.
Po pierwsze wypadało się przywitać z osobą odpowiadającą za ten cały bałagan, a po drugie, jeśli już miał brać udział w tym szaleństwie, najlepiej było złapać byka za rogi od razu, a nie czaić się po kątach. Był sportowcem, rywalizacja i determinacja płynęły w jego żyłach.
Przedarcie się jednak przez tłumek go otaczający wydawało się być proste tylko w teorii. Wyglądało na to, że nie on jeden miał zastrzeżenia i obiekcje. Ożywiona rozmowa grupki zgormadzonej w centrum płynęła dość wartko i więcej osób zaczynało dołączać niż odchodzić uspokojonych. Ostatecznie wolno, ale z determinacją prąc, Maddock przepchnął się do przodu. W zasadzie w ostatnim momencie został wepchnięty na wysokiego, muskularnego bruneta stojącego tuż obok organizatorów, ale nie mniej jednak ostatecznie znalazł się w przy Rodneyu. U którego boku niewzruszenie jak opoka, stał współtwórca kampanii Parker Kimrey.
Prostując się niezdarnie i mamrocząc jakieś nieskładne przeprosiny dla osoby, na którą wpadł, Maddock spróbował opanować wewnętrzne roztrzęsienie. Ścisk był jednak taki, że chcąc nie chcąc nadal był przyciśnięty do nieznajomego jak plaster do rany.
– Bardzo przepraszam… ja tylko… przepraszam – mamrotał zły i speszony. Wielkie, twarde ciało mężczyzny zdawało się ani drgnąć pomimo faktu, że Maddock kilka razy odbił się od niego próbując się cofnąć. Popychany jednakże z tyłu przez rozkojarzony tłum, nie miał szans nawet drgnąć. – Proszę mi wybaczyć, ten ścisk… – wydusił kolejny raz siląc się na grzeczność. – Ja tylko… proszę wybaczyć… – Zdezorientowany, miał obawę spojrzeć w twarz mężczyzny, na którego niemal wchodził. Nie zdarzyło mu się jeszcze znaleźć w tak dwuznacznej sytuacji. Nie wiedział, co robić szczególnie, że czuł spojrzenie faceta na sobie niczym laser. Wręcz czuł jego rozbawienie przez skórę. Równie dobrze mógł sobie darować, bo jak zdołał się do tej pory zorientować na sali rozbrzmiewały różne języki świata i na dobrą sprawę mężczyzna mógł go wcale nie rozumieć. – Och, do cholery z tym wszystkim… – zaklął poddając się.
Nieznajomy, jeśli nawet rozumiał, co się do niego mówiło, to nie zareagował w żaden sposób, wbił tylko w niego swoje chłodne, niebieskie oczy i skinąwszy mu głową, trochę się odsunął. Jego potężniejsza sylwetka i oczywista siła dawały mu przewagę, której nie miał Maddock i sama świadomość tego doprowadzała sportowca do szewskiej pasji. Na dodatek te kilka centymetrów wzrostu, które ich dzieliło na niekorzyść Maddocka sprawiało, że bez trudu miał możliwość dostrzec kpiący uśmiech na ustach drugiego mężczyzny. Co z miejsca zburzyło mu krew jeszcze bardziej, zwłaszcza, że i tak był już nieźle podminowany. Odwracając się w stronę organizatorów postanowił zignorować nieznanego uczestnika i załatwić to, po co się tam przepchnął. Na serio to nie był odpowiedni moment, aby dać sobie nadepnąć na odcisk przez jakiegoś obcego typa, którego najwyraźniej bawiła cała ta sytuacja.
– Przepraszam was moi drodzy. Zrozumcie, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć wam teraz na wszystkie pytania. W waszych folderach macie numery telefonów, aby skontaktować się z naszymi pomocnikami i współtwórcami naszego projektu w razie, jakichkolwiek wątpliwości. – Ciche, ale stanowcze słowa Rodneya bez trudu dotarły do wszystkich. Unosząc ręce w uspokajającym geście spróbował oderwać się od napierającej na niego grupy. – Wszystko pójdzie sprawnie i szybko, kiedy już zapoznacie się z rozkładem zajęć i przydzielonymi wam partnerami. Raz wylosowane nazwisko przez jednego z uczestników znika z puli, więc kto pierwszy ten lepszy. System rejestruje już wykorzystane nazwiska i wylosowana osoba już tylko dostaje scenariusz i nazwisko osoby, która ją wylosowała. To naprawdę działa bardzo prosto. – Szeroki uśmiech wypłynął na jego lekko pooraną zmarszczkami twarz. Z bliska były wyraźnie widoczne, choć mężczyzna nie mógł mieć więcej niż czterdzieści parę lat. Nie ujmowało mu to w żaden sposób, a wręcz czyniło bardziej przystojnym i interesującym. – Zmiany, jeśli naprawdę okażą się niezbędne będą dokonywane w miarę postępu prac. Ten miesiąc będzie bardzo pracowity i wielu z was będzie musiało tu wracać kilkakrotnie, bo przecież nikt nie oczekuje, że wszystko rzucicie na cały miesiąc i będziecie do naszej dyspozycji.
– Proszę państwa. To naprawdę wszystko jest wyjaśnione w waszych grafikach – wtrącił twardo i dużo bardziej chłodno Parker Kimrey. Trochę niższy, ale dużo potężniej zbudowany niż swój towarzysz roztaczał wokół nich aurę opanowania i zdecydowania. Kładąc dłoń na łokciu Rodneya powstrzymał go przed odpowiedzią na pośpiesznie rzucane pytania. – Na wszystko będzie czas. Proszę się rozgościć w hotelu. Zjeść, odpocząć. Przejrzeć swoje plany, a kto jeszcze nie ma wylosowanego partnera proszę to jak najszybciej zrobić. Nasi pomocnicy są do waszej dyspozycji. Bardzo łatwo ich rozpoznacie – wskazał swoją pomarańczowo–zieloną plakietkę. – Każdy z naszych pracowników ma odpowiedni identyfikator i zdolność udzielenia wam wszelkiej pomocy, której możecie wymagać. Jeśli nie będą umieli pomóc, będą wiedzieli, do kogo państwa skierować. – Ostatecznie i stanowczo zdymisjonował wszystkich.
Lekko zdenerwowani mężczyźni i ciekawsko zerkające na nich kobiety mimo wszystko musieli się poddać, widząc, że już nic więcej nie wskórają. Ostatecznie nawet nie do końca wiedzieli, o co pytać, nie znając swoich zadań. Kręcąc głowami i szepcząc między sobą gorączkowo, zaczęli rozchodzić się po sali. Dopiero teraz Maddock dostrzegł, że podobnych grup utworzyło się znacznie więcej. Każda otaczała mężczyznę lub kobietę z zielono–pomarańczowej koszulce z napisem na plecach „tłumacz” i narysowanymi małymi flagami. Niska blondynka miała ich imponującą ilość, ale nie zdołał dojrzeć ilu językami władała. Wyglądało jednak na to, że wszystko było pod kontrolą. To się nazywa planowanie do przodu. Był pod wrażeniem.
Rodney cicho rozmawiając z Parkerem, zaczęli zmierzać do bocznego wyjścia, z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. Maddock jednak był zdeterminowany i nie zamierzał się poddać. Choćby dlatego, że kilka minut wcześniej przyglądając się Parkerowi dostrzegł, że jego nazwisko jest dokładnie takie samo jak nazwisko jego tajemniczego partnera. To nie mógł być przypadek, nie przy jego zdumiewającym szczęściu do pakowania się we wszelkiego typu tarapaty.
– Przepraszam – zawołał przyśpieszając kroku, aby dogonić mężczyzn. Nawet nie dostrzegł, że ktoś podąża jego śladem. Miał zbyt wiele na głowie, aby zwracać na kogokolwiek uwagę. – Mogę zamienić słówko panie Kimrey? – zapytał bez mrugnięcia okiem na zniecierpliwione spojrzenie, które rzucił mu wołany organizator przez ramię. – Ja tylko zajmę sekundę.
– Słucham? – zapytał w końcu Parker po kuksańcu od przyjaźnie uśmiechającego się Rodneya.
– Witam – zaczął Maddock biorąc głęboki wdech. Był zadowolony, że jego dłoń drżała naprawdę nieznacznie, kiedy wyciągnął ją na powitanie do swoich rozmówców. – Nazywam się…
– Wiemy, kim pan jest panie Sheffield… złoty medalista ostatnich mistrzostw halowych na sto metrów w sprincie, brąz w sztafecie cztery razy czterysta metrów. Proszę mi wierzyć, jestem fanem, to prawdziwa przyjemność móc pana gościć. Zwłaszcza, że zdecydował się pan wspomóc swoim udziałem nasz szczytny cel. – Przerwał mu Rodney, dość entuzjastycznie potrząsając wyciągniętą ręką.
Oczywiście, że wiedział, jakże mogłoby być inaczej. Ponownie spinając się wewnętrznie Maddock skinął mu lekko głową.
– Cóż, trudno odmówić panu siły perswazji. To było zaproszenie nie do odrzucenia… – Maddock właściwie nie do końca był pewien czy udało mu się ukryć nutkę wyrzutu w głosie, choć wiedział, że powinien był. Ostatecznie wszyscy znaleźli się tutaj w słusznej sprawie. Jak było z tym polemizować i nie wyjść na totalnego dupka? Rodney i Parker musieli również zdawać sobie z tego sprawę, bo żaden nawet nie ukrywał wypływających im na usta uśmiechów. – Rozumiem, że wszystkiego dowiem się z czasem, ale jedno jednak mnie trapi. Pańskie nazwisko – zwrócił się bezpośrednio do niższego z mężczyzn, nie mając siły na owijanie w bawełnę i cackanie się.
Parker spojrzał na niego, z zaciekawieniem wysoko unosząc brwi.
– A cóż w nim takiego interesującego? – zapytał ostrożnie, nie całkiem pewien czy chce znać odpowiedź. Był dobrze znany w gronie bankowców, inwestorów i przedsiębiorców, a jego głośny i brzydki rozwód odbił się echem we wszystkich kręgach społecznych. Nawet nie chciał wspominać tego czasu.
Wzdychając głęboko i dość nerwowo przeczesując palcami swoje ciemnoblond włosy Maddock, odparł na tyle spokojnie na ile to było możliwe w danej sytuacji:
– Otóż takie samo nazwisko nosi osoba, którą wylosowałem. – Wyciągnął dłoń z kartonikiem w stronę zaskoczonego mężczyzny. Dwoje komicznie rozszerzonych oczu lepiło w niego wzrok. Ciut rozbawiony Maddock dodał cicho: – Miałem nadzieję, że może mi pan wskazać, któż to może być…
– Cóż… – zaczął Parker ostrożnie, rzucając nerwowe spojrzenie ponad ramieniem Maddocka. – Darnell Kimrey…
– To byłbym ja – odparł głęboki, niski głos tuż nad uchem niczego niespodziewającego się sportowca.
Zaskoczony i wystraszony w pierwszym momencie Maddock, praktycznie wyskoczył na pół metra w górę. Stres całego dnia skumulował się w nim w tym jednym momencie do takiego stopnia, że zdenerwowany i rozdygotany teraz wręcz trząsł się od środka. Gdyby nie pasek, zimny pot spływałby mu po tyłku. Zły, odwrócił się na pięcie jednocześnie wpadając na, nie całkiem już nieznajomego z ich poprzedniej kolizji. Ten sam leniwy, trochę kpiący uśmiech czający się w kącikach, niezaprzeczalnie przystojnego Darnella Kimreya, był jak cios w splot słoneczny i doprowadził krew Maddocka do wrzenia, choć za nic na świecie nie umiałby usprawiedliwić swojej tak intensywnej reakcji.
– Ty! – rzucił oskarżycielsko, niezdolny zapanować nad miksem emocjonalnym rozpierającym go od środka. Potrzebował ofiary i ta właśnie mu się napatoczyła w postaci aroganckiego aktora.
– Ja! – Przytaknął mężczyzna z kpiarskim uśmiechem. Zanim jednak Maddock miał możliwość zareagowania w jakikolwiek sposób, ten zwrócił się do swojego brata wyraźnie drwiąc z niego. – Wychodzi na to, że twój idealny system losowania ma wady.
– To nie możliwe! – zaprotestował lekko pogubiony w całej sytuacji Parker. Obserwacja reakcji obu mężczyzn na siebie wciągnęła go na tyle, że w pierwszej chwili nie pojmował, co jego brat mógł mieć na myśli. Ten jednak wyśmiał go.
– Dlaczego w takim razie, ja i on w tym samym czasie wylosowaliśmy kogoś innego?
Cała trójka jak na zawołanie spojrzała na kolejny tekturowy bilecik pojawiający się, jak z rękawa magika, w dłoni Darnella. Mężczyzna jednak nie miał zamiaru tak zwyczajnie skrócić ich męki i zasłonił kciukiem nazwisko na nim widniejące.
– To jest nie możliwe – wymamrotał ponownie Parker pozostając w wyraźnym stanie szoku. Nawet Rodney skrobał się po głowie nie do końca znajdując logiczne wyjaśnienie dla tej nieoczekiwanej okoliczności.
– A może jest możliwe, bo losowaliśmy dokładnie w tym samym czasie? – Zastanowił się na głos Maddock właściwie nie do końca wiedząc, o czym mówił. Wiadomo było, że dane wprowadzane do komputera mogły napotkać różne przeszkody, a biorąc pod uwagę młody wiek, ach–jakże–entuzjastycznych asystentów obsługujących poszczególne stoiska, wszystko mogło się zdarzyć.
– Istnieje taka możliwość, a przynajmniej to jedno z ewentualnych wyjaśnień – wymamrotał z zastanowieniem Rodney już kalkulując w głowie. Parker z kolei wyglądał jakby miał przewrócić się na miejscu, uginając się pod ciężarem wszystkich potencjalnych komplikacji mogących wypłynąć z większej ilości takich błędów. Przez chwilę Maddock mu nawet współczuł. Nie trwało to jednak dość długo, żeby musiał się przejmować tym, iż już całkiem tracił rozum. Tym bardziej, że organizator otrząsnął się praktycznie natychmiast, prostując jak strzała.
– Muszę to naprawić! – oświadczył, ponownie obracając się na pięcie, aby podążyć tam gdzie gnał go kolejny obowiązek. Darnell widocznie jednak miał inne plany, bo uśmiechając się dość arogancko zapytał:
– Nie chcesz wiedzieć, kogo wylosowałem? – Ton jego głosu wystarczył, aby wbić Parkera w ziemię. Prawie obawiając się, mężczyzna spojrzał twardo na brata przez ramię, pozwalając swojemu milczeniu być bardziej wymownemu niż setce słów, które cisnęły mu się na usta. Darnell mimo wszystko nie miał zamiaru dać się zbyć tak lekko, tym bardziej, że w jego głowie już formował się pomysł, za który dałby wiele, aby wprowadzić go w życie. – Chyba trzeba znaleźć dla tej osoby zastępstwo…
– Po prostu wróci do puli… – Parker oczywiście od razu miał rozwiązanie. Maddock jednak miał wrażenie, że jego partner miał całkiem inny pomysł, bo ewidentnie zbyt dobrze się bawił wnosząc po jego minie i ironicznie uniesionych brwiach.
– Jesteś tego pewien? – Nie próbując nawet ukryć uśmiechu, Darnell kpił w żywe oczy z Parkera. Zanim jednak gwałtownie czerwieniejący na twarzy mężczyzna miał możliwość wybuchnąć, Rodney zganił spojrzeniem przemądrzałego, młodszego brata, ucinając dalszą słowną przepychankę. Nie chcąc najwyraźniej podpaść pierwszemu po Bogu w całym tym przedsięwzięciu, z niemałą satysfakcją, Darnell pokazał swoim towarzyszom nazwisko na białym kartoniku.
Rodney Sterling.
Cisza, jaka zapadła na chwilę była wręcz nierealna i Maddock właściwie na siłę musiał stłumić chęć rozejrzenia się dookoła, aby upewnić się, że nie zostali nagle jakimś cudem sami na ogromnej sali. Szybko jednak parsknięcia, protesty i zaprzeczenia posypały się od dwóch protestujących działaczy i niesamowita atmosfera prysła jak bańka mydlana.
– To niemożliwe…
– Jakaś pomyłka!
– Błąd…
– Trzeba to wyjaśnić!
Parę sekund zajęło Maddock’owi połapanie się w całej tej nerwowej paplaninie. Nie do końca łapał gdzie w tym wszystkim był zawarty żart, ale wyglądało na to, że przynajmniej Darnell bawił się dobrze.
– Nie mam pojęcia, co się stało, ale Rodney nie może brać udziału w akcji… – oznajmił stanowczym i już dużo bardziej opanowanym tonem Parker. Przytakując samemu sobie przy okazji głową, jakby chciał się upewnić, że ma absolutną rację. Przecież nie było żadnej innej opcji.
– A to dlaczego? – Darnell oczywiście nie zamierzał się poddać, a i sam Maddock nagle zaczął być bardzo ciekawy odpowiedzi.
Po raz kolejny zapadła niezręczna cisza, kiedy Rodney i Parker wbili spojrzenie w niesfornego partnera Maddocka. Ich miny nie były pochlebne.
– Jestem organizatorem, po łokcie zarobionym i trzymającym to wszystko w garści. Chyba nie sądzisz, że moje uczestnictwo w tej sytuacji wyjdzie komukolwiek na dobre? – odparł w końcu Rodney tonem tak pełnym cierpliwości, że Maddock musiał się skrzywić. Darnell równie dobrze mógłby być pięciolatkiem, sądząc po sposobie, w jaki się do niego zwracał.
Rozglądając się przesadnie dookoła, aktor zrobił niewinną minę rozszerzając oczy zabawnie.
– Z tego, co widzę masz tłumy pomocników, współtwórców i pomysłodawców. Człowiek nie może mrugnąć, ażeby się nie potknąć o któregoś. Nie podejrzewam, że wszystko runie, jeśli weźmiesz udział w sesji zdjęciowej czy filmiku.
– To bez sensu – zaprotestował Rodney potrząsając głową. Zmarszczki wokół jego ust tylko się pogłębiły, kiedy zagryzł wargi, jakby próbował się powstrzymać przed tym, co mogło wymknąć mu się niezamierzenie. Jego stanowisko dawno temu nauczyło go, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem.
– Ależ to ma wielki sens. Kto jak nie ty powinien wspierać swoją twarzą całą akcję?
– Darnell przestań. – Cicho zgonił brata Parker. Wydawał się być zażenowany całą tą jakże niekomfortową sytuacją. – Nie masz pojęcia ile mamy pracy. – Dopuszczenie do siebie wizji występującego Rodneya z Darnell’em, to było dla niego za dużo najwyraźniej.
– Nie mniej jednak wszyscy poświęcamy się dla wyższego dobra, prawda? – Kontra była natychmiastowa. Wyglądało na to, że bracia mieli wiele doświadczenia w takich dyskusjach i choć Maddock nie znał ich, po samych ich minach miał pewność, że żaden nie zamierza szybko ustąpić. Jak na razie w jego opinii Darnell miał wiele racji. Wszyscy w taki czy inny sposób znaleźli się tutaj pod presją. Jak nie własnego sumienia i honoru, to przyjaciół, środowiska czy agenta. – Myślę, że to by dobrze wpłynęło na morale uczestników, gdy sami organizatorzy czynnie zaangażowali się w udział.
– Nie ma na to czasu. Trzeba by wiele zmienić, dopasować, przearanżować. Musielibyśmy wymyślić nowy plan dla Rodneya… – Niechętnie, ale Parker wydawał się rozważać tę niespodziewaną opcję, cały czas w głowie szukając dobrej wymówki. Zamyślona mina jego współtowarzysza też nie pomagała mu się uspokoić i z niepokojem cały czas zerkał na stojącego przy nim mężczyznę.
– Może jednak… – Wolno i niechętnie Mr Sterling przyjął do wiadomości, że nowe zadanie zostanie wepchnięte w jego bardzo już napięty grafik. Źle by wyglądało, gdyby zaczął się uchylać od tak ważnego obowiązku. Ostatecznie sam naciskał na innych, nie miał prawa od siebie wymagać mniej.
– Zwariowałeś! – zaprotestował Parker spontanicznie i dość emocjonalnie, zanim jego przyjaciel miał możliwość dokończyć myśl. Jego reakcja była właściwie automatyczna, a rozum dopiero próbował pojąć, dlaczego mężczyzna w ogóle rozważał na poważnie taką możliwość. Zdumiony patrzył, wobec tego na niego, nie wierząc własnym uszom. Opanowując się resztką sił, zaatakował swojego brata, w duszy winiąc go za całe zamieszanie. –  Niepotrzebnie robisz zamieszanie. Ty masz partnera. Maddock Sheffield wylosował plan dla was i twoje nazwisko. Po prostu dostosuj się do grafiku i wszystko będzie dobrze. Rodney ma milion obowiązków i nawet z moją pomocą, i reszty wspierających nadal jesteśmy zapracowani po kokardki. Raz w życiu mógłbyś dać spokój!
– Właśnie bracie. – Darnell w ogóle nieprzejęty krytyką uśmiechnął się szeroko. Błysk w jego oczach posyłał ciarki niepokoju po plecach zebranych. – Z twoją pomocą Rodney da sobie radę ze wszystkim. Wiem, że zaplanowaliście całość perfekcyjnie wręcz ze szwajcarską precyzją. Przewidzieliście każdą opcję… upsss… prawie każdą. Poradzicie sobie i z niespodzianką. Ja mam partnera z planem… – Dość obcesowo przyciągnął Maddocka do swojego boku, łapiąc go za rękaw. Zaskoczony sportowiec nie miał czasu nawet zaprotestować. – A w twoje kompetentne ręce oddaję mój plan i Rodneya. – Śmiejąc się cicho przycisnął karteczkę do piersi brata poklepując go przy tym przyjacielsko. Sekundę później wielki fioletowy folder również był przyciśnięty do klatki piersiowej oburzonego, prychającego Parkera. – Wszyscy musimy walczyć o wolność, równość i sprawiedliwość… – zaintonował z emfazą, jednocześnie zbierając się do odejścia. Zamierzał mieć ostatnie słowo, o co nie było trudno, zwłaszcza, że jego towarzysze gapili się na niego z lekko rozdziawionymi ustami. Nawet Maddock dał sobą sterować, niezdolny do jakiejś racjonalnej reakcji. Zwyczajnie w najśmielszych snach nie zdołałby wymyślić takiego scenariusza.
– Darnell nie masz pojęcia, co robisz – wycedził wściekły, zarumieniony Parker. Nie pomogło również przenikliwe, trochę pytające spojrzenie, jakie rzucił mu nagle Rodney. W rzeczywistości trudno było wyczytać cokolwiek z jego miny, ale i tak Parker czuł się nagle jak przyszpilony owad pod mikroskopem. Doprawdy wyzwanie od przyjaciela było ostatnią kroplą przelewającą kielich goryczy. Miał ochotę udusić tego aroganckiego dupka swojego brata.  Głośny gwizd zagłuszył dalszy ciąg jego wypowiedzi. Zresztą wszystko wyparowało z głowy Parkera, kiedy oniemiały spojrzał na gwiżdżącego Darnella.
W uszach Maddocka zadzwoniło. Podminowany i lekko wystraszony nagłym dźwiękiem wbił łokieć w brzuch większego mężczyzny i odskoczył na metr, praktycznie bojąc się, co ten dureń znów wymyślił. Nie chciał być kojarzony z tym durniem, a już z całą pewnością nie zamierzał dać się wplątać w pokręcone pomysły aktora.
– Mili państwo – Darnell Kimrey wyraźnie czuł się w swoim żywiole, gdy wszyscy spojrzeli w jego kierunku. Zanim Parker zdołał go powtrzymać, oświadczył głośno i radośnie. – Pogratulujcie naszym organizatorom i inicjatorom tego wspaniałego projektu, Rodneyowi Sterlingowi i Parkerowi Kimrey’owi, gdyż zdecydowali się na osobisty udział w projekcie. Czy to nie wspaniały gest?
Brawa zagłuszyły przekleństwa Parkera i wymuszony śmiech Rodneya. Uratowały też Darnella przed długą i bolesną śmiercią.
 W tym jednym momencie Maddock był właściwie na sto procent pewien, że preferował trzymać się od swojego partnera z daleka, tak długo jak to będzie fizycznie możliwe.
– Och, nie rób takiej miny bracie – Darnell poklepał ponowie Parkera po piersi, śmiejąc mu się w nos. – Są rzeczy ważne i ważniejsze. Priorytety, bracie. Trzeba mieć priorytety.

***

Chichocząc cicho pod nosem Darnell wymknął się z sali, nie czekając aż piekło rozpęta się na dobre. Zostawił nawet własnego partnera na pastwę losu. Czuł satysfakcję z tego, że mógł przytrzeć nosa swojemu idealnemu, niewzruszonemu bratu. Kochał go i podziwiał, nic jednak nie zmieniało faktu, że uwielbiał rywalizację, która od lat między nimi się toczyła. Czyniło ich to normalnymi, przeciętnymi braćmi, takimi jak w większości rodzin. Dla siebie nie byli popularnym aktorem i nadzianym, ustosunkowanym dyrektorem jednego z największych banków w kraju. Byli sztywniakiem i upierdliwym młodszym bratem. I o to mu chodziło. Choć oczywiście w życiu by się do tego nie przyznał głośno. Ich miłość była gorzko–słodka.
Zresztą, mina Parkera z przed pięciu minut była bezcenna. Nie potrafił się zmusić do nawet cienia wyrzutów sumienia. Wszak wszyscy mieli się poświęcić w imię wyższego dobra, prawda? Dlaczego tylko on miał z siebie robić idiotę?
Bez zastanowienia rozejrzał się za najkrótszą drogą do baru. Małe grupki i pojedyncze osoby bez przerwy przemierzały wielki hol hotelu. Mógł się założyć, że większość to byli uczestnicy akcji. Najwyraźniej nie tylko on miał jeden odczuwał nieprzemożną potrzebę przepłukania gardła. Rozumiał ich aż za dobrze. Kilka drinków musiało pomóc na jego nadal lekko przysmażone nerwy. Sam nie wiedział, czemu się tak stresował. Grał już różne role. Tym razem po prostu zagra wyrozumiałego, wspierającego i troszczącego się o innych samarytanina, rozumiejącego cierpienie mniejszości. Pestka.
Lepiej jednak było się zabezpieczyć. Dżin z tonikiem zdecydowanie nie mógł mu w tej sytuacji zaszkodzić.
Obracając się na pięcie Darnell z impetem wpadł na klnącego, wściekłego Maddocka Sheffielda, stojącego tuż za jego plecami. Facet chyba musiał go śledzić, bo gdzie by się nie obejrzał tam było go pełno.
– Jezu, znowu ty – parsknął pod nosem z irytacją. Zdecydowanie jeszcze nie był gotów na stawienie czoła swojemu partnerowi. Tym bardziej, że przystojny młody sportowiec niejako z wyższością patrzył na niego, choć to Darnell był dobre sześć centymetrów wyższy. Sfrustrowany mężczyzna swoje schludnie przycięte ciemne włosy w tym momencie miał już wyraźnie potargane i na policzkach pokazywał mu się pierwszy lekki zarost. Jasne oczy cięły jak lasery, a pełne różowe usta zmieniły się w cienką linię idealnie odzwierciedlającą jego niezadowolenie.
– Chyba powinniśmy pogadać – zauważył mężczyzna tak kostycznym tonem, że Darnell nie zdołał zapanować nad grymasem.
Pięknie, trafiła mu się maruda. Mogli sobie podać rękę z Parkerem. Ten wieczór zaczynał być coraz lepszy.
– Ja zmierzam do baru, możesz się przyłączyć i gadać, aż mi uszy nie odpadną, o ile nie będzie ci przeszkadzało, że ja będę zajęty piciem. – Nie czekając na odpowiedź aktor ruszył do wejścia na salę restauracyjną. Biorąc pod uwagę tłum już tam walący przez dwuskrzydłowe drzwi, wręcz żałował, że nie namyślił się wcześniej. Ludzie na serio wyzbywali się wszelkiej kultury, kiedy ktoś stał między nimi, a ich wybraną trucizną.
Mamrocząc niepochlebne inwektywy pod nosem, wystarczająco jednak głośno, aby Darnell usłyszał, Maddock niemrawo podążył za nim.
Darnell skrył uśmiech. Może będzie miał więcej ubawu niż na początku podejrzewał. Mały sportowiec wydawał się być trudnym przeciwnikiem, a już z całą pewnością nie lubił się naginać do cudzej woli. Jaka szkoda, że go to w ogóle nie wzruszało. 
– Gadaj! – zażądał Darnell, nawet nie patrząc na swojego towarzysza, za to dość entuzjastycznie przywołując do siebie atrakcyjną barmankę. Postawił na swój najbardziej czarujący uśmiech i jak zwykle bez pudła zadziałało, bo kobieta z uroczym rumieńcem podeszła do nich, pomijając kilku klientów po drodze. – Dżin z tonikiem, podwójny – zamówił głośno. Rzucając szybkie spojrzenie w stronę swojego towarzysza, zapytał z kurtuazją: – Coś dla ciebie?
Zaciskając usta na chwilę, Maddock wyglądał jakby miał zamiar wychłostać aroganckiego aktora słownie, zadziwiająco szybko jednak nad sobą zapanował.
– Poproszę wodę mineralna z cytryną. – Na kpiące spojrzenie, jakie rzucił mu Darnell dodał cierpko: – Nie piję alkoholu…
– Oczywiście, że nie – przytaknął ironicznie aktor. – Twoje ciało z całą pewnością jest świątynią… – Drocząc się, mężczyzna całkiem nieświadomie przysunął aprobującym wzorkiem po smukłej, wysportowanej sylwetce biegacza. Nie trudno było dojrzeć gładkie, twarde niczym postronki mięśnie ud pod ciasnymi skórzanymi spodniami. Czarna sportowa marynarka również idealnie podkreślała długi, idealnie zdefiniowany tors. Nikt nie mógłby się dopatrzyć choćby grama zbędnego tłuszczu na ciele sportowca. Suma Sumarom nie dziwne było, że mężczyzna dbał o swoje kompaktowe, idealne ciało. Każdy powinien cenić taki dar.
Otrząsając się ze swoich przemyśleń, Darnell oderwał spojrzenie od kształtnej klatki piersiowej ukrytej pod srebrnoszarą koszulą i uniósł głowę tylko po to, aby się przekonać, że jego towarzysz przygląda mu się pytająco z wysoko uniesioną ciemną brwią. Najwyraźniej był zaskoczony skrupulatną lustracją Darnella, bo szare oczy wręcz go prześwietlały. Cóż miał powiedzieć? Sam był w zdumiony, udając więc nonszalancję wzruszył ramionami, nie do końca pewien czy Maddock dał się nabrać. Sam siebie nie nabrał. Walcząc z rumieńcami, jak plaga prześladującymi go tego dnia, szybko odwrócił się do nadal czekającej barmanki. Siląc się na szeroki uśmiech zażądał:
– Dżin dla mnie i woda dla pana… – Zbierając się w sobie i z całych sił próbując nie myśleć, dlaczego przed chwilą otwarcie podziwiał ciało innego mężczyzny, Darnell postanowił pozbyć się swojego partnera. Przynajmniej na jakiś czas. Nie długi. Wystarczający, aby się upić. Potem już wszystko będzie zdecydowanie łatwiejsze. – Czy nasza rozmowa jest tak ważna, że musi się odbyć już teraz? – zapytał drętwo, nic nie robiąc sobie z ostrzegawczo zwężających się oczu Maddocka. – Może zwyczajnie chcesz mnie lepiej poznać? Zdarza mi się to cały czas. Sława i tak dalej… – Tak, oczywiście, robienie z siebie jeszcze większego palanta niż do tej pory zdecydowanie mu pomoże. Wyglądało jednak na to, że Darnell był samospełniającą się przepowiednią. Otwierał usta i już działo się dokładnie to, czego obawiał się w swoich najgorszych przypuszczeniach.
– Bynajmniej –  padła cicha, cierpka odpowiedź. Maddock nie był pod najmniejszym wrażeniem. Nie, wnosząc po jego zdegustowanej minie. – Oddałeś swój grafik, więc czy chcesz czy nie, musisz użyć tego samego scenariusza, który wylosowałem ja. Chcę się tylko upewnić, że będziesz przygotowany.
Śmiejąc się Darnell potrząsnął głową nad powodami, którymi najwyraźniej stresował się jego nowy przyjaciel.
– Bez obaw. Będę zwarty i gotowy. Jak zawsze zresztą – oświadczył buńczucznie, w głębi duszy postanawiając sobie, że zrobi co w jego mocy, aby jeszcze wywrzeć wrażenie na swoim partnerze. Nie żeby miał coś do udowodnienia. Zwyczajnie uwielbiał być doceniany. Nienawidził też, kiedy ludzie z góry zakładali, że wiedzą o nim wszystko i że go znają wystarczająco dobrze, aby wyrabiać sobie o nim zdanie.
Jednym haustem pochłonął zawartość swojej szklaneczki i natychmiast zasygnalizował barmance, żeby pośpieszyła z kolejną.
– Może, oczywiście odrywając się od swojego fascynującego zajęcia na kilka minut, mógłbyś załatwić sobie swój program? – Zauważył sucho Maddock instynktownie zaciskając dłoń na szklance wody. Wyraźnie niezadowolony z tego, że Darnell go ignorował, próbował zachować spokój i opanowanie. Bardzo szlachetnie, ale nadal Darnell'owi było bardzo wszystko jedno z tego powodu. Dodatkowo bawiło go poniekąd, że jego towarzysz za wszelką cenę chciał zachować między nimi przyzwoitą odległość, ale kilkadziesiąt osób, stłoczonych wokół nich i próbując się dostać do baru, znów ich spychało razem.
Szczerząc zęby w zbyt szerokim uśmiechu Darnell wyciągnął Maddock’owi z ręki niebieski folder i od niechcenia go kartkując drugą ręką wyjął komórkę. Sekundę później już łączył się z pierwszym numerem, jaki widniał na górze strony.
– Witam, moje nazwisko Darnell Kimrey, chciałbym prosić o dostarczenie do mojego pokoju… mmm… 219, kopi grafiku moich zajęć na najbliższe dni. Mój partner to Maddock Sheffield, tak… tak podejrzewałem, że to nie będzie żaden problem… dziękuję. – Dwie minuty później uradowany jak pięciolatek wręczył marszczącemu brwi Maddock’owi jego prospekt, lekko uderzając nim przy tym mężczyznę w pierś. Zanim tamten zdołał jakkolwiek zareagować, Darnell znów pochłonął swojego drinka. Miał dobre tempo. Może zdąży się znieczulić zanim jego zdegustowany przyjaciel zmusi go do przeczytania scenariusza, który mają odegrać.  – Widzisz? Problem załatwiony. Czy coś jeszcze cię kłopocze? Nie, to przepraszam, ale chciałbym dać szansę temu wspaniałemu dżinowi sponiewierać mnie…
– Rozumiem – wymamrotał Maddock wyraźnie zrażony tak obcesowym traktowaniem. Darnell miał jednak problem z wykrzesaniem, choćby odrobiny entuzjazmu czy sympatii. Mózg mu stawał na samą myśl, co go czekało podczas najbliższych dni. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę był tam i miał zamiar wziąć udział w tym szaleństwie. Wkurzało go, że jego towarzysz wydawał się to znosić o wiele lepiej. Dezaprobujące, chłodne spojrzenie przyszpilające go do barowego stołka, też nie pomagało. Zrobił więc to, co wychodziło mu najlepiej. Zignorował problem. Nie zdziwił się więc, kiedy mężczyzna obracając się na pięcie odszedł rzucając przez ramię beznamiętne: – Dobranoc.
Z westchnieniem ulgi Darnell pochłonął kolejnego drinka. Czuł się jakby zyskał trochę cennego czasu zanim będzie musiał zacząć myśleć o tym co go czekało.

Wspierając się ramieniem o ścianę i sunąc wolno opustoszałym, oszczędnie oświetlonym korytarzem, Darnell dotarł do swojego pokoju grubo po drugiej w nocy. Wcale się nie zdziwił, że zajęło mu to kilka godzin. W końcu przydarzało mu się to wystarczająco często, aby już się nie dziwił. Szkoda, że na tym etapie upojenia alkoholowego już nie umiał wmówić sobie, że to jego aktorskie życie tego od niego wymagało. Image, który musiał utrzymać. Był zdegustowany sobą i mdliło go niemiłosiernie. W głowie mu szumiało, a w kieszeni palił go numer telefonu ponętnej barmanki. Wiedział jednak, że Paker oskórowałby go żywcem, gdyby wylądował z nią w łóżku. Bezemocjonalny seks z nieznajomymi był na życiowej liście Parkera wielkim NIE–NIE. Zawsze też niezawodnie wiedział, gdy młodszemu, mniej doskonałemu bratu zdarzyło się zbłądzić.  
Z drugiej strony Darnell też już od kilku lat nie bardzo potrafił wykrzesać z siebie wystarczająco dużo energii, aby wdawać się w przygody na jedną noc. Chyba robił się za stary. To wymykanie się rano, te dziwne krepujące próby pozbycia się nieznajomej z łóżka, zaczynało wymagać zbyt wiele wysiłku i kreatywności, na którą nie chciało mu się zdobywać. Seks, który miał być bez zobowiązań, po wszystkim okazywał się, wymianą usług. Bo przecież, dlaczego nie miałby zrobić użytku ze swoich znajomości w branży filmowej? Zazwyczaj za tym podążały repertorium wymówek i litania pretensji, kiedy odmawiał. To wszystko był frustrujące i odstręczające. Miał zwyczajnie dość. Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego flirtował i dlaczego w ogóle wziął podsuniętą mu serwetkę z numerem. Stare przyzwyczajenia najwyraźniej umierają wolno.
Wzdychając ciężko zsunął marynarkę wcale nie kłopocząc się tym, że upadła na podłogę. Nienawidził bycia wbijanym na siłę w garnitury. Parker – przy entuzjastycznej pomocy jego agentki Ann – jednakże zwyczajnie ubraliby go własnoręcznie, gdyby godnie nie zaprezentował się na spotkaniu. Spodnie i skarpetki podążyły za odkopniętymi butami. Zdjęcie krawatu to była prawdziwie zaciekła walka. Przy rozpinaniu koszuli czuł się tak zmęczony, że ledwie mógł powłóczyć nogami. Automatycznie włączające się światło raziło go w oczy, nie miał jednak dość energii, aby włączyć lampkę na nocnej szafce i zgasić górną lampę. Dobre pięć minut, walcząc z jedwabnymi, czarnymi bokserkami, debatował czy właściwie wziąć prysznic czy olać go i zwyczajnie zwalić się na wielkie, zapraszająco wyglądające łóżko. Ostatecznie mlaskając z obrzydzeniem, Darnell zmusił się do umycia zębów i szybkiego prysznica. Wiedział, że inaczej rano czułby się jakby coś go wywlekło ze śmietnika. Miał nie małe doświadczenie w tej kwestii.
Przeciągając się wolno, spróbował zrelaksować swoje napięte mięśnie i rozciągnąć jakby zbyt ciasną skórę. Zawsze tak się czuł w stresowych sytuacjach. Morze dżinu nie mogło tego zmienić. Nie żeby nie próbował mimo wszystko. Trochę zataczając się wpełzł do kabiny i wspierając się plecami o chłodne kafelki, pozwolił strumieniom opływać jego ciało. Letnia woda pomogła mu otrzeźwieć trochę. Co prawda nigdy nie upijał się do nieprzytomności, dość krępujące wspomnienia były aż za dobrą nauczką, ale i tak zazwyczaj połapywał się, że miał o jeden kieliszek za dużo jak już go wypił.
W chwili, w której zorientował się, że jego mózg zaczynał wykazywać pierwsze oznaki pracy, wyskoczył z pod natrysku z mocnym postanowieniem, że nie będzie się nad sobą rozczulał tylko grzecznie pójdzie spać.
Pobieżnie się wycierając, nago powędrował do lodówki umieszczonej przy barku w swoim pokoju. Miał nadzieję, że znajdzie tam wodę mineralną, bo doskonale wiedział, że rano w ustach będzie miał Saharę. Mijając stolik na środku pokoju jego wzrok padł na znajomo wyglądający wielki folder porządnie położony na blacie. Twarz Maddocka Sheffielda stanęła mu z miejsca przed oczyma. To bystre, przeszywające spojrzenie i pełne usta zaciśnięte w ciasną kreskę. Jednym spojrzeniem sportowiec odzierał go z warstwy kłamstw i złudzeń, które co dzień na siebie nakładał.
Długi, cierpiętniczy jęk wyrwał mu się z gardła, co nie pomogło na nagle formujący się u podstawy jego czaski ból głowy. Miał nadzieję umknąć rzeczywistości, ta jednak atakowała go znienacka w najmniej spodziewanym momencie.
Bez względu na to jednak jak długo i soczyście by bluzgał, nic nie zmieniało faktu, że musiał stawić czoła temu, co go czekało. Równie dobrze mógł to zrobić wcześniej niż później. Uczenie się skryptów przychodziło mu łatwo i niejednokrotnie robił to ledwo widząc na przekrwione oczy z dudniącym bólem głowy.
Wracając do łóżka wziął złowieszczy pakunek pod pachę i wślizgując się pod chłodną kołdrę położył go przy sobie. Po długich minutach kontemplowania niebieskiej okładki w absolutnej ciszy, Darnell zebrał się w sobie, aby przełączyć górne światło na nocną lampkę i z determinacją ujął klaser w dłonie.
Pięć minut później tylko jedno słowo cisnęło mu się na usta.
– Cholera…


[1] Lesbijki, Geje, Biseksualiści, Transseksualiści, Queer, Intersexualiści, Aseksualiści