Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pocałunki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pocałunki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Świąteczny pocałunek

Wszystkiego najlepszego kochani. Mam nadzieję, że święta upłynęły wam w cudownej atmosferze.


Udało mi się zakończyć Świąteczny pocałunek i mam nadzieję, że wam się spodoba. 
Nie edytowany, nie betowany, ale z serca :)


                                                   “The end„
      Ciężki, mieniący się srebrem i brokatem anioł zdobił czubek potężnej choinki, ostentacyjnie pyszniącej się w kącie kaskadą świątecznych ozdób i światełek. Czubek sięgał wysokiego sufitu świątecznie przystrojonej biblioteki. Każda rozłożysta gałąź, aromatycznie pachnącego lasem świerku, uginała się pod ciężarem bombek i lśniących dekoracji. 
Buzujący ogień w nieopodal stojącym pięknym, niemal dwumetrowym kominku, rozsyłał ciepłe błyski, powielane w nieskończoność w ozdobach, lichtarzach i kieliszkach, wypełniając całe pomieszczenie niepowtarzalną atmosferą, której nie dało się odtworzyć, żadną inną porą roku. Z umiejętnie ukrytych głośników świąteczne melodie snuły się cicho, spowijając wszystkich w radosny, pełen oczekiwania nastrój.  Elegancka, bordowo-złota sofa stała przytulona do małego stoliczka z boku kominka, zapraszając do wtulenia się w miękkie poduszki i delektowania pysznym ajerkoniakiem serwowanym w pięknych kryształowych kieliszkach. Idealny świąteczny wieczór. 
      Nawet gęsto porozstawiane światła, kamery, mikrofony i zwoje kabli snujące się w każdym kierunku nie mąciły tego idyllicznego obrazka, prosto z świątecznych opowieści. 
Maddock musiał przyznać, że Rodney wiedział aż za dobrze jak stworzyć atmosferę, która przemówi do podświadomości wszystkich bez wyjątku, lepiej niż tysiąc słów. Mógł się założyć, że praktycznie każdy członek ekipy pracujący nad ostatnimi ujęciami, sto razy bardziej wolałby właśnie siedzieć w domu z rodziną, przeżywając ten niesamowity czas, a jednak mimo to wszyscy nadal tutaj byli, uwijając się jak mróweczki, porwani jego charyzmą i czarem. Niestrudzeni i oddani, dumni z tego że mogą wesprzeć tak szczytny cel, i że ich pomoc naprawdę czyni różnicę. Rodney, przy cichym aczkolwiek niestrudzonym wsparciu Parkera, zdołał zarazić wszystkich entuzjazmem i wiarą w powodzenie ich kampanii.       W trzy tygodnie nawet najwięksi sceptycy zaczęli aktywnie się udzielać i pomagać na wszelkie sposoby. Powstało wiele fundacji, kilka akcji pomagających doraźnie w wielu miejscach na świecie, i sporo bogatych i znanych zaangażowało się osobiście w szukanie rozwiązań dla najistotniejszych problemów. Prawnicy, lekarze, doradcy, właściciele domów, placówek, terenów wypłynęli z cieni codziennego życia, aby wspólnie zacząć myśleć nad jakimś wspólnym, spójnym planem jak permanentnie zmienić ciężką i nieraz tragiczną sytuację tych którzy nie mieli gdzie się zwrócić. Trudno było oczekiwać jeszcze więcej, a jednak Maddock był pewien, że to i tak było nie dość. 
Może to ten wieczny sceptyk w nim unosił głowę za każdym razem, kiedy zaczynał za bardzo ulegać nastrojowi ekscytacji i podnieceniu. A może to po prostu był instynkt samozachowawczy? Tak czy inaczej, nigdy w życiu nie czuł się tak rozdarty i niespokojny jak w tym momencie. Do jego i Darnella ostatniego ujęcia zostało dosłownie kilka minut, a on nie miał bladego pojęcia co powie. Nic co przychodziło mu do głowy nie wydawało się wystarczająco dobre. Cokolwiek by nie wymyślił, to i tak miał wrażenie, że trywializuje całą sytuację. Miał uczucie, że nigdy nie będzie w stanie pojąć w pełni tego co ci ludzie musieli przeżywać na porządku dziennym. Jak więc miał ująć w słowa coś, czego nie dało się objąć umysłem? 
       Jeśli jednak miał być szczery ze sobą, to musiał przełknąć dumę i przyznać, że to nie było jego jedyne zmartwienie.  Jego głównym i największym dylematem był mężczyzna teraz stojący po drugiej stronie pomieszczenia. Mimo że wydawał się być pogrążony w rozmowie ze swoim bratem i ich niespodziewanym gościem, to i tak Maddock czuł jego badawcze spojrzenie na sobie. Nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku. Nie żeby mógł się oprzeć pokusie zerkania i to częściej niż czuł się z tym komfortowo. Za każdym jednak razem, ilekroć by nie uniósł spojrzenia to Darnell patrzył na niego, a jego twarz rozświetlał wielki uśmiech. Maddock mógłby przysiąc, że gdyby nie wiedział lepiej to pomyślałby, że jego partner naprawdę odczuwa radość widząc go. Było idiotyzmem nawet myśleć w ten sposób. Nie wiedział jednak co sądzić skoro Darnell zachowywał się jak zakochany idiota większość czasu, resztę czasu zachowywał się po prostu jak idiota. Uśmiechał się, promieniował szczęściem, flirtował z nim na potęgę i w żaden sposób nie ukrywał atrakcji, którą do niego czuł. Mózg Maddocka był w ciągłym tumulcie, a jego ciało na hormonalnym rollercoasterze. Przez gros czasu, kiedy był sam był zagubiony i samotny, niczego bardziej nie pragnąc niż żeby nie czuć się w ten sposób. Za to kiedy był przy boku Darnella był stracony i bezradny, pragnąc uciec lecz nie mogąc. Składając to wszystko razem do kupy dawało mu niezłego emocjonalnego doła. Po raz pierwszy w życiu nie umiał podjąć jednoznacznej i rozsądnej decyzji. Nie umiał przejść nad tym do porządku dziennego. 
Był skołowany i winił za to Darnella. Za to i za drżenie rąk, za palpitację serca i motylki w brzuchu też. A najbardziej winił go za to, że był zabawnym, atrakcyjnym, dobrym mężczyzną i że nie sposób było mu się oprzeć!
– Dobrze panowie, siadajcie na sofie, zrelaksujcie się i możemy zaczynać – zakomenderował reżyser klaszcząc głośno w dłonie i przyciągając uwagę wszystkich. Z nieopisaną ulgą Maddock dostrzegł, że nie jego i Darnella ma na myśli, tylko Warda i Dru. Mężczyźni wyłonili się z niewielkiego tłumku i ruszyli do kanapy. Ku zaskoczeniu Maddocka, Ward wydawał się być zrelaksowany i wesoły, a Dru sztywny i spięty. Całkowite przeciwieństwo do tego kiedy nagrywali ich scenę.
Bez ceregieli Ward klapnął na kanapę, wyciągając długie nogi przed siebie, a przedramię opierając nonszalancko na oparciu sofy. Dru za to stanął na moment i dopiero biorąc kilka głębokich oddechów usiadł w przeciwległym kącie mebla. Cokolwiek stało się między tymi dwoma, Maddock nie miał sił, aby to zanalizować zbyt dogłębnie. 
Okej, skupcie się i do dzieła! Wszystko jest gotowe, więc mam nadzieję, że macie przygotowane co chcecie powiedzieć, bo nie mamy zbyt wiele czasu i nie będzie nieskończonych powtórek – zagrzmiał Bruyer upewniając się, że każdy obecny rozumie, iż lepiej dla dobra wszystkich zebranych, aby całość poszła jak spłata. – Wszyscy wiedzą co mają robić. Krótko i na temat dlaczego wzięliście udział w kampanii, miłe świąteczne przesłanie zakończone „świątecznym pocałunkiem”. Proste!
   Powodzenia z tym, pomyślał Maddock z kpiną. On sam był pewien, że nie da rady nic z siebie wykrztusić, a jeśli jakimś cudem uda mu się otworzyć usta, to nie mógł gwarantować, że to co spłynie z jego języka będzie miało jakimkolwiek sens. Obstawiał, że po prostu będzie siedział tam sparaliżowany i nieruchomy bez słowa z dwudziestoma ludźmi gapiącymi się na niego jak na idiotę. 
      Całkiem nowy i nieprzyjemny rodzaj drżenia przepłynął po jego ciele. Nie znosił tej niepewności. Stresu. Napięcia unoszącego się w powietrzu. Każdy był rozemocjonowany ważnością tego dnia i to czyniło wszystko jeszcze intensywniejszym. Dałby wszystko, aby już było po całym tym zamieszaniu. Oliwy do ognia dolewało to, że jak nigdy Darnell trzymał się od niego z daleka. Nie żeby zależało mu na towarzystwie tego uparciucha, bo mu nie zależało. Chodziło tylko o to, że zmiana w dość przewidywalnym do tej pory zachowaniu aktora, tylko dodatkowo wytrącało go z równowagi. Miał wrażenie, że jego umysł i ciało zdecydowało działać przeciwko sobie. Zaczynał być emocjonalnym wrakiem z burzą hormonalną i semipemamentnym wzwodem.
     Cichy, ale pewny głos Warda wbił się w rozbiegany umysł Maddocka, uwalniając go od szaleńczej pogoni myśli. Mężczyzna siedział zrelaksowany z lekkim uśmiechem patrząc w kamerę. Wydawało się, że nie dostrzega swojego sztywno siedzącego partnera. Jakim cudem role między nimi się odwróciły i nawet kiedy to się stało przekraczało możliwości pojmowania Maddocka. Miał wrażenie, że przy tej całej kampanii działo się znacznie więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Najlepszym przykładem było chociażby on i Darnell.
– „Kiedy zdecydowałem się na udział w tej kampanii, wydawało mi się, że działam pod przymusem. Że społeczeństwo zmusza mnie do opowiedzenia się po czyjejś stronie, a mnie to zwyczajnie nie obchodziło” - stwierdził Ward bez cienia skruchy. Na wielu twarzach pojawiły się lekkie oznaki niepokoju, ale Rodney tylko nieznacznie potrząsnął głową, zabraniając komukolwiek interwencji. „Nie mogę powiedzieć, że mi się to podobało. Raczej trudno przychodzi mi naginanie się do czyiś wymagań.” Sarkastyczny uśmiech wypłynął na jego usta. Z lekkim potrząśnięciem głowy kontynuował, bardziej jakby myślał na głos, niż dawał wywiad. „Teraz jednak wiem, jak bardzo się myliłem. Przymus owszem istnieje, ale jest to przymus pochodzący z serca i duszy każdego normalnego człowieka. Jak mogę nic nie robić skoro to może być dosłownie kwestia życia lub śmierci drugiego człowieka? Wystarczy się rozejrzeć, aby nagle zdać sobie sprawę z tego co się dzieje i zrozumieć, że musimy zareagować. Wszyscy, bez wyjątku. Dlaczego? A no dlatego, że kiedy odwracamy wzrok i udajemy, że nie widzimy, nie mamy z tym nic wspólnego, to nadal jesteśmy tak samo winni jak ci którzy niszczą cudze życie. Każdy jest tylko człowiekiem i mamy tak wiele wad jak i zalet, szkoda tylko, że jesteśmy skłonni raczej patrzeć na innych i oceniać ich bez zastanowienia lub zrozumienia. Wydajemy sądy i opinie nie martwiąc się jakie konsekwencje to może mieć ani czy w ogóle mamy prawo i kwalifikacje, aby się wypowiadać. Kiedy jednak mamy wziąć odpowiedzialność za nasze postępowanie, chowamy głowę w piasek. Czas zakończyć to. Mam nadzieję, że ta kampania otworzy oczy ludziom. Że wreszcie zmobilizuje tych opornych do działania, a tych niepewnych do szukania odpowiedzi na wątpliwości. Wstyd mi, że potrzeba było szoku i porządnego kopa, aby wreszcie zrozumieć, że mam moralny obowiązek stawić się po stronie tych, którzy cierpią.” Z długim przeciągłym westchnieniem zakończył swoją wypowiedź. „Jest jeden świat dla nas wszystkich, każdy ma tutaj swoje miejsce. Nie oceniaj ludzi przez pryzmat własnych uczuć czy przekonań. Nie są uniwersalne i nie są idealne.”
       Pięciosekundowa cisza która zapanowała po słowach Warda był ciężka jak ołów i przez moment Maddock zastanawiał się co dalej. Nie wydawało się, jakby Dru był w stanie się odezwać. Ward jednak szczerząc zęby w uśmiechu poklepał swojego towarzysza po kolanie i zdawało się, że to zdziałało trik, bo większy mężczyzna, wzdrygając się lekko, spojrzał w kamerę. Maddock w życiu nie widział tak intensywnego spojrzenia.
–„Chciałbym powiedzieć, że wierzę iż teraz wszystko się zmieni, i każdy będzie miły, grzeczny i serdeczny dla siebie nawzajem, ale to by było bezczelne kłamstwo. Nasze występy prawdopodobnie sprowokują wielu ludzi do jeszcze zacieklejszego walczenia z każdym, kto nie pasuje w ich ciasne ramki. Ci którzy do tej pory dręczyli, krzywdzili innych nie przestaną nagle, bo ktoś tam zapoczątkował nową kampanię. To nie w ich naturze i nie oddają władzy nad innymi bez walki.” Intensywny ogień płonął w stalowych oczach Dru, a po plecach Maddocka spłynął zimny dreszcz. Darnell chyba też wyczuł nagłe napięcie, bo podszedł do niego i stanął przy nim bez słowa. Jak anioł stróż, dzielący się gorącem buchającym z jego ciała i ogrzewającym zmarzniętą duszę Maddocka. „Mam jednak nadzieję, że nasza kampania uświadomi im, że nie są bezkarni i że nie są już niewidzialni. Że jest ktoś, kto będzie zwalczał każdą niegodziwość i niesprawiedliwość. Mam też nadzieję, że większa liczba ludzi uświadomi sobie, że nie mogą i nie mają prawa oceniać innych ludzi po wyglądzie, ich orientacji seksualnej, płci czy religii, bo nie mają pojęcia jaka jest rzeczywistość.” Wskazując kciukiem na siebie Dru wbił spojrzenie w swojego towarzysza. „Mam na imię Dru Raymond, ale urodziłem się jako Andrea Raymond i zajęło mi ponad piętnaście lat cierpienia, terapii, szeregu operacji, niezliczonych sesji z psychologiem i rozłamu w rodzinie, żeby wreszcie móc być sobą. Łzy i rozpacz towarzyszyły uwolnieniu mojego umysłu z niewłaściwego ciała, głównie dlatego, że ludzie, których w ogóle to nie powinno interesować, woleli by raczej stłamsić moją duszę i złamać mój umysł, aby pasował do ich wyobrażenia kim jestem!” Cicha, ale stanowcza deklaracja wywołała kilka głośnych sapnięć zaskoczenia. Maddock poczuł się jak uderzonym obuchem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Dru był kobietą. Nie mieściło mu się to w głowie. Kręcąc głową przyjrzał się obu mężczyznom starając się nagle przejrzeć ich na wylot. Zobaczyć co kryło się pod ich skórą. Dru definitywnie nie był kobietą. Nieważne z jakimi narządami się urodził. Jeśli ktoś był mężczyzną, to był nim Dru. Również  nagle zaczerwieniony Ward musiał rozważać podobną linię myśli. Wydawało się, że burza uczuć przepłynęła przez jego twarz. Głównie jednak to była walka między szokiem i zrozumieniem. Wydawało się, że nagle coś pojął i wszystko zaczęło mieć dla niego więcej sensu. Dru jednak nie zdawał się tej jego wewnętrznej walki emocji rejestrować. Spojrzał ponownie w kamerę kończąc swój wywiad. Po jego twarzy można było poznać, że czas owijania w bawełnę się skończył. ”Jeśli uważasz, że masz prawo wpierzać się z buciorami w cudze życie, mam dla ciebie wiadomość. Nie interesuje mnie czy mnie rozumiesz, czy przyjmujesz do wiadomości moje istnienie, czy zgadzasz się z moją egzystencją. Twoja opinia nie ma znaczenia, bo nikt cię nie pyta o zdanie. Twój osąd jest nieistotny w temacie, który cię nie dotyczy. Ten świat należy do mnie tak samo jak do ciebie. Należy do nas wszystkich. Lepiej się posuń, bo my się nigdzie nie wybieramy.” Pochylając się w kierunku Warda wycisnął na jego ustach błyskawiczny pocałunek. Krótki i dosadny, i zdecydowanie nie taki, jaki Rodney i Parker mieli na myśli, kiedy mówili o „Świątecznym pocałunku” z przesłaniem.
      Ciche klaskanie zakończyło ujęcie. Grupka ludzi dopadła do sofy zanim jeszcze Dru i Ward mieli szansę dobrze wstać. Gwar i szum wybuchł jak w ulu, i Maddok miał ochotę otrząsnąć się, w nadziei, że to pomoże jego skołatanej głowie ogarnąć wszystko co się na około działo. 
- Wow – mruknął Darnell z wargami tuż przy jego uchu, smażąc jego i tak napięte do granic możliwości nerwy jeszcze bardziej. Zwalczając chęć dźgnięcia swojego przyjaciela łokciem w brzuch, Maddock odsunął się na odległość ręki. Darnell tylko wzruszył ramionami uśmiechając się łobuzersko. Uwielbiał się droczyć z nim i nawet tego nie ukrywał. – Trzeba powiedzieć, że tutaj nigdy nie jest nudno – zauważył sucho, skinąwszy w stronę gdzie właśnie szerokie plecy Dru ginęły za wolno zamykającymi się drzwiami. Ward z dziwną miną stał i patrzył za nim. – Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już mnie nic nie zdziwi, coś takiego się zdarza. Ludzie po prostu są nieprzewidywalni. 
- Nieprzewidywalni? – wtrąciła z ironicznym parsknięciem jedna z asystentek reżysera, stojąca tuż obok nich. Cała gama uczuć mieniła się na jej pięknej twarzy. Głównie jednak dominowało zniesmaczenie i irytacja. – Spróbuj raczej ograniczeni i egoistyczni. – Widząc zdumione twarze mężczyzn, potrząsnęła głową z zniecierpliwieniem i rzuciła na odchodnym. – Dru przeszedł przez piekło, a ten idiota Ward pewnie jeszcze do tego doda swoja ignorancją. Nagle znalazł dobre usprawiedliwienie dlaczego napalił się na Dru. W jego malutkim, płyciutkim umyśle Dru jest tak naprawdę kobietą, a nie mężczyzną i przez to jego pociąg do niego ma nagle sens.  - Zniesmaczona i wyraźnie wkurzona odeszła zostawiając oniemiałych towarzyszy.
- Wow – ponownie parsknął cicho Darnell. – Nie jestem pewien co się właściwie stało przed chwilą.
- Mnie nie pytaj – odburknął Maddock, ucinając temat zanim się zaczął. – Mam wrażenie, że jestem w jakimś surrealistycznym śnie. Świecie nawet.
- Ty możesz mieć rację – przystanął Darnell śmiejąc się i z sympatią mrugając do niego. Jego lśniące oczy niemal wciągały w swoją głębie. – Takie wytłumaczenie miałoby znacznie więcej sensu, niż cokolwiek mój umysł może wyprodukować. 
    Odrywając, z nie małym wysiłkiem, spojrzenie od swojego partnera, Maddock poszukał jakiegoś innego obiektu na którym mógłby się skupić. Czegoś co by mu pomogło uniknąć wszystko widzącego spojrzenia Darnella. Pierwsza osobą na której zatrzymało się jego wzrok, był Parker. Mężczyzna stał z kamienną twarzą, patrząc na pustą sofę, jakby próbował się upewnić, że wszystko co się dzieje naokoło, to nie tylko jakiś pokręcony sen.
- Twój brat wydaje się niebotycznie wkurzony – zauważył cicho, mając nadzieje, że to odwróci uwagę jego partnera choć na chwilkę od niego. Darnell roześmiał się.
- Nie, to nie jest jego wkurzona mina – zakpił przewracając oczy z przesadą. – To jego zmartwiona mina. Teraz pewnie będzie się stresował tym czy Dre dobrze się czuje, czy występy nie przysporzyły mu zbyt wielkiego stresu i tak dalej.
   Marszcząc brwi, Maddock przyjrzał się starszemu bratu Kimrey. Chwiejny pakt o nieagresji, który panował między nimi, powodował, że obaj raczej unikali się nawzajem, a co za tym szło, nie mieli okazji poznać się zbyt blisko. Rozumiał jego zachowanie i nastawienie, do jego „nie-związku” z Darnellem, i nawet się z nim zgadzał. Szkoda że jego głupie serce nie słuchało rozumu.
- Nie chciałbym się znaleźć po jego niewłaściwej stronie – mruknął Maddock cicho, z ulgą rejterując, kiedy charakteryzatorka przywołała go do siebie gestem.
Przez kolejne kilka minut modlił się żarliwie, aby przetrwać te ostatnie wystąpienie i nie zbłaźnić się totalnie i bezpowrotnie. Serce chciało mu wyjść gardłem na samą myśl o wystąpieniu Darnella. 

***
        Światła kamer wydawały się Darnell'owi wręcz oślepiające, kiedy podszedł do sofy, aby usiąść przy sztywno siedzącym Maddocku. Mężczyzna wydawał się tak napięty, że Darnell w ostatnim momencie zrezygnował i zamiast siadać na kanapie osunął się na podłogę siadając tuż przy nogach swojego partnera, plecami opierając się o siedzisko mebla. Chciał być jak najbliżej, ale jednocześnie nie naruszać jego przestrzeni osobistej. Atmosfera była burzliwa między nimi i bez tego. Pięć sekund i pot spływał mu po plecach pod koszulą. Każdy nerw, i mięsień w jego ciele wydawał się wibrować niepokojem i oczekiwaniem. Dławiło go w gardle i miał nieodpartą chęć wytarcia spoconych dłoni w nogawki swoich eleganckich spodni. W ostatnim momencie jednak powstrzymał się. Nie chciał zdradzać całej ekipie i swojemu bratu jak bardzo spięty był. Maddock doprowadzał go do szaleństwa. 
    Brouyer zasygnalizował gotowość i cichy klaps uciszył wszystkich jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powolne lecz ogłuszająco głośnie bicie serca rezonowało w głowie Darnella. Nawet nie wiedział czemu tak się stresował. Nie ustalali wcześniej, który zacznie, ale po kilku niemożliwe długich, gęstych jak syrop sekundach, zrozumiał, że jego przyjaciel nie zamierza się odezwać. Przełykając głośno spróbował pozbierać emocje i myśli, i stworzyć z nich jakąś logiczną całość.
– „Udział w tej kampanii był jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek dokonałem” przyznał szczerze. Miał wiele powodów, aby tak uważać i nie zamierzał tego ukrywać. „Po pierwsze musiałem spojrzeć na siebie i swoje życie, i nie spodobało mi się to co zobaczyłem. Musiałem zastanowić się dlaczego na początku odczuwałem tak wielki opór przed wzięciem udziału? Okazało się, że jestem egoistą. Zabiegany, zapatrzony w własną karierę, ignorujący to co się dzieje naokoło, bo mnie nie dotyczy. Ja i niemal każda osoba którą znam.” Potrząsnął głową nadal nie wierząc, że zajęło mu tak długo, aby pojąć rzeczy tak oczywiste. „Uświadomiłem sobie, że płynę z nurtem. Bezmyślnie, bez emocjonalnie, byle do przodu. Nie ważne co się dzieje na około. Ludzie żyją, umierają, cierpią, ale dla mnie to było do tej pory tylko coś, co przydarza się innym. Teraz jednak zostałem zmuszony, aby spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Pomyśleć chwilę, zastanowić się. Moje otoczenie ma wielki wpływ na wielu ludzi. Stoją często na piedestale. Uwielbiani, podziwiani, naśladowani. Co jednak robią z tym, poza wykorzystywaniem, aby zdobyć więcej sławy, pieniędzy, fanów? Ta kampania otwarła mi oczy. Nagle dotarło do mnie, że każdy kto jest jakąkolwiek figurą społeczną, idolem, osobistością, powinien wziąć na siebie pewne obowiązki. A przede wszystkim zacząć od siebie edukację i integrację. A już zdecydowanie stanąć murem przeciwko dręczeniu, homofobii, krzywdzeniu innych ludzi.” Patrząc prosto na swojego brata Darnell wyznał bez mrugnięcia okiem. „Nie będę udawał, że to jest łatwe i proste, bo nie jest. Jak z wszystkim, co jest naprawdę ważne, może okazać się, że musimy stawić czoło wyzwaniom na które nie jesteśmy gotowi lub że dowiemy się o samych sobie rzeczy, których nigdy nie podejrzewaliśmy na własny temat. Może to nie być nic dobrego, a może być wyzwalającym, doniosłym doświadczeniem. Jedno jest pewne, robiąc tę właściwą rzecz zmienimy czyjeś życie na lepsze. Może nawet własne życie. Nie ważne czy jesteśmy mężczyzną, czy kobietą. Wszyscy jesteśmy ludźmi i potrzebujemy miłości.” Bez mrugnięcia okiem wbił spojrzenie w nic nie zdradzającą, skupioną twarz swojego partnera. Oddałby duszę diabłu, aby w tym momencie posiadać możliwość czytania w jego myślach. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale obawiał się, że Maddock by tego nie docenił. On sam miał wielki problem pojęcia co właściwie się stało i dlaczego nagle zapałał całą repertuarem uczuć do tego dziwnego, często oschłego człowieka.
Maddock wyraźnie czując się nieswojo pod badawczym spojrzeniem zwrócił się do kamery, chcąc zakończyć ten cały występ jak najszybciej.

– „Mimo że nie bardzo rozumiałem w jaki sposób taka forma kampanii miała pomóc w tak ważnej sprawie, bo przecież co ma dwóch przypuszczenie heteroseksualnych mężczyzn całujących się udowodnić? To zwyczajnie nie mogłem odmówić udziału. Głównie dlatego, że wbrew pozorom problem homofobii, dręczenia, nieprzeciwdziałaniu dyskryminacji i braku właściwiej edukacji w tym temacie dotyczy znacznie więcej ludzi niż to by się mogło wydawać. Jeśli nie chodzi o nas bezpośrednio, to może chodzić o nasze dzieci, kogoś z naszej rodziny, przyjaciół, współpracowników czy osoby pośrednio związane z naszym życiem codziennym. Osoby których twarze widujemy każdego dnia, uśmiechamy się może nawet do nich. Wymieniamy pozdrowieniami. Nasza obojętność czyni nas tak samo winnymi jak tych, którzy przyczyniają się do rujnowania życia ludzi tylko, że nie mieszczą się w ciasne ramki ich umysłów.” Wzdychając głęboko Maddock rozejrzał się po całej scenerii patrząc na ludzi ich otaczających. „Możemy udawać, możemy chować głowę w piasek. Nie zmieni to jednak rzeczywistości. Nasze życie jest nieprzewidywalne. Próbowanie zatrzymania na siłę postępu i rozwoju jest po prostu idiotyczne, i z góry skazane na niepowodzenie. Rozwijamy się i uczymy, bo to jest w naszej naturze. Łakniemy wiedzieć i rozumieć. Musimy jednak zacząć od zrozumienia siebie.„ Przełykając ślinę Maddock spojrzał w oczy Darnella.”Ta kampania pomogła mi zrozumieć, co dwóch całujących się mężczyzn czy kobiet może udowodnić. A mianowicie, że musimy zmienić nasze postrzeganie związków międzyludzkich. Otworzyć się i zmienić nienawiść, strach na sympatię i przyjaźń. Budować zamiast niszczyć. Musimy przestać kurczowo trzymać się przekonań narzuconych nam przez innych i wreszcie zacząć myśleć samodzielnie. Dwóch całujących się mężczyzn udowodniło mi, że nie musimy się bać, bo nie ma czego.” Ciągnąc Darnella za rękę, zmusił go do tego żeby usiadł przy nim na kanapie. Darnell czuł że serce podchodzi mu do gardła. Słowa Maddocka dawały mu nadzieję, na którą nie pozwalał sobie wcześniej. „Bliskość może być przerażająca, ale jaki wybór mamy? Przeżyć nasze życie opuszczając bezpieczne mury, które wybudowaliśmy naokoło siebie, chowając się przed bólem i rzeczywistością okrutnego świata, aby zrobić to co słuszne i dobre lub umierać na raty kilkadziesiąt lat w samotności. Ja wiem jaka jest moja decyzja. Świąteczny pocałunek pomógł mi zrozumieć jak mało wiem, jak wiele jest jeszcze do odkrycia, zrozumienia i zrobienia. Póki co jest tylko jeden świat dla nas wszystkich i mamy tylko jedno życie, bez szansy na naniesienie poprawek” Pochylając się w stronę Darnella, Maddock uchwycił jego usta w głębokim, stanowczym pocałunku. Darnell nie zamierzał się w ogóle opierać jednak. Z westchnieniem ulgi  rozwarł wargi wpuszczając jego język do środka. Nie przypuszczał żeby kiedykolwiek miał dość. Przerażało go to. Niestety Maddock urwał pocałunek, a ekipa zaczęła klaskać na zakończenie ujęcia, wybijając go z lekkiego oszołomienia.
     Nagle dotarło do niego, że to już zasadniczo koniec. Ich rola w kampanii była zakończona. Mogli spakować się, pożegnać się i mogli wracać do domu. Wstając niepewnie na nagle drżących nogach Darnell rozejrzał się bezradnie nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Nie chciał przyznać, że po raz pierwszy jego życie w dużej mierze spoczywało w rękach kogoś innego. Jedyne czego chciał, to dostać szansę. Maddock z nieśmiałym uśmiechem przyjmował pochwały i komplementy od ekipy, która ich obległa. Nawet po kilku tygodniach nie umiał się odnaleźć w tłumie jawnie okazujących mu sympatię ludzi. Jak radził sobie z popularnością jako sportowiec było zagwozdką dla Darnella. 
     
      Otrząsając się z poplątanych myśli, Darnell wycofał się, chcąc uniknąć kolejnej fali rozemocjonowanych ludzi napierających na nich. Oczywiste było, że każdy się cieszył. Wiele nadziei i pracy było włożone w cały projekt, i wszyscy wręcz z zapartym tchem czekali na rezultaty.
     W wigilię Bożego narodzenia kampania miała oficjalnie wystartować, a więc kolejne dwa dni były najistotniejsze dla zakończenia prac przygotowawczych z sukcesem.  Presja była ogromna i Darnell widział napięcie i stres znaczący twarz jego brata głębokimi bruzdami zmęczenia. Chciałby ulżyć mu, ale był bezradny nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. W końcu oddał tej kampanii swój czas, pieniądze i serce.
   O sercu mówiąc, jego oczy znów powędrowały za Maddockiem wolno sunącym przez tłum, wiecznie zaczepiających go ludzi. Ruszał się jak robot, powoli, ale niestrudzenie. Jego głowa przytakiwała, a usta ruszały się w odpowiedzi, jego oczy jednak były wbite w Darnella jak dwa lasery. 
      Dreszcze ekscytacji i niepokoju przepłynął mu po plecach. Miał wrażenie, że kiedy jego przyjaciel do niego dotrze, najbardziej zwariowane tygodnie jego życie dojdą do kulminacyjnego momentu. Czy jednak będzie to koniec, czy początek życia jakie znał?
- Co teraz? – zapytał zanim jeszcze jego mózg zdołał wysłać jakiś konkretny impuls do reszty jego ciała. Musiał wiedzieć.
Maddock podszedł blisko, stając z nim twarzą w twarz. Jego oczy błyszczały, ale minę miał bardzo poważna. Darnell uwielbiał jego zapach, ciepło bijące z muskularnego, szczupłego ciała i intensywne spojrzenie bystrych oczu. Uwielbiał wszystko w tym człowieku. 
- Teraz? Teraz idziemy świętować... – odparł Maddock spokojnie, jakby odpowiedź była oczywista. Lekki uśmiech wygiął kącik jego ust. – Dzisiejszy dzień i dzisiejszy sukces...
 - A co potem?
 - A potem będziemy świętować każdy kolejny dzień. Tak długo jak długo będziemy w stanie.
 - Razem? - zapytał Darnell gwałtownie, chwytając ramiona Maddock prawie nim potrząsając, nie mogąc już zwyczajnie wytrzymać napięcia. Sportowiec roześmiał się odrzucając głowę do tyłu i obejmując Darnella ramionami w pasie.
 - Razem. Życie bez ciebie byłoby puste i jednostajne. Nie chce umierać na raty!
    Wypuszczając długo wstrzymywany oddech Darnell złapał Maddocka w objęcia niemal unosząc go nad podłogę. Radość rozpierała mu pierś, a emocje podejrzanie chciały wypłynąć mu oczami. Męsko jednak zapanował nad sobą. Patrząc swojemu partnerowi w oczy zadeklarował stanowczo.
- Obiecuję, że będę cię irytował nie częściej niż raz na tydzień.
- Wątpię w to, ale doceniam gest – Maddock wyśmiał go bez skrupułów. Splatając palce ich rąk, pociągnął nie opierającego się Darnella do wyjścia. – Chodźmy zacząć nasze świętowanie. Jak znam życie, czeka nas niezła jazda bez trzymanki od teraz.

    Darnell nie obawiał się tego co go czekało jeśli tylko Maddock będzie stał przy nim stawiając czoła reszcie świata. Był wart każdego wysiłku i starania. Reszta świata mogła dosłownie i w przenośni cmoknąć go w cztery litery. 



*********************************************************
Za wszelkie literówki i błędy przepraszam. Pisałam zakończenie dosłownie na kolanie w przerwach w przygotowaniach do świąt.
Pisząc to zakończenie cały czas myślałam co jeszcze się może wydarzyć w ich życiu. Być może będę musiała wrócić do nich i przekonać się co życie im przyniosło ;)

niedziela, 16 grudnia 2012

Opowiadanie Święta jak z obrazka

I doczekaliście się! Opowiadanie dodane na podstronie 


 http://akfa-dreamlandpress.blogspot.co.uk/p/swieta-jak-z-obrazka.html
 Zapraszam
Za błędy jeśli jakieś są przepraszam z góry. Za komentarze już dziękuję, bo nie mogę się ich doczekać.
 W akompaniamencie kolejnej z moich ulubionych świątecznych piosenek zapraszam do czytania.


środa, 21 listopada 2012

Budka z pocałunkami - Rozdział czwarty :)

rozdział niebetowany i nieedytowany, ale nie mogłam się doczekać, aby go wstawić 
za błędy z góry przepraszam
(od jutra znów pracuję na nocki)


Wszelkie Prawa Zastrzeżone
AkFa2012Anglia
Opowiadanie przeznaczone dla osób pełnoletnich






Rozdział czwarty


Kolejny szept docierający do jego uszu zmienił mu krew w żyłach w lód. Powinien już zacząć się przyzwyczajać, a mimo to nadal czuł jak ściska go w piersi. Mijając kolejną grupkę cicho chichoczących kobiet już po drodze, Cory zaczął żałować, że skusił się na szybki lunch w kafeterii firmy, zamiast całkiem zrezygnować z jedzenia. Był zbyt zajęty, aby wyjść gdzieś i nie chciał niepotrzebnie tracić czasu. Teraz pomysł z szybkim lunchem w przestronnej stołówce, w której zbierała się praktycznie cała firma, okazał się kiepski.
Mężczyźni mijający go w korytarzu lub na sali odwracali głowy udając, że go nie dostrzegają, ale kobiety nie miały takich skrupułów, wytykając go palcami i komentując całkiem bez żenady. Panowie najwyraźniej mają więcej instynktu samozachowawczego. Ich zachowanie choć z założenia miało być subtelniejsze nie bardzo różniło się od zachowania złośliwych plotkarek. Z tym, że gdzie one „plotkowały” oni zwyczajnie „wymieniali spostrzeżenia”. A głównym tematem z jakiegoś powodu stał się Cory i to co robił, czy czego raczej nie robił. Zresztą to było bez znaczenia, tak czy inaczej zawsze znalazł się dobry powód, aby zmieszać go z błotem.
Jak skostniały siedział przy stoliku starając się wmusić w siebie kanapkę, którą sobie zamówił. Jedzenie jednak z trudem przeciskało mu się przez zaciśnięte gardło, cały głód który odczuwał znikł jak ręką odjął. Równie dobrze mógłby jeść papier, a i tak smakowałby lepiej. Z opuszczoną głową kruszył chleb na małe kawałeczki i więcej w końcu kończyło na jego talerzu niż w ustach. Uciec jednak z podwiniętym ogonem nie było w jego stylu. Nie miał zamiaru dać się zaszczuć. Starał się więc odciąć od otaczającego go świata i ludzi, wpatrując ponuro w kubek kawy. Nie miał sił ani ochoty na konfrontację. Co zresztą miał powiedzieć tym wszystkim hienom żerującym na jego życiu?
Spierdalajcie! Możecie się cieszyć, bo jest mi zajebiście ciężko?
Taak, to by świetnie wyszło.
„– …a słyszałaś?
– … nie, no co ty!
– Mówię ci na serio…
– Ta ciota… pedał jeden… naszych facetów nam chce poderwać!
– To obrzydliwe.
– Wiem, wiem, ale mówię…
– Już nikt nie jest bezpieczny….
– … na dodatek w miejscu pracy…
– Możesz to sobie wyobrazić?
– A słyszałaś, że on… no wiesz…
– Nie, no co ty!”
Chciał zamknąć oczy i udawać, że wcale nie słyszy kąśliwych uwag.  Nie widzi dosadnych spojrzeń. Rzeczy których ostatnio dowiadywał się z plotek nawet sam o sobie wcześniej nie wiedział. Wiedzieli za to wszyscy inni…
Cory nawet nie do końca był pewien co się stało. W pierwszym tygodniu po nieszczęsnym pocałunku z Connorem sytuacja wydawała się rozchodzić po kościach i po za kilkoma uszczypliwymi uwagami i złośliwymi uśmieszkami, nikt nie dawał mu odczuć, że jego orientacja seksualna to taki problem. W ostatnim tygodniu jednak wszystko zaczęło się zmieniać.
Nie tylko próbował się otrząsnąć po ostatnim raczej namiętnym starciu z Connorem. Dodatkowo teraz musiał się zmierzyć z współpracownikami wytykającymi go palcami i zmieniającymi powoli jego życie w koszmar. Te szepty, te wykrzywione obrzydzeniem miny. Te wieczne podteksty cokolwiek by nie robił i czymkolwiek by się nie zajmował. Te podejrzenia kogo następnego będzie molestował. Te pytania czy już każdy teraz powinien się obawiać? Przecież nie wiadomo co mógł znów zrobić… Miał nieraz ochotę wywrzeszczeć im prosto w twarz jak bardzo ich nienawidził.
Nie robił jednak nic.
Zagryzał zęby i zabierał się za jeszcze więcej pracy. Aż do wyczerpania.
Dźwięk i wibracja telefonu komórkowego nagle przebijająca się do jego skołowanego umysłu praktycznie poderwały go na miejscu. Z obawą spojrzał na wyświetlacz.
Zdarzało mu się to coraz częściej. Trudno jednak już było mu określić czy bardziej bał się, że Connor zadzwoni… czy że nie odezwie się, jakby wcale nie istniał w jego poukładanym świecie. Jakby nie miał znaczenia…
– Cory? Gdzie jesteś? – Nolan nie tracił czasu na powitanie, tylko z miejsca przeszedł do rzeczy. Najwyraźniej znów był na misji.
– Mam przerwę na lunch… – odparł Cory zrezygnowanym tonem. Właściwie przyjazna twarz to było to czego potrzebował. Nie miał jednak siły żeby się do tego przyznać, nawet sam przed sobą. – Jestem w kafeterii…
– Okej. – Przyjaciel ucieszył się podejrzanie. – Nie ruszaj stamtąd swojego seksownego tyłka. Jestem w budynku, będę tam w minutę!
Rozłączył się zanim Cory miał szansę na jakąkolwiek odpowiedź. Lekko otępiały i oszołomiony przyjrzał się podejrzliwe odkładanej na stolik komórce. Minuta to było niewystarczająco długo, aby nastawić się psychicznie na spotkanie z żywiołowym przyjacielem.
A skoro Nolan powiedział, że  będzie za minutę, to pewnie będzie tu za pół minuty.
Jak zwykle elegancki w swoim popielatym garniturze Nolan Reed wpadł do kantyny z aroganckim uśmiechem na ponętnych ustach, bezczelnie mrugając na skuszone jego wyglądem kobiety, które praktycznie śliniły się na jego widok. Charyzmatyczny aż do bólu zawsze skupiał na sobie uwagę wszystkich. On jednak wlepił przekorne spojrzenie w Cory'ego i wręcz widać było, że coś knuje.
Zanim Cory nastawił się na to spotkanie psychicznie, Nolan zmaterializował się przy jego stoliku, chwycił go za kark i głośno cmoknął w rozdziawione ze zdumienia usta. Po czym z szerokim uśmiechem usiadł naprzeciwko niego.
– Chłopie słyszałem jakie wieści krążą po tej waszej zabawnej firmie na temat twojego romansu z Connorem! Ubaw po pachy! – zawołał, nie przejmując się nawet w najmniejszym stopniu tym, że praktycznie wszyscy w sali zaczęli im się przyglądać. – Ubawiłem się setnie wysłuchując tych bzdur! Pomyślałby kto, że tutaj pracują dorośli, wykształceni ludzie! Ha! Patrz jak pozory mylą!
Oczy Cory'ego z okrąglały tak bardzo, że wyglądał nieomalże komicznie.
–…eee…mmm… to znaczy… – wydukał cienkim głosikiem, drapiąc się po karku, zbyt zaskoczony, aby sformułować choć jedno inteligentne zdanie. – … ale no cóż, tego no…
Nolan jednak nie zamierzał dać sobie przerwać.
– Wiem, wiem. Ludzie są naprawdę zabawni. Te ploty, te wymysły. Jezu, kiedy oni dorosną? – zapytał rozglądając się bezczelnie po pomieszczeniu, zmuszając wielu do opuszczenia wzroku, kiedy napotkał ich ciekawskie spojrzenia. Pytanie jednak najwyraźniej było retoryczne, bo znów zwrócił się do siedzącego jak słup soli Cory’ego. – Ty wiesz co jest najlepsze w tym wszystkim? Te jęczące męskie hetero cipy. To po prostu komiczne, że ci tak zwani „prawdziwi mężczyźni” zachowują się tak żałośnie. Jak usłyszałem, że po kątach się żalą, że się boją o swoje kościste tyłki myślałem, że padnę ze śmiechu! – Rechot podążył za szokującym oświadczeniem Nolana. Cory czuł jak rumieńce uderzają mu na twarz.
– Co ty do cholery wyprawiasz? – wysyczał na wpół zażenowany, na wpół rozbawiony.
– Jezu, pomyślałby kto, że polecisz na takie sieroty jakie tu pracują! Nawet oka nie ma na czym zawiesić! – Uniósł ręce w geście poddania zanim Cory zdołał na niego naskoczyć. – Tak, tak wiem. Ale przyznaj sam, tylko Connor jest prawdziwym mężczyzną w tej formie.
– Nolan!
– No co? Tylko mi nie mów, że się przejmujesz tym głupim gadaniem? Przecież to nie twoja wina, że nawet heterycy lecą na ciebie! Jesteś seksowny, inteligentny i masz to coś, co sprawia, że każdy się na ciebie napala. Chyba nie ma się czym przejmować, skoro to nie twój problem…? – zapytał, unosząc do góry wyraźnie zarysowaną jasną brew, przyszpilając niższego mężczyznę w miejscu.
Cory uniósł dumnie podbródek odpowiadając mu równie twardym spojrzeniem.
– Nie. Mam w nosie to co mówią za moimi plecami. – Oświadczył stanowczo i spokojnie. – Dla mnie to bez znaczenia co myślą i co sobie wyobrażają na mój temat – dodał ze wzruszeniem ramion. – To było nieuniknione, że zacznie się gadanie i głupie wymysły. Szkoda, że niektórzy zapomnieli, że znają mnie już kilka dobrych lat. – Cory po raz pierwszy od kilku dni poczuł jak wraca jego pewność siebie i spokój. Zdał sobie sprawę z tego, że wszystko co powiedział jest prawdą.
Nigdy wcześniej nie przejmował się opinią innych, tylko o tym zapomniał.
Nolan wymusił na nim reakcję. Choć zrobił to nie tylko obcesowo, ale i w bardzo niekonwencjonalny sposób, ucierając przy okazji nosa podsłuchującym ich ludziom.
– No, mój drogi. Tak właśnie myślałem! – Mężczyzna wyszczerzył perfekcyjnie białe zęby w szerokim uśmiechu. Jego szare oczy błyszczały złośliwe, choć widać było w nich niewysłowiony smutek. Cory był mu wdzięczny, ale nie miał sił, aby się z tym zmierzyć. Zbyt wiele rzeczy działo się w jego życiu w tym momencie. Nolan choć był przyjacielem, to właśnie to zdawało się być głównym problem. Nie mogli być nikim więcej dla siebie.
– Dzięki za spotkanie. – Wstał wolno, z wdzięcznością uśmiechając się do swojego towarzysza. Czuł się jakby wielki ciężar spadł mu z ramion.  – Musimy się umówić na jakieś piwko. – Z wahaniem ucałował idealnie wygolony policzek towarzysza. Nie obchodziło go co powiedzą świadkowie jego zachowania. Miał zamiar być wreszcie sobą.
– Spoko skarbie! – Nolan bez żenady skradł kubek z kawą przyjaciela i z mrugnięciem oka pożegnał go wesoło. – Idź i bądź grzeczny, żadnego podrywania chłopców w godzinach pracy. Zdzwonimy się.
Śmiejąc się Cory odniósł tacę i ruszył z powrotem do biura. Miał w cholerę roboty.
Z tym, że nie czuł się już, jakby był tutaj za karę…


Nolan zdławił ciche westchnienie, na oślep wyciągając komórkę z kieszeni. Z trudem udało mu się oderwać spojrzenie od przystojnej, szczupłej sylwetki znikającej w drzwiach. Jedyną jego pociechą było to, że Cory odzyskał swój sprężysty krok, a jego ramiona były wyprostowane jak na dumnego mężczyznę przystało. Żałował, że nic nie może poradzić na zranione serce swojego przyjaciela i coraz głębsze bruzdy, wywołane stresem i smutkiem, odznaczające się na jego młodej twarzy.
Współczucie mieszało się w nim z wściekłością na Connora St. Charlesa.
Drań mógł mieć wszystko co najlepsze, a wyrzucał to bez zastanowienia.
– Słucham? – cierpki głos Connora wzdrygnął Nolana, szybko jednak nad sobą zapanował. Musiał zrobić co w jego mocy, aby pomóc Cory'emu, bez względu na to co kto sobie pomyśli.
Chciał mieć nadzieję, że i dla niego ktoś zrobiłby to samo.
– Z całą pewnością wiesz, że życie Cory'ego to koszmar w tym momencie i to nie tylko dlatego, że kocha twój durny tyłek jak szalony? – zapytał cicho i drętwo, nie dając właściwie czasu na odpowiedź zaskoczonemu mężczyźnie. – Jest szykanowany. Szydzą z jego uczuć do ciebie i plotkują o nim. Rzeczy które wymyślają są wręcz uwłaczające jego godności. Co zmierzasz z tym zrobić, bo zdajesz sobie sprawę z tego, że w  dużej mierze, to właśnie twoja zasługa?
Cisza zdawała się dzwonić mu w uszach, kiedy czekał wieczność na odpowiedź mężczyzny. Ostatecznie w momencie w którym właściwie chciał już się poddać St. Charles westchnął cicho.
– Zajmę się tym.
– O tak. Z całą pewnością się zajmiesz. – Przytaknął Nolan usłużnie, a w jego głosie przebrzmiewała  czysta stal. – Najlepiej jak go zaprosisz na randkę.
Rozłączył się zanim dodał coś czego by później żałował.

***


Telefon był przerywnikiem, którego potrzebował, aby odparować wściekłość jaka go powoli zalewała tak, że widział na czerwono. Inaczej w ciągu kilku najbliższych minut popełniłby krwawe morderstwo.
Z tym, że nie całkiem spodziewał się przebiegu rozmowy, którą odbył z Nolanem Reedem. Facet zaskoczył go tak bardzo, że nawet nie do końca był pewien na co się zgodził. Jedno było absolutnie pewne.
Wszystko ostatnio co działo się w jego życiu miało coś wspólnego z Corym Andrewsem. Ten mężczyzna okupował każdą wolną chwilę jego dnia. Nawet zawitał w jego marzeniach i fantazjach – cicho, sprawnie i niepostrzeżenie wkradając się w nie, jakby nie było sposobu na to, aby go powstrzymać. Rzadko kiedy już opuszczał jego myśli. Wzbudzał emocje i uczucia nad którymi Connor nie potrafił zapanować. Nie był nawet już pewien czy podołałby temu nawet gdyby wiedział jak.
… i owszem zdawał sobie sprawę z tego, że coś się działo w firmie. Nie do końca jednak wiedział o co chodziło. Jego reputacja i pozycja sprawiały, że nikt nie śmiał stawić mu czoła, a już tym bardziej kpić z niego prosto w oczy.
– Connor! Czy mógłbyś mnie nie ignorować? Musimy porozmawiać! Próbuje wytłumaczyć ci coś niezmiernie ważnego. Nie rozumiesz, że to dla twojego własnego dobra? – Margo zerwała się z fotela i stanęła w lekkim rozkroku naprzeciwko jego biurka z dłońmi wspartymi na biodrach. Praktycznie dyszała z furii.
Wolno i z namysłem Connor uniósł spojrzenie na piękną kobietę ciskającą w tym momencie w jego stronę błyskawice. Złość i irytacja powróciła w ciągu minuty wypierając wspomnienie o Corym. Choć nie umknął jego uwadze fakt, że porównał ich niemal automatycznie i ciepły, otwarty mężczyzna wydawał się być absolutnym kontrastem w stosunku do chłodnej, zdecydowanej Margo.
Jej zimny ton przypomniał mu dlaczego jeszcze przed pięcioma minutami był tak wściekły, że miał ochotę  skręcić kark nawiedzającej mu biuro kobiety.
– Nie wiem co ty tutaj jeszcze robisz? Chyba wyraziłem się jasno. Nie mamy o czym rozmawiać! – Cedząc słowa chłodno, zwrócił się do niej mając cichą nadzieję, że wreszcie zrozumie i wyjdzie. Ostatnie dziesięć minut jednak starał się jej pozbyć bez sukcesu, wysłuchując tyrady, która była dla niego nie tylko absurdalna, ale i nie na miejscu.
– Jak możesz? To co robisz jest nie tylko głupie, ale i krótkowzroczne. Gdybyś zaczął się ze mną umawiać, te wszystkie chore plotki o tobie i tym małym zboczeńcu umarłyby śmiercią naturalną – zawołała oburzona. Najwyraźniej nie mogła pojąć jak to się stało, że Connor nie chce skorzystać z jej hojnej propozycji. – Chcesz, aby do końca zniszczył ci reputację? Wiesz przecież, że raz nadszarpnięta dobra opinia już nigdy nie jest idealna. Ludzie nie będą traktować cię poważnie!
– Przesadzasz! Zwłaszcza, że swoją reputacją martwię się najmniej!
– Ty chyba nie pojmujesz, że już same podejrzenia wystarczą, aby niektórzy uwierzyli w najgorsze.
– Naprawdę – Connor westchnął tłumiąc irytację. – Bycie podejrzanym o to, że jest się gejem nie jest najgorszą rzeczą jaką może spotkać człowieka.
– Ty sobie chyba kpisz! – Kobieta aż naprostowała się jak struna. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że naprawdę łączy cię coś z tym… z tym… zboczeńcem!? To by było straszne! Konsekwencje tego… Boże!
– Wydaje mi się, że to nie jest twój problem – Connor zapanował nad sobą tylko ostatkiem swojej żelaznej woli. Nie bardzo wiedział o co chodziło Margo, ale jej wykalkulowane spojrzenie niemal go przerażało. Jedyną rzeczą jaką był zainteresowany to plotki o których wspomniała. A już szczególnie chciał wiedzieć ile z nich było jej autorstwa. – Wzrusza mnie niezmiernie twoja troska o moją osobę, ale nie jestem zainteresowany związkiem z tobą. Miałem wrażenie, że wyraziłem to całkiem dobitnie?
– Czy ty nie rozumiesz, że tym sposobem podsycasz spekulacje dotyczące twojej osoby i tego pedała?! – Prawie że wrzasnęła, już całkiem zniecierpliwiona oporem mężczyzny.
Connor poczuł jak poziom jego opanowania gwałtownie spada, a małe cętki tańczą mu przed oczyma, tak bardzo podskoczyło jego ciśnienie. Szczycił się jednak tym, że zwalczał swoje słabości… no może po za jedną… Corym… nie mniej jednak zdławił chęć mordu wypełniający jego czaszkę i uśmiechnął się zimno do zarumienionej, rozzłoszczonej kobiety.
– Tsk, tsk… – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Takie słowa w ustach pięknej damy? – zapytał z kpiną. – Ach, tak! Zapomniałem! Ty nawet koło damy nie stałaś! – zadrwił ironicznie, ciesząc się w duchu na widok ognistej czerwieni jaka zalała jej dekolt i twarz. Należało jej się utarcie nosa… i nie tylko, ale nie chciał zniżać się do jej poziomu. – Jeśli myślisz, że zdegradujesz Cory'ego Andrewsa bluzgając na niego wyzwiskami, i to jeszcze takich lotów, to się grubo mylisz. Próbowanie zniżenia go do własnego poziomu tylko pokazuje na jakim poziomie ty się znajdujesz! I nie, wcale nie uważam nagle, że wszystkie kobiety są nieatrakcyjne, niedobre, „be” i w ogóle fuj… po prostu ty taka jesteś! – Wręcz dziką satysfakcję odczuwał na widok jej szeroko rozdziawionych ze dziwienia ust.
Wstał zza biurka i chwytając ją dość obcesowo za łokieć, wyprowadził z biura, nie czekając na to aż się ocknie ze stuporu.
Widok Cory'ego właśnie w tym momencie, stojącego przy ladzie recepcji i odbierającego korespondencję, był jak szok elektryczny. Wszystkie uczucia zmieszały się w jedną wybuchową mieszankę. Był zmęczony, wściekły, napalony i zdezorientowany.
Nawet nie wiedział kiedy znalazł się tuż przez bladym, lekko zaskoczonym chłopakiem wbijając w niego spojrzenie. Ich ciała dzieliły centymetry.
Chłonął wzrokiem wszystko.
Jego lekko rozszerzone źrenice pochłaniające piękne niebieskie tęczówki, to jak szybko zostały przysłonięte firanką jasnych rzęs. Rozchylone w niemym pytaniu ponętnie różowe usta. Nerwowe oblizanie, najwyraźniej spierzchniętych nagle warg i to jak szybko opadała jego klatka piersiowa w urywanych oddechach. Nie umknęło mu jak Cory wręcz nieświadomie wychylił się w jego stronę. Nie rozumiał satysfakcji jaką odczuwał z powodu tego, że tak bardzo działa na mniejszego mężczyznę. Nie miał zamiaru nawet tego analizować.
– Mam nadzieję, że masz wolny wieczór…? – wychrypiał, nieprzyjemnie zaskoczony barwą własnego głosu. Brzmiał jak spragniony, rozpalony szaleniec. Oczy Cory’ego rozszerzyły się z zaskoczenia i przez nieznośnie długi moment milczał.
– Nie rób tego… – wymamrotał w końcu.
– Za późno na odwrót – odparł Connor, ze smutkiem uświadamiając sobie, że taka była właśnie prawda.
– To się źle skończy! – Cory obwiódł szybkim spojrzeniem nagle zatłoczony hol w którym znajdowała się recepcja. Jakim cudem jego kolana jeszcze nie ugięły się i nie padł na miejscu, z szoku jaki odczuwał, było dla niego niepojęte. Ludzie bezczelnie wpatrywali się w nich, z oniemiałą Margo na czele. Jej spojrzenie było mordercze.
Connor uśmiechnął się nagle zrelaksowany i rozluźniony z błyskiem w oku spoglądając na Cory'ego. Jedno jego spojrzenie obiecywało i piekło, i raj.
– Owszem, to skończy się źle… – przyznał cicho, patrząc w oczy Cory'ego stanowczo. – Ale czy to cię powstrzyma…?
Z trudem przełykając jęk rozpaczy Cory zamknął oczy.
– Nie… – wyszeptał jakby wbrew woli.
Radość niewspółmierna do ulgi jaką Connor odczuł została stłumiona, aby się nie przebić na zewnątrz, tylko latami praktyki. Szeroki uśmiech jeszcze tylko się powiększył.
– Więc jesteśmy umówieni na randkę. Będę o ósmej… – Oświadczył głośno i stanowczo. Chwycił swojego kochanka za kark i lekko ucałował w miękkie, gorące usta, po czym odwrócił się na pięcie i z rękami w kieszeniach, cicho pogwizdując ruszył do swojego gabinetu.
Cory bardziej słyszał mentalnie niż widział jak szczęki wszystkich zebranych na holu opadają z głośnym trzaskiem.
   Śmiałby się, ale obawiał się, że czysta histeria przebrzmiewałaby w tym śmiechu.

***

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Cory zamiast dzień dobry. Nie potrafił zdusić tego pytania, choć nie bardzo chciał znać odpowiedź. Nie mniej jednak nie opuszczało jego myśli od momentu w którym drzwi gabinetu zamknęły się za aroganckim, pewnym siebie mężczyzną.
– Bo chciałem… – odparł Connor bez mrugnięcia okiem, nie okazując nawet w najmniejszym stopniu zaskoczenia takim powitaniem.
Elegancki jak zwykle, tym razem postawił na luz. Jeansy, które powinny być nielegalne, tak seksownie na nim wyglądały, opinały mu szczupłe biodra i eksponowały długie nogi. Czarna koszula, rozpięta u góry kusiła widokiem silnej piersi i długiej kolumny opalonej szyi. Ciemne oprawa oczu i lekko zmierzwione włosy jeszcze tylko podkreślały tę jego trochę mroczną urodę. Poruszając się jak dziki kot na łowach, wywoływał w Corym dreszcz strachu i ekscytacji jednocześnie. Miał ochotę łasić się do niego i dotykać, nawet zanim jeszcze się przywitali
Schładzając swoje rozszalałe, nadpobudliwe libido, bo do tej pory pakowało go tylko i wyłącznie w kłopoty, spojrzał na mężczyznę uważnie, zamykając za nimi drzwi swojego mieszkania. Wspomnienia jak fala zalały jego umysł. Musiał wymierzyć sobie mentalnego kopa, aby się skoncentrować. Rzucenie Connora na podłogę i wylizanie od stóp do głów nie było w menu.
– Jakie masz więc plany?
– Możesz wybrać. – Oznajmił spokojnie Connor, konfrontując mężczyznę w przedpokoju, nie pozwalając mu uciec w głąb mieszkania. Bardzo skrupulatnie zlustrował też jego wygląd, najwyraźniej aprobując zwykłą białą podkoszulkę z długim rękawem i proste czarne spodnie. – Możemy iść do restauracji, możemy iść do kina… czy w inne wybrane przez ciebie miejsce… to będzie prawdziwa randka, nie miej co do tego żadnych wątpliwości! – Oświadczył stanowczo. – Ale wiedz jedno… w końcu wylądujemy w moim mieszkaniu. –  Wzruszył ramionami jakby to miało być od początku oczywiste. – Możemy więc od razu iść do mnie i przygotuję nam coś do jedzenia…
Przez dobrych pięć minut Cory stał mrugając w oszołomieniu, usiłując zmusić swoje walące z ekscytacji i strachu serce, aby nie próbowało sobie wywalczyć drogi na zewnątrz z jego piersi. W końcu przełykając z trudem przez zaciśnięte gardło powiedział cicho.
– Idziemy do ciebie. – Choćby już to za późno…
Pocałunek, który Connor wycisnął mu na ustach był tak pełen obietnic, że Cory przeraził się nie na żarty. Nie miał jednak czasu na analizę, bo starszy mężczyzna skierował go do drzwi mamrocząc z aprobatą.
– Jedyny słuszny wybór.
Droga minęła Cory'emu jak we śnie. Obaj milczeli, pogrążeni we własnych myślach, które mknęły przez ich głowy równie szybko jak światła aut na ciemnych ulicach. Cokolwiek miało się zdarzyć nie mogło wróżyć dla niego nic dobrego. Wiedział to. Czuł całym sercem, a jednak nie potrafił zrezygnować. Ochłapy były lepsze niż nic…
… i gardził sobą, że jest tak słabym człowiekiem.
Ale skoro już miał zamiar popełnić takie szaleństwo, to zamierzał czerpać z niego pełnymi garściami.
Mieszkanie było modne, nowoczesne i praktyczne jak sam właściciel. Dwa pokoje, sporych rozmiarów salon połączony z jadalnią i funkcjonalna kuchnia. Cory jednak zbyt był przerażony i spięty, aby podziwiać piękne reprodukcje na ścianach, czy aby docenić jak miękki, puszysty dywan pieścił jego  bose stopy.
Nie wiedział co robić. Jak się zachować. Co mówić.
Nie wiedział, co właściwie tam robił.
Connor jakby wyczuwając jego wahanie chwycił go za łokieć i skierował do środka apartamentu.
– Chcesz obejrzeć mieszkanie? – zapytał, kiedy Cory tylko potrząsnął głową, że nie, sam przytaknął jakby spodziewał się takiej odpowiedzi. – Na co masz ochotę? Mogę coś ugotować dla nas, choć nie przeczę, że moje umiejętności są raczej ograniczone. – Uśmiechnął się lekko sardonicznie do nadal milczącego, sztywno stojącego Cory'ego. – Za to świetnie zamawiam.
– Nie jestem głodny – wymamrotał w końcu mniejszy mężczyzna. – Chyba nie zdołam nic przełknąć – przyznał bez zażenowania.
Connor spojrzał na niego z uwagą, lekko przekrzywiając głowę. Wręcz widać było jak go analizuje.
– Czy to nie jest to czego chciałeś? – zapytał jakby szczerze zaskoczony.
Cory przymknął oczy, aby zwalczyć zawrót głowy. Aby zwalczyć łzy, które nie wiadomo skąd się brały. Był idiotą. Skończonym, żałosnym idiotom, który powinien wymierzyć sam sobie porządnego kopa.
Tak! Być tutaj z tobą, to jest to czego pragnę! Ale nie tak, po prostu nie tak…! – Chciał wrzasnąć, ale tylko żałosne kwilenie wyrwało się z jego ust.
– Bez względu na to co powiem, będzie to brzmiało melodramatycznie, ale prawda jest taka, że cokolwiek się dzieje między nami będzie okupione moim bólem – wyszeptał z zamkniętymi oczyma, nie opierając się, kiedy Connor przyciągnął go do swojego twardego, szczupłego ciała. Ciepło, które promieniowało z niego, było wręcz dech zapierające. Stali przy sobie, stykając się całymi ciałami, a jednak nie miało to nic wspólnego z objęciami. Cory drżał wewnątrz. – Chciałbym móc po prostu stąd wyjść i nie obawiać się, że do końca życia żałował bym tego…
– Zadziwiasz mnie – mruknął Connor zamyślonym tonem, a jego głęboki głos rezonował wręcz w klatce piersiowej Cory’ego. Instynktownie wsparł się na niej, niezachwianie wierząc w siłę zniewalającego go mężczyzny. Connor stał spokojnie i nieugięcie niczym mur, pozwalając mu czerpać z jego siły. – Nie wiem czy potrafię cię pojąć. Jest w tobie uczciwość, która sprawia ci najwyraźniej więcej bólu niż korzyści, a mimo to trzymasz się jej obiema garściami. Imponuje mi to, że nie udajesz, że nie wiesz po co tutaj jesteśmy. Zadziwia mnie twoja szczerość. Postrzeganie rzeczywistości bez zakłamania i obłudy…
– To mnie zabija. O tyle łatwej byłoby się oszukiwać. Iść z tobą do łóżka jeśli udałoby mi się cię tam zaciągnąć. Przelecieć tyle razy, abyśmy obaj chodzili śmiesznie przez tydzień, albo zwyczajnie padli nieprzytomnie i wyjść rano bez żalu, bez oczekiwań, bez oglądania się za siebie – odparł Cory wspierając głowę na piersi Connora. – Masz wszystko czego potrzebuję. Czego pragnę. A jednak nie mogę tego mieć. Szczucie mnie jest okrutne. Dlaczego to robisz?
– A dlaczego nie? Sam mnie poszczułeś. Chcę więcej. Co w tym dziwnego? – Wielka dłoń bez udziału jego myśli wylądowała na karku Cory'ego lekko masując napięte jak postronki mięśnie.
Opanowana, spokojna konwersacja wydawała się wręcz absurdem w porównaniu z burzą, która trawiła ich umysły. Pragnienia ich obu się ścierały. Co do tego nie było wątpliwości. Obaj jednak równie dobrze wiedzieli jak bardzo te pragnienia się różniły.
– Tylko na jak długo? – Cory zapytał odchylając się do tyłu i spoglądając na Connora po raz pierwszy. Jego spojrzenie było ostrożne i twarde. – Fascynacja nową zabawką szybko mija. A ja nie potrafię podchodzić do ciebie jak do jednorazowej przygody. Dla mnie to nigdy nie byłoby dość! Nie rozumiesz tego!?
– Myślałem, że już ustaliliśmy, że to nie jest zabawa! – Connor ze złością warknął w twarz swojego kochanka. Nienawidził kiedy ludzie przypisywali mu cechy czy zachowania, które nie miały nic wspólnego z jego charakterem. To co im się wydawało, bardzo często nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Nie wielu jednak zadawało sobie trud, aby się o tym przekonać. Zakładali, że go znają, a tak nie było.
Ujął twarz Cory'ego i pocałował go z całym gniewem, i rozczarowaniem jakie odczuwał. To była lepsza kara niż chęć potrząśnięcia nim i wybicia mu z głowy głupich pomysłów.
Kto powiedział, że dla niego jeden raz byłby wystarczający?
Miękkie wargi ustąpiły bez protestu pod naporem jego ust i języka. Choć Cory nie do końca się poddał, zaciskając ramiona na jego szyi jak imadło.
Starli się jak zwykle. Ciałami i umysłami. Wolą i pragnieniem. Pieszczota za pieszczotę. Dotyk za dotyk.
Głęboko liżąc i ssąc nawzajem swoje wargi. Mieszając swoje smaki. Oddechy ich splatane w jeden, utknęły w pół drogi między nimi, wręcz zapierając im dech w piersiach. Walczyli o to, kto komu sprawi więcej przyjemności, lgnąć do siebie desperacko i gwałtownie.
Gdyby nie moc Connora, obejmującego teraz Cory'ego z całych sił, mężczyzna chybaby upadł. W głowie wir myśli i pragnień kołatał się, i mieszał z potrzebą, aby wchłonąć Connora głębiej. Mocniej i szybciej. Chciał posmakować każdego skrawka wyśmienitej skóry swojego ukochanego. Chciał sprawdzić na ile mu pozwoli. Nie mógł jednak skupić się na niczym innym niż tylko na sprawnym języku w swoich ustach, odnajdujących każdy najskrytszy jego sekret. Na wargach nieustępliwych i twardych zniewalających go całkowicie. Nie wiedział kiedy wspiął się na palce, by choć lekko móc trzeć swoim boleśnie wzwiedzionym penisem o równie nabrzmiałe ciało w morderczo ciasnych jeansach Connora.
Jęk rozkoszy i pragnienia wdarł się do jego skołatanego umysłu. To on jęczał, garnąc się jak desperat do seksownego, umięśnionego ciała w swoich ramionach. Był uzależnionym, spragnionym kretynem. Miał zero oporów.
Mógłby się oddać tu i teraz Connorowi, bez względu na to ile by go to kosztowało…
Ta myśl podziałała na niego jak wiadro zimnej wody.
– Nie tak, nie w ten sposób… – wyszeptał zdławionym z pragnienia głosem, patrząc głęboko w oczy Connora. Znów rzucili się na siebie jak zwierzęta. Jak ostatnio. Jak przedostatnio. Następnego takiego razu nie przeżyłby. – Kochaj się ze mną, albo odejdź. Nie wykorzystuj mnie.
Connor zgrzytnął zębami.
– A ty nie wykorzystujesz mnie? – zapytał zaciskając pięści na koszulce Cory'ego. Miał ochotę nim potrząsnąć. Podniecenie dławiło go w gardle. Dźwięk słów „kochaj się ze mną” paraliżował. Nęcił.
– Nie… – Młodszy mężczyzna potrząsnął głową ze smutkiem. – Ja cię tylko kocham…
– Dlaczego? Jak możesz? – Connor odepchnął go i odszedł odwracając się do niego plecami. – Co o mnie tak naprawdę wiesz? Znasz mnie? Wiesz jakim człowiekiem jestem? Jak możesz? Skąd? Czy można kochać kogoś skoro nie wie się o tej osobie nic?
– Nie wiem! – wrzasnął Cory zaskoczony i zraniony. Wściekły i zrozpaczony jednocześnie. Z trudem nad sobą panował, a całe jego ciało drżało jak z nieprzemożnego zimna. Objął więc się rękami, z nerwów trąc ramiona. – Myślisz, że to ode mnie zależy? Nie wiem! Sam się nad tym zastanawiam – dodał sarkastycznie, podchodząc do Connora i odwracając go do siebie jednym szarpnięciem. – Myślałem, że już wyraziłem wystarczająco jasno i dobitnie, jak bardzo mnie nie cieszy emocjonalne uzależnienie od takiego oziębłego, bezemocjonalnego drania!
– A mimo to pragniesz tego bezemocjonalnego drania. Zadałeś sobie wiele trudu, aby mnie uwieść – Connor wcale nie pozostawał dłużny. Dawał tak dobrze jak brał. Miał ochotę zakończyć tę bezsensowną dyskusję. Najlepiej całując tego idiotę dopóki nie zapomniałby jak się nazywa. – Teraz jednak kiedy możesz mnie mieć, to nadal nie dość! – Śmiejąc się okrutnie i sarkastycznie zbliżył twarz do twarzy Cory'ego. – A myślałem, że miłość jest bezwarunkowa…
Gwiazdy wybuchły pod powiekami Cory'ego wraz z bólem w całym ciele. Chciał rzucić się na Connora. Chciał go uderzyć. Najlepiej wielokrotnie. Chciał całować. Zedrzeć ubranie.
Chciał wyjść… ale w zamian za to powiedział cicho:
– Może po prostu jestem egoistą? Zwykłym pazerniakiem? Może chcę wszystkiego? A może to tylko instynkt samozachowawczy? Nie chcę dać się zwyczajnie wykorzystać, bo ty masz ochotę na homoseksualny eksperyment zanim nie znajdziesz sobie Perfekcyjnej Pani Domu!
Ciche słowa odbijały się echem wśród eleganckich ścian. Tym bardziej więc wybuch śmiechu Connora był zaskakujący i przerażający.
– Ty wiesz… masz wiele założeń… choć nie za bardzo rozumiem skąd się biorą ich podstawy – wysapał ocierając załzawione oczy, łapiąc oddech po kilku chwilach nieopanowanego rechotu. Nie tylko arogancko się uśmiechał, ale i przyglądał Cory’emu jak jakiemuś obcemu zawiasku. – Mówisz tak jakby decyzja o tym z kim idę do łóżka była permanentna. Jakbym musiał wybrać raz na całe życie. A decyzja którą podejmę była wiążąca i nigdy więcej nie miałbym wyboru. Albo kobiety, albo mężczyźni. Nie mogę zmienić zdania w pół drogi. Muszę wybierać. – Znów spojrzał na Cory'ego z opanowaniem i chłodem. – Otóż, mylisz się. – Powaga z jaką wycedził kolejne słowa była zatrważająca. – Wybór należy do mnie tyle razy ile tylko mi się uwidzi. Nie podlega dyskusji czy osądowi.
– Wiem, nie to miałem na myśli…
– A co miałeś na myśli? To, że mam odwzajemnić twoje uczucia, bo tego pragniesz? Obiecać coś? Zobowiązać się choć właściwie nie wiem na co? – zakpił lekko Connor, choć nie pozwolił odsunąć się od siebie pobladłemu nagle Cory'emu. Przez długi moment mężczyźni mierzyli się wzorkiem starając się zapanować nad emocjami.
– Chciałbym po prostu, abyś uszanował moje pragnienia, moje uczucia… abyś zdawał sobie z nich sprawę… – Wyznanie kosztowało Cory'ego wiele więcej wysiłku niż podejrzewał. Konflikt rozumu, doznań i pragnień wysysał z niego wszystko.
Dlaczego? Dlaczego nie mógł przestać chcieć Connora tak bardzo?
Bo prawdą było, że przecież wcale go nie znał. Właściwie go nie lubił.
Tym razem to większy mężczyzna odchylając głowę do tyłu, zamknął oczy i wypuścił z sykiem powietrze z szerokiej piersi.
Jakiekolwiek decyzje podejmował stojąc nieruchomo i przytrzymując przy sobie Cory'ego, były wiążące.
I taka była prawda. Od tego co postanowi zależało życie ich obu, bo czy posuną się dalej, czy rozejdą, już nic nie będzie tak samo.
A więc wszystko się zmieni w każdej sytuacji i to bez dwóch zdań.
– Powiem szczerze. Pożądam cię jak głupi – oświadczył po raz kolejny tym swoim opanowanym, racjonalnym tonem Connor, obejmując jednocześnie Cory'ego i przytulając do siebie z całych sił. – Chciałbym znać racjonalne wytłumaczenie dla tego… – przerwał nagle. – Nie. Właściwie to bez znaczenia dlaczego cię tak bardzo pragnę. Pragnę cię i to jest fakt. Tak po prostu. Mógłbym ci nakłamać. Na ściemniać, aby zaciągnąć cię do łóżka, a rano wykopać, nie babrając się w zobowiązania, udawać, że nie wiem o co ci chodzi… – Mówił cicho, łapiąc swojego partnera za kark i wtulając w jego szyję twarz. Wręcz czuł na policzku jego szaleńczo walące tętno. Kusiło go, aby przytknąć tam usta i złagodzić chaotyczny puls. Musiał jednak coś wyjaśnić. – Nie chcę i nie mogę jednak tego zrobić. Chcę się jednak z tobą kochać. Nawet rozumiem dlaczego to ma swoją cenę.
– Po prostu nie mogę inaczej…
– Wiem i nawet mi to imponuje. Co mnie natomiast przeraża, to moja własna gotowość, aby ją ponieść… – Cisza trawiła ich przez długi moment, kiedy tylko i wyłącznie stali wtuleni w siebie, praktycznie z rozpaczą trzymając się nawzajem. W końcu Connor złożył kilka motylich pocałunków na policzkach, oczach i czole Cory'ego. – Chcę się z tobą kochać. Właściwie muszę. Wiem, że nie jestem wstanie się tego wyrzec. Nigdy nie przestałbym tego pragnąć. Prześladowałoby mnie to. Już zawsze bym się zastanawiał. Do końca życia bym żałował… – westchnął raczej nieszczęśliwie spoglądając Cory'emu w twarz. Szukając odpowiedzi na pytania, które nawet nie istniały. – Mam więc zamiar to zrobić, a rano złożę ci jedną obietnicę. Szczerą i prawdziwą, choć sam jeszcze nie wiem jaką, po za tym że będzie ostateczną. Jesteś na to wstanie przystać?
Oszołomienie trzymało ciało Cory'ego w odrętwieniu. Gorące usta muskające jego szyję trzymały go jednak w uwięzi skuteczniejszej niż jakiekolwiek kajdany. Niż jakiekolwiek pragnienia… Największy strach.
– Nie jestem w stanie powiedzieć nie… – wyszeptał, trąc policzkiem o lekko już zarośnięty policzek Connora. Wspiął się na palce, aby jeszcze ściślej przylgnąć do jego ciała. Pasowali do siebie idealnie.
– Jeśli to ma jakiekolwiek znaczenie – Connor wymamrotał w usta Cory'ego przytulając się jeszcze bardziej i znów spoglądając mu w zamglone oczy. – Jeśli to jakiekolwiek pocieszenie dla ciebie, to ja też nie jestem w stanie powiedzieć nie… nie umiem cię odesłać.
Protest Cory’ego został stłumiony kolejnym duszę konsumującym pocałunkiem. Słowa nie były już potrzebne. Wręcz mieszały.
Jutro potrafiło się zatroszczyć o siebie samo. 


Sypialnia Connora była męska, przestronna i skąpana w cieniach. Nocna lampka, którą nagle zapalił tuż przy ogromnym łóżku mężczyzna, zaskoczyła Cory'ego i wyrwała z mgły podniecenia, która zasnuwała jego umysł od chwili kiedy poddał się nieuniknionemu. Nawet nie wiedział jak się tam znaleźli. Ich ubrania z trudem trzymały się jeszcze ich ciał. Rozchełstane, poszarpane, powyciągane. Włosy Connora były zmierzwione jego łakomymi palcami, a usta miał opuchnięte od głodnych pocałunków. Czysta satysfakcja zalała pierś Cory'ego. Chciał więcej. Chciał słyszeć jak Connor jęczał z podniecenia. Jak wije się z pożądania.
Kiedy jednak stanęli naprzeciwko siebie, nagła niepewność zatrzymała jego dłonie w pół drogi do guzików porozpinanej częściowo koszuli ukochanego. Miał ochotę na tak wiele… a nie był pewien jak wiele było mu wolno. Jak daleko mógł się posunąć? Czy nie rozczaruje kochanka? Czy mu się spodoba? A jeśli zdecyduje, że to jednak nie to? Że nie może…
W końcu Connor do tej pory był hetero… a seks z mężczyzną był przecież… inny…
Connor jednak nie miał takich oporów. Nie wahał się. Nie zastanawiał. Zamierzał sięgnąć po wszystko. Z cechującą go pewnością siebie i zdecydowaniem wziął sprawy w swoje ręce.
W kilka chwil pozbawił Cory'ego bluzki ściągając mu ją przez głowę jednym szarpnięciem i uporał się z zamkiem jego czarnych spodni, jednym płynnym ruchem. Każdy odkryty skrawek skóry znalazł się pod skrupulatnym badaniem jego rąk, ust i rozpalonego wzroku. Lekkim muśnięciem przekrwionej erekcji Cory'ego odebrał mu dech. Zmienił w galaretkę kolana kochanka kilkoma pochłaniającymi pocałunkami i odebrał mu resztki rozsądku. Zanim Cory się połapał już leżał na łóżku nagi przykryty potężnym ciałem. Przygnieciony i zachwycony ciężarem cudownego ciała. Równie nagim i gorącym jak jego własne. Nawet nie zdołał się nacieszyć widokiem. A tak bardzo pragnął poznać jego wszystkie tajemnice.
Ich piersi starły się ze sobą, ich nogi splotły ściśle, a ręce wszczęły wędrówkę po najwrażliwszych zakamarkach ciała. A każde było teraz drażliwe i czułe. Twarde, wzwiedzione penisy cudownie stłamszone między ich ciałami, ociekały z podniecenia i pragnienia. Biodra same poruszały się rytmicznie próbując znaleźć rytm przynoszący im jeszcze więcej błogości. Connor zlizał mgiełkę potu na pokrytej gęsią skórką piersi swojego kochanka, przyprawiając go o palpitację serca, zanim jeszcze zdołał zarejestrować dotyk. Dreszcz spłynął do czubków palców jego stóp.
– Nareszcie… – wyrwało się ze schrypniętego gardła Cory'ego jak dziękczynna modlitwa. Umierający na pustyni z pragnienia, nie byłby bardziej wdzięczny za znalezienie oazy niż on, za dotyk ich ciał. Czuł jak Connor bezczelnie uśmiechnął się przyciskając usta do delikatnej skóry na jego szyi.
– To dopiero początek… – obiecał. Zsuwając się lekko i trąc ich spragnionymi ciałami Connor wpasował swoje szczupłe biodra między uda zachwyconego kochanka. Wolno i z namysłem obcałował lekko wystające obojczyki Cory'ego. Językiem zbadał zgłębienie w jego ramieniu i przyssał się do szyi. Czuł jak maleńkie różowe sutki mężczyzny twarde niczym kamyczki tarły o jego pierś. Odczuł wręcz fizyczny głód, aby znalazły się w jego ustach.
Wyssał więc drogę do każdego z nich liżąc fantazyjne znaki na szaleńczo opadającej piersi Cory'ego. Kontrast jego gorącego języka z lekko chłodną skórą sutków była zachwycająca. Jeszcze bardziej zachwycająca jednak była reakcja mężczyzny. Praktycznie wyprężył się, kiedy Connor przygryzł jeden z wrażliwych supełków. Kiedy zaczął go ssać Cory oszalał. Po chwili rozkosznych tortur wręcz błagał go o więcej.
– Boże słodki! Mmm… proszę cię! Błagam…och… – Drobne dłonie wplotły się we włosy Connora, kiedy Cory wił się zmysłowo cicho pojękując. Przytrzymywał go i przyciskał do siebie, a przecież już bliżej nie mogli się znaleźć. – Tak… tak… tak dobrze…
– Dokładnie tak. – Przytaknął większy mężczyzna znów go całując upojnie. Obejmując się jego ramionami i nogami. Wtulając się jeszcze głębiej w chętne ciało. – A będzie nawet lepiej… – I to była obietnica.
Pot zrosił ich ciała, a krew dudniła im w uszach. O oddech walczyli. Connor nie mógł się napatrzyć na blade ciało drżące i tańczące pod nim. Smukłe mięśnie napinały się i prężyły pod cienką skórą z każdym niespokojnym oddechem Cory'ego. Fascynowało go to. Chciał je zbadać. Wolno wodził więc dłońmi i ustami gdzie tylko mógł. Gdyby tylko żądza nie paliła go tam mocno… gdyby nie obawiał się, że będzie koniec za szybko…
Cory jednak miał własne pragnienia. Własne fantazje do zrealizowania. Przetoczył ich na bok korzystając z tego, że Connor zafascynowany ssał właśnie jego ucho przyprawiając go przy okazji o utratę tchu. Ciarki zimne i gorące na przemian obsypały całe jego ciało, podkurczając mu palce u stóp z rozkoszy. Walcząc ze słabością w sekundę znalazł się na niestawiającym oporu Connorze. Usiadł mu na biodrach łapiąc w garść ich twarde niczym stal członki i ściskając lekko.
Cokolwiek chciał powiedzieć Connor, zniknęło w jęku pełnym ekstazy. Przyjemność była wręcz obezwładniająca i Cory wystraszył się, że nie wytrzyma ani chwili dłużej. Rzucił się więc właściwie na Connora całując z całych sił. Nim ten jednak zdołał odpowiedzieć czy zaprotestować Cory już całował jego ramiona, sutki, żebra i drgający pod jego intensywnym dotykiem brzuch. Zlizał całą sól i pot w drodze po więcej. Pępek najwyraźniej był czułym miejscem jego ukochanego, bo Connor wił się na łóżku podkurczając kolana do góry pod atakiem ust Cory'ego. Zdesperowany i wygłodniały zsunął się miedzy jego uda wtulając twarz w krocze zaskoczonego mężczyzny. I choć lekko zesztywniały i przez moment spięty, Connor nie zaprotestował ani nie powstrzymał go. Uniósł się tylko na łokciach i obserwował jak Cory liże wolno i z zachwytem na twarzy najpierw jego pachwiny przyprawiając o drżenie całe jego ciało, to znów ssał skórę ud pokrytych ciemnymi włoskami.
– Boże słodki! – stłumiony jęk Connora był jak muzyka w uszach Cory'ego. Chciał słyszeć więcej. Patrząc mu w oczy z wyzwaniem wchłonął do ust ociekający preejakulatem czubek jego członka. Smak i zapach oszołomił go tak bardzo, że musiał przymknąć oczy z rozkoszy. Już zapomniał, że smak Connora był tak uzależniający. Chciał więcej. Chciał go całego. Zrobił więc co w jego mocy by wessać go głębiej, by zbadać językiem każdą pulsującą żyłę oplatającą jego cudownego penisa. Wodził wargami wzdłuż, wielokrotnie wracając do czubka. Ssał z całych sił, przełykając coraz więcej i więcej. Jego gardło choć z początku stawiało opór w końcu przegrało z głodem Cory'ego. Ostatecznie musiał unieruchomić tańczące niekontrolowanie biodra Connora, bo niemal dławił go przy głębokich pchnięciach. Cory niemiał nic przeciwko temu, ale chciał decydować o tempie. Chciał decydować o przyjemności którą dawał ukochanemu. Chciał delektować się jego cudownym penisem. ‘Stal pokryta aksamitem’ było chyba najtrafniejszym porównaniem, bo nic się nie równało z tym dziełem sztuki. Był zafascynowany i uzależniony. Nic jednak nie mogło równać się ze satysfakcją jaką odczuł gdy Connor odrzucił głowę do tyłu głośno i bez żenady jęcząc.
– Och, tak! Tak dobrze!... Ach, tak!…mmmm…  Jeszcze…
Cory jednak nie zamierzał zakończyć zabawy zbyt szybko. Chciał się nacieszyć chwilą. Kradnąc ostatnią śliską kroplę wylizując ją z szczelinki na czubku, szybko przesunął usta na skórę moszny, ssąc lekko każde z jąder osobno. Skurczone z podniecenia ściśle przylegały do ciała jego ukochanego. Dłońmi pieścił twardy napięty brzuch Connora bez przerwy pracującego pod każdym jego dotykiem, a ustami i językiem badał każdy najwrażliwszy zakamarek, w duszy trochę żałując, że Connor nie golił się tak jak on.
– Jedną chwileczkę skarbie! – Szybkim, sprawnym ruchem Connor złapał Cory'ego pod ramiona i wciągnął w górę swego ciała przysysając się do jego ust jak pijawka. Ich ciała same splotły się ze sobą. Mokra skóra skleiła nie pozwalając nawet promieniowi światła z lampki między nimi przemknąć. Dysząc ciężko Connor znów przetoczył ich i przyszpilił Cory'ego do łóżka patrząc rozpalonym wzrokiem w jego zarumienioną twarz. – Nie tak szybko… och… jesteś zdecydowanie za dobry w tym co robisz… – przyznał z lekko rozmarzonym wyrazem twarzy.  Oblizując opuchnięte usta uśmiechnął się do niego. – Twoje wargi powinny być zarejestrowane jako niebezpieczna broń… – wymamrotał jakby z wyrzutem, nie przeszkadzało mu to jednak, aby się do nich po raz kolejny przyssać.
– Mmmm…yhn…oooo… – Tylko wymknęło się Cory'emu. Szybko jednak poddał się i zamiast rozmawiać zaczął kolejną wędrówkę dłońmi po silnych, umięśnionych plecach Connora. Był urzeczony jak jego ciało pracowało. Jak perfekcyjna maszyna.
– Przez moment chciałem się zapomnieć. – Connor wymamrotał całując mu szyję. – Ale zbyt wiele przyjemności sprawiało ci dręczenie mnie, abym nie chciał sprawdzić na własnej skórze jak to jest…  – dodał prawie złowieszczo.
Cory zadrżał na całym ciele. Podniecenie było wręcz bolesne. Jeśli Connor go dotknie, będzie po imprezie.
– Kochanie…
– Cii… – Connor ucałował jego usta. Jego brodę i szyję. Znów wpasował się między jego uda i lekko docisnął biodra zgniatając ich przekrwione, spragnione ulgi członki. Rozkosz była oszałamiająca. – Chciałbym pobawić się twoim ciałem, ale nawet ja nie mogę czekać.
– Och!
– Mhm… Och! – wymamrotał liżąc sutki Cory'ego. – Pobawimy się później…
– Później? – Zaskrzeczał Cory z zaskoczenia. Zapomniał jednak o odpowiedzi, kiedy Connor sięgnął do szufladki stolika stojącego przy łóżku i wyciągnął prezerwatywy i żel.
O boże, o boże, o boże … – jak litania wirowało w głowie Cory'ego. Był przerażony. Nie dlatego, że to był pierwszy raz… bo nie był. Ale dlatego, że to był Connor!
– Nie bądź taki zaskoczony – mruknął jego przyjaciel uśmiechając się trochę demonicznie. – Potrafię posługiwać się Internetem…
Wszelkie myśli o tym, że Connor pomyślał o pójściu do łóżka z nim, na tyle poważnie, aby się przygotować, wyparowały z jego głowy, gdy mężczyzna klęknął na łóżku między jego szeroko rozrzuconymi udami, przyglądając mu się z płomieniem w oczach.


Ciało rozpostarte na jego bordowej pościeli lśniło bladością i nagością. Piękno w nim zawarte było absolutnie zniewalające. Smukłe mięśnie, gibkie ciało, szerokie ramiona i wąskie biodra. Perfekcja w formie. Idealne. Inne w stosunku do którego był przyzwyczajony. A jednak nie mniej porywające. Nie mniej przyprawiało go o zawrót głowy. Rozczochrane od przeczesywania jego własnymi palcami włosy kochanka, były najlepszym dowodem ich pasji. Blade policzki były zaróżowione od jego własnego zarostu, a ponętne usta obrzmiały od jego własnych zachłannych pocałunków. Pierś opadała mu w szaleńczych, krótkich oddechach. Choć widać było, że Cory stara się ukryć tak ekscytację jak i strach.
Tylko, że nie dało się skryć tego jak bardzo był podniecony. Wśród schludnie przyciętych blond włosów łonowych dumnie prężył się członek Cory'ego. Zaczerwieniony i lśniący, lekko chylący się ku małemu wklęsłemu pępkowi. Kusił widokiem i zapachem. Connor jednak już niczemu się nie dziwił. Chciał tylko czerpać czystą rozkosz, którą obiecywało rozpostarte tuż przed jego wygłodniałym wzrokiem ciało.
Bez wahania umieścił uda swojego mężczyzny na własnych, przyciągając rozpalone ciało do siebie jeszcze bliżej. Pazernie wręcz mu się przyglądając. Jedna pieszczota. Jeden dotyk, a Cory mamrotał z zachwytu. Ciche kwilenie wyrywało się z jego przygryzionych ust.
Zaciekawiony, zafascynowany przesunął palcami od obojczyków po biodra kochanka. Ustami podążając tuż zaraz tym samym szlakiem.
– Och… Connor! Jeszcze! Mmmm….tak…
Connor czuł się wszechmocny. Zwłaszcza kiedy patrzył na żywy dowód tego jak wielki wpływa ma na ciało swojego kochanka. A przecież Cory do tej pory właściwie nie robił nic tylko dostarczał mu przyjemności. Czystej, krew buzującej, umysł wstrząsającej rozkoszy.
Z głośnym trzaskiem otwierając tubkę z żelem dostrzegł jak Cory drgnął. Nie dając mu czasu na obawy. Na stres. Wsunął się jeszcze głębiej między jego kuszące miękką skórą uda. Miał zamiar zbadać ustami i językiem, każdy zakamarek, ale w tym momencie był w stanie myśleć tylko o jednym.
Do środka, do środka, do środka… – Chciał być po jądra głęboko w ciele tego cudownego mężczyzny. Namiętność i pożądanie które żarzyło się coraz silniej między nimi było jak płomień pochłaniający wszystko na swojej drodze. Miał zamiar dać się spalić.
Lekko, zaskakująco drżącą dłonią naniósł kroplę zimnego żelu na ciasno zaciśnięty odbyt Cory'ego. Denerwował się bardziej niż sam mógł uwierzyć. Seks analny nie był dla niego absolutną nowością, przecież również kobiety go uprawiały. Jego własna ciekawość prowadziła go w latach młodości na różne ścieżki. Stresowało go jednak pragnienie zapewnienia swojemu partnerowi równie wiele rozkoszy jaką sam otrzymywał.
Wolno synchronizując pieszczotę z pocałunkami próbował zapanować nad sobą. Długie dotknięcia i lekkie tarcie. Nacisk… kuszący i maleńkie kółeczka. Tarł o wolno rozluźniający się krąg mięśni, modląc się o silną wolę.
Do środka… do środka… do środka…
Gorąco ciała Cory'ego było oszałamiające. Jego usta zachłanne i dłonie niezaspokojone. Uda drżące i co rusz zaciskające się na pasie Connora… wszystko to razem odzierało go z opanowania. Sam był zaskoczony kiedy jego palec bez szczególnego oporu wsunął się do środka. Jak w tańcu oba ich ciała zaczęły się poruszać szukając tarcia i przyjemności.
– Już… już… juuużż… Connor… błagam cię – jęczał Cory szamocą się na poduszce. W uszach mu szumiało, kark zdrętwiał od dreszczy przenikających każdą komórkę jego ciała. Myślał, że oszaleje jeśli to podniecenie nie minie. Jeśli ukochany go nie weźmie.
Connor nie potrafił zignorować tak cudownego błagania. Wsunął drugi palec lekko obracając nimi w rozpalonym, rozkosznie ciasnym wnętrzu Cory'ego.
– Och… ach… tak… tak… taaak… – Cory mocniej zacisnął uda na pasie Connora. Miał wrażenie, że umiera.
– Jeszcze tylko moment… – To była obietnica. Samolubna i egoistyczna, ale już nie potrafił się powstrzymać. Wyswobadzając się z kleszczowego uścisku ud kochanka, Connor wycisnął sporą ilość żelu na drgający w spazmach odbyt i wsunął trzeci palec.
Młodszy mężczyzna zesztywniał jęcząc z bólu i zaskoczenia. Connor jednak nie zamierzał mu pozwolić cierpieć. Schylił się i wziął do ust jego członek połykając tak dużo jak tylko mógł. Kaszląc spróbował ponownie.
Cory zaskoczony gładząc go po głowie i szepcząc słowa zachęty niepostrzeżenie się zrelaksował. Connor jednak nabrał ochoty, aby odpłacić za zniewalające pieszczoty, których był odbiorcą wcześniej. Łącząc pieszczotę wewnątrz z pocałunkami i ssaniem na zewnątrz zmienił Cory'ego w rozedrgany nerw.
Mężczyzna jęczał, wił się i błagał prężąc biodra. To wpychał członek niemal w gardło Connora, to nabijał się na jego pracowite palce. Majaczył ciągnąc go za włosy i szamotał się jak w gorączce.
Connor obawiał się, że sam jego widok. Jego podniecenia. Jego pasji będzie po prostu za dużo. Jak najgorszy egoista wypuścił penisa Cory’ego z ust z obscenicznym siorbnięciem i błyskawicznie złapał prezerwatywę.
Chwilę później znów był na Corym przyciskając go do materaca całym ciężarem i unieruchamiając skutecznie, tylko folia z cichym szelestem opadła na podłogę. Pocałunek był walką i poddaniem. Krew buzowała im w żyłach. Sprężyła ciała i pulsowała w nabrzmiałych członkach. Każdy mięsień w ich ciałach napięty był jak postronki. Od karku po jądra prąd elektryczny kursował w ich wnętrzach.
– Mam nadzieję, że jesteś gotów skarbie, bo już nie mogę dłużej czekać… – wymamrotał przepraszającym tonem, wolno przyciskając okryty penis do lekko drżącego wejścia Cory'ego.
– O Boże! Tak… TAK! – Mężczyzna prawie wrzasnął, prężąc się i praktycznie nabijając na jego organ. – Proszę już! Aaach…aaaaaach….tak!
St. Charles trząsł się jak jeszcze nigdy starając się zapanować nad sobą. Mózg zasnuwała mu czerwona mgła i prawie łkał tak bardzo chciał być w kuszącym, ciasnym wnętrzu Cory’ego. Bał się jednak sprawić mu ból. Sama myśl o tym sprawiała, że centymetr po torturującym centymetrze wolno i ostrożnie zanurzał się w czystej rozkoszy.
Miał ochotę wyć z zachwytu.
Chciał wbić się i znaleźć ukojenie w płonącym wnętrzu swojego partnera… a jednak pomału i systematycznie kołysał biodrami, pogrążając się coraz głębiej.
– Connor… mój boże… ach… mmm,… agh… tak, tak, tak…
– Och, tak… – Przyznał mu rację z zachwytem.
Rytm szybko się znalazł. Mocny i szybki. Zbyt oszałamiający by mógł trwać. Jak w amoku objęci, spleceni całymi ciałami kochali się dążąc ku upojeniu. Wszystko w ich wnętrzach chciało eksplodować. Ich głowy, ich piersi, ich napięte do granic możliwości jądra. Byli ogłuszeni.
Kiedy Cory sięgnął po swój członek został ukarany ugryzieniem i jego drżąca dłoń została zamieniona gorącą garścią Connora.
To było za dużo. Trzy, cztery silne pieszczoty, szybkie muśnięcia i gwiazdy wybuchły mu pod powiekami. Gorąca, gęsta sperma wymalowała ich napięte twarde brzuchy… ale on nie mógł się martwić tym w tym momencie.
Zaledwie mógł oddychać. Bolesna przyjemność rozszarpała jego świadomość na maleńkie kawałeczki.
Żelazna obręcz zaciskająca się na penisie Connora sprowokowała jego orgazm. Cory z odrzuconą do tyłu głową, drżąc konwulsyjnie od szczytowania był przepiękny. I z takim widokiem pod powiekami Connor odpłynął we własne spełnienie. Zanurzony głęboko po granice możliwości w chętnym, cudownym ciele znalazł przyjemność, której jeszcze nigdy nie zaznał. Z każdym pulsem chciał zanurzyć się jeszcze głębiej, a to i tak nie wydawało się dość.
Wtulił cicho jęczącego Cory’ego w swoje ramiona poddając się dewastującym jego ciało uczuciom i czekał aż jego świat wróci z powrotem na tory.
Po minutach, a może godzinach powietrze zaczęło chłodzić ich spocone ciała. Oddychając wolno i ostrożnie, Connor wysunął się z wnętrza Cory'ego przytrzymując prezerwatywę.
Dwa jęki niezadowolenia i straty splotły się w jeden. Cory zarumieniony z anielskim, ale nieśmiałym uśmiechem chciał się podnieś, ale Connor całując go lekko pchnął go spowrotem na łóżko.
– Nigdzie się nie wybieraj – wymamrotał, lekko przy szczypując jego dolną wargę własnymi ustami. – Pozwól mi się wszystkim zająć.
Zniknął w drzwiach łazienki zanim wciąż oszołomiony Cory zdołał się pozbierać na tyle, aby odpowiedzieć. Kilka chwil później seksowny mężczyzna był z powrotem z ręczniczkiem nasączonym ciepłą wodą. Wolno i delikatnie zmył ślady z brzucha swojego partnera, a następnie usunął resztki żelu z jego pośladków i ud. Każde miejsce obdarzył również pocałunkiem. Nie całkiem nasycony. Nadal potrzebujący bliskości i dotyku.
Serce Cory’ego chciało wyrwać mu się z piersi. Nie tylko wzruszony i mile zaskoczony był troską ukochanego, ale przerażało go to, że bez trudu mógł się przyzwyczaić do takiego traktowania. Już nigdy nie będzie w stanie zadowolić się niczym mniej.
– Za dużo myślisz skarbie – Connor skarcił go lekko, opatulając ich szczelnie kołdrą. Bez zwracania uwagi na protest Cory’ego przytulił go do swojej klatki piersiowej i zarządził: spać!
Po długiej chwili ogłuszającej ciszą w której Connor zastanawiał się czy słychać było walenie jego serca, wymusił słowa, które echem odbijały się w jego głowie. Widział przecież oczy Cory’ego. Tęsknotę, żal, strach i nadzieję.
– Cory… mogę ci obiecać…


Nawet nie wiedział jakim cudem udało mu udawać, że zasnął. Ale jak mógł po tym co powiedział mu Connor? Wolno, na wdechu, z sercem w gardle wymknął się z zapraszającego, ciepłego łóżka i chwytając ubrania w garść wymknął się z pokoju. Za nic nie chciał obudzić Connora. Nie mógł. Nie był nawet w stanie obejrzeć się, aby na niego spojrzeć.
Musiał uciec. Musiał się ukryć…
Choć zdawał sobie sprawę z tego, że przerażające, zatrważające słowa Connora będą go ścigać wszędzie.
„Mogę ci obiecać… że będę wracał po więcej…” – wyszeptane cicho, z rezygnacją i ostatecznością – przerażało Cory'ego na śmierć.
Paraliżowało nadzieją…