Pokazywanie postów oznaczonych etykietą męsko-męskie związki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą męsko-męskie związki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Świąteczny pocałunek

Wszystkiego najlepszego kochani. Mam nadzieję, że święta upłynęły wam w cudownej atmosferze.


Udało mi się zakończyć Świąteczny pocałunek i mam nadzieję, że wam się spodoba. 
Nie edytowany, nie betowany, ale z serca :)


                                                   “The end„
      Ciężki, mieniący się srebrem i brokatem anioł zdobił czubek potężnej choinki, ostentacyjnie pyszniącej się w kącie kaskadą świątecznych ozdób i światełek. Czubek sięgał wysokiego sufitu świątecznie przystrojonej biblioteki. Każda rozłożysta gałąź, aromatycznie pachnącego lasem świerku, uginała się pod ciężarem bombek i lśniących dekoracji. 
Buzujący ogień w nieopodal stojącym pięknym, niemal dwumetrowym kominku, rozsyłał ciepłe błyski, powielane w nieskończoność w ozdobach, lichtarzach i kieliszkach, wypełniając całe pomieszczenie niepowtarzalną atmosferą, której nie dało się odtworzyć, żadną inną porą roku. Z umiejętnie ukrytych głośników świąteczne melodie snuły się cicho, spowijając wszystkich w radosny, pełen oczekiwania nastrój.  Elegancka, bordowo-złota sofa stała przytulona do małego stoliczka z boku kominka, zapraszając do wtulenia się w miękkie poduszki i delektowania pysznym ajerkoniakiem serwowanym w pięknych kryształowych kieliszkach. Idealny świąteczny wieczór. 
      Nawet gęsto porozstawiane światła, kamery, mikrofony i zwoje kabli snujące się w każdym kierunku nie mąciły tego idyllicznego obrazka, prosto z świątecznych opowieści. 
Maddock musiał przyznać, że Rodney wiedział aż za dobrze jak stworzyć atmosferę, która przemówi do podświadomości wszystkich bez wyjątku, lepiej niż tysiąc słów. Mógł się założyć, że praktycznie każdy członek ekipy pracujący nad ostatnimi ujęciami, sto razy bardziej wolałby właśnie siedzieć w domu z rodziną, przeżywając ten niesamowity czas, a jednak mimo to wszyscy nadal tutaj byli, uwijając się jak mróweczki, porwani jego charyzmą i czarem. Niestrudzeni i oddani, dumni z tego że mogą wesprzeć tak szczytny cel, i że ich pomoc naprawdę czyni różnicę. Rodney, przy cichym aczkolwiek niestrudzonym wsparciu Parkera, zdołał zarazić wszystkich entuzjazmem i wiarą w powodzenie ich kampanii.       W trzy tygodnie nawet najwięksi sceptycy zaczęli aktywnie się udzielać i pomagać na wszelkie sposoby. Powstało wiele fundacji, kilka akcji pomagających doraźnie w wielu miejscach na świecie, i sporo bogatych i znanych zaangażowało się osobiście w szukanie rozwiązań dla najistotniejszych problemów. Prawnicy, lekarze, doradcy, właściciele domów, placówek, terenów wypłynęli z cieni codziennego życia, aby wspólnie zacząć myśleć nad jakimś wspólnym, spójnym planem jak permanentnie zmienić ciężką i nieraz tragiczną sytuację tych którzy nie mieli gdzie się zwrócić. Trudno było oczekiwać jeszcze więcej, a jednak Maddock był pewien, że to i tak było nie dość. 
Może to ten wieczny sceptyk w nim unosił głowę za każdym razem, kiedy zaczynał za bardzo ulegać nastrojowi ekscytacji i podnieceniu. A może to po prostu był instynkt samozachowawczy? Tak czy inaczej, nigdy w życiu nie czuł się tak rozdarty i niespokojny jak w tym momencie. Do jego i Darnella ostatniego ujęcia zostało dosłownie kilka minut, a on nie miał bladego pojęcia co powie. Nic co przychodziło mu do głowy nie wydawało się wystarczająco dobre. Cokolwiek by nie wymyślił, to i tak miał wrażenie, że trywializuje całą sytuację. Miał uczucie, że nigdy nie będzie w stanie pojąć w pełni tego co ci ludzie musieli przeżywać na porządku dziennym. Jak więc miał ująć w słowa coś, czego nie dało się objąć umysłem? 
       Jeśli jednak miał być szczery ze sobą, to musiał przełknąć dumę i przyznać, że to nie było jego jedyne zmartwienie.  Jego głównym i największym dylematem był mężczyzna teraz stojący po drugiej stronie pomieszczenia. Mimo że wydawał się być pogrążony w rozmowie ze swoim bratem i ich niespodziewanym gościem, to i tak Maddock czuł jego badawcze spojrzenie na sobie. Nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku. Nie żeby mógł się oprzeć pokusie zerkania i to częściej niż czuł się z tym komfortowo. Za każdym jednak razem, ilekroć by nie uniósł spojrzenia to Darnell patrzył na niego, a jego twarz rozświetlał wielki uśmiech. Maddock mógłby przysiąc, że gdyby nie wiedział lepiej to pomyślałby, że jego partner naprawdę odczuwa radość widząc go. Było idiotyzmem nawet myśleć w ten sposób. Nie wiedział jednak co sądzić skoro Darnell zachowywał się jak zakochany idiota większość czasu, resztę czasu zachowywał się po prostu jak idiota. Uśmiechał się, promieniował szczęściem, flirtował z nim na potęgę i w żaden sposób nie ukrywał atrakcji, którą do niego czuł. Mózg Maddocka był w ciągłym tumulcie, a jego ciało na hormonalnym rollercoasterze. Przez gros czasu, kiedy był sam był zagubiony i samotny, niczego bardziej nie pragnąc niż żeby nie czuć się w ten sposób. Za to kiedy był przy boku Darnella był stracony i bezradny, pragnąc uciec lecz nie mogąc. Składając to wszystko razem do kupy dawało mu niezłego emocjonalnego doła. Po raz pierwszy w życiu nie umiał podjąć jednoznacznej i rozsądnej decyzji. Nie umiał przejść nad tym do porządku dziennego. 
Był skołowany i winił za to Darnella. Za to i za drżenie rąk, za palpitację serca i motylki w brzuchu też. A najbardziej winił go za to, że był zabawnym, atrakcyjnym, dobrym mężczyzną i że nie sposób było mu się oprzeć!
– Dobrze panowie, siadajcie na sofie, zrelaksujcie się i możemy zaczynać – zakomenderował reżyser klaszcząc głośno w dłonie i przyciągając uwagę wszystkich. Z nieopisaną ulgą Maddock dostrzegł, że nie jego i Darnella ma na myśli, tylko Warda i Dru. Mężczyźni wyłonili się z niewielkiego tłumku i ruszyli do kanapy. Ku zaskoczeniu Maddocka, Ward wydawał się być zrelaksowany i wesoły, a Dru sztywny i spięty. Całkowite przeciwieństwo do tego kiedy nagrywali ich scenę.
Bez ceregieli Ward klapnął na kanapę, wyciągając długie nogi przed siebie, a przedramię opierając nonszalancko na oparciu sofy. Dru za to stanął na moment i dopiero biorąc kilka głębokich oddechów usiadł w przeciwległym kącie mebla. Cokolwiek stało się między tymi dwoma, Maddock nie miał sił, aby to zanalizować zbyt dogłębnie. 
Okej, skupcie się i do dzieła! Wszystko jest gotowe, więc mam nadzieję, że macie przygotowane co chcecie powiedzieć, bo nie mamy zbyt wiele czasu i nie będzie nieskończonych powtórek – zagrzmiał Bruyer upewniając się, że każdy obecny rozumie, iż lepiej dla dobra wszystkich zebranych, aby całość poszła jak spłata. – Wszyscy wiedzą co mają robić. Krótko i na temat dlaczego wzięliście udział w kampanii, miłe świąteczne przesłanie zakończone „świątecznym pocałunkiem”. Proste!
   Powodzenia z tym, pomyślał Maddock z kpiną. On sam był pewien, że nie da rady nic z siebie wykrztusić, a jeśli jakimś cudem uda mu się otworzyć usta, to nie mógł gwarantować, że to co spłynie z jego języka będzie miało jakimkolwiek sens. Obstawiał, że po prostu będzie siedział tam sparaliżowany i nieruchomy bez słowa z dwudziestoma ludźmi gapiącymi się na niego jak na idiotę. 
      Całkiem nowy i nieprzyjemny rodzaj drżenia przepłynął po jego ciele. Nie znosił tej niepewności. Stresu. Napięcia unoszącego się w powietrzu. Każdy był rozemocjonowany ważnością tego dnia i to czyniło wszystko jeszcze intensywniejszym. Dałby wszystko, aby już było po całym tym zamieszaniu. Oliwy do ognia dolewało to, że jak nigdy Darnell trzymał się od niego z daleka. Nie żeby zależało mu na towarzystwie tego uparciucha, bo mu nie zależało. Chodziło tylko o to, że zmiana w dość przewidywalnym do tej pory zachowaniu aktora, tylko dodatkowo wytrącało go z równowagi. Miał wrażenie, że jego umysł i ciało zdecydowało działać przeciwko sobie. Zaczynał być emocjonalnym wrakiem z burzą hormonalną i semipemamentnym wzwodem.
     Cichy, ale pewny głos Warda wbił się w rozbiegany umysł Maddocka, uwalniając go od szaleńczej pogoni myśli. Mężczyzna siedział zrelaksowany z lekkim uśmiechem patrząc w kamerę. Wydawało się, że nie dostrzega swojego sztywno siedzącego partnera. Jakim cudem role między nimi się odwróciły i nawet kiedy to się stało przekraczało możliwości pojmowania Maddocka. Miał wrażenie, że przy tej całej kampanii działo się znacznie więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Najlepszym przykładem było chociażby on i Darnell.
– „Kiedy zdecydowałem się na udział w tej kampanii, wydawało mi się, że działam pod przymusem. Że społeczeństwo zmusza mnie do opowiedzenia się po czyjejś stronie, a mnie to zwyczajnie nie obchodziło” - stwierdził Ward bez cienia skruchy. Na wielu twarzach pojawiły się lekkie oznaki niepokoju, ale Rodney tylko nieznacznie potrząsnął głową, zabraniając komukolwiek interwencji. „Nie mogę powiedzieć, że mi się to podobało. Raczej trudno przychodzi mi naginanie się do czyiś wymagań.” Sarkastyczny uśmiech wypłynął na jego usta. Z lekkim potrząśnięciem głowy kontynuował, bardziej jakby myślał na głos, niż dawał wywiad. „Teraz jednak wiem, jak bardzo się myliłem. Przymus owszem istnieje, ale jest to przymus pochodzący z serca i duszy każdego normalnego człowieka. Jak mogę nic nie robić skoro to może być dosłownie kwestia życia lub śmierci drugiego człowieka? Wystarczy się rozejrzeć, aby nagle zdać sobie sprawę z tego co się dzieje i zrozumieć, że musimy zareagować. Wszyscy, bez wyjątku. Dlaczego? A no dlatego, że kiedy odwracamy wzrok i udajemy, że nie widzimy, nie mamy z tym nic wspólnego, to nadal jesteśmy tak samo winni jak ci którzy niszczą cudze życie. Każdy jest tylko człowiekiem i mamy tak wiele wad jak i zalet, szkoda tylko, że jesteśmy skłonni raczej patrzeć na innych i oceniać ich bez zastanowienia lub zrozumienia. Wydajemy sądy i opinie nie martwiąc się jakie konsekwencje to może mieć ani czy w ogóle mamy prawo i kwalifikacje, aby się wypowiadać. Kiedy jednak mamy wziąć odpowiedzialność za nasze postępowanie, chowamy głowę w piasek. Czas zakończyć to. Mam nadzieję, że ta kampania otworzy oczy ludziom. Że wreszcie zmobilizuje tych opornych do działania, a tych niepewnych do szukania odpowiedzi na wątpliwości. Wstyd mi, że potrzeba było szoku i porządnego kopa, aby wreszcie zrozumieć, że mam moralny obowiązek stawić się po stronie tych, którzy cierpią.” Z długim przeciągłym westchnieniem zakończył swoją wypowiedź. „Jest jeden świat dla nas wszystkich, każdy ma tutaj swoje miejsce. Nie oceniaj ludzi przez pryzmat własnych uczuć czy przekonań. Nie są uniwersalne i nie są idealne.”
       Pięciosekundowa cisza która zapanowała po słowach Warda był ciężka jak ołów i przez moment Maddock zastanawiał się co dalej. Nie wydawało się, jakby Dru był w stanie się odezwać. Ward jednak szczerząc zęby w uśmiechu poklepał swojego towarzysza po kolanie i zdawało się, że to zdziałało trik, bo większy mężczyzna, wzdrygając się lekko, spojrzał w kamerę. Maddock w życiu nie widział tak intensywnego spojrzenia.
–„Chciałbym powiedzieć, że wierzę iż teraz wszystko się zmieni, i każdy będzie miły, grzeczny i serdeczny dla siebie nawzajem, ale to by było bezczelne kłamstwo. Nasze występy prawdopodobnie sprowokują wielu ludzi do jeszcze zacieklejszego walczenia z każdym, kto nie pasuje w ich ciasne ramki. Ci którzy do tej pory dręczyli, krzywdzili innych nie przestaną nagle, bo ktoś tam zapoczątkował nową kampanię. To nie w ich naturze i nie oddają władzy nad innymi bez walki.” Intensywny ogień płonął w stalowych oczach Dru, a po plecach Maddocka spłynął zimny dreszcz. Darnell chyba też wyczuł nagłe napięcie, bo podszedł do niego i stanął przy nim bez słowa. Jak anioł stróż, dzielący się gorącem buchającym z jego ciała i ogrzewającym zmarzniętą duszę Maddocka. „Mam jednak nadzieję, że nasza kampania uświadomi im, że nie są bezkarni i że nie są już niewidzialni. Że jest ktoś, kto będzie zwalczał każdą niegodziwość i niesprawiedliwość. Mam też nadzieję, że większa liczba ludzi uświadomi sobie, że nie mogą i nie mają prawa oceniać innych ludzi po wyglądzie, ich orientacji seksualnej, płci czy religii, bo nie mają pojęcia jaka jest rzeczywistość.” Wskazując kciukiem na siebie Dru wbił spojrzenie w swojego towarzysza. „Mam na imię Dru Raymond, ale urodziłem się jako Andrea Raymond i zajęło mi ponad piętnaście lat cierpienia, terapii, szeregu operacji, niezliczonych sesji z psychologiem i rozłamu w rodzinie, żeby wreszcie móc być sobą. Łzy i rozpacz towarzyszyły uwolnieniu mojego umysłu z niewłaściwego ciała, głównie dlatego, że ludzie, których w ogóle to nie powinno interesować, woleli by raczej stłamsić moją duszę i złamać mój umysł, aby pasował do ich wyobrażenia kim jestem!” Cicha, ale stanowcza deklaracja wywołała kilka głośnych sapnięć zaskoczenia. Maddock poczuł się jak uderzonym obuchem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Dru był kobietą. Nie mieściło mu się to w głowie. Kręcąc głową przyjrzał się obu mężczyznom starając się nagle przejrzeć ich na wylot. Zobaczyć co kryło się pod ich skórą. Dru definitywnie nie był kobietą. Nieważne z jakimi narządami się urodził. Jeśli ktoś był mężczyzną, to był nim Dru. Również  nagle zaczerwieniony Ward musiał rozważać podobną linię myśli. Wydawało się, że burza uczuć przepłynęła przez jego twarz. Głównie jednak to była walka między szokiem i zrozumieniem. Wydawało się, że nagle coś pojął i wszystko zaczęło mieć dla niego więcej sensu. Dru jednak nie zdawał się tej jego wewnętrznej walki emocji rejestrować. Spojrzał ponownie w kamerę kończąc swój wywiad. Po jego twarzy można było poznać, że czas owijania w bawełnę się skończył. ”Jeśli uważasz, że masz prawo wpierzać się z buciorami w cudze życie, mam dla ciebie wiadomość. Nie interesuje mnie czy mnie rozumiesz, czy przyjmujesz do wiadomości moje istnienie, czy zgadzasz się z moją egzystencją. Twoja opinia nie ma znaczenia, bo nikt cię nie pyta o zdanie. Twój osąd jest nieistotny w temacie, który cię nie dotyczy. Ten świat należy do mnie tak samo jak do ciebie. Należy do nas wszystkich. Lepiej się posuń, bo my się nigdzie nie wybieramy.” Pochylając się w kierunku Warda wycisnął na jego ustach błyskawiczny pocałunek. Krótki i dosadny, i zdecydowanie nie taki, jaki Rodney i Parker mieli na myśli, kiedy mówili o „Świątecznym pocałunku” z przesłaniem.
      Ciche klaskanie zakończyło ujęcie. Grupka ludzi dopadła do sofy zanim jeszcze Dru i Ward mieli szansę dobrze wstać. Gwar i szum wybuchł jak w ulu, i Maddok miał ochotę otrząsnąć się, w nadziei, że to pomoże jego skołatanej głowie ogarnąć wszystko co się na około działo. 
- Wow – mruknął Darnell z wargami tuż przy jego uchu, smażąc jego i tak napięte do granic możliwości nerwy jeszcze bardziej. Zwalczając chęć dźgnięcia swojego przyjaciela łokciem w brzuch, Maddock odsunął się na odległość ręki. Darnell tylko wzruszył ramionami uśmiechając się łobuzersko. Uwielbiał się droczyć z nim i nawet tego nie ukrywał. – Trzeba powiedzieć, że tutaj nigdy nie jest nudno – zauważył sucho, skinąwszy w stronę gdzie właśnie szerokie plecy Dru ginęły za wolno zamykającymi się drzwiami. Ward z dziwną miną stał i patrzył za nim. – Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już mnie nic nie zdziwi, coś takiego się zdarza. Ludzie po prostu są nieprzewidywalni. 
- Nieprzewidywalni? – wtrąciła z ironicznym parsknięciem jedna z asystentek reżysera, stojąca tuż obok nich. Cała gama uczuć mieniła się na jej pięknej twarzy. Głównie jednak dominowało zniesmaczenie i irytacja. – Spróbuj raczej ograniczeni i egoistyczni. – Widząc zdumione twarze mężczyzn, potrząsnęła głową z zniecierpliwieniem i rzuciła na odchodnym. – Dru przeszedł przez piekło, a ten idiota Ward pewnie jeszcze do tego doda swoja ignorancją. Nagle znalazł dobre usprawiedliwienie dlaczego napalił się na Dru. W jego malutkim, płyciutkim umyśle Dru jest tak naprawdę kobietą, a nie mężczyzną i przez to jego pociąg do niego ma nagle sens.  - Zniesmaczona i wyraźnie wkurzona odeszła zostawiając oniemiałych towarzyszy.
- Wow – ponownie parsknął cicho Darnell. – Nie jestem pewien co się właściwie stało przed chwilą.
- Mnie nie pytaj – odburknął Maddock, ucinając temat zanim się zaczął. – Mam wrażenie, że jestem w jakimś surrealistycznym śnie. Świecie nawet.
- Ty możesz mieć rację – przystanął Darnell śmiejąc się i z sympatią mrugając do niego. Jego lśniące oczy niemal wciągały w swoją głębie. – Takie wytłumaczenie miałoby znacznie więcej sensu, niż cokolwiek mój umysł może wyprodukować. 
    Odrywając, z nie małym wysiłkiem, spojrzenie od swojego partnera, Maddock poszukał jakiegoś innego obiektu na którym mógłby się skupić. Czegoś co by mu pomogło uniknąć wszystko widzącego spojrzenia Darnella. Pierwsza osobą na której zatrzymało się jego wzrok, był Parker. Mężczyzna stał z kamienną twarzą, patrząc na pustą sofę, jakby próbował się upewnić, że wszystko co się dzieje naokoło, to nie tylko jakiś pokręcony sen.
- Twój brat wydaje się niebotycznie wkurzony – zauważył cicho, mając nadzieje, że to odwróci uwagę jego partnera choć na chwilkę od niego. Darnell roześmiał się.
- Nie, to nie jest jego wkurzona mina – zakpił przewracając oczy z przesadą. – To jego zmartwiona mina. Teraz pewnie będzie się stresował tym czy Dre dobrze się czuje, czy występy nie przysporzyły mu zbyt wielkiego stresu i tak dalej.
   Marszcząc brwi, Maddock przyjrzał się starszemu bratu Kimrey. Chwiejny pakt o nieagresji, który panował między nimi, powodował, że obaj raczej unikali się nawzajem, a co za tym szło, nie mieli okazji poznać się zbyt blisko. Rozumiał jego zachowanie i nastawienie, do jego „nie-związku” z Darnellem, i nawet się z nim zgadzał. Szkoda że jego głupie serce nie słuchało rozumu.
- Nie chciałbym się znaleźć po jego niewłaściwej stronie – mruknął Maddock cicho, z ulgą rejterując, kiedy charakteryzatorka przywołała go do siebie gestem.
Przez kolejne kilka minut modlił się żarliwie, aby przetrwać te ostatnie wystąpienie i nie zbłaźnić się totalnie i bezpowrotnie. Serce chciało mu wyjść gardłem na samą myśl o wystąpieniu Darnella. 

***
        Światła kamer wydawały się Darnell'owi wręcz oślepiające, kiedy podszedł do sofy, aby usiąść przy sztywno siedzącym Maddocku. Mężczyzna wydawał się tak napięty, że Darnell w ostatnim momencie zrezygnował i zamiast siadać na kanapie osunął się na podłogę siadając tuż przy nogach swojego partnera, plecami opierając się o siedzisko mebla. Chciał być jak najbliżej, ale jednocześnie nie naruszać jego przestrzeni osobistej. Atmosfera była burzliwa między nimi i bez tego. Pięć sekund i pot spływał mu po plecach pod koszulą. Każdy nerw, i mięsień w jego ciele wydawał się wibrować niepokojem i oczekiwaniem. Dławiło go w gardle i miał nieodpartą chęć wytarcia spoconych dłoni w nogawki swoich eleganckich spodni. W ostatnim momencie jednak powstrzymał się. Nie chciał zdradzać całej ekipie i swojemu bratu jak bardzo spięty był. Maddock doprowadzał go do szaleństwa. 
    Brouyer zasygnalizował gotowość i cichy klaps uciszył wszystkich jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powolne lecz ogłuszająco głośnie bicie serca rezonowało w głowie Darnella. Nawet nie wiedział czemu tak się stresował. Nie ustalali wcześniej, który zacznie, ale po kilku niemożliwe długich, gęstych jak syrop sekundach, zrozumiał, że jego przyjaciel nie zamierza się odezwać. Przełykając głośno spróbował pozbierać emocje i myśli, i stworzyć z nich jakąś logiczną całość.
– „Udział w tej kampanii był jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek dokonałem” przyznał szczerze. Miał wiele powodów, aby tak uważać i nie zamierzał tego ukrywać. „Po pierwsze musiałem spojrzeć na siebie i swoje życie, i nie spodobało mi się to co zobaczyłem. Musiałem zastanowić się dlaczego na początku odczuwałem tak wielki opór przed wzięciem udziału? Okazało się, że jestem egoistą. Zabiegany, zapatrzony w własną karierę, ignorujący to co się dzieje naokoło, bo mnie nie dotyczy. Ja i niemal każda osoba którą znam.” Potrząsnął głową nadal nie wierząc, że zajęło mu tak długo, aby pojąć rzeczy tak oczywiste. „Uświadomiłem sobie, że płynę z nurtem. Bezmyślnie, bez emocjonalnie, byle do przodu. Nie ważne co się dzieje na około. Ludzie żyją, umierają, cierpią, ale dla mnie to było do tej pory tylko coś, co przydarza się innym. Teraz jednak zostałem zmuszony, aby spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Pomyśleć chwilę, zastanowić się. Moje otoczenie ma wielki wpływ na wielu ludzi. Stoją często na piedestale. Uwielbiani, podziwiani, naśladowani. Co jednak robią z tym, poza wykorzystywaniem, aby zdobyć więcej sławy, pieniędzy, fanów? Ta kampania otwarła mi oczy. Nagle dotarło do mnie, że każdy kto jest jakąkolwiek figurą społeczną, idolem, osobistością, powinien wziąć na siebie pewne obowiązki. A przede wszystkim zacząć od siebie edukację i integrację. A już zdecydowanie stanąć murem przeciwko dręczeniu, homofobii, krzywdzeniu innych ludzi.” Patrząc prosto na swojego brata Darnell wyznał bez mrugnięcia okiem. „Nie będę udawał, że to jest łatwe i proste, bo nie jest. Jak z wszystkim, co jest naprawdę ważne, może okazać się, że musimy stawić czoło wyzwaniom na które nie jesteśmy gotowi lub że dowiemy się o samych sobie rzeczy, których nigdy nie podejrzewaliśmy na własny temat. Może to nie być nic dobrego, a może być wyzwalającym, doniosłym doświadczeniem. Jedno jest pewne, robiąc tę właściwą rzecz zmienimy czyjeś życie na lepsze. Może nawet własne życie. Nie ważne czy jesteśmy mężczyzną, czy kobietą. Wszyscy jesteśmy ludźmi i potrzebujemy miłości.” Bez mrugnięcia okiem wbił spojrzenie w nic nie zdradzającą, skupioną twarz swojego partnera. Oddałby duszę diabłu, aby w tym momencie posiadać możliwość czytania w jego myślach. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale obawiał się, że Maddock by tego nie docenił. On sam miał wielki problem pojęcia co właściwie się stało i dlaczego nagle zapałał całą repertuarem uczuć do tego dziwnego, często oschłego człowieka.
Maddock wyraźnie czując się nieswojo pod badawczym spojrzeniem zwrócił się do kamery, chcąc zakończyć ten cały występ jak najszybciej.

– „Mimo że nie bardzo rozumiałem w jaki sposób taka forma kampanii miała pomóc w tak ważnej sprawie, bo przecież co ma dwóch przypuszczenie heteroseksualnych mężczyzn całujących się udowodnić? To zwyczajnie nie mogłem odmówić udziału. Głównie dlatego, że wbrew pozorom problem homofobii, dręczenia, nieprzeciwdziałaniu dyskryminacji i braku właściwiej edukacji w tym temacie dotyczy znacznie więcej ludzi niż to by się mogło wydawać. Jeśli nie chodzi o nas bezpośrednio, to może chodzić o nasze dzieci, kogoś z naszej rodziny, przyjaciół, współpracowników czy osoby pośrednio związane z naszym życiem codziennym. Osoby których twarze widujemy każdego dnia, uśmiechamy się może nawet do nich. Wymieniamy pozdrowieniami. Nasza obojętność czyni nas tak samo winnymi jak tych, którzy przyczyniają się do rujnowania życia ludzi tylko, że nie mieszczą się w ciasne ramki ich umysłów.” Wzdychając głęboko Maddock rozejrzał się po całej scenerii patrząc na ludzi ich otaczających. „Możemy udawać, możemy chować głowę w piasek. Nie zmieni to jednak rzeczywistości. Nasze życie jest nieprzewidywalne. Próbowanie zatrzymania na siłę postępu i rozwoju jest po prostu idiotyczne, i z góry skazane na niepowodzenie. Rozwijamy się i uczymy, bo to jest w naszej naturze. Łakniemy wiedzieć i rozumieć. Musimy jednak zacząć od zrozumienia siebie.„ Przełykając ślinę Maddock spojrzał w oczy Darnella.”Ta kampania pomogła mi zrozumieć, co dwóch całujących się mężczyzn czy kobiet może udowodnić. A mianowicie, że musimy zmienić nasze postrzeganie związków międzyludzkich. Otworzyć się i zmienić nienawiść, strach na sympatię i przyjaźń. Budować zamiast niszczyć. Musimy przestać kurczowo trzymać się przekonań narzuconych nam przez innych i wreszcie zacząć myśleć samodzielnie. Dwóch całujących się mężczyzn udowodniło mi, że nie musimy się bać, bo nie ma czego.” Ciągnąc Darnella za rękę, zmusił go do tego żeby usiadł przy nim na kanapie. Darnell czuł że serce podchodzi mu do gardła. Słowa Maddocka dawały mu nadzieję, na którą nie pozwalał sobie wcześniej. „Bliskość może być przerażająca, ale jaki wybór mamy? Przeżyć nasze życie opuszczając bezpieczne mury, które wybudowaliśmy naokoło siebie, chowając się przed bólem i rzeczywistością okrutnego świata, aby zrobić to co słuszne i dobre lub umierać na raty kilkadziesiąt lat w samotności. Ja wiem jaka jest moja decyzja. Świąteczny pocałunek pomógł mi zrozumieć jak mało wiem, jak wiele jest jeszcze do odkrycia, zrozumienia i zrobienia. Póki co jest tylko jeden świat dla nas wszystkich i mamy tylko jedno życie, bez szansy na naniesienie poprawek” Pochylając się w stronę Darnella, Maddock uchwycił jego usta w głębokim, stanowczym pocałunku. Darnell nie zamierzał się w ogóle opierać jednak. Z westchnieniem ulgi  rozwarł wargi wpuszczając jego język do środka. Nie przypuszczał żeby kiedykolwiek miał dość. Przerażało go to. Niestety Maddock urwał pocałunek, a ekipa zaczęła klaskać na zakończenie ujęcia, wybijając go z lekkiego oszołomienia.
     Nagle dotarło do niego, że to już zasadniczo koniec. Ich rola w kampanii była zakończona. Mogli spakować się, pożegnać się i mogli wracać do domu. Wstając niepewnie na nagle drżących nogach Darnell rozejrzał się bezradnie nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Nie chciał przyznać, że po raz pierwszy jego życie w dużej mierze spoczywało w rękach kogoś innego. Jedyne czego chciał, to dostać szansę. Maddock z nieśmiałym uśmiechem przyjmował pochwały i komplementy od ekipy, która ich obległa. Nawet po kilku tygodniach nie umiał się odnaleźć w tłumie jawnie okazujących mu sympatię ludzi. Jak radził sobie z popularnością jako sportowiec było zagwozdką dla Darnella. 
     
      Otrząsając się z poplątanych myśli, Darnell wycofał się, chcąc uniknąć kolejnej fali rozemocjonowanych ludzi napierających na nich. Oczywiste było, że każdy się cieszył. Wiele nadziei i pracy było włożone w cały projekt, i wszyscy wręcz z zapartym tchem czekali na rezultaty.
     W wigilię Bożego narodzenia kampania miała oficjalnie wystartować, a więc kolejne dwa dni były najistotniejsze dla zakończenia prac przygotowawczych z sukcesem.  Presja była ogromna i Darnell widział napięcie i stres znaczący twarz jego brata głębokimi bruzdami zmęczenia. Chciałby ulżyć mu, ale był bezradny nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. W końcu oddał tej kampanii swój czas, pieniądze i serce.
   O sercu mówiąc, jego oczy znów powędrowały za Maddockiem wolno sunącym przez tłum, wiecznie zaczepiających go ludzi. Ruszał się jak robot, powoli, ale niestrudzenie. Jego głowa przytakiwała, a usta ruszały się w odpowiedzi, jego oczy jednak były wbite w Darnella jak dwa lasery. 
      Dreszcze ekscytacji i niepokoju przepłynął mu po plecach. Miał wrażenie, że kiedy jego przyjaciel do niego dotrze, najbardziej zwariowane tygodnie jego życie dojdą do kulminacyjnego momentu. Czy jednak będzie to koniec, czy początek życia jakie znał?
- Co teraz? – zapytał zanim jeszcze jego mózg zdołał wysłać jakiś konkretny impuls do reszty jego ciała. Musiał wiedzieć.
Maddock podszedł blisko, stając z nim twarzą w twarz. Jego oczy błyszczały, ale minę miał bardzo poważna. Darnell uwielbiał jego zapach, ciepło bijące z muskularnego, szczupłego ciała i intensywne spojrzenie bystrych oczu. Uwielbiał wszystko w tym człowieku. 
- Teraz? Teraz idziemy świętować... – odparł Maddock spokojnie, jakby odpowiedź była oczywista. Lekki uśmiech wygiął kącik jego ust. – Dzisiejszy dzień i dzisiejszy sukces...
 - A co potem?
 - A potem będziemy świętować każdy kolejny dzień. Tak długo jak długo będziemy w stanie.
 - Razem? - zapytał Darnell gwałtownie, chwytając ramiona Maddock prawie nim potrząsając, nie mogąc już zwyczajnie wytrzymać napięcia. Sportowiec roześmiał się odrzucając głowę do tyłu i obejmując Darnella ramionami w pasie.
 - Razem. Życie bez ciebie byłoby puste i jednostajne. Nie chce umierać na raty!
    Wypuszczając długo wstrzymywany oddech Darnell złapał Maddocka w objęcia niemal unosząc go nad podłogę. Radość rozpierała mu pierś, a emocje podejrzanie chciały wypłynąć mu oczami. Męsko jednak zapanował nad sobą. Patrząc swojemu partnerowi w oczy zadeklarował stanowczo.
- Obiecuję, że będę cię irytował nie częściej niż raz na tydzień.
- Wątpię w to, ale doceniam gest – Maddock wyśmiał go bez skrupułów. Splatając palce ich rąk, pociągnął nie opierającego się Darnella do wyjścia. – Chodźmy zacząć nasze świętowanie. Jak znam życie, czeka nas niezła jazda bez trzymanki od teraz.

    Darnell nie obawiał się tego co go czekało jeśli tylko Maddock będzie stał przy nim stawiając czoła reszcie świata. Był wart każdego wysiłku i starania. Reszta świata mogła dosłownie i w przenośni cmoknąć go w cztery litery. 



*********************************************************
Za wszelkie literówki i błędy przepraszam. Pisałam zakończenie dosłownie na kolanie w przerwach w przygotowaniach do świąt.
Pisząc to zakończenie cały czas myślałam co jeszcze się może wydarzyć w ich życiu. Być może będę musiała wrócić do nich i przekonać się co życie im przyniosło ;)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Luana is bad influence...

Trzymam mój umysł i oczy przy sobie. I swear! Wychodzi jednak na to, że nie jestem nigdzie bezpieczna.
Niestety na jej gg jest zaproszenie do 15 rozdziału jej opowiadania Połączeni


I nowe opowiadanie znów mi zaświtało, 
kiedy grzecznie sobie pisałam 
WTH?

Powiem wam tylko tyle:
Miłosne zaklęcie, które poszło źle :)

Podziękujcie Luanie kochani :P
A to ładny wen - opiekun nowej historii.

 

wtorek, 4 czerwca 2013

Jestem z powrotem

Wróciłam moi kochani z Polski i choć szumnie nazywałam te dwa tygodnie "urlopem" jestem tak wykończona, że potrzebowałabym urlopu od urlopu, ale życie...
W niedziele powrót, prawie 20 godz w aucie, a w nocy do pracy, ach...
szkoda gadać.
 Ale ślub szwagierki za to był bajeczny!


Kocham to jak bardzo domagacie się moich opowiadań! To prawdziwa inspiracja i klnę na czym świat stoi, że nie mogę jak kiedyś siedzieć całą noc i dla was pisać. Nic jednak nie da się zrobić. Żeby podsycić wasze zainteresowanie i podrażnić was troszeczkę, dodaję dziś część piątego rozdziału. 
Jestem ciekawa co na to powiecie :D
Nie poprawiane, nie betowane i z całą pewnością zbyt krótkie jak na wasz gust, ale jest! 

Zapraszam ♥


Rozdział piąty



Harry nie pojmował, dlaczego jego dłoń drżała, kiedy wybierał numer telefony Blake'a. Jego żołądek też wyrabiał dziś jakieś dziwne rzeczy. Nie pamiętał już, kiedy ostatnim razem go tak mdliło. Może to ta zimna lasagne od wczoraj?

Taak, jasneee…

Przecież obiecał sobie, że siebie nie będzie oszukiwał. Rozczarowanie sobą miało, więc gorzki posmak.

– Halo? – zachrypłe powitanie, zaskoczyło Harry'ego tak, że prawie upuścił komórkę. Kurczę.

– Eee… mmm… Blake? Tu Harry – odparł szybko, zły na siebie za piskliwą nutę, która wkradła się do jego głosu. – Harry Swan – dodał niepewnie. Przecież wcale nie było takie pewne, że mężczyzna poświęcił mu choćby myśl, a co dopiero go pamiętał.

– Nawet nie chcę zgadywać, skąd masz mój numer…

Tak, to by jasno określało ton ich rozmowy. Harry zebrał się w sobie, aby załatwić to, po co dzwonił. Zwłaszcza, że chciał sobie samemu udowodnić, że nie będzie zawsze zachowywał się przy tym człowieku jak napalony nastolatek, niepotrafiący się wydukać.

– Chciałbym porozmawiać. Czy jest szansa, że masz wolną godzinę żeby wypić piwo i zamienić kilka słów?

– Jestem zajęty.

– Rozumiem, ale to nie zajmie długo. – Harry nie zamierzał się poddać, lepiej, aby Blake to szybko pojął. – Sądzę, że to istotne dla ciebie i twojej przyjaciółki. Chcę pomóc. – O właśnie, spokojnie i na luzie. Harry przewrócił mentalnie oczyma. Przynajmniej był dumny z siebie, że nie błagał.

– Nie potrzebuję twojej pomocy, razem z Ev potrafimy załatwiać własne problemy – odparł Blake zimno, najwyraźniej dogłębnie urażony samą sugestią.

Nie mogąc się opanować, Harry parsknął ironicznie.

– Tak długo jak mój nagi tyłek będzie świecił na tych okładkach, to również jest mój problem – zauważył sucho. – Chcesz czy nie, jestem w to wszystko zaangażowany. Gdybym był wrażliwszy, twój brak chęci współpracy, odebrałbym bardziej osobiście – rzucił sarkastycznie, wkurzony coraz bardziej. – Jest jak jest, więc jedyna opcja, jaką masz, to zaakceptować fakt, że cała ta konfliktowa sytuacja między tobą i Evette dotyczy mnie tak samo jak i ciebie.

Cisza, która zapadła w słuchawce, nie wróżyła nic dobrego i zachwiała tą odrobiną wymuszonej pewności siebie, jaką Harry posiadał. Zły sam na siebie, zebrał się, aby powiedzieć mu przez telefon, co o nim myślał, nie zdołał jednak otworzyć ust, bo gburowaty mężczyzna warknął do słuchawki.

– Dobra. Szczerze mówiąc mam coś do załatwienia, ale ostatecznie możesz mi towarzyszyć. – Blake nie miał zamiaru ulec łatwo, ani stwarzać jakichkolwiek dwuznacznych sytuacji. Jego głowa cały poprzedni dzień robiła nadgodziny wymyślając niestworzone historie, scenariusze i opcje. Miał zamiar trzymać obie stopy na ziemi, pewnie i stanowczo. Czas było wrócić do rzeczywistości i Harry będzie miał okazję przekonać się naocznie, co jest jego rzeczywistością. – Załóż stare ubranie i spotkaj się ze mną pod studiem Evette. Zabiorę cię stamtąd za pół godziny. – Zakończył rozmowę zanim Harry miał okazję udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi.

Przez dobrą minutę Harry patrzył na słuchawkę mrugając z zaskoczenia z głupawą miną na twarzy. Jakkolwiek spodziewał się, że ta rozmowa przebiegnie, to akurat nie przyszło mu na myśl. Dodatkowo musiał wreszcie przyjąć do wiadomości, że przekonanie Blake'a do czegokolwiek będzie praktycznie niemożliwe. Był to tylko kolejny powód, aby w pewien sposób podziwiać faceta.

Z głębokim westchnieniem rzucił telefon na stolik i ruszył do sypialni założyć coś bardziej pasującego do polecenia Blake'a. W domu zazwyczaj nie borykał się z zakładaniem czegoś więcej niż stary podkoszulek i sportowe spodenki, były jednakże tak znoszone, że nie nadawały się na wyjście. Właściwie nie pasowały też w otoczeniu eleganckich, drogich mebli i puszystych dywanów w jego ogromnym mieszkaniu, ale odczuwał niemal perwersyjną rozkosz ze swojego niewielkiego buntu. Łamanie konwenansów zawsze sprawiało mu bezsensowną radość i wywoływało wściekłość u jego rodziców. Człowiek powinien przecież doceniać małe przyjemności. A jeśli czegoś się w życiu nauczył, to tego, że nie dało się zadowolić wszystkich ludzi na raz. Za to wkurzyć można ich było praktycznie bez wysiłku.

Z cichym westchnieniem wszedł do wnętrza swojej garderoby, zniesmaczony widokiem równiutko pouwieszanych na wieszakach ubrań. Większości z nich nigdy nie miał na sobie. I niech dopomoże mu Bóg w walce z matką, ale nie zamierzał ich wkładać. Jego własnoręcznie zakupione jeansy i bluzy zapełniały dwie skromne półki i był absolutnie usatysfakcjonowany taką ilością. Szuflada skarpet i bielizny, kilka par adidasów i dwa paski uzupełniały jego garderobę. Całą resztę bez mrugnięcia okiem mógł oddać dla potrzebujących. Choć szczerze mówiąc brakowało mu imaginacji, aby wyobrazić sobie jakiegoś biedaka bez grosza na chleb w garniturze od Armaniego.

Szybko chwycił ubrania, starając się przewidzieć reakcję Blake'a. Cokolwiek zaplanował dla nich jego nowy znajomy, Harry miał przeczucie, że będzie potrzebował tak wiele ochronnych warstw jak to tylko będzie możliwe.

Z niesmakiem spojrzał na siebie w lustrze. Ubrania zazwyczaj kryły jego szczupłe, ale muskularne ciało i tego właśnie chciał. Cienka koszulka wisiała na nim, zmienił więc ją szybko na jeszcze większą, ale grubszą szarą bluzę z kapturem. Jeansy sprane i wytarte, były jego ulubionymi, toteż znosił je prawie na śmierć. To było ubranie dające mu komfort psychiczny. Jego zbroja. Przy przystojnym Blake’u będzie jej potrzebował na bank. Szybkim ruchem ręki przeczesał swoje rozczochrane włosy. Tak jak się domyślał po sekundzie wyglądały tak samo jak moment wcześniej, pokręcił więc głową nad swoimi niereformowalnymi falującymi bez składu i ładu włosami, z którymi niewiele dało się zrobić, zwłaszcza, kiedy padało. Sprzyjało to czasem planowi Harry'ego, aby nie ściągać na siebie uwagi, ale dziś czuł się jak niedbała fleja. Kopiąc się mentalnie i klnąc pod nosem, Harry wybrał okulary z fotochromem na wyjście i włożył je, odwracając się szybko plecami do lustra, aby nie patrzeć na swoją zwykłą, nieszczególną twarz. Nie było co oglądać. Czemu Evetta chciała go na modela, nie wiedział. Chyba tylko, dlatego że to nie twarz jej była na tych okładkach potrzebna.

Zdenerwowany i lekko roztrzęsiony w środku, szybko zgarnął do kieszeni klucze, portfel i komórkę. Do studia Evetty miał jakieś pięć minut, nie był jednak pewien czy Blake zdawał sobie z tego sprawę. To dzięki temu, że mijał jej studio praktycznie codziennie w drodze do mieszkania, miał okazję dostrzec ogłoszenie na szybie praktycznie natychmiast po tym jak je wywiesiła. Pod wpływem impulsu wszedł do środka, nawet nie wiedząc po co. Dziesięć minut później skrupulatnie obejrzany, zlustrowany i przepytany, godził się na nową przygodę w swoim życiu. Evette zwyczajnie nie dało się odmówić, zwłaszcza kiedy patrzyła na człowieka jakby widziała i wiedziała rzeczy niedostępne zwyczajnym śmiertelnikom. Te jej wielkie niebieskie oczy wydawały się wszystkowidzące. Gdyby Harry nie grał dla przeciwnej drużyny, z całą pewnością nie zrezygnowałby z szansy lepszego poznania jej. Niestety sprawy stały tak jak stały i nic się nie dało na to poradzić. Piękny, seksowany Blake bujał jego łódkę i pienił fale.

Drętwe poczucie humoru Harry'ego przynajmniej pomogło mu rozluźnić supeł w żołądku, kiedy czekał przy krawężniku. Biały poobijany pickup podjechał i Blake z kamienną twarzą skinął na niego, aby wsiadał.

– Cześć – padło, zanim jeszcze Harry zamknął drzwi. Przynajmniej nie dało się zarzucić Blake’owi braku kulturalny.

– Och, cześć… – Harry zapiął pas i spojrzał na swojego współtowarzysza. Mężczyzna siedział wyprostowany i sztywny, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Wyraźnie zarysowana szczęka pracowała lekko, kiedy nieświadomie zagryzał zęby, najwyraźniej walcząc z irytacją. Harry jęknął w duszy odrywając od niego spojrzenie. Nie chciał być przyłapany na ślinieniu się. Z drugiej strony był absolutnie bezpieczny, bo Blake w ogóle nie spojrzał w jego kierunku. Z konfidencją i łatwością, wrzucił bieg i wmieszał się w uliczny ruch, płynnie mijając kolejne uliczki. Jego kamienna, zamknięta twarz nie zdradzała nic i Harry podupadł na duchu.

Stara sprana praktycznie do stopnia, w którym już nie było można zidentyfikować czerwono–czarnej kratki koszula, opinająca mięśnie pracujące przy każdym jego oszczędnym ruchu, sugerowała, że albo jedzie z pracy albo do pracy. Zwłaszcza, że ubiór uzupełniały robocze wytarte jeansy i wysokie czarne, skórzane buty.

– Dziękuję, że zgodziłeś się porozmawiać ze mną – zaczął w końcu konwersację Harry, kiedy stało się jasne, że Blake nie kwapił się do rozmowy.

– Jaki wybór tak naprawdę mam? – zapytał ironicznie mężczyzna, podjeżdżając pod wielki dom, w bogatej dzielnicy. W około którego wyglądało jakby miała miejsce jakaś niewielka katastrofa. – Chodź. Mogę równie dobrze robić coś pożytecznego, kiedy ty będziesz gadał…

Wyskoczył z samochodu nie czekając jak zwykle na odpowiedź. Zapach Harry'ego wprawiał go w nerwowe drżenie, kiedy praktycznie czuł jego woń na języku. Męski, piżmowy i intrygujący. Blake spiął się jeszcze bardziej, wyrzucając sobie swoją słabości i pochopną decyzję o spotkaniu z Harrym. Potrzebował wprowadzić jak najwięcej przestrzeni między nimi. A najlepiej trzymać się z dala od niego. Niech mówi, co ma do powiedzenia i znika.

– Wow, co tutaj się stało? – Oczy Harry'ego z okrąglały zabawnie, kiedy wyśliznął się z samochodu i prawie biegiem pognał za znikającym za rogiem domu Blake’iem.

– Nic, remont. – Mężczyzna rzucił mu szybkie spojrzenie przez ramię lustrując jego obuwie i ubiór jednym szybkim spojrzeniem. Ostatecznie mogło być. – Uważaj i niczego nie dotykaj. Patrz też pod nogi – zakomenderował sucho. W końcu nie mógł pozwolić, aby coś się stało cennemu modelowi Ev. Wyjął notes i rozejrzał się wokół. Musiał zaplanować pracę.

– Co my właściwie tutaj robimy? – Harry zapytał, na serio zainteresowany. Może, jeśli pozna Blake'a lepiej, łatwiej będzie mu go zrozumieć, bo jak na razie, facet był jak nieprzenikniona ściana obojętności. Przecież istniał cień szansy, że okaże się być zwyczajnym palantem i jego zainteresowanie umrze śmiercią naturalną.

Jasneee…

– Ty będziesz gadał, ja pracował – stwierdził Blake, jakby to powinno być oczywiste. Spojrzał na niego też z kpiącym uśmieszkiem na pełnych różowych wargach, nagle drwiąc z niego w żywe oczy. Harry z trudem oderwał spojrzenie. Szczęściem od Boga, jego okulary zdążyły ściemnieć pod wpływem słońca i tamten nie mógł dostrzec głodu w jego spojrzeniu.

– Masz coś przeciwko, żeby mi tak, choć po krótce opowiedzieć o tym, co robisz? – zapytał, pod wpływem impulsu, nieśmiało Harry, wbijając drżące znowu dłonie w kieszenie jeansów.

Blake zaskoczony tak szybko odwrócił w jego stronę głowę, że cudem tylko nie skręcił sobie karku. Jego szare oczy podejrzliwie się zwęziły i Harry zrobił wszystko, co możliwe, aby wyglądać jak najpoważniej i niegroźnie. Gdyby wydał się zbyt chętny i zainteresowany, Blake uciekłby prawdopodobnie z krzykiem. Albo pogoniłby go na kopach.

– To, co widzisz tutaj, to produkt uboczny powstawania tych wszystkich wspaniałych domów – powiedział w końcu mężczyzna wzruszając lekko ramionami. – Brudna prawda o pięknie. – Wskazał na pojemniki po farbach, kartony i inne opakowania. – Mam umowę z kilkoma firmami remontowymi. Kiedy oni kończą, wkraczam ja z moimi pracownicami i sprzątam po nich. – Zirytowany dopisał coś do swojej i tak już nie krótkiej listy w notesie. Jego mina nie wróżyła nic dobrego i Harry cieszył się, że tym razem nie jest skierowana na niego. – Ta jednak właśnie firma zaczyna sobie pogrywać ze mną najwyraźniej.

– Och, tak?

– Tak. Zaczynają zostawiać po sobie coraz większy bajzel. Chyba za bardzo się przyzwyczaili, że mają jakiegoś idiotę, co zajmie się ich gównem – wycedził Blake kopiąc kupkę gruzu w kącie pod stertą folii. – Moja praca ma pewien zakres, wbrew temu, co im się wydaje. Uprzątam śmieci, pojemniki, opakowania. Sprzątam i myję to, co jest ubrudzone przypadkiem farbą i pyłem unoszącym się w powietrzu. Moje dwie pracownice, myją okna i podłogi. – Wyjaśnił, kiedy już przekleństwa przestały go dławić w gardle. Harry cierpliwie czekał, chodząc wolno po ogrodzie i przyglądając się wszystkiemu z ciekawością. Po jaką cholerę chciał to wiedzieć, Blake nie miał bladego pojęcia.

– A więc, to ty doprowadzasz miejsce budowy lub remontu do porządku, tak? – zapytał cicho, nie chcąc drażnić większego mężczyzny bardziej.

– Tak. Gratulacje, pojąłeś za pierwszym razem. – Blake prychnął i ruszył do domu, otwierając drzwi własnym zestawem kluczy. Wkurzony był sam na siebie, że zachowywał się jak pryk, wyglądało jednak na to, że nie wiele może w tej kwestii zrobić. Harry prowokował go poprzez oddychanie.

– Okeeej – Harry stanął w holu domu zaplatając przedramiona na piersi. Cokolwiek by nie robił, tylko pogarszał sprawę. Najwyraźniej będzie musiał odejść. Blake nie może wytrzymać na tym samym osiedlu, co on, mowy nie było, aby chciał z nim pozować. A szkoda. Choć może lepiej, jego sercu przestanie zagrażać poważne bezpieczeństwo. – Wróć do studia Evette i pomóż jej – wypalił, zanim udało mu się skonstruować bardziej dyplomatyczną wersję.

Blake wychodzący właśnie z salonu przylegającego do holu potknął się klnąc.

– Cholera! – Wyprostował się na całą wysokość, stanął naprzeciwko Harry'ego i również zaplótł ramiona na piersi defensywnym gestem.

Luźne ubranie nie krzywdziło jego wspaniałej sylwetki, w najmniejszym stopniu, doprowadzając Harry'ego do rozpaczy. Z całą siłą swojej słabej woli oderwał oczy od pięknych mięśni, pracujących pod ciemną skórą na potężnych przedramionach Blake'a i wlepił spojrzenie w jego oczy. Nie polepszyło to sytuacji ani o jotę, bo to były piękne oczy. Przenikliwe i lśniące wewnętrzną siłą.

Uff…

– Evette cię potrzebuje. Wiem, że nie jest to dla żadnego z was łatwe, ale potrzebujecie siebie nawzajem. Choćby, dlatego że jesteście przyjaciółmi – zaczął szybko, bojąc się, że Blake nie wysłucha go do końca, jeśli zawaha się choćby na sekundę. Oczy mężczyzny tylko spochmurniały. Piękne miękkie usta, zmieniły się w wąską, białą kreskę, a żuchwa znów ruszyła w powolnym zagryzaniu zębów. – Pomyśl, co ona teraz zrobi? Gdzie znajdzie zastępstwo? Co z okładką, którą zrobiliśmy? Będzie musiała wszystko powtórzyć! Przecież się przyjaźnicie, porozmawiajcie chociaż…

– Potrafię dogadać się z Ev! O to nie musisz się martwić. Pora jednak, abyście oboje pogodzili się z faktem, że ja się zwyczajnie nie nadaję się do tego! – Blake potrząsnął głową stanowczo. Miał dość tej rozmowy zanim jeszcze się dobrze zaczęła. Harry nie mówił nic, nad czym sam nie zastanawiał się jakieś sto razy. – Przecież to każdy głupi widzi. Nawet gdybym chciał jej pomóc… nie mogę… – powiedział zgrzytając zębami.

Harry zacisnął dłonie w pięści, wściekły i rozczarowany, tak mocno, że jego krótko przycięte paznokcie wbiły mu się w dłonie. Tego się najwyraźniej nie da zrobić łatwą drogą.

– Nie chcesz czy nie możesz?

– A co to za różnica? Szkoda marnować czas mój i Ev. Twój również.

– Odejdę. Evette poszuka ci kogoś innego, skoro nie możesz pracować ze mną – wymamrotał pod nosem Harry, spuszczając wzrok na ziemię. Ledwie mógł zmusić usta do poruszenia się. Dlaczego to był trudniejsze niż nawet sam podejrzewał?

Blake zdrętwiał, lekko pochylając się w jego stronę, niepewny czy go uszy nie mylą.

– Słucham?

– Odejdę.

Powietrze wokół nich znieruchomiało. Jak w ogłuszającej ciszy zabrzmiał ironiczny syk wyrywający się z ust Blake'a.

– Och, więc ty myślisz, że to chodzi o ciebie? – zapytał, z drwiną wpatrując się w Harry'ego i przyszpilając go do miejsca nieruchomym, zimnym spojrzeniem. Nie potrafił zidentyfikować uczucia wypełniającego jego pierś, na ciche stwierdzenie swojego towarzysza, więc tym bardziej się wściekł. Przecież to był świetny pomysł. Wręcz zajebisty. Czemu więc miał ochotę potrząsnąć Harrym? Biorąc się w garść zwalczył wszystkie irracjonalne uczucia mieszające mu w głowie i z uporem maniaka złapał się rozsądku. – Nie pochlebiaj sobie – parsknął mu prosto w twarz pochylając się nad nim jeszcze bardziej. Zaskoczona mina mężczyzny i zranione spojrzenie było jak gorące piętno na jego skórze, ale brnął dalej. – Ty nie masz z tym nic, absolutnie nic wspólnego.

Słowa cięły jak smagnięcie batem i Harry pod ich wpływem zrobił krok wstecz. Szybko jednak zapanował nad sobą zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie, pozostawiając wewnątrz krwawe półksiężyce.

– Jasne. Znam takich jak ty – wypluł już na serio wkurzony. Pasywna, obojętna twarz Blake’a doprowadzała go do szału. – Taki męski, taki macho. Jaja ze stali. Za dobry dla reszty niedoskonałych ludzi! Szkoda, że wymiękasz jednak przy jednym geju – stuknął palcem w szeroką pierś znajdującą się tuż przed nim, a wolałby go zdzielić pięścią w arogancką twarz.

Oczy Blake’a zapłonęły wewnętrznym ogniem, kiedy właściwie naparł na niego całym sobą. Harry stał jednak twardo nie ruszając się o milimetr. Zwyczajnie wrósł w ziemię.

– Chyba pomyliłeś mnie z jednym ze swoich niedorobionych przyjaciół – wymamrotał przez ciasno zaciśnięte zęby Blake, patrząc mu w oczy ostrzegawczo. – Nic o mnie nie wiesz i mylisz się tak bardzo, że to aż śmieszne.

– Tak jak ty nic nie wiesz o mnie – odparował Harry buńczucznie, starając się ukryć jak wielkie wrażenie robił na nim jego oponent i jak bardzo jego kolana drżały, choćby z powodu samej bliskości w jakiej znajdowały się ich ciała.

– I chcę, aby dokładnie tak pozostało! – Blake rozwiał wszelkie wątpliwości Harry'ego jednym zdaniem.

Teraz to już było wyzwanie i Harry potraktował je personalnie.

– Twoje życie jest tak pasjonujące i ciekawe, że narzekasz na nadmiar przyjaciół? A może wręcz przeciwnie? Jesteś odludkiem nieprzystosowanym do życia w społeczeństwie?

Blake uśmiechnął się zimno i obojętnie, doprowadzając Harry'ego do szału.

– Jakby nie było to i tak nie twój interes.

– Dlaczego? Czego się boisz? Mnie? Bliskości? Że ci zacznie zależeć? Przecież Evette musi cię cenić skoro jesteś jej przyjacielem i ufa ci niesłychanie. Całe życie masz zamiar uciekać, chować się i udawać, że świat nie istnieje? – zapytał z kpiną Harry, zadzierając podbródek. – Taki duży chłopczyk, a boi się, że położę znów na nim moje brudne, pedalskie łapska!? – wybuchnął, wściekły na brak reakcji swojego oponenta. Sam na siebie najbardziej. Powinien był trzymać się od tego człowieka z daleka. Egoistyczny fiut!

Bez zastanowienia się czy czekania na reakcję ze strony zszokowanego mężczyzny, stojącego chwilowo z rozdziawionymi ustami, odwrócił się na pięcie wypadając na zewnątrz.

Jak ma do cholery teraz wrócić do domu? – Kołatało się w jego skołatanej głowie. Ale ciśnienie krwi zagłuszało każdą jego rozsądną myśl. Nie wiedział czy bardziej jest wściekły, rozczarowany czy zraniony.

– Nie tak prędko kolego! – Blake prawie wyrwał mu łokieć ze stawu, tak mocno chwycił go i obrócił w miejscu, zanim jeszcze Harry miał możliwość zrobić dwa kroki. Sekundę później praktycznie naskoczył na niego z twarzą oddaloną od jego własnej o milimetry. Jego spojrzenie cięło niczym laser. – Jeśli to miała być prowokacja, to słabo ci wyszła. Zakładasz bardzo wiele wnosząc na bardzo słabych przesłankach. To może być bardzo niebezpieczne…

– Nie boję się ciebie – wysapał Harry. Niebezpieczny uśmiech Blake'a posłał dreszcz po jego kręgosłupie, który zakończył wędrówkę w jego kroczu. To na serio nie był odpowiedni moment, aby się ekscytować.

– Bardzo dobrze. W końcu z założenia będziemy trzymać się od siebie z daleka.

– Ale ja nie chcę!

Nie było pewne, który z nich był bardziej zaskoczony tym niespodziewanym, pełnym emocji stwierdzeniem, ale Harry zamierzał skorzystać z okazji, skoro i tak już zrobił z siebie idiotę. Obrócił ich jednym szybkim skrętem ciała i pchnął większego mężczyznę na ścianę tuż za nim. Blake nie zdołał zareagować na czas. Głośne sapnięcie wyrwało mu się z ust wraz z wypchniętym z płuc powietrzem, ale nie walczył z przypierającym go piersią Harrym.

– Chcę z tobą pozować. – Harry ujął Blake'a za kark i tym razem to on zbliżył do niego twarz niebezpiecznie blisko. Nic nie mogło mu umknąć, gdy świdrował go wzorkiem, unieruchamiając w miejscu. Źrenice mężczyzny rozszerzyły się tak bardzo, że praktycznie pochłonęły jego tęczówki. Szczęka pracowała niestrudzenie, kiedy zaciskał zęby do bólu. Harry skorzystał z jego zaskoczenia i wyszeptał cicho, i dobitnie. – Chcę zrobić te okładki. Chcę, aby na zawsze nas łączyły. Na zawsze będziesz moim Wojownikiem z którym nie mogę wygrać. Fascynujesz mnie, sprawiasz, że chcę cię lepiej poznać. Ja już nie mogą tak zwyczajnie wywalić cię ze swojego życia i udawać, że nie istniejesz. A ty możesz? Tak szczerze i naprawdę?

Chmura okryła twarz Blake i serce Harry'ego zamarło. Nie miał jednak nic do stracenia. Przecież jeśli Blake zdecyduje wykreślić go ze swojego życia i tak go straci.

– Nie potrzebuję cię – wyzgrzytał Blake. Kogo jednak bardziej próbował przekonać, Harry nie był pewien. Chciał jednak trzymać się nadziei i ją właśnie wybrał.

– Skąd wiesz? Dlaczego zakładasz, że nic nie mogę wnieść do twojego życia? Dlaczego nie bierzesz pod uwagę, że ja potrzebuję ciebie? – Potrząsnął większym mężczyznom i Blake w końcu zacisnął dłonie na jego bluzie przyciągając go do siebie jeszcze bliżej.

– Bo nie chcę. Rozumiesz. Wybieram nie myśleć o tym. Nie potrzebować. Ludzie są do dupy. Zawodzą. Kłamią i ranią. Po co mam się narażać? Moje życie jest idealne.

– A ja wybieram nie bać się, nie pozwolić się zastraszyć. Zaryzykować. Wybieram żyć, zamiast umierać siedemdziesiąt lat na raty. Po co twoja cała ciężka praca, poświęcenie, wysiłek jeśli nie jesteś w stanie… – głos Harry'ego zadrżał i musiał przełknąć, aby wydusić słowa. Blake wwiercał mu się spojrzeniem w czaszkę, jego szczęka znów pracowała i milczał jak grób, choć Harry czuł się jakby zaciskał potężną pięść mu na gardle. – Nie jesteś w stanie obdarzyć kogoś zaufaniem, uczuciem… miłością?

Niespodziewanie i gwałtownie Blake chwycił Harry'ego za przód koszuli, i mnąc materiał w dłoniach, przyciągnął go do siebie, tak że znaleźli się nos w nos.

– W prawdziwym życiu, miłość to wymówka. Seks to towar, a uczucia to ból. Nikt, kto ma choć odrobinę zdrowego rozsądku nie godzi się dobrowolnie na to, aby zostać użytym i wykorzystanym. A ty wręcz szukasz nie tam gdzie trzeba…

Harry parsknął, walcząc z nagle piekącymi go pod powiekami łzami.

– Bo jestem gejem? – zapytał zdławionym głosem. Blake na sekundę zerknął w bok, kryjąc myśli pod powiekami. Jego usta otwarły się i natychmiast zacisnęły w twardą linię, i nie dał się sprowokować do odpowiedzi. Jego przystojna twarz wyglądała jak wyciosana w kamieniu. – Jestem mężczyzną jak każdy inny i pragnę dokładnie tego samego, co każdy mężczyzna. Tylko żeby to dostać, czasem muszę użerać się z jakimś wrednym, twardym fiutem…

Ponętne wargi mężczyzny drgnęły niespodziewanie w nieoczekiwanym przebłysku poczucia humoru i Harry zachłysnął się powietrzem widząc błysk rozbawienia w chłodnych zazwyczaj oczach Blake'a. Ten mężczyzna nie przestawał go zadziwiać. Oszałamiać i kusić.

– Taak, mogę pojąć twój punkt widzenia. To fakt. Jestem wrednym fiutem i nie… Nie chodziło o to, że jesteś gejem. – Kłamca, kłamca. – Chodziło mi o to, że najwyraźniej wraz z Evette dostrzegacie we mnie coś, czego tam nie ma.

– Pozwól mnie to ocenić. Chcę z tobą pracować. Daj mi szansę. Przyrzekam, że nie będę czyhał na twoją cnotę.

Blake skrzywił się i potrząsnął głową starając się zapanować nad mętlikiem w głowie.

– Nie o to chodzi! – Upierał się, choć kłamał przez zęby. Harry go przytłaczał pewnością siebie i tym, że wydawał się, iż bez obaw mógłby sięgnąć po to, czego zapragnął i Blake nie był pewien własnej reakcji, gdyby do tego doszło.

Harry ryzykując więcej niż miał odwagę, położył dłonie na szczupłych biodrach Blake'a i przycisnął go do siebie, uświadamiając większemu mężczyźnie, że nadal ściskał jego bluzę w wręcz brutalnym uścisku, trzymając ich blisko siebie. Nie dał mu czasu na reakcję tylko twardo spojrzał mu w oczy.

– Nie będę oszukiwał. Mógłbym próbować cię uwieść. Spowodować, że ciekawość by cię kusiła, wręcz zżerała. Ludzki umysł jest wielką zagadką. Prowokacja jednak zawsze działa. Ty w końcu też zacząłbyś się zastanawiać choćby podświadomie. Wiem, że mógłbym cię… zaciekawić i podpuścić. Sprowokować twoją męskość, wyzwać cię. Pokazać ci przyjemność, o której nie śniłeś, tak że zapomniałbyś, że jestem mężczyzną, bo po prostu pragnąłbyś więcej i więcej… – wyszeptał zdławionym, lekko zdyszanym głosem, czując jak jego podniecenie i ekscytacja rosła. Nie chciał panować na sobą, choć ten jeden raz. Blake wciągnął gwałtownie powietrze nosem, słuchając go jak zahipnotyzowany. Harry uśmiechnął się smutno. – …ale nie zrobię tego. To by nie było fair dla mnie. Miałbyś wymówkę, żeby mnie znienawidzić, bo to ja obudziłem w tobie dzikie żądze – powiedział z powagą, wolno sunąc dłońmi po silnych plecach Blake'a, delikatnie muskając ramiona, by w końcu zacisnąć ciepłe dłonie na nadgarstkach mężczyzny.

Przez moment Blake wyglądał jakby oczy miały mu wypaść z głowy, po czym nie mogąc nad sobą zapanować, wybuchnął śmiechem, prawie zginając się w pół. Równie wolno jak poprzednio Harry, ale skutecznie, ciągle się śmiejąc, Blake wyswobodził się z uścisku dłoni Harry'ego i klepiąc go lekko po piersi zrobił krok wstecz.

– Dzikie żądze, powiadasz? – Pokręcił głową lekko, ocierając kąciki oczu kciukiem. – Cóż… – zakpił.

Harry nie myśląc pchnął Blake'a ponownie na ścianę i przyparł do muru.

– Ja nie żartuję…

Blake uniósł dłonie w geście poddania wcale nie walcząc. Robił co w jego mocy, aby zapanować nad śmiechem, co najwyraźniej przychodziło mu bardzo trudno.

– Och, ja wierzę, że mówisz poważnie – przytaknął Blake, opierając głowę o ścianę i modląc się, aby odruchowo nie odepchnąć niższego mężczyzny. Inną opcją było przyciągnąć go do siebie i objąć drocząc się jeszcze bardziej z sfrustrowanym Harrym, a to byłoby szaleństwem. – Śmieję się, bo nie wierzę, że ty wierzysz, że dałbyś radę mnie uwieść.

Urażony do żywego Harry syknął przez zęby, chwytając Blake'a za kark i napierając na niego całym ciałem.

– Jeszcze byś się zdziwił – wyszeptał przysuwając do niego swoją twarz i prowokacyjnie patrząc na jego usta. – Póki płynie w twoich żyłach krew – przycisnął swoje budzące się do życia krocze do biodra Blake'a – wszystko jest możliwe. – Przez ułamek sekundy wtulił twarz w szyję większego mężczyzny, głęboko wciągając jego zapach. Westchnienie wymknęło mu się, sprawiając, że Blake znieruchomiał niczym statua, a drobne włoski stanęły mu na karku. Ciepły oddech owiał mu kark, kiedy Harry szeptał mu do ucha. – Wiesz o tym, prawda?

Walcząc z nagłym ściskiem w żołądku, Blake przełknął niespokojnie próbując odsunąć biodra od Harry'ego i oderwać spojrzenie od jego języka prowokacyjnie liżącego dolną wargę. Nie mógł znieść spojrzenia, skupionego na nim intensywnie mężczyzny. Jakim cudem znalazł się nagle w tej dwuznacznej, niepokojącej sytuacji nie miał pojęcia. Całe jego ciało wręcz wibrowało niespokojnie i czuł jak panika zakrada się do jego umysłu wraz z ciepłem i siłą ciała Harry'ego. Nawet jego zapach zdawał się wnikać mu pod ubranie.  

Stanowczo i niezbyt delikatnie odepchnął od siebie Harry'ego. To już nie było śmieszne.

Ten z krzywym uśmiechem odsunął się i skinął głową jakby wiedział coś, co umknęło Blake’owi.

– Dobrze, że nie mam zamiaru tego robić – powiedział tylko obojętnie. – Nawet, jeśli starczy ci odwagi, aby zaryzykować i zapozować ze mną do pozostałych zdjęć, nic ci nie grozi. W moich ramionach jesteś bezpieczny.

Blake chciał zareagować, ale był jednocześnie wściekły i zaskoczony, ostatecznie więc, praktycznie warcząc wymierzył w niego oskarżycielski palec.

– Nie pozwolę się zmanipulować w tak dziecinny sposób! Nie sprowokujesz mnie, aby uzyskać to, co chcesz.

– Nie pochlebiaj sobie!

Otwierane z trzaskiem drzwi poderwały ich na miejscu. Blake poczuł jak cała krew odpływa mu z twarzy, a nogi miękną w kolanach na widok, który ukazał się jego oczom.

– Cóż, my tu mamy? Sprzeczka kochanków? – padło od drzwi, kiedy futrynę wypełniły sylwetki dwóch postaci.

Blake czuł jak jego oczy rozszerzają się z niedowierzania. Suchy śmiech i okrutnie wykrzywione gęby Lou i Bena zmaterializowały się przed nim jak koszmar na jawie. Niedowierzanie zwyczajnie go sparaliżowało. Intruzi stali w drzwiach z łyżkami do opon w dłoniach i szyderczym uśmiechem.

– Ben. To miała być przyjemność, dać nauczkę Blake’owi-pieprzonemu-ideaowi-Rattisowi. Teraz to będzie rozkosz rozwalić łeb jego jebanej dziwce na dodatek – rzucił niedbale Lou uderzając metalem o dłoń. Blake poczuł jak jego krew zamarza w jego żyłach. Instynktownie stanął zasłaniając sobą Harry'ego. Mężczyzna parsknął z irytacją szczypiąc go w tyłek boleśnie i stając przy jego boku ze wściekłym sykiem.

– Nigdy więcej tego nie rób. Sam umiem o siebie się zatroszczyć.

– Harry!

– Och, nie kłóćcie się panienki. Kiedy skończymy z wami, nie będziecie się musieli martwić o siebie nawzajem… (...) 

CDN. 

Kocham was i gorąco ściskam ♥