Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Świąteczny pocałunek

Wszystkiego najlepszego kochani. Mam nadzieję, że święta upłynęły wam w cudownej atmosferze.


Udało mi się zakończyć Świąteczny pocałunek i mam nadzieję, że wam się spodoba. 
Nie edytowany, nie betowany, ale z serca :)


                                                   “The end„
      Ciężki, mieniący się srebrem i brokatem anioł zdobił czubek potężnej choinki, ostentacyjnie pyszniącej się w kącie kaskadą świątecznych ozdób i światełek. Czubek sięgał wysokiego sufitu świątecznie przystrojonej biblioteki. Każda rozłożysta gałąź, aromatycznie pachnącego lasem świerku, uginała się pod ciężarem bombek i lśniących dekoracji. 
Buzujący ogień w nieopodal stojącym pięknym, niemal dwumetrowym kominku, rozsyłał ciepłe błyski, powielane w nieskończoność w ozdobach, lichtarzach i kieliszkach, wypełniając całe pomieszczenie niepowtarzalną atmosferą, której nie dało się odtworzyć, żadną inną porą roku. Z umiejętnie ukrytych głośników świąteczne melodie snuły się cicho, spowijając wszystkich w radosny, pełen oczekiwania nastrój.  Elegancka, bordowo-złota sofa stała przytulona do małego stoliczka z boku kominka, zapraszając do wtulenia się w miękkie poduszki i delektowania pysznym ajerkoniakiem serwowanym w pięknych kryształowych kieliszkach. Idealny świąteczny wieczór. 
      Nawet gęsto porozstawiane światła, kamery, mikrofony i zwoje kabli snujące się w każdym kierunku nie mąciły tego idyllicznego obrazka, prosto z świątecznych opowieści. 
Maddock musiał przyznać, że Rodney wiedział aż za dobrze jak stworzyć atmosferę, która przemówi do podświadomości wszystkich bez wyjątku, lepiej niż tysiąc słów. Mógł się założyć, że praktycznie każdy członek ekipy pracujący nad ostatnimi ujęciami, sto razy bardziej wolałby właśnie siedzieć w domu z rodziną, przeżywając ten niesamowity czas, a jednak mimo to wszyscy nadal tutaj byli, uwijając się jak mróweczki, porwani jego charyzmą i czarem. Niestrudzeni i oddani, dumni z tego że mogą wesprzeć tak szczytny cel, i że ich pomoc naprawdę czyni różnicę. Rodney, przy cichym aczkolwiek niestrudzonym wsparciu Parkera, zdołał zarazić wszystkich entuzjazmem i wiarą w powodzenie ich kampanii.       W trzy tygodnie nawet najwięksi sceptycy zaczęli aktywnie się udzielać i pomagać na wszelkie sposoby. Powstało wiele fundacji, kilka akcji pomagających doraźnie w wielu miejscach na świecie, i sporo bogatych i znanych zaangażowało się osobiście w szukanie rozwiązań dla najistotniejszych problemów. Prawnicy, lekarze, doradcy, właściciele domów, placówek, terenów wypłynęli z cieni codziennego życia, aby wspólnie zacząć myśleć nad jakimś wspólnym, spójnym planem jak permanentnie zmienić ciężką i nieraz tragiczną sytuację tych którzy nie mieli gdzie się zwrócić. Trudno było oczekiwać jeszcze więcej, a jednak Maddock był pewien, że to i tak było nie dość. 
Może to ten wieczny sceptyk w nim unosił głowę za każdym razem, kiedy zaczynał za bardzo ulegać nastrojowi ekscytacji i podnieceniu. A może to po prostu był instynkt samozachowawczy? Tak czy inaczej, nigdy w życiu nie czuł się tak rozdarty i niespokojny jak w tym momencie. Do jego i Darnella ostatniego ujęcia zostało dosłownie kilka minut, a on nie miał bladego pojęcia co powie. Nic co przychodziło mu do głowy nie wydawało się wystarczająco dobre. Cokolwiek by nie wymyślił, to i tak miał wrażenie, że trywializuje całą sytuację. Miał uczucie, że nigdy nie będzie w stanie pojąć w pełni tego co ci ludzie musieli przeżywać na porządku dziennym. Jak więc miał ująć w słowa coś, czego nie dało się objąć umysłem? 
       Jeśli jednak miał być szczery ze sobą, to musiał przełknąć dumę i przyznać, że to nie było jego jedyne zmartwienie.  Jego głównym i największym dylematem był mężczyzna teraz stojący po drugiej stronie pomieszczenia. Mimo że wydawał się być pogrążony w rozmowie ze swoim bratem i ich niespodziewanym gościem, to i tak Maddock czuł jego badawcze spojrzenie na sobie. Nie musiał nawet patrzeć w tamtym kierunku. Nie żeby mógł się oprzeć pokusie zerkania i to częściej niż czuł się z tym komfortowo. Za każdym jednak razem, ilekroć by nie uniósł spojrzenia to Darnell patrzył na niego, a jego twarz rozświetlał wielki uśmiech. Maddock mógłby przysiąc, że gdyby nie wiedział lepiej to pomyślałby, że jego partner naprawdę odczuwa radość widząc go. Było idiotyzmem nawet myśleć w ten sposób. Nie wiedział jednak co sądzić skoro Darnell zachowywał się jak zakochany idiota większość czasu, resztę czasu zachowywał się po prostu jak idiota. Uśmiechał się, promieniował szczęściem, flirtował z nim na potęgę i w żaden sposób nie ukrywał atrakcji, którą do niego czuł. Mózg Maddocka był w ciągłym tumulcie, a jego ciało na hormonalnym rollercoasterze. Przez gros czasu, kiedy był sam był zagubiony i samotny, niczego bardziej nie pragnąc niż żeby nie czuć się w ten sposób. Za to kiedy był przy boku Darnella był stracony i bezradny, pragnąc uciec lecz nie mogąc. Składając to wszystko razem do kupy dawało mu niezłego emocjonalnego doła. Po raz pierwszy w życiu nie umiał podjąć jednoznacznej i rozsądnej decyzji. Nie umiał przejść nad tym do porządku dziennego. 
Był skołowany i winił za to Darnella. Za to i za drżenie rąk, za palpitację serca i motylki w brzuchu też. A najbardziej winił go za to, że był zabawnym, atrakcyjnym, dobrym mężczyzną i że nie sposób było mu się oprzeć!
– Dobrze panowie, siadajcie na sofie, zrelaksujcie się i możemy zaczynać – zakomenderował reżyser klaszcząc głośno w dłonie i przyciągając uwagę wszystkich. Z nieopisaną ulgą Maddock dostrzegł, że nie jego i Darnella ma na myśli, tylko Warda i Dru. Mężczyźni wyłonili się z niewielkiego tłumku i ruszyli do kanapy. Ku zaskoczeniu Maddocka, Ward wydawał się być zrelaksowany i wesoły, a Dru sztywny i spięty. Całkowite przeciwieństwo do tego kiedy nagrywali ich scenę.
Bez ceregieli Ward klapnął na kanapę, wyciągając długie nogi przed siebie, a przedramię opierając nonszalancko na oparciu sofy. Dru za to stanął na moment i dopiero biorąc kilka głębokich oddechów usiadł w przeciwległym kącie mebla. Cokolwiek stało się między tymi dwoma, Maddock nie miał sił, aby to zanalizować zbyt dogłębnie. 
Okej, skupcie się i do dzieła! Wszystko jest gotowe, więc mam nadzieję, że macie przygotowane co chcecie powiedzieć, bo nie mamy zbyt wiele czasu i nie będzie nieskończonych powtórek – zagrzmiał Bruyer upewniając się, że każdy obecny rozumie, iż lepiej dla dobra wszystkich zebranych, aby całość poszła jak spłata. – Wszyscy wiedzą co mają robić. Krótko i na temat dlaczego wzięliście udział w kampanii, miłe świąteczne przesłanie zakończone „świątecznym pocałunkiem”. Proste!
   Powodzenia z tym, pomyślał Maddock z kpiną. On sam był pewien, że nie da rady nic z siebie wykrztusić, a jeśli jakimś cudem uda mu się otworzyć usta, to nie mógł gwarantować, że to co spłynie z jego języka będzie miało jakimkolwiek sens. Obstawiał, że po prostu będzie siedział tam sparaliżowany i nieruchomy bez słowa z dwudziestoma ludźmi gapiącymi się na niego jak na idiotę. 
      Całkiem nowy i nieprzyjemny rodzaj drżenia przepłynął po jego ciele. Nie znosił tej niepewności. Stresu. Napięcia unoszącego się w powietrzu. Każdy był rozemocjonowany ważnością tego dnia i to czyniło wszystko jeszcze intensywniejszym. Dałby wszystko, aby już było po całym tym zamieszaniu. Oliwy do ognia dolewało to, że jak nigdy Darnell trzymał się od niego z daleka. Nie żeby zależało mu na towarzystwie tego uparciucha, bo mu nie zależało. Chodziło tylko o to, że zmiana w dość przewidywalnym do tej pory zachowaniu aktora, tylko dodatkowo wytrącało go z równowagi. Miał wrażenie, że jego umysł i ciało zdecydowało działać przeciwko sobie. Zaczynał być emocjonalnym wrakiem z burzą hormonalną i semipemamentnym wzwodem.
     Cichy, ale pewny głos Warda wbił się w rozbiegany umysł Maddocka, uwalniając go od szaleńczej pogoni myśli. Mężczyzna siedział zrelaksowany z lekkim uśmiechem patrząc w kamerę. Wydawało się, że nie dostrzega swojego sztywno siedzącego partnera. Jakim cudem role między nimi się odwróciły i nawet kiedy to się stało przekraczało możliwości pojmowania Maddocka. Miał wrażenie, że przy tej całej kampanii działo się znacznie więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Najlepszym przykładem było chociażby on i Darnell.
– „Kiedy zdecydowałem się na udział w tej kampanii, wydawało mi się, że działam pod przymusem. Że społeczeństwo zmusza mnie do opowiedzenia się po czyjejś stronie, a mnie to zwyczajnie nie obchodziło” - stwierdził Ward bez cienia skruchy. Na wielu twarzach pojawiły się lekkie oznaki niepokoju, ale Rodney tylko nieznacznie potrząsnął głową, zabraniając komukolwiek interwencji. „Nie mogę powiedzieć, że mi się to podobało. Raczej trudno przychodzi mi naginanie się do czyiś wymagań.” Sarkastyczny uśmiech wypłynął na jego usta. Z lekkim potrząśnięciem głowy kontynuował, bardziej jakby myślał na głos, niż dawał wywiad. „Teraz jednak wiem, jak bardzo się myliłem. Przymus owszem istnieje, ale jest to przymus pochodzący z serca i duszy każdego normalnego człowieka. Jak mogę nic nie robić skoro to może być dosłownie kwestia życia lub śmierci drugiego człowieka? Wystarczy się rozejrzeć, aby nagle zdać sobie sprawę z tego co się dzieje i zrozumieć, że musimy zareagować. Wszyscy, bez wyjątku. Dlaczego? A no dlatego, że kiedy odwracamy wzrok i udajemy, że nie widzimy, nie mamy z tym nic wspólnego, to nadal jesteśmy tak samo winni jak ci którzy niszczą cudze życie. Każdy jest tylko człowiekiem i mamy tak wiele wad jak i zalet, szkoda tylko, że jesteśmy skłonni raczej patrzeć na innych i oceniać ich bez zastanowienia lub zrozumienia. Wydajemy sądy i opinie nie martwiąc się jakie konsekwencje to może mieć ani czy w ogóle mamy prawo i kwalifikacje, aby się wypowiadać. Kiedy jednak mamy wziąć odpowiedzialność za nasze postępowanie, chowamy głowę w piasek. Czas zakończyć to. Mam nadzieję, że ta kampania otworzy oczy ludziom. Że wreszcie zmobilizuje tych opornych do działania, a tych niepewnych do szukania odpowiedzi na wątpliwości. Wstyd mi, że potrzeba było szoku i porządnego kopa, aby wreszcie zrozumieć, że mam moralny obowiązek stawić się po stronie tych, którzy cierpią.” Z długim przeciągłym westchnieniem zakończył swoją wypowiedź. „Jest jeden świat dla nas wszystkich, każdy ma tutaj swoje miejsce. Nie oceniaj ludzi przez pryzmat własnych uczuć czy przekonań. Nie są uniwersalne i nie są idealne.”
       Pięciosekundowa cisza która zapanowała po słowach Warda był ciężka jak ołów i przez moment Maddock zastanawiał się co dalej. Nie wydawało się, jakby Dru był w stanie się odezwać. Ward jednak szczerząc zęby w uśmiechu poklepał swojego towarzysza po kolanie i zdawało się, że to zdziałało trik, bo większy mężczyzna, wzdrygając się lekko, spojrzał w kamerę. Maddock w życiu nie widział tak intensywnego spojrzenia.
–„Chciałbym powiedzieć, że wierzę iż teraz wszystko się zmieni, i każdy będzie miły, grzeczny i serdeczny dla siebie nawzajem, ale to by było bezczelne kłamstwo. Nasze występy prawdopodobnie sprowokują wielu ludzi do jeszcze zacieklejszego walczenia z każdym, kto nie pasuje w ich ciasne ramki. Ci którzy do tej pory dręczyli, krzywdzili innych nie przestaną nagle, bo ktoś tam zapoczątkował nową kampanię. To nie w ich naturze i nie oddają władzy nad innymi bez walki.” Intensywny ogień płonął w stalowych oczach Dru, a po plecach Maddocka spłynął zimny dreszcz. Darnell chyba też wyczuł nagłe napięcie, bo podszedł do niego i stanął przy nim bez słowa. Jak anioł stróż, dzielący się gorącem buchającym z jego ciała i ogrzewającym zmarzniętą duszę Maddocka. „Mam jednak nadzieję, że nasza kampania uświadomi im, że nie są bezkarni i że nie są już niewidzialni. Że jest ktoś, kto będzie zwalczał każdą niegodziwość i niesprawiedliwość. Mam też nadzieję, że większa liczba ludzi uświadomi sobie, że nie mogą i nie mają prawa oceniać innych ludzi po wyglądzie, ich orientacji seksualnej, płci czy religii, bo nie mają pojęcia jaka jest rzeczywistość.” Wskazując kciukiem na siebie Dru wbił spojrzenie w swojego towarzysza. „Mam na imię Dru Raymond, ale urodziłem się jako Andrea Raymond i zajęło mi ponad piętnaście lat cierpienia, terapii, szeregu operacji, niezliczonych sesji z psychologiem i rozłamu w rodzinie, żeby wreszcie móc być sobą. Łzy i rozpacz towarzyszyły uwolnieniu mojego umysłu z niewłaściwego ciała, głównie dlatego, że ludzie, których w ogóle to nie powinno interesować, woleli by raczej stłamsić moją duszę i złamać mój umysł, aby pasował do ich wyobrażenia kim jestem!” Cicha, ale stanowcza deklaracja wywołała kilka głośnych sapnięć zaskoczenia. Maddock poczuł się jak uderzonym obuchem. Nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom. Dru był kobietą. Nie mieściło mu się to w głowie. Kręcąc głową przyjrzał się obu mężczyznom starając się nagle przejrzeć ich na wylot. Zobaczyć co kryło się pod ich skórą. Dru definitywnie nie był kobietą. Nieważne z jakimi narządami się urodził. Jeśli ktoś był mężczyzną, to był nim Dru. Również  nagle zaczerwieniony Ward musiał rozważać podobną linię myśli. Wydawało się, że burza uczuć przepłynęła przez jego twarz. Głównie jednak to była walka między szokiem i zrozumieniem. Wydawało się, że nagle coś pojął i wszystko zaczęło mieć dla niego więcej sensu. Dru jednak nie zdawał się tej jego wewnętrznej walki emocji rejestrować. Spojrzał ponownie w kamerę kończąc swój wywiad. Po jego twarzy można było poznać, że czas owijania w bawełnę się skończył. ”Jeśli uważasz, że masz prawo wpierzać się z buciorami w cudze życie, mam dla ciebie wiadomość. Nie interesuje mnie czy mnie rozumiesz, czy przyjmujesz do wiadomości moje istnienie, czy zgadzasz się z moją egzystencją. Twoja opinia nie ma znaczenia, bo nikt cię nie pyta o zdanie. Twój osąd jest nieistotny w temacie, który cię nie dotyczy. Ten świat należy do mnie tak samo jak do ciebie. Należy do nas wszystkich. Lepiej się posuń, bo my się nigdzie nie wybieramy.” Pochylając się w kierunku Warda wycisnął na jego ustach błyskawiczny pocałunek. Krótki i dosadny, i zdecydowanie nie taki, jaki Rodney i Parker mieli na myśli, kiedy mówili o „Świątecznym pocałunku” z przesłaniem.
      Ciche klaskanie zakończyło ujęcie. Grupka ludzi dopadła do sofy zanim jeszcze Dru i Ward mieli szansę dobrze wstać. Gwar i szum wybuchł jak w ulu, i Maddok miał ochotę otrząsnąć się, w nadziei, że to pomoże jego skołatanej głowie ogarnąć wszystko co się na około działo. 
- Wow – mruknął Darnell z wargami tuż przy jego uchu, smażąc jego i tak napięte do granic możliwości nerwy jeszcze bardziej. Zwalczając chęć dźgnięcia swojego przyjaciela łokciem w brzuch, Maddock odsunął się na odległość ręki. Darnell tylko wzruszył ramionami uśmiechając się łobuzersko. Uwielbiał się droczyć z nim i nawet tego nie ukrywał. – Trzeba powiedzieć, że tutaj nigdy nie jest nudno – zauważył sucho, skinąwszy w stronę gdzie właśnie szerokie plecy Dru ginęły za wolno zamykającymi się drzwiami. Ward z dziwną miną stał i patrzył za nim. – Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że już mnie nic nie zdziwi, coś takiego się zdarza. Ludzie po prostu są nieprzewidywalni. 
- Nieprzewidywalni? – wtrąciła z ironicznym parsknięciem jedna z asystentek reżysera, stojąca tuż obok nich. Cała gama uczuć mieniła się na jej pięknej twarzy. Głównie jednak dominowało zniesmaczenie i irytacja. – Spróbuj raczej ograniczeni i egoistyczni. – Widząc zdumione twarze mężczyzn, potrząsnęła głową z zniecierpliwieniem i rzuciła na odchodnym. – Dru przeszedł przez piekło, a ten idiota Ward pewnie jeszcze do tego doda swoja ignorancją. Nagle znalazł dobre usprawiedliwienie dlaczego napalił się na Dru. W jego malutkim, płyciutkim umyśle Dru jest tak naprawdę kobietą, a nie mężczyzną i przez to jego pociąg do niego ma nagle sens.  - Zniesmaczona i wyraźnie wkurzona odeszła zostawiając oniemiałych towarzyszy.
- Wow – ponownie parsknął cicho Darnell. – Nie jestem pewien co się właściwie stało przed chwilą.
- Mnie nie pytaj – odburknął Maddock, ucinając temat zanim się zaczął. – Mam wrażenie, że jestem w jakimś surrealistycznym śnie. Świecie nawet.
- Ty możesz mieć rację – przystanął Darnell śmiejąc się i z sympatią mrugając do niego. Jego lśniące oczy niemal wciągały w swoją głębie. – Takie wytłumaczenie miałoby znacznie więcej sensu, niż cokolwiek mój umysł może wyprodukować. 
    Odrywając, z nie małym wysiłkiem, spojrzenie od swojego partnera, Maddock poszukał jakiegoś innego obiektu na którym mógłby się skupić. Czegoś co by mu pomogło uniknąć wszystko widzącego spojrzenia Darnella. Pierwsza osobą na której zatrzymało się jego wzrok, był Parker. Mężczyzna stał z kamienną twarzą, patrząc na pustą sofę, jakby próbował się upewnić, że wszystko co się dzieje naokoło, to nie tylko jakiś pokręcony sen.
- Twój brat wydaje się niebotycznie wkurzony – zauważył cicho, mając nadzieje, że to odwróci uwagę jego partnera choć na chwilkę od niego. Darnell roześmiał się.
- Nie, to nie jest jego wkurzona mina – zakpił przewracając oczy z przesadą. – To jego zmartwiona mina. Teraz pewnie będzie się stresował tym czy Dre dobrze się czuje, czy występy nie przysporzyły mu zbyt wielkiego stresu i tak dalej.
   Marszcząc brwi, Maddock przyjrzał się starszemu bratu Kimrey. Chwiejny pakt o nieagresji, który panował między nimi, powodował, że obaj raczej unikali się nawzajem, a co za tym szło, nie mieli okazji poznać się zbyt blisko. Rozumiał jego zachowanie i nastawienie, do jego „nie-związku” z Darnellem, i nawet się z nim zgadzał. Szkoda że jego głupie serce nie słuchało rozumu.
- Nie chciałbym się znaleźć po jego niewłaściwej stronie – mruknął Maddock cicho, z ulgą rejterując, kiedy charakteryzatorka przywołała go do siebie gestem.
Przez kolejne kilka minut modlił się żarliwie, aby przetrwać te ostatnie wystąpienie i nie zbłaźnić się totalnie i bezpowrotnie. Serce chciało mu wyjść gardłem na samą myśl o wystąpieniu Darnella. 

***
        Światła kamer wydawały się Darnell'owi wręcz oślepiające, kiedy podszedł do sofy, aby usiąść przy sztywno siedzącym Maddocku. Mężczyzna wydawał się tak napięty, że Darnell w ostatnim momencie zrezygnował i zamiast siadać na kanapie osunął się na podłogę siadając tuż przy nogach swojego partnera, plecami opierając się o siedzisko mebla. Chciał być jak najbliżej, ale jednocześnie nie naruszać jego przestrzeni osobistej. Atmosfera była burzliwa między nimi i bez tego. Pięć sekund i pot spływał mu po plecach pod koszulą. Każdy nerw, i mięsień w jego ciele wydawał się wibrować niepokojem i oczekiwaniem. Dławiło go w gardle i miał nieodpartą chęć wytarcia spoconych dłoni w nogawki swoich eleganckich spodni. W ostatnim momencie jednak powstrzymał się. Nie chciał zdradzać całej ekipie i swojemu bratu jak bardzo spięty był. Maddock doprowadzał go do szaleństwa. 
    Brouyer zasygnalizował gotowość i cichy klaps uciszył wszystkich jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powolne lecz ogłuszająco głośnie bicie serca rezonowało w głowie Darnella. Nawet nie wiedział czemu tak się stresował. Nie ustalali wcześniej, który zacznie, ale po kilku niemożliwe długich, gęstych jak syrop sekundach, zrozumiał, że jego przyjaciel nie zamierza się odezwać. Przełykając głośno spróbował pozbierać emocje i myśli, i stworzyć z nich jakąś logiczną całość.
– „Udział w tej kampanii był jedną z najtrudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek dokonałem” przyznał szczerze. Miał wiele powodów, aby tak uważać i nie zamierzał tego ukrywać. „Po pierwsze musiałem spojrzeć na siebie i swoje życie, i nie spodobało mi się to co zobaczyłem. Musiałem zastanowić się dlaczego na początku odczuwałem tak wielki opór przed wzięciem udziału? Okazało się, że jestem egoistą. Zabiegany, zapatrzony w własną karierę, ignorujący to co się dzieje naokoło, bo mnie nie dotyczy. Ja i niemal każda osoba którą znam.” Potrząsnął głową nadal nie wierząc, że zajęło mu tak długo, aby pojąć rzeczy tak oczywiste. „Uświadomiłem sobie, że płynę z nurtem. Bezmyślnie, bez emocjonalnie, byle do przodu. Nie ważne co się dzieje na około. Ludzie żyją, umierają, cierpią, ale dla mnie to było do tej pory tylko coś, co przydarza się innym. Teraz jednak zostałem zmuszony, aby spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Pomyśleć chwilę, zastanowić się. Moje otoczenie ma wielki wpływ na wielu ludzi. Stoją często na piedestale. Uwielbiani, podziwiani, naśladowani. Co jednak robią z tym, poza wykorzystywaniem, aby zdobyć więcej sławy, pieniędzy, fanów? Ta kampania otwarła mi oczy. Nagle dotarło do mnie, że każdy kto jest jakąkolwiek figurą społeczną, idolem, osobistością, powinien wziąć na siebie pewne obowiązki. A przede wszystkim zacząć od siebie edukację i integrację. A już zdecydowanie stanąć murem przeciwko dręczeniu, homofobii, krzywdzeniu innych ludzi.” Patrząc prosto na swojego brata Darnell wyznał bez mrugnięcia okiem. „Nie będę udawał, że to jest łatwe i proste, bo nie jest. Jak z wszystkim, co jest naprawdę ważne, może okazać się, że musimy stawić czoło wyzwaniom na które nie jesteśmy gotowi lub że dowiemy się o samych sobie rzeczy, których nigdy nie podejrzewaliśmy na własny temat. Może to nie być nic dobrego, a może być wyzwalającym, doniosłym doświadczeniem. Jedno jest pewne, robiąc tę właściwą rzecz zmienimy czyjeś życie na lepsze. Może nawet własne życie. Nie ważne czy jesteśmy mężczyzną, czy kobietą. Wszyscy jesteśmy ludźmi i potrzebujemy miłości.” Bez mrugnięcia okiem wbił spojrzenie w nic nie zdradzającą, skupioną twarz swojego partnera. Oddałby duszę diabłu, aby w tym momencie posiadać możliwość czytania w jego myślach. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale obawiał się, że Maddock by tego nie docenił. On sam miał wielki problem pojęcia co właściwie się stało i dlaczego nagle zapałał całą repertuarem uczuć do tego dziwnego, często oschłego człowieka.
Maddock wyraźnie czując się nieswojo pod badawczym spojrzeniem zwrócił się do kamery, chcąc zakończyć ten cały występ jak najszybciej.

– „Mimo że nie bardzo rozumiałem w jaki sposób taka forma kampanii miała pomóc w tak ważnej sprawie, bo przecież co ma dwóch przypuszczenie heteroseksualnych mężczyzn całujących się udowodnić? To zwyczajnie nie mogłem odmówić udziału. Głównie dlatego, że wbrew pozorom problem homofobii, dręczenia, nieprzeciwdziałaniu dyskryminacji i braku właściwiej edukacji w tym temacie dotyczy znacznie więcej ludzi niż to by się mogło wydawać. Jeśli nie chodzi o nas bezpośrednio, to może chodzić o nasze dzieci, kogoś z naszej rodziny, przyjaciół, współpracowników czy osoby pośrednio związane z naszym życiem codziennym. Osoby których twarze widujemy każdego dnia, uśmiechamy się może nawet do nich. Wymieniamy pozdrowieniami. Nasza obojętność czyni nas tak samo winnymi jak tych, którzy przyczyniają się do rujnowania życia ludzi tylko, że nie mieszczą się w ciasne ramki ich umysłów.” Wzdychając głęboko Maddock rozejrzał się po całej scenerii patrząc na ludzi ich otaczających. „Możemy udawać, możemy chować głowę w piasek. Nie zmieni to jednak rzeczywistości. Nasze życie jest nieprzewidywalne. Próbowanie zatrzymania na siłę postępu i rozwoju jest po prostu idiotyczne, i z góry skazane na niepowodzenie. Rozwijamy się i uczymy, bo to jest w naszej naturze. Łakniemy wiedzieć i rozumieć. Musimy jednak zacząć od zrozumienia siebie.„ Przełykając ślinę Maddock spojrzał w oczy Darnella.”Ta kampania pomogła mi zrozumieć, co dwóch całujących się mężczyzn czy kobiet może udowodnić. A mianowicie, że musimy zmienić nasze postrzeganie związków międzyludzkich. Otworzyć się i zmienić nienawiść, strach na sympatię i przyjaźń. Budować zamiast niszczyć. Musimy przestać kurczowo trzymać się przekonań narzuconych nam przez innych i wreszcie zacząć myśleć samodzielnie. Dwóch całujących się mężczyzn udowodniło mi, że nie musimy się bać, bo nie ma czego.” Ciągnąc Darnella za rękę, zmusił go do tego żeby usiadł przy nim na kanapie. Darnell czuł że serce podchodzi mu do gardła. Słowa Maddocka dawały mu nadzieję, na którą nie pozwalał sobie wcześniej. „Bliskość może być przerażająca, ale jaki wybór mamy? Przeżyć nasze życie opuszczając bezpieczne mury, które wybudowaliśmy naokoło siebie, chowając się przed bólem i rzeczywistością okrutnego świata, aby zrobić to co słuszne i dobre lub umierać na raty kilkadziesiąt lat w samotności. Ja wiem jaka jest moja decyzja. Świąteczny pocałunek pomógł mi zrozumieć jak mało wiem, jak wiele jest jeszcze do odkrycia, zrozumienia i zrobienia. Póki co jest tylko jeden świat dla nas wszystkich i mamy tylko jedno życie, bez szansy na naniesienie poprawek” Pochylając się w stronę Darnella, Maddock uchwycił jego usta w głębokim, stanowczym pocałunku. Darnell nie zamierzał się w ogóle opierać jednak. Z westchnieniem ulgi  rozwarł wargi wpuszczając jego język do środka. Nie przypuszczał żeby kiedykolwiek miał dość. Przerażało go to. Niestety Maddock urwał pocałunek, a ekipa zaczęła klaskać na zakończenie ujęcia, wybijając go z lekkiego oszołomienia.
     Nagle dotarło do niego, że to już zasadniczo koniec. Ich rola w kampanii była zakończona. Mogli spakować się, pożegnać się i mogli wracać do domu. Wstając niepewnie na nagle drżących nogach Darnell rozejrzał się bezradnie nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. Nie chciał przyznać, że po raz pierwszy jego życie w dużej mierze spoczywało w rękach kogoś innego. Jedyne czego chciał, to dostać szansę. Maddock z nieśmiałym uśmiechem przyjmował pochwały i komplementy od ekipy, która ich obległa. Nawet po kilku tygodniach nie umiał się odnaleźć w tłumie jawnie okazujących mu sympatię ludzi. Jak radził sobie z popularnością jako sportowiec było zagwozdką dla Darnella. 
     
      Otrząsając się z poplątanych myśli, Darnell wycofał się, chcąc uniknąć kolejnej fali rozemocjonowanych ludzi napierających na nich. Oczywiste było, że każdy się cieszył. Wiele nadziei i pracy było włożone w cały projekt, i wszyscy wręcz z zapartym tchem czekali na rezultaty.
     W wigilię Bożego narodzenia kampania miała oficjalnie wystartować, a więc kolejne dwa dni były najistotniejsze dla zakończenia prac przygotowawczych z sukcesem.  Presja była ogromna i Darnell widział napięcie i stres znaczący twarz jego brata głębokimi bruzdami zmęczenia. Chciałby ulżyć mu, ale był bezradny nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. W końcu oddał tej kampanii swój czas, pieniądze i serce.
   O sercu mówiąc, jego oczy znów powędrowały za Maddockiem wolno sunącym przez tłum, wiecznie zaczepiających go ludzi. Ruszał się jak robot, powoli, ale niestrudzenie. Jego głowa przytakiwała, a usta ruszały się w odpowiedzi, jego oczy jednak były wbite w Darnella jak dwa lasery. 
      Dreszcze ekscytacji i niepokoju przepłynął mu po plecach. Miał wrażenie, że kiedy jego przyjaciel do niego dotrze, najbardziej zwariowane tygodnie jego życie dojdą do kulminacyjnego momentu. Czy jednak będzie to koniec, czy początek życia jakie znał?
- Co teraz? – zapytał zanim jeszcze jego mózg zdołał wysłać jakiś konkretny impuls do reszty jego ciała. Musiał wiedzieć.
Maddock podszedł blisko, stając z nim twarzą w twarz. Jego oczy błyszczały, ale minę miał bardzo poważna. Darnell uwielbiał jego zapach, ciepło bijące z muskularnego, szczupłego ciała i intensywne spojrzenie bystrych oczu. Uwielbiał wszystko w tym człowieku. 
- Teraz? Teraz idziemy świętować... – odparł Maddock spokojnie, jakby odpowiedź była oczywista. Lekki uśmiech wygiął kącik jego ust. – Dzisiejszy dzień i dzisiejszy sukces...
 - A co potem?
 - A potem będziemy świętować każdy kolejny dzień. Tak długo jak długo będziemy w stanie.
 - Razem? - zapytał Darnell gwałtownie, chwytając ramiona Maddock prawie nim potrząsając, nie mogąc już zwyczajnie wytrzymać napięcia. Sportowiec roześmiał się odrzucając głowę do tyłu i obejmując Darnella ramionami w pasie.
 - Razem. Życie bez ciebie byłoby puste i jednostajne. Nie chce umierać na raty!
    Wypuszczając długo wstrzymywany oddech Darnell złapał Maddocka w objęcia niemal unosząc go nad podłogę. Radość rozpierała mu pierś, a emocje podejrzanie chciały wypłynąć mu oczami. Męsko jednak zapanował nad sobą. Patrząc swojemu partnerowi w oczy zadeklarował stanowczo.
- Obiecuję, że będę cię irytował nie częściej niż raz na tydzień.
- Wątpię w to, ale doceniam gest – Maddock wyśmiał go bez skrupułów. Splatając palce ich rąk, pociągnął nie opierającego się Darnella do wyjścia. – Chodźmy zacząć nasze świętowanie. Jak znam życie, czeka nas niezła jazda bez trzymanki od teraz.

    Darnell nie obawiał się tego co go czekało jeśli tylko Maddock będzie stał przy nim stawiając czoła reszcie świata. Był wart każdego wysiłku i starania. Reszta świata mogła dosłownie i w przenośni cmoknąć go w cztery litery. 



*********************************************************
Za wszelkie literówki i błędy przepraszam. Pisałam zakończenie dosłownie na kolanie w przerwach w przygotowaniach do świąt.
Pisząc to zakończenie cały czas myślałam co jeszcze się może wydarzyć w ich życiu. Być może będę musiała wrócić do nich i przekonać się co życie im przyniosło ;)

piątek, 25 grudnia 2015

Wesołych Świąt - rozdaję upominki :D

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wam wszystkiego najlepszego. Wspaniałych, spokojnych chwil wypełnionych szczęściem i radością. Pięknej choinki i szczodrego Świętego Mikołaja, nawet jeśli znajdujecie się na liście "nie aż tak grzecznych".
Cieszcie się, bawcie, przeżywajcie ten wspaniały świąteczny okres jak tylko chcecie i pragniecie. 

Nas żadne ramki i nakazy nie dotyczą, bo my spotykamy się w świecie fantazji i nadziei, i nic nas nie ogranicza. Przenieśmy to do naszej rzeczywistości. 
Niech Nowy Rok będzie piękniejszy, dłuższy i szczęśliwszy dla was, i niech wasze plany, marzenia i nadzieje spełnią się co do joty. 

*****

Dziękuję za wszystkie komentarze i życzenia. Wiele dla mnie znaczą. Nie zawsze są miłe, ale zawsze są przyjęte z poważaniem. Czytam każdy mail i opinię, kiedy tylko mam szansę. Nie zawsze mam możliwość odpowiedzieć na wszystkie wiadomości, chcę jednak żebyście wiedzieli, że nigdy moim zamierzeniem nie było zwodzić was czy bawić się z wami w obiecanki. Chciałabym spełnić wasze oczekiwania - dlatego też traktuję moje pisanie bardzo poważnie. Nie chcę robić tego na odczepnego. Chcę włożyć w każdy kawałek, w każde opowiadanie moją duszę i serce. Wierzę, że się rozwijam nawet kiedy nie piszę i nie czytam. Wracając do niektórych moich tekstów w myślach, widzę rzeczy które chciałabym zmienić, rzeczy których nie dostrzegałam wcześniej. Rozumiem rzeczy, które nie docierały do mnie jeszcze w zeszłym roku.
Więc nie, nie uważam, że marnuję wasz i swój czas. Dojrzewam i wierzę, że to przyniesie korzyść moim pracom. 
Jeśli poczekacie sami będziecie mieli szansę się przekonać. 
Jeśli nie, żal mi będzie was pożegnać, bo naprawdę bardzo was szanuję.

Wiem, że obiecałam wam coś na święta - dla mnie one trwają do Nowego Roku, więc wtorek i środę zarezerwowałam na pisanie dla was. Przekonamy się co z tego wyniknie ;)
A w między czasie mam dla niektórych z was coś, co zajmie was na chwilę :)

*****
Moje gwiazdkowe upominki przyznaję:

"Ile jest prawdy w prawdzie?":
- Akira
- Vii
- Kaczuch_A

"Pan pozna Panią... Pana":
- Matoko
- MoNoMu

"Poślizgiem pod choinkę":
- Linellin Rivelle-Nightray

Napiszcie do mnie na email: akfa.dreamland@gmail.com aby otrzymać swoją nagrodę.

Mam nadzieję, że moje ebooki was ucieszą i dają wam chwilę wytchnienia w codziennym zgiełku życia. 
Enjoy kochani ;)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Hello dziubaski...

Tak o to pozytywnie i z humorem witam się z wami ponownie po długiej przerwie. Taaak, mój urlop się zaczął, a właściwie trwa w najlepsze i zaraz jego połowa będzie za mną, ale cóż, życie... Eh...
Mój laptopek był poddany naprawie, ale nadal coś mi się nie podoba jak pracuje. Czuję zatem, że ze smutkiem, ale przyjdzie mi się z nim rozstać i zainwestować w nowego przyjaciela. 
Mam ogrom pracy i projektów, które chcę zrealizować, więc nie będę kłamać, że mam zamiar poświęcić się tylko i wyłącznie pisaniu od teraz. 
Z przykrością zawiadamiam, że moje dzieci chcą jeść, to też muszę pracować :/ 
Wiem, wiem szara rzeczywistość zaś podnosi swoją ponurą mordę. 
Uczę się na prawo jazdy... :D
Nie jest źle, przy okazji jest to dla mnie świetna lekcja angielskiego. Postaram się to załatwić szybko i bezboleśnie. A przynajmniej tak się łudzę. Zobaczymy jak to będzie ;)
Odkopałam dziś Wziętego przez zaskoczenie i będę nad nim pracować, choć jak wszystcy wiedzą Mój Wen to cholera jedna i niekoniecznie ze mną współpracuje, i na koniec dnia się okaże, że pisałam całkiem inne opowiadanie :P
Grunt to zacząć!
Będę poświęcać przynajmniej dwie godziny dziennie na pisanie. Choć jak ja coś planuję, to prawie na bank, Szwajcarski, jest pewne, że mi się nie uda. Zobaczymy jednak czy dam radę rzucić wyzwanie Losowi :)
To na tyle. Chciałam wam przedstawić telegraficzny skrót wydarzeń. I zadeklarować się, że wróciłam i będę pisać, bo było mi bardzo ciężko się zebrać, a wahanie to mój największy wróg. 
Aaaaa...
i ze względu na to, że zamierzam nieśmiało spróbować swojego pisania po angielsku, wymyśliłam sobie pseudonim, którym będę się posługiwała:

Anishya Devlingel

Tak będę podpisywała moje prace, choć AkFa zawsze będzie gdzieś tam w tle, bo tak jestem znana i rozpoznawana. Mam nadzieję, że wam przypadnie do gustu i szybko się przyzwyczaicie. 

Kisses and hugs ♥

sobota, 30 listopada 2013

Jest! Jest Wzięty przez zaskoczenie :D

Zapraszam bardzo serdecznie. 
Panowie nie dawali mi żyć. Żałuję, że nie umiem pisać tak szybko jak myślę. Tę część patronuję cytatem z mojej rozmowy z nieocenioną, pomocną Luaną:
"(...)bo po prostu gej to człowiek"
Mam nadzieję, że wam sie spodoba i będziecie wracać po dalsze losy naszych bohaterów, których jeszcze nie jedno czeka. 
Pozdrawiam kochani ♥

piątek, 20 września 2013

Wen atakuje znów!

Właściwie nie wiem o co common tak naprawdę, ale siedziałam sobie spokojnie i BUM! Oczywiście, że musiało mi coś wpaść do głowy. Ni z tego ni z owego, gościu zapieprza sobie po mojej głowie i rozgaszcza się jak u siebie w domu. Zanim się zorientowałam co robię miałam na nowej czyściutkiej kartce Worda to:
"(...) 

Schodząc wolno po schodach, nie mógł pozbyć się tego paskudnego uczucia zamieniającego jego wnętrzności w lodowate powrozy zawiązane w ciasne supły. Każdy krok ciemnym korytarzem był jak elektrowstrząs dla jego wnętrza. Był jednocześnie otępiały i nienaturalnie pobudzony. Wszystko w nim wibrowało na poziomie zdolnym wywołać mdłości i dławienie. No i oczywiście przerażającą niepewność. Plamy jasności na brązowym dywanie wykładającym długi korytarz przed nim, w który się skierował, z przytłumionych kinkietów były jak iskierka nadziei. Złudne poczucie bezpieczeństwa, które cię wabi i zaprasza do swojego blasku, ale instynkt ci podpowiada, że ciemności, choć przerażająca, jest bezpieczniejsza. Krok za krokiem oddalał go od niebezpieczeństwa. Od nadziei…
Nikt nigdy jednak nie jest tak dobry jak ta niesamowicie przekonywująca, szczera rodzina. Byli perfekcyjni. Zaspokajali najpierwotniejsze potrzeby człowieka. Wkradali się w umysł niepostrzeżenie. Uśmiechem, ciepłem, promienną dobrodusznością. A może nie? Każdy prędzej czy później okazywał się bezemocjonalnym, samolubnym potworem. Brzydkiej twarzy nie udawało się ukrywać cały czas. małostkowość, egoizm wygrywały, bo były nie do pobicia. Nie do zwalczenia. Natura jest niezmienna. Żadne kłamstwa, żadne uśmiechy nie były w stanie wytrzymać próby czasu. Był tego pewien. Życie nauczyło go dobitnie tej małej prawdy. Reszta prawdy przebijała się do jego świadomości wolno, z każdym poznanym człowiekiem, z każdą walką, którą stoczył o swoje życie. Nie pomagało to na lód, który skuwał jego duszę.
Bał się.
Nie.
Właściwie to był śmiertelnie przerażony.
Przerażony, bo pierwszy raz w swoim pokręconym życiu miał okazję przekonać się co to znaczy prawdziwa rodzina, szacunek i dobro…
…i nie wierzył, że to może przetrwać starcie z rzeczywistością.
Był przerażony, bo był przekonany, że wszystko to o czym marzył, aby miało w jego życiu miejsce może okazać się fałszem.
Znów.
                                                                                                                                                                           (...)"


I co ja mam zrobić z tą biedną zabłąkaną duszą? Przecież nie mogę go tak zostawić... 
Eh, szkoda gadać, Wen to jednak jest świnia.
Przystojna, ale jednak:

 

sobota, 29 czerwca 2013

Banner

Moi kochani dorobiłam się bannera. Mam nadzieję, że wam się podoba. 


Myślałam też o tym, o czym już pisałam wcześniej. 
A mianowicie o wzajemnym promowaniu swoich blogów, przez autorów i fanów. Ja osobiście uważam, to za cudowny pomysł i jestem skłonna dodać bannery zainteresowanych osób, jeśli też to dla mnie zrobią. Każdy chętny niech skontaktuje się ze mną po przez email akfa.dreamland@gmail.com, 
nadsyłając mi swój banner, a ja przygotuję dla was mój. 

Czekam, dajcie znać co o tym myślicie?
Pozdrawiam cieplutko kochani i miłego weekendu!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mówisz i masz

Przede wszystkim dziękuję wam kochani za wszystkie życzenia urodzinowe, które mi wczoraj nadesłaliście. Jesteście wspaniali!


Chciałabym zaprezentować wam bohaterów mojej książki 
Mówisz i masz


 
Jared Saton
(jeden z ulubionych moich aktorów, więc jego sobowtór musiał znaleźć się w moim opowiadaniu. Uwielbiam wielkich, silnych badassów. Zwłaszcza, jeśli twarda skorupa ma chronić wrażliwe wnętrze. ) 
 
Sean Hudson
(Prędzej czy później długowłosy mężczyzna musiał pojawić się w mojej książce i to jest właśnie idealny Sean. Miękkie serce sprawia, że trzeba mieć twardy tyłek, o czym przekonuje się wciąż i na nowo.) 

Noel Kellet 
 (prawdziwy twardziel o niewielu nadziejach i oczekiwaniach na przyszłość, którego charakteru i dobrego serca nikt nie może stłamsić)

Jared Saton jest właścicielem firmy budowlanej, mozolnie pnącej się do góry. Po latach ciężkiej pracy jest ponurym wiekoludem górującym nad innymi. Ludzie z zasady omijają go szerokim łukiem, choć on właściwie nigdy nie zrobił nic, aby musiano się go obawiać. Zwyczajnie jedno spojrzenie jego czarnych oczu i każdy pilnuje swojego nosa. Sama jego muskularna sylwetka i styl ubierania, trzyma ludzi na dystans.
  Kiedy zostaje zaproszony przez swojego przyjaciela i przyszłego współwłaściciela w swojej firmie, Seana Hudsona na podejrzane spotkanie do jeszcze bardziej podejrzanego baru, Jared nie wie czy bardziej jest zaskoczony, czy wściekły. 
Po pierwsze wychodziło na to, że jego przyjaciel "zaręcza się", a on o tym nie wiedział i nic nawet na to nie wskazywało, co było kopem w jego ego, bo pracowali razem już od kilku lat.  
A po drugie te "zaręczyny" mają się niby odbyć w miejscu do którego nie zapuszcza się nikt o zdrowych zmysłach. 
Bar "Prawdziwy Macho" okazuje się być przydymionym, zapchanym od ściany do ściany miejscem. Oczom Jareda ukazuje się miejsce o jakim nie miał pojęcia, że istnieje. Jak okiem sięgnąć całe pomieszczenie wypełniali mężczyźni w różnym stadium ubrania czy raczej rozebrania, bawiący się w sposób dozwolony od lat osiemnastu i zdecydowanie nie w miejscach publicznych.

 Wręcz kamień z serca mu spada, kiedy dochodzi do wniosku, że to jest tylko żart przyjaciela i chce się wydostać stamtąd jak najszybciej, zanim będzie musiał połamać kilka rąk dobierających się do jego tyłka.  

 Sean jednak nie żartuje, wybrał tylko bardzo nieprzemyślany sposób na to, aby wyznać Jaredowi, że jest gejem i zamierza związać się z pewnym mężczyzną na poważnie. Ma dość samotności, nieodwzajemnionego uczucia do przyjaciela i braku szans na miłość, której pragnie. Decyduje, że ktoś czekający na niego w domu jest lepszą opcją niż samotne noce, bez perspektyw na to, aby spełniły się jego pragnienia.
Gdyby jeszcze jego głupie serce nie knuło planów...
 
Wywiązuje się kłótnia, zwłaszcza, że seksowny Jared przyciąga niechcianą uwagę mężczyzn i chce wyjść z baru jak najszybciej. Sean nie chce pozwolić na to, bo nie ma zamiaru więcej udawać, że dla niego to miejsce jest czymś nienormalnym i niezwyczajnym. 
Dwóch upartych mężczyzn ściera się tak, że iskry lecą.

Widząc przyjaciela, w którym się skrycie podkochiwał od długiego już czasu, w tarapatach - znów - Noel Kellet rusza na ratunek Seana. Mniejszy i niższy od nich obu, ale za to wielki duchem i charakterkiem wkracza, aby panów pogodzić. Z czego wynika jeszcze większe zamieszanie.
Krzyki, pretensje, zranione uczucia i źle pojęte intencje prowadzą w końcu do tego, że Sean zrywa swój związek w nagłym przebłysku ostatniej nadziei na związek z Jaredem.  
Noel nie dostrzega na czas zagrożenia w jakim się znalazł i Jared musi go uratować, a ostatecznie cała trójka ląduje w dwuznacznej sytuacji, która może się źle skończyć dla nich wszystkich. Właściciel baru i jego podejrzana obstawa niechętnym okiem spoglądają na rozrabiających i bijących stałych klientów heteryków.  Molestowanie i napaść zwyczajnie pomijają milczeniem, kiedy im to na rękę. 
Sean wyskakuje z pomysłem mającym zaoszczędzić im skopania tyłka i wywalenia z jedynego gejowskiego baru w ogromnym promilu, który sprawia, że Jared niemal pada z szoku. Nic nie może jednak poradzić, gdy nagle się okazuje, że musi udawać, iż jest facetem Noela. 
Potem jest już tylko gorzej. Pewne jest tylko to, że mężczyzna przekonuje się na własnej skórze, że już niczego pewnym być nie może. Zwłaszcza spędzając kolejną noc w gejowskim barze z Noelem siedzącym mu na kolanach i szpilą zazdrości w sercu, obserwując Seana tańczącego z innymi mężczyznami...
...ale przecież obiecał zaakceptować przyjaciela takim jakim był i wręcz złożył przyrzeczenie, że pomoże mu znaleźć "księcia z bajki".   
Zderzenie tego co wiedział i tego co okazało się być rzeczywistością jest szokujące i wytrącające z równowagi. Jego uczucia, reakcje i pragnienia mieszają się i ma ochotę, aby wrócić do ciężkiej pracy i codzienności, która przypomni mu co jest jego prawdziwym życiem. Los jednak ma dla niego inne plany i nie bierze pod uwagę jego obaw i skołatanych uczuć.
Kiedy obaj mężczyźni zjawiają się w środku nocy w domu Jareda, okopceni, przerażeni i potrzebujący kogoś silnego, i dobrego, aby się nimi zaopiekował, on już wie, że jego życie zmieniło się nieodwracalnie. 
 Nawet można powiedzieć, że stanęło na głowie.  
Mieszkanie trójki tak odmiennych mężczyzn pod jednym dachem, wręcz sypiających w jednym łóżku, jest wstrząsającym eksperymentem dla nich wszystkich...
...a nawet do niczego nie doszło. 
Nie żeby Sean i Noel nie mieli planów. I chęci, i pragnień... i fantazji, którymi chcą się z nim podzielić.

Przecież żaden normalny mężczyzna nie mógłby zrezygnować z Jareda i Seana, a Noel nie był idiotą, bez względu na to jak życie zdołało go do tej pory sponiewierać.
Wierzy za to, że im więcej miłości dajesz, tym więcej miłości otrzymujesz, a serce nie ma ogranicznika ani pojemności.   
    Sean może tylko i wyłącznie wspierać to przekonanie, bo przecież nie ma czegoś takiego jak nadmiar miłości...  
Kiedy jeszcze na dodatek wiesz, że wybór rozdarłby ci serce na pół, po prostu nie walczysz z uczuciami, tylko je obejmujesz i pielęgnujesz.




Ja osobiście wierzę, że miłość nie zna granic i ta historia musiała powstać. Nawet już nie pamiętam skąd do mnie przyszła. Wiem, że zaczęłam ją pisać od pierwszego, przypadkowo przychodzącego mi na myśl zdania. Dalej już poleciało...
Tak naprawdę jedyną przeszkodą do stworzenia udanego związku z więcej niż jedną osobą jest honorowanie ludzi, których się pokochało. Uczciwość i szczerość uczuć jest podstawą. Egoizm i zazdrość to zabójstwo dla miłości.
 
Na razie ze względu na nadmiar innych zobowiązań, ta książka czeka na swoją kolejkę. Nie potrafię więc przewidzieć, kiedy ją wydam. Uwielbiam jednak to opowiadanie i mam nadzieję, że to będzie jeszcze w tym roku.  Oczywiście zamieszczę dla was fragment na blogu :) Poznacie ich też troszkę dzięki 
Wziętemu przez zaskoczenie
Mam nadzieję, że wam się spodoba moje pierwsze M/M/M.