środa, 8 czerwca 2016

Moje ebooki

Kochani w odpowiedzi na wszystkie emaile, które otrzymuję, przy pomocy mojego nieocenionego partnera, udało mi się znaleźć rozwiązanie w kwestii sprzedaży moich ebooków.
Jest to tymczasowe rozwiązanie i nie jest idealne, ale da szansę tym, którzy szukają moich prac, łatwe ich nabycie.

Zdecydowałam się skorzystać z usług PayPal, który jest dziecinnie prosty w obsłudze.
Każdy zainteresowany moimi opowiadaniami, może teraz zakupić je wysyłając płatność z tytułem książki na mój PayPal, a ebook będzie wysłany na wasz adres email tego samego dnia.

Adres email PayPala to: anishyadevlingel.books@gmail.com


Ceny ebooków:

Ile jest prawdy w prawdzie? - 12,99 zł

Pan pozna Panią... Pana - 10,99 zł

Poślizgiem pod choinkę - 8,99 zł



Postaram się dopracować wszystko jak najszybciej. W razie pytań, wątpliwości lub problemów, proszę piszcie na mój nowy email. Tym sposobem będę w stanie zareagować szybciej.
Dziękuję wam za zainteresowanie, piękne komentarze i cudne emaile.
Dzięki wam chce się żyć :)


czwartek, 24 marca 2016

Blog mnie wywalił ze stada

Z jakiegoś powodu blogger nie dał mi się zalogować po świętach😢  Na kilka komentarzy udało mi się odpowiedzieć z e-maila,  ale nie jestem pewna jak wiele tak naprawdę dotarło do celu.
Przepraszam z całego serca, że nie odpowiedziałam na wszystkie. 
Jestem za nie bardzo wdzieczna. 

Teraz postuje z tabletu  (nowy nabytek po tragicznej i już nieodwracalne śmierci mojego laptopa) i nadal próbuje się połapać jak to wszystko działa. Zabaweczka bardzo ładna i bardzo interesująca,  nie wiem jednak jak użyteczna będzie do pisania dłuższych tekstów. 

Próbowałam pozałatwiać sprawy związane z wydawaniem moich e-booków,  ale sytuacja nie wygląda dobrze. 
Wydaje.pl okradło mnie i wielu autoròw, i wygląda na to, że nic już nie da się zrobić.  Virtualo robi mi problemy, bo mieszkam w Anglii. Muszę też zapoznać się ze zasadami wydawania i publikacji, ze względu na podatki i prawa autorskie, zanim mogę coś tak naprawdę bezpiecznie opublikować.  
Wszystko ciągnie się jak flaki z olejem, ale nie zamierzam się poddać i dokończę wszystkie moje prace, możecie na to liczyć. 
Chcę jednak czuć się bezpiecznie i chcę mieć pewność, że nikt już mnie nie wykorzysta.
Przepraszam, że tak długo to trwa, ale nie jest to zależne ode mnie. 
Pamiętajcie jednak, że kocham was gorąco i cenię całym sercem. 



(Mam nadzieję, że kolor czcionki jest wygodniejszy do czytania)

czwartek, 31 grudnia 2015

Świąteczny pocałunek ... is back.

Nie dokończony, nie edytowany, ale napisany z serca. Lekko zmieniony i w całości abyście mogli sobie przypomnieć tę historię od początku. 

Enjoycie :D






Świąteczny pocałunek




Wszystkie prawa zastrzeżone
Anishya Devlingel©Anglia, Grudzień 2013
Edytowany Anglia, Grudzień 2015

Jeden Świat dla Nas Wszystkich
                                                          Darnell &Maddock



Rozdział pierwszy

Logicznie rzecz biorąc, Maddock Sheffield doskonale wiedział, dlaczego wszyscy znaleźli się w zatłoczonej, gwarnej sali konferencyjnej ekskluzywnego hotelu, w którym większość z nich tymczasowo zamieszkała. Tym bardziej więc był zaskoczony tym, co się działo naokoło niego. Zamieszanie było ogromne, a zebrani wydawali się prześcigać w pomysłowości i oryginalności swojego zachowania. Wymuszone pozy, zbyt głośny, sztuczny śmiech i udawana radość. Maddock miał ochotę się otrząsnąć wewnętrznie. Nade wszystko jednak zdumiewały go rzucane na prawo i lewo komentarze, szepty, żałosne dowcipy i nieopatrzne riposty. Nie spodziewał się ich w takim miejscu, w takiej sytuacji. Wręcz raziły w miłej, kolorowej oprawie Bożonarodzeniowych dekoracji zdobiących cały budynek.
Ktoś mógłby przypuszczać, że spotkała się grupa przypadkowych ludzi biorących udział w tej samej świątecznej imprezie, a tak nie było i każdy to wiedział. Natężenie napięcia było tak wysokie, że dało je się wyczuć na skórze, a szmer rozmów, prześlizgiwał się Maddokowi po karku, posyłając ciarki wzdłóż jego pleców. Czuł, że jeszcze moment, a jego kręgosłup pęknie, tak był spięty przechadzając się między grupkami ludzi.
Pomieszczenie było ogromne, ale miejsca nie było zbyt wiele i tłum zebranych wydawał się rosnąć z każdą minutą, wypełniając każdy wolny zakamarek. Poruszając się wolno, niemal płynnie, sprawiał wrażenie jakby przelewał się z miejsca na miejsce. Przy drzwiach wydawane były małe słuchawki dla osób nieznających angielskiego, każdy miał więc możliwość porozumiewania się na pewnym, ograniczonym poziomie. Jak to działało Maddock nie chciał się nawet zastanawiać.
I bez tego czuł się jakby wyrwany z własnej bajki i ciśnięty w całkiem inny świat. W świat w którym naprawdę nie chciał być i w którym nie umiał się odnaleźć. To nie było miejsce dla niego i to bez dwóch zdań wątpliwości, szkoda że jego brat tego nie rozumiał. Jeden rzut oka na całą tę śmietankę towarzyską i miał ochotę obrócić się na pięcie, i wiać przez najbliższe wyjście ewakuacyjne. Niestety coś znacznie trudniejszego do pokonania niż tylko własna niechęć, trzymało go w miejscu. Rodzinne zobowiązania bywały czasem bólem tyłka i nic się na to nie dało poradzić. Robił więc dobrą minę do złej gry w miarę swoich skromnych możliwości. W pewnym sensie czuł się jak obserwator z zewnątrz.
Elegancja i bogate wnętrze nie wydawało się robić zbyt wielkiego wrażenia na zebranych w sytuacji, kiedy dla większości z nich to był chleb powszedni. Czując się więc jak ryby w wodzie uczestnicy popisywali się nonszalanckim zachowaniem i luzem. Niewprawnemu oku nie sposób było dostrzec, kto udawał pewność siebie tak jak Maddock, a kto faktycznie był u siebie.
Cicho prowadzone konwersacje rosły w siłę, więc czy chciał, czy nie bez trudu mógł usłyszeć, co poniektóre niewybredne teksty i śmiech swoich współtowarzyszy. Wydawało się jakby niektórzy zwyczajnie nie potrafili nad sobą zapanować, a już przynajmniej nie do końca pojmowali wagę spotkania, w którym uczestniczyli. Atmosfera zaczynała być coraz bardziej nabuzowana, a cel spotkania wywoływał niezdrowe podniecenie i ekscytację. Napięcie zaczynało wkradać się również w kark Maddocka, za co był zły na siebie. Obiecał sobie, że zachowa spokój i opanowanie, trudnej jednak było tego dokonać niżby chciał przyznać.
W pewnym sensie rozumiał skąd się brało całe to nerwowe podekscytowanie i hiper aktywne zachowanie większości. On sam, co pięć minut rozważał wszystkie za i przeciw swojego własnego uczestnictwa. Tak często jak decydował ze stanowczością, że właśnie tu jest jego miejsce, tak samo często zaczynał dochodzić do wniosku, iż nie miał pojęcia, co tam właściwie robił. Sekunda wachania i już nabierał wątpliwości, co do słuszność przekonania, że to faktycznie był taki świetny pomysł jak mu się wydawało na początku. Mógł się założyć, że w głowach kilku dziesiątek jego towarzyszy działo się dokładnie to samo. Szczęściem jednak, on nie chichotał jak rozemocjonowana nastolatka, nie rzucał zbyt głośno kiepskimi żartami i nie udawał, że tak w ogóle to on jest wyluzowany, a to tylko: pogoda, podróż, przesilenie zimowe, kac – niepotrzebne skreślić – wpływało na jego zachowanie i miało usprawiedliwiać poczynania bandy dorosłych mężczyzn, i kobiet, którzy nie wiedzieli jak się zachować, i co z sobą począć.
Im dłużej wszyscy stali i czekali tym większy gwar się robił, i coraz więcej osób zaczynało się niecierpliwić. W rezultacie dostęp do barku sprawił, że ryzyko prawdziwej awantury zawisło w powietrzu jak chmura gradowa, kiedy znany model z Francji łamaną angielszczyzną wdał się w sprzeczkę z Amerykańskim pisarzem, nad merytorycznym sensem całej akcji, w której za moment mieli wziąć udział,. A przynajmniej oficjalnym i ostatecznym podpisem zadeklarować, że tak wierzą, iż jest Jeden Świat dla Nas Wszystkich i tu, i teraz wyrażają gotowość do walki z homofobią, nienawiścią i niesprawiedliwością.
To było to miejsce gdzie Maddock się gubił. Jego wrodzony sceptycyzm walczył na kły i pazury z jego nieumierającą nadzieją. Nie wiedział już sam co myśleć. Życie nauczyło go, że nic nigdy nie ma za darmo i ludzie nie pomagają innym z dobroci serca. Z drugiej jednak strony przerażało go to, że to może być prawda i że nikomu nie można wierzyć. Chciał sam sobie udowodnić, że się myli. Dać światu jeszcze jedną szansą. Dać ludziom jeszcze jedną szansę. Jeśli udział w tej kampanii nie był idealną szansą na to, to już innej opcji nie mogło być.
Cel był szczytny – nie dziwne więc było, że wszyscy musieli tu być. Wszystcy którzy znaczyli cokolwiek, a przynajmniej ci, którzy chcieli być postrzegani jako porządni, normalni ludzie.
Przekaz niecodzienny – z tym, że nic innego do tej pory nie wydawało się działać wystarczająco skutecznie, więc podjęcie tak kontrowersyjnej próby wydawało się logiczne.
Wykonanie – niestety, mogło nastręczyć niemałych kłopotów i wystarczył Maddock’owi jeden rzut oka, aby mieć, co do tego pewność.
Nie było przymusu uczestnictwa, a jednak na każde zaproszenie goście stawili się zwarci i… cóż, nie całkiem gotowi. Każdy wiedział, o co chodzi, a mimo to wszyscy udawali jakby spotkali się na wielkim party przez przypadek. Maddock z tremą i zakłopotaniem patrzył w twarze ludzi, których znał z widzenia, z okładek magazynów, z ekranu telewizora i kina – w końcu same osobistości były poproszone o udział w tak doniosłym projekcie – widział jednak tę samą niepewność i zażenowanie, które z całą pewnością malowało się na jego twarzy. Każdy, kto nie dowcipkował albo nie stał w kącie groźnie marszcząc brwi i generalnie zachowując się jak chmura gradowa, próbował unikać kontaktu wzrokowego i fizycznego z wszystkimi innymi.
Pomiędzy gośćmi pracowicie przewijali się pomocnicy i współpracownicy kampanii, przez cały czas dobitnie przypominając wszystkim, o co toczyła się walka. Dla wielu to był swoistego rodzaju szok, dla innych stawienie czoła rzeczywistości. Nie udało się jednak nikomu pozostać obojętnym. Podskórne obawy i niewypowiedziane zahamowania wychodziły nagle na światło dzienne w najmniej spodziewanym momencie.
Podenerwowanie było wyczuwalne i nie pomagały na siłę stwarzane pozory spokoju i pewności siebie, którymi niektórzy mężczyźni próbowali epatować. Właściwie to przynosiło odwrotne skutki od zamierzonych, a głupie przytyki o homo orgii tylko dolewały oliwy do ognia. Maddock, co rusz kręcił głową właściwie nie dowierzając temu, co miał okazję usłyszeć i zobaczyć.
To chyba był jeden z najlepszych przykładów, dlaczego zorganizowanie szeroko zakrojonej akcji było niezbędne.
Ignorancja i homofobia rosły na potęgę samą siłą napędową ludzkiej małostkowości, braku edukacji i krótkowzroczności.
Nie zdziwił się więc, że organizatorzy światowego przedsięwzięcia „Jeden Świat dla Nas Wszystkich”, stracili cierpliwość. Środowiska LGBT, organizacje na Rzecz Praw Człowieka, Organizacje Humanitarne, Fundacje Charytatywne i wszelkie inne stowarzyszenia mające dobro i sprawiedliwość we wszystkich najlepiej pojętym interesie, zdecydowały się na jeden wielki krok w walce o równość, wolność i bezpieczeństwo dla ogółu. Gdzieś trzeba było ustalić granicę dla szaleństwa, które zmieniało życie wielu setek tysięcy ludzi na całym świecie w koszmar na jawie.
Wreszcie uznano, że nie można rozmieniać się na drobne, bo nikt nie wygrywał, a wszyscy przegrywali, co poszczególne małe batalie. Czas tłumaczeń, usprawiedliwień i uginania się minął bezpowrotnie. Trzeba było raz i zdecydowanie stanąć w obronie tych, którzy musieli cierpieć ze względu na orientację seksualną, płeć czy przekonania.  
Rodney Sterling wspiął się na podwyższenie i klaskając w dłonie zwrócił na siebie uwagę zebranych. Nie było to zresztą trudne. Prawie dwumetrowy, chudy mężczyzna roztaczał wokół siebie aurę pewności siebie i spokoju. Zwyczajnie witając się w paru słowach wstępu, przykuwał uwagę równie skutecznie jakby krzyczał. Uzależniał ludzi od swojego dystyngowanego, zdecydowanego zachowania. Narzucał ton i sposób bycia swojemu towarzystwu nawet się nie starając. Trudno było nie dostrzec, że miał więcej autorytetu i charyzmy niż otaczający go tłumek współpracowników. Elegancko ubrany w szary garnitur, z idealnie przystrzyżoną ciemną brodą i lekko przyprószonymi siwizną skroniami, przyciągał wzrok wszystkich. Błyszczał zwyczajnie się uśmiechając.
– Drodzy państwo, chciałbym prosić o chwilę uwagi! – Właściwie nie podniósł głosu, ale i tak w najdalszym kącie sali zapadła cisza. Mamroczący pod nosem maruderzy zostali uciszeni jednym ostrym spojrzeniem jego ciemnoszarych oczu. Jako założyciel i fundator Organizacji „Stop Nienawiści i Homofobii” był współtwórcą Kampanii Jeden Świat dla Nas Wszystkich. Nie było więc nic dziwnego w tym, że zjawił się, aby przywitać wszystkich osobiście i czuwać nad każdym krokiem w tej nie łatwej przygodzie.
– Witam was bardzo serdecznie. Napawa mnie optymizmem jak wielki i entuzjastyczny był państwa odzew. Rozesłaliśmy do was zaproszenia z nadzieją, że zgodzicie się na udział w tak ważnym wydarzeniu i śmiem wierzyć, że dlatego tutaj jesteście. Nie oszukujmy się. Jest źle. Sami to wiecie najlepiej. Mamy idealny przykład z Rosji czy Ugandy, dlaczego teraz, a nie kiedy indziej. Nie jutro, nie wkrótce, nie za jakiś czas. Właśnie teraz musimy zareagować. Jeśli to co się dzieje na świecie nie jest wystarczającym dowodem na to, że nie można już dłużej czekać, to nie chcę nawet sobie wyobrażać, co by musiało się stać, abyśmy wreszcie zareagowali. – Stwierdzenie odbiło się echem o ściany i uderzyło w słuchających z każdej strony. Wiele twarzy zasnuło się przygnębieniem i złością. Niektórzy niechętnie zaczęli przytakiwać. Rodney machnął ręką dla emfazy. – Jest dwudziesty pierwszy wiek, a wielu z was: sportowców, piosenkarzy, artystów, pisarzy, modeli, znanych i wpływowych obywateli nadal ukrywa prawdę o sobie z obawy przed reakcją społeczeństwa. – Uniósł dłonie do góry uciszając wszelkie przyciszone protesty, które zaczęły snuć się w tłumie. – Nawet, jeśli nikt z tu zebranych nie jest gejem, lesbijką, transeksualistą, panseksualistą czy nawet aseksualny, to nadal nie czyni to przymusu ukrywania prawdy o sobie w porządku. W porządku byłoby, gdyby każdy bez mrugnięcia okiem mógł spokojnie powiedzieć: kocham, spotykam się, interesuje mnie XYZ i nie bać się ostracyzmu. – Zauważył spokojnie, ale twardo. Zmieszane, lekko spanikowane miny stojących najbliżej uczestników były jednocześnie dobijające i zniechęcające, Rodney jednak nie poddawał się. Nie mrugnąwszy nawet okiem i próbując uchwycić wzrok tak wielu uczestników jak tylko się dało, kontynuował swój apel. – Wykluczenie, agresja, niewiedza i wrogość społeczeństwa kosztuje nas wiele żyć. Kosztuje nas wiele cierpienia, a jeśli nie nas personalnie, to naszych przyjaciół i bliskich, naszych współpracowników, ludzi odpowiedzialnych za nasze zdrowie, bezpieczeństwo, edukację naszych dzieci. Można by wymieniać bez końca. To musi się zmienić. To może się zmienić, bo to my jesteśmy społeczeństwem! Mamy moralny obowiązek stanąć w obronie tych, którzy nie zasłużyli w żaden sposób na cierpienie. To nie tylko, zwyczajnie i po prostu, jest złe. Toż to dosłownie jest powód, aby się bać, że za chwilę to my staniemy się celem i to my będziemy przeżywali piekło na ziemi, skoro ludzie są skłonni do nienawiści tylko dlatego, że czegoś nie rozumieją, nie pojmują, nie znają, mają błędne wyobrażenie o swojej wyższości. Uważają, że mogą wykorzystywać swoją przewagę psychiczną, finansową czy fizyczną nad innymi. Kierując się osobistymi odczuciami estetycznymi, religijnymi bądź zwyczajnymi obawami, wymuszać na innych zachowania i zakazy, które wcisną wszystkich w te same małe, ciasne ramki, które dla nich być może są odpowiednie, a innym przysporzą bólu. – Patrząc po tłumie spokojnie i wyczekująco, ciągnął już wyraźnie ożywiony. Za jego plecami chwilę wcześniej, na ścianie, zaczęły wyświetlać się zdjęcia. Okrutne, odarte z kłamstw zdjęcia pełne przemocy i rozpaczy. Namacalny dowód cierpienia bitych, maltretowanych i zabijanych kobiet, mężczyzn i nastolatków. Transseksualiści, geje i lesbijki dręczeni za to, że nie potrafili zmienić tego, kim byli. Oczy zebranych rozszerzały się z przerażenia z każdym kolejnym slajdem. – Chciałbym móc powiedzieć, że znam złoty środek na rozwiązanie naszych wszystkich problemów, ale tak nie jest. W naszych umysłach – wskazał dłonią kilkoro stojących przy jego boku przyjaciół – zrodził się pomysł, aby pokonać każdy jeden z osobna i wszystkie razem: stereotypy, kłamstwa, przemoc, ksenofobię, zdemaskować bigoterię, homofobię i szowinizm. Ludzie muszą pojąć, że jest ktoś silny, odważny i dobry na tym świecie, kto jest skłonny zawsze stać na straży ludzkich praw i równości. Sprawiedliwość obowiązuje wszystkich i wszystkich dotyczy. Nie walczymy o przywileje. Walczymy o równe traktowanie. O prawo do bycia sobą. Sami jednak jesteśmy bezradni. Mamy tak wiele przeszkód do pokonania, że bez waszej pomocy może to zająć nam kolejne stulecia. Co jednak z tymi, którzy muszą żyć tu i teraz? Nie czekajmy, aż ktoś inny się tym zajmie za nas. Nie łudźmy się, że będzie lepiej z czasem, jeśli nic się nie zrobi już teraz. Społeczeństwo nie potrzebuje czasu na przyzwyczajenie się, na oswojenie się, bo powtarzam, społeczeństwo to my! I nie, chowanie głowy w piasek nie uratuje nikogo i nie zmieni rzeczywistości. Za naszymi plecami dramaty nadal będą się rozgrywać. Ludzie nadal będą krzywdzeni, bici, zabijani i dręczeni. Maltretować można na wiele sposobów. Nie zawsze to jest fizyczny ból. Czasem najgłębsze rany nosi się na umyśle i w sercu. Stojąc obok i nie reagując jesteśmy współwinni. Nawet jeśli będziecie udawali, że to się nie dzieje, że to was nie dotyczy i nie ma z wami nic wspólnego, to na was spoczywać będzie odpowiedzialność za każde dziecko wyrzucone z domu, za każdego nastolatka wieszającego się, bo nie było nikogo gdy wołał o pomoc. Wielu ludzi w tym właśnie momencie ponosi karę za bycie sobą, choć to nie my chcemy poszkodować innych, ale dlatego, że nadal panuje jakieś chore przekonanie, iż to nas można krzywdzić, a każde najbardziej idiotyczne usprawiedliwienie wystarcza! – Głos Rodneya przebrzmiał po ostatnich słowach i salę wypełniła cisza ciężka jak ołów.
Zgromadzeni, włącznie z Maddock’iem stali i wpatrywali się w niego nie mogąc wydusić słowa. Cokolwiek każdy myślał indywidualnie, nie dało się zaprzeczyć, że słowa Rodneya miały wielką siłę i duży wpływ na każdego. Samo serce Maddocka waliło jak oszalałe, a sprawa nawet nie dotyczyła go osobiście. Mimo to poczuł się jednocześnie obolały w środku i wystraszony. Jego instynkt krzyczał, aby wiać, aby schować głowę w piasek. Kiedy czegoś się nie widzi i nie słyszy, to się o tym nie myśli.

***

Odrywając spojrzenie od rozemocjonowanego tłumu Darnell spojrzał na swojego zdenerwowanego brata. Dłonie Parkera drżały lekko, choć starał się to ukryć wciskając je głęboko w kieszenie. Jak zwykle nienagannie ubrany w swój ulubiony czarny garnitur i niebieską koszulę sprawiał wrażenie niewzruszonego i opanowanego, Darnell znał go jednak zbyt dobrze, aby nie dostrzec subtelnych oznak jego stresu. Choćby małe zmarszczki rozsiane wokół niebieskich oczu, praktycznie identycznych jak jego własne, pogłębiały się, kiedy był zmartwiony lub zły. Usta zazwyczaj wygięte w lekko kpiącym uśmieszku – kolejne ich podobieństwo – teraz były zaciśnięte w cienką linię. Na szczęście różniło ich coś więcej niż tylko kolor włosów. Parker dumnie i z pedancją pielęgnował swoje krótko przystrzyżone szatynowe włosy, a Darnell dał rosnąć swoim blond kosmykom, po ostatnich zdjęciach do filmu na potęgę, zmieniając je w nieokiełznany mop na głowie. Starszy mężczyzna był żywym przeciwieństwem swojego nieroztropnego, wiecznie pogodnego brata. W tym momencie ich różnice osiągnęły chyba apogeum. Parker dobrnął na swoje własne nowe szczyty. Milion myśli odbijało się na jego twarzy, a całe ciało wibrowało od nadmiaru skumulowanej energii. Szerokie plecy mężczyzny pod idealnie dopasowana marynarką, co rusz sztywniały i prostowały się, reflektując jego wewnętrzny konflikt.
Lekko zirytowany i spięty Darnell sam nie wiedział właściwie jak się czuł stojąc u jego boku. Nadal był trochę zły, że Parker tak naprawdę nie dał mu wyboru i teoretycznie zmusił go do udziału w całej tej hecy. Z drugiej strony był rozczarowany sobą, że w ogóle rozważał odmówienie bratu pomocy. Że chciał znaleźć wymówkę, aby nie pomóc, kiedy ewidentnie mógł i powinien. Jego własna opinia o sobie spadała na łeb i szyję.
Z ociąganiem, walcząc sam z sobą podszedł jednak do Parkera i kładąc mu dłoń na ramieniu uścisnął lekko. Był wyższy o kilka centymetrów i trochę bardziej muskularny, ale nadal czuł się przy nim jak dzieciak. Osiem lat różnicy między nimi, to było najwyraźniej czasem bardzo dużo, zwłaszcza, że w te kilka lat można przeżyć niemal całe życie.
– Zaraz żyła ci pójdzie jak się nie uspokoisz – wymamrotał cicho, próbując rozluźnić napięte mięśnie barków brata, lekko je uciskając. Parker w odpowiedzi rzucił mu spojrzenie mogące wysuszyć ocean. Nie zniżył się jednak do odpowiedzi. Doświadczenie nauczyło go, że niewiele było trzeba, aby zachęcić młodszego brata. Darnell mimo to wyszczerzył zęby w szerokim, perfekcyjnie białym uśmiechu. – Rodney ma ich wszystkich na smyczy, jeszcze chwilę i będą jedli z jego ręki. Na serio nie wiem, czemu się martwisz.
– Chciałbym móc ci wytłumaczyć, obawiam się jednak, że to zbędny wysiłek.
– Och, to bolało braciszku. – Darnell udał, że łapie się za swoje krwawiące serce. – Wiem, jak wiele znaczy dla ciebie ten twój projekt–pieszczoch.
– Nie masz nawet bladego pojęcia, inaczej byś sobie nie drwił z tego.
– Doprowadzenie się do stanu przed zawałowego z całą pewnością nie pomoże nikomu. Po za tym, stawili się praktycznie wszyscy ważni i ważniejsi. Tego przecież chcieliście…
– Czyli ci co nie znaleźli wystarczająco ważkiej, pomysłowej lub chamskiej wymówki, aby nie uczestniczyć w akcji – parsknął Parker wcale nie pod wrażeniem logicznego wywodu Darnella.  
– Ale i tak przyjechało więcej zaproszonych niż zakładaliście – skontrował młodszy mężczyzna.
–  Gros kopiąc i krzycząc – Parker spojrzał na brata wymownie – tak jak na przykład ty.
Lata praktyki aktorskiej uratowały Darnella przed upokarzającym rumieńcem.
–  Miałem inne plany…
– Cały świat ma zawsze inne plany. Trzeba jednak mieć priorytety. Są rzeczy istotne i ważniejsze – zaczął Parker poważnym tonem po raz milionowy szykując się do wywodu. Darnell ledwie powstrzymując się przed przewróceniem oczu, uniósł dłonie w geście poddania.
– Mnie nie musisz już przekonywać. Jestem tutaj, tak czy nie?
Szybkie spojrzenie ironicznie przymrużonych oczu Parkera wystarczyło za całą odpowiedź. Może nie było tego widać, ale Darnell był przeświadczony, że rumienił się wewnętrznie.
No dobra, może był nadętym palantem, który tak właściwie to nie myślał o innych, ani jego priorytetem nie było zamartwianie się o dobro pozostałych ludzi, ale to nie znaczyło, że odpowiednio zmotywowany nie potrafił wykazać się, gdy sytuacja tego wymagała.
Towarzystwo, w jakim się obracał jako aktor, generalnie było zblazowane i płytkie, a przynajmniej ciężko pracowało na taką reputację. Nikt nigdy nie mógł być pewien, kto i jaką rolę odgrywał w danym momencie, oni sami chyba się zagubili. Pewne jednak było, że nastroje i trendy zmieniały się w zależności od zmiany wiatru. Kilka chlubnych wyjątków ginęło w masie i nie miało wystarczającej siły przebicia, aby tak naprawdę coś zmienić. Prawdą było, że od jakiegoś czasu można było odnieść wrażenie, że bycie gejem czy lesbijką stawało się być modne, ale każdy, kto się dobrze przyjrzał szybko mógł się zorientować, że i tak była to w pewien sposób manipulacja. Bardzo łatwo było ukryć pod płaszczykiem wsparcia i tolerancji sprytne sposoby na wypaczenie, i przekłamanie obrazu, w jakim byli prezentowani. Wielu gejów swoim zachowaniem nie pomagało z całą pewnością.
Transseksualizm, biseksualizm, aseksualizm w ogóle były czarną magią, której większość wydawała się nie ogarniać.
Zresztą, kto tak naprawdę się przejmował? Wszyscy byli zajęci. Życiem, karierami, byciem cool.
Teraz jednak zostali przywołani do porządku i postawieni pod ścianą moralnego obowiązku. Koniec był chowania się po kątach, stwarzania pozorów i udawania. Mieli właśnie ukazać swoje prawdziwe oblicza. W końcu wykorzystywali je wystarczająco często, aby coś zyskać dla siebie. Nie zabije ich pomoc innym.
Tej właśnie myśli uchwycił się Darnell, kiedy każda komórka jego ciała walczyła z nim, aby wiać w przeciwnym kierunku. Będąc bratem jednego ze współzałożycieli miał wgląd w program i zimny pot go oblewał za każdym razem, kiedy myślał, co na niego może wypaść. Z goryczą i rozczarowaniem musiał przyznać, że był spanikowany. Zwyczajnie był tchórzem i nie dało się tego pokryć żadną ilością lukru.
Głos Rodneya wbił się w szalejący umysł Darnella jak nóż. Mężczyzna nie przebierał w słowach i nie owijał w bawełnę.
– Naszym celem jest skontrować każdy zarzut, rozwiać każdy mit, zwalczyć stereotypy, pokazać prawdę, edukować i zademonstrować rzeczywistość taką, jaka jest. Przede wszystkim musimy pokazać, że można inaczej, że można z uczuciem, dobrem w sercu i honorem stawić czoła zwykłej nienawiści. Koniec chowania się za pustymi sloganami. Koniec udawania, że nas to nie dotyczy, bo jestem hetero, bo nie chcę ślubu, bo dwóch mężczyzn jest obrzydliwych, a dwie kobiety seksi, bo płeć to kwestia czysto biologiczna, bo gender to potwór o stu głowach, choć nikt nigdy go nie widział! Transseksualizm to nie przebieranki, feminizm to nie godzenie w rodzinę ani niszczenie stosunków męsko–damskich. Czas przestać się usprawiedliwiać i tłumaczyć. Nie chcemy tolerancji! Tolerować można złą pogodę albo fakt, że sąsiad na Gwiazdkę stroi dom jakby mu fabryka światełek wybuchła na progu, a my nawet nie obchodzimy świąt, a nie ludzi, bo nie są heteronormatywni. Czas zacząć przyzwyczajać wszystkich, że nie potrzebujemy ich zgodny, aby żyć. Nie mają nic do gadania w sprawie tego, z kim się wiążemy, jak się ubieramy, kim jesteśmy w środku. Nie jesteśmy potworami, za jakich chcą nas uważać. Musimy ich zmusić, aby przestali kłamać sobie, nam i innym!
Brawa zerwały się, a na twarze wielu ludzi zaczynały wypływać uśmiechy. Rodney porwał ich swoim entuzjazmem i stanowczością. Wypowiedział na głos wiele rzeczy, które najprawdopodobniej nie raz zaświtały w umysłach wielu tu zebranych. Wreszcie mieli sposobność, wymówkę i właściwy bodziec, aby coś zrobić z własnymi sumieniami.
– Proszę was, zgłoście się do moich przyjaciół i podpiszcie petycje, które tam znajdziecie, zgodę na wykorzystanie waszych wizerunków i przede wszystkim potwierdzenie dobrowolnego udziału w całym przedsięwzięciu. Każdy weźmie udział w losowaniu zadań i partnera. Mamy wiele do zrobienia i najbliższe tygodnie będą bardzo pracowite. Przyjęcie i obiad w pierwszy dzień świąt będzie kulminacją dla naszego projektu. To zawsze jest szczególny czas, wypełniony miłością, radością, szczęściem, tym razem mamy jednak szansę uczynić go wiekopomnym tak, aby nasi wnukowie i prawnukowie nadal byli z nas dumni. Mam nadzieję, że potraktujecie to poważnie, że wyrazicie swoje uczucia i okażecie prawdziwe wsparcie. Nie chciałbym myśleć, że wasz udział tutaj wynika z innych pobudek niż czysto humanitarnych. Zapraszam! – Rodney wskazał stoły ustawione pod jedną ze ścian.
Z ociąganiem na początku, zebrani w końcu ruszyli w kierunku, w którym wysłał ich mężczyzna. Niby niepewni, dając sobie czas na przemyślenie wszystkiego, przeglądali broszury, listy i papiery rozłożone przed nimi. Było trochę mamrotania i jedna czy dwie gorące wymiany poglądów, ale nikt tak naprawdę nie potrafił przełamać niewidocznej bariery, hamującej podejmowanie wiążących decyzji. Gdy jednak pierwsza z kobiet zdecydowała się na podpis, lawina ruszyła. Jak mrowie wszyscy zebrali się wokół piątki siedzących za stołami wolontariuszy, praktycznie napierając na nich. Grupka pomocników pośpieszyła, aby pomóc przyjaciołom opanować całą sytuację.
Kątem oka Darnell zauważył, że mała garstka mężczyzn i dwie lub trzy kobiety wycofały się ze sali próbując nie wzbudzać zainteresowania innych. Po ich minach poznać jednak było można jak bardzo pragnęli znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Niektórzy nawet nie silili się na nonszalancję, zwyczajnie krzywiąc się wymaszerowali bez zerknięcia za siebie. Jednego z nich Darnell znał osobiście, bo miał okazję kilkukrotnie obracać się w tych samych kręgach. Za każdym razem też, gdy brali udział w socjalnych spotkaniach odnosił nieprzemożne wrażenie, że aktor teatralny był gejem i to dość nieudolnie ukrywającym ten fakt. Teraz w sytuacji, kiedy mógł coś z tym fantem zrobić, wychodziło na to, że jego szafa była zabita gwoździami na dobre.
Wzruszając ramionami Darnell zwrócił się po raz kolejny do brata.
– Idę podpisać cyrograf. – Zignorował minę Parkera, wyraźnie świadczącą o tym, że nie znajdował jego komentarza ani na jotę śmiesznym. – Nie rozumiem, czemu nie mam żadnych chodów u ciebie. Powinieneś pozwolić mi wybrać program. – Nadąsał się, choć wiedział, że nie wywrze to wrażenia na jego bracie. Zawsze jednak warto było praktykować.
Mężczyzna uśmiechnął się ironicznie.
– Wszyscy uczestnicy są traktowani jednakowo. Ty też, więc przestań się zachowywać jak dwudziestoośmioletnie dziecko. Nie zapomnij zaznaczyć, że posługujesz się tylko językiem angielskim – dodał Parker kpiąco. – Nie chcielibyśmy, abyś wylądował z partnerem, którego nie będziesz w stanie zrozumieć. – Nawet nie starał się ukryć szerokiego uśmiechu.
– Ha, ha – odburknął Darnell. Doceniał fakt, że był w stanie poprawić humor Parkerowi, ale czemu jego własnym kosztem? – To nie moja wina, że nie mam talentów językowych!
– Acha, i to dla tego, że nie masz zdolności lingwistycznych śpiewasz wszystkie piosenki Garou po francusku…? Tak, ma sens. – Bez mrugnięcia okiem, Parker zmierzył go wymownym spojrzeniem na odchodnym.
Darnell zirytował się, wołając za bratem:
– Ma fajne, zmysłowe piosenki i seksowny głos! Samo wpada w ucho!
Odpowiedź była automatyczna i jak zwykle wywołała dziwne spojrzenia u ludzi na około niego. Nawet jego brat parsknął śmiechem. Do cholery nie wiedział, o co im wszystkim chodziło. Miał ciarki ilekroć słyszał Belle czy Gitan, co miał na to poradzić?
Przedzierając się przez gąszcz ludzi odchodzących już od stoisk, Darnell całą drogę dawał sobie twarde, zdecydowane wytyczne. Oczywiście nie chodziło o to, że był nerwowy czy niepewny. Chodziło tylko o to, aby wyznaczyć sobie stanowcze, realne cele. Zawsze tak robił i zawsze ta metoda się sprawdzała.
Będzie zachowywał się z godnością i powagą. Nie stchórzy ani nie zrobi z siebie idioty. Jeśli zawiodą go wszystkie sztuczki, wyciągnie lata doświadczenia aktorskiego, a wtedy nie było bata musiał sobie poradzić.
Szkoda tylko, że nie pomagało to rozwiązać supła zaciśniętego na jego wnętrznościach. Nieprzyjemne mdlenie i spocone dłonie były jak wisienka na torcie, i tylko jeszcze bardziej go irytowały. Ten jeden raz w życiu nie mógł się doczekać, kiedy już będzie po wszystkim. W każdej innej sytuacji uwielbiał ekscytację oczekiwania na to, co się może stać w następnej chwili. Kochał wyzwania. Trudne sytuacje były jak ogień wypełniający mu żyły i właściwie żył dla chwil, w których mógł się sprawdzić i sprostać problemom. Tym razem jednakże chciał, aby już był koniec. Cała ta sprawa zmuszała go do zbyt dokładnego przyglądania się sobie samemu.
Na miękkich nogach ruszył do najbliższego stolika. Miny tych, których mijał, zaczytanych w stosy kartek, które otrzymywali na odchodnym, nie były zachęcające. Co poniektórzy wręcz kręcili głową z niedowierzaniem. Wcale się nie dziwił. Miał nie raz okazję uczestniczyć w długich i gorączkowych debatach Rodneya, i Parkera, i ich pomysły były nieraz szokujące.  Wielokrotnie miewał obiekcje i wątpliwości czy naprawdę trzeba było się posuwać, aż do takich kroków, ale kilka tyrad brata i długie, drażniąco spokojne wyjaśnienia Rodneya nauczyły go co nieco.
A mianowicie, żeby nie zadawać głupich pytań.
Prawdą było nie mniej, że jako iż praktycznie gdzieś tam na peryferiach uczestniczył w projekcie od samego początku, to coraz lepiej i łatwiej rozumiał przesłanie, i ich intencje. To nie zmieniało nadal faktu, że w dalszym ciągu Darnell czuł się usprawiedliwiony tym, że obawiał się, aby to wszystko nie wybuchło im w twarz. To już nie była jakaś lokalna kampania. To było światowe przedsięwzięcie mające za zadanie zaangażować większość krajów. Co samo w sobie było receptą na katastrofę.


Rozdział drugi

Akcja była wielka i wszechstronna, zatem projekt przewidywał różne klipy filmowe, zdjęcia, wywiady, reklamy i plakaty. Mocne, bezpośrednie hasła i slogany. Chciano położyć szczególny nacisk na edukację, wpleść w całość fakty medyczne, bo wiedza na temat HIV i AIDS czy jakichkolwiek chorób wenerycznych i ich przenoszeniu, nawet w dobie Internetu była zatrważająco uboga u większości ludzi. Potrzeba też było przybliżyć wszystkim problem dręczenia i bezdomności wśród nastolatków i zastraszającej ilość samobójstw wśród homoseksualnej młodzieży.
Problemów i zadań było zastraszająco wiele, Rodney jednak zdawał się znaleźć rozwiązanie dla wszystkiego. Nie dziwne, że potrzebował tak wielu chętnych, aby wsparli go w tej wojnie.
Każdy z uczestników miał z góry przeznaczone zadanie i partnera z którym – przy pomocy wyznaczonych wolontariuszy – miał je realizować. Część filmowców i fotografów światowej sławy nie tylko zadeklarowało pracę za darmo, ale i czynny udział w projekcie. To samo dotyczyło się muzyków, stylistów, choreografów, scenarzystów i grona ludzi, co do których przeznaczenia i zawodów Maddock nawet nie był pewien. Wielkie studio filmowe asygnowało swoje pomieszczenia i sprzęt do użytku. Zestawienie prywatnych firm i przedsiębiorstw w ten czy inny sposób deklarujących pomoc było dające do myślenia. Nieśmiałe macki wątpliwości wpełzły do umysłu biegacza. Coś to przecież musiało znaczyć. Czyżby wystarczył odpowiedni bodziec?
Lista wspierających wydrukowana na kilku ostatnich stronach programu była imponująca i w niemałej mierze zaskakująca. Może wreszcie do wielu ludzi dotarło, że należało coś zrobić.
Zadanie było wielkie, ale i cel był szczytny. Półśrodki zdecydowanie nie dawały rezultatu do tej pory. Trzeba było zmienić postrzeganie środowiska LGBTQIA*[1] i Gender na całym świecie, co oznaczało, że musieli dotrzeć do wszystkich. Ukazać prawdę. Dobitnie dowieść jak błędnie ludzie myślą o homoseksualizmie, biseksualizmie czy transseksualizmie. Co każdy zrobi potem z tą wiedzą nie leżało już w rękach organizatorów, ale każdego indywidualnego człowieka, i może Boga, jeśli ktoś w niego wierzył.
Maddock miał wiele wątpliwości i pytań, nie bardzo jednak wiedział, kogo miał zapytać ani jak sformułować swoje obawy. Jego scenariusz wydawał się wyglądać prosto. Miał zagrać we filmiku. Później po kilku sesjach zdjęciowych, miał udzielić wywiadu i wraz ze swoim wylosowanym partnerem – a jak jego bilecik głosił, był to Darnell Kimrey, aktor, o którym nigdy wcześniej nie słyszał – siedząc pod wielką choinką wyznać, że choć żaden nie jest gejem, to wzięli udział w akcji, ponieważ…
No właśnie i to wielkie „ponieważ” było ciężkim orzechem do zgryzienia dla Maddocka. Miał szczerze i otwarcie wyjaśnić, co go skłoniło do uczestnictwa w akcji, udawania geja, do – hipotetycznego – całowania innego mężczyzny, do wystąpienia z szeregu i przywołania ludzi do porządku. Co samo w sobie powinno być proste. Powinno, a nie było, w sytuacji, kiedy sam nie do końca był pewien własnych motywów.
Jak miał ubrać w słowa coś, co wyżerało mu duszę? Jak posortować mętlik w głowie i skonfliktowane uczucia? Z całą pewnością nie chciał wyjawiać osobistych, prywatnych spraw na forum, dla wszystkich do oceniania. Nie miał ochoty pozwolić innym na zaglądanie sobie w głowę. Ujawnienie tego, co naprawdę myślał odzierało go z warstwy ochronnej, którą nie wiedział, kiedy wyhodował. Wiedział tylko, że czuł się bezbronny taki przezroczysty.
Organizatorzy jednak nie mieli zamiaru iść na łatwiznę. Nie zamierzali podpowiadać, pomagać czy sugerować właściwych odpowiedzi. Chcieli, aby każdy z osobna miał czas przemyśleć swoje własne nastawienie i pobudki, by zweryfikowali swoje odczucia w tym temacie. Łatwo było mówić to, co było właściwe, poprawne politycznie. Wyuczone regułki bez trudu spływały ludziom z ust. Kiedy jednak miały wypłynąć prosto z serca, gdy miały reflektować czyjeś prawdziwe emocje, sytuacja nagle stawała się skomplikowana. Wiele niespodzianek mogło spotkać człowieka w momencie, w którym musiał się otworzyć. Udawać było łatwo, przekonać jednak samego siebie, co jest właściwe, było z goła czymś dokumentnie innym. Tak jak de facto zrozumienie, co było tym godziwym zachowaniem, które mieli reprezentować. Nie dla wszystkich to było oczywiste.
Całkowicie skołowany i przybity Maddock ruszył w kierunku, rozmawiającego na środku sali Rodneya Sterlinga. Pot ściekał mu po plecach pod koszulą, choć drżał z zimna pomimo marynarki.
Po pierwsze wypadało się przywitać z osobą odpowiadającą za ten cały bałagan, a po drugie, jeśli już miał brać udział w tym szaleństwie, najlepiej było złapać byka za rogi od razu, a nie czaić się po kątach. Był sportowcem, rywalizacja i determinacja płynęły w jego żyłach.
Przedarcie się jednak przez tłumek go otaczający wydawało się być proste tylko w teorii. Wyglądało na to, że nie on jeden miał zastrzeżenia i obiekcje. Ożywiona rozmowa grupki zgormadzonej w centrum płynęła dość wartko i więcej osób zaczynało dołączać niż odchodzić uspokojonych. Ostatecznie wolno, ale z determinacją prąc, Maddock przepchnął się do przodu. W zasadzie w ostatnim momencie został wepchnięty na wysokiego, muskularnego bruneta stojącego tuż obok organizatorów, ale nie mniej jednak ostatecznie znalazł się w przy Rodneyu. U którego boku niewzruszenie jak opoka, stał współtwórca kampanii Parker Kimrey.
Prostując się niezdarnie i mamrocząc jakieś nieskładne przeprosiny dla osoby, na którą wpadł, Maddock spróbował opanować wewnętrzne roztrzęsienie. Ścisk był jednak taki, że chcąc nie chcąc nadal był przyciśnięty do nieznajomego jak plaster do rany.
– Bardzo przepraszam… ja tylko… przepraszam – mamrotał zły i speszony. Wielkie, twarde ciało mężczyzny zdawało się ani drgnąć pomimo faktu, że Maddock kilka razy odbił się od niego próbując się cofnąć. Popychany jednakże z tyłu przez rozkojarzony tłum, nie miał szans nawet drgnąć. – Proszę mi wybaczyć, ten ścisk… – wydusił kolejny raz siląc się na grzeczność. – Ja tylko… proszę wybaczyć… – Zdezorientowany, miał obawę spojrzeć w twarz mężczyzny, na którego niemal wchodził. Nie zdarzyło mu się jeszcze znaleźć w tak dwuznacznej sytuacji. Nie wiedział, co robić szczególnie, że czuł spojrzenie faceta na sobie niczym laser. Wręcz czuł jego rozbawienie przez skórę. Równie dobrze mógł sobie darować, bo jak zdołał się do tej pory zorientować na sali rozbrzmiewały różne języki świata i na dobrą sprawę mężczyzna mógł go wcale nie rozumieć. – Och, do cholery z tym wszystkim… – zaklął poddając się.
Nieznajomy, jeśli nawet rozumiał, co się do niego mówiło, to nie zareagował w żaden sposób, wbił tylko w niego swoje chłodne, niebieskie oczy i skinąwszy mu głową, trochę się odsunął. Jego potężniejsza sylwetka i oczywista siła dawały mu przewagę, której nie miał Maddock i sama świadomość tego doprowadzała sportowca do szewskiej pasji. Na dodatek te kilka centymetrów wzrostu, które ich dzieliło na niekorzyść Maddocka sprawiało, że bez trudu miał możliwość dostrzec kpiący uśmiech na ustach drugiego mężczyzny. Co z miejsca zburzyło mu krew jeszcze bardziej, zwłaszcza, że i tak był już nieźle podminowany. Odwracając się w stronę organizatorów postanowił zignorować nieznanego uczestnika i załatwić to, po co się tam przepchnął. Na serio to nie był odpowiedni moment, aby dać sobie nadepnąć na odcisk przez jakiegoś obcego typa, którego najwyraźniej bawiła cała ta sytuacja.
– Przepraszam was moi drodzy. Zrozumcie, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć wam teraz na wszystkie pytania. W waszych folderach macie numery telefonów, aby skontaktować się z naszymi pomocnikami i współtwórcami naszego projektu w razie, jakichkolwiek wątpliwości. – Ciche, ale stanowcze słowa Rodneya bez trudu dotarły do wszystkich. Unosząc ręce w uspokajającym geście spróbował oderwać się od napierającej na niego grupy. – Wszystko pójdzie sprawnie i szybko, kiedy już zapoznacie się z rozkładem zajęć i przydzielonymi wam partnerami. Raz wylosowane nazwisko przez jednego z uczestników znika z puli, więc kto pierwszy ten lepszy. System rejestruje już wykorzystane nazwiska i wylosowana osoba już tylko dostaje scenariusz i nazwisko osoby, która ją wylosowała. To naprawdę działa bardzo prosto. – Szeroki uśmiech wypłynął na jego lekko pooraną zmarszczkami twarz. Z bliska były wyraźnie widoczne, choć mężczyzna nie mógł mieć więcej niż czterdzieści parę lat. Nie ujmowało mu to w żaden sposób, a wręcz czyniło bardziej przystojnym i interesującym. – Zmiany, jeśli naprawdę okażą się niezbędne będą dokonywane w miarę postępu prac. Ten miesiąc będzie bardzo pracowity i wielu z was będzie musiało tu wracać kilkakrotnie, bo przecież nikt nie oczekuje, że wszystko rzucicie na cały miesiąc i będziecie do naszej dyspozycji.
– Proszę państwa. To naprawdę wszystko jest wyjaśnione w waszych grafikach – wtrącił twardo i dużo bardziej chłodno Parker Kimrey. Trochę niższy, ale dużo potężniej zbudowany niż swój towarzysz roztaczał wokół nich aurę opanowania i zdecydowania. Kładąc dłoń na łokciu Rodneya powstrzymał go przed odpowiedzią na pośpiesznie rzucane pytania. – Na wszystko będzie czas. Proszę się rozgościć w hotelu. Zjeść, odpocząć. Przejrzeć swoje plany, a kto jeszcze nie ma wylosowanego partnera proszę to jak najszybciej zrobić. Nasi pomocnicy są do waszej dyspozycji. Bardzo łatwo ich rozpoznacie – wskazał swoją pomarańczowo–zieloną plakietkę. – Każdy z naszych pracowników ma odpowiedni identyfikator i zdolność udzielenia wam wszelkiej pomocy, której możecie wymagać. Jeśli nie będą umieli pomóc, będą wiedzieli, do kogo państwa skierować. – Ostatecznie i stanowczo zdymisjonował wszystkich.
Lekko zdenerwowani mężczyźni i ciekawsko zerkające na nich kobiety mimo wszystko musieli się poddać, widząc, że już nic więcej nie wskórają. Ostatecznie nawet nie do końca wiedzieli, o co pytać, nie znając swoich zadań. Kręcąc głowami i szepcząc między sobą gorączkowo, zaczęli rozchodzić się po sali. Dopiero teraz Maddock dostrzegł, że podobnych grup utworzyło się znacznie więcej. Każda otaczała mężczyznę lub kobietę z zielono–pomarańczowej koszulce z napisem na plecach „tłumacz” i narysowanymi małymi flagami. Niska blondynka miała ich imponującą ilość, ale nie zdołał dojrzeć ilu językami władała. Wyglądało jednak na to, że wszystko było pod kontrolą. To się nazywa planowanie do przodu. Był pod wrażeniem.
Rodney cicho rozmawiając z Parkerem, zaczęli zmierzać do bocznego wyjścia, z zamiarem opuszczenia pomieszczenia. Maddock jednak był zdeterminowany i nie zamierzał się poddać. Choćby dlatego, że kilka minut wcześniej przyglądając się Parkerowi dostrzegł, że jego nazwisko jest dokładnie takie samo jak nazwisko jego tajemniczego partnera. To nie mógł być przypadek, nie przy jego zdumiewającym szczęściu do pakowania się we wszelkiego typu tarapaty.
– Przepraszam – zawołał przyśpieszając kroku, aby dogonić mężczyzn. Nawet nie dostrzegł, że ktoś podąża jego śladem. Miał zbyt wiele na głowie, aby zwracać na kogokolwiek uwagę. – Mogę zamienić słówko panie Kimrey? – zapytał bez mrugnięcia okiem na zniecierpliwione spojrzenie, które wołany organizator rzucił mu przez ramię. – Ja tylko zajmę sekundę.
– Słucham? – zapytał w końcu Parker po kuksańcu od przyjaźnie uśmiechającego się Rodneya.
– Witam – zaczął Maddock biorąc głęboki wdech. Był zadowolony, że jego dłoń drżała naprawdę nieznacznie, kiedy wyciągnął ją na powitanie do swoich rozmówców. – Nazywam się…
– Wiemy, kim pan jest panie Sheffield… złoty medalista ostatnich mistrzostw halowych na sto metrów w sprincie, brąz w sztafecie cztery razy czterysta metrów. Proszę mi wierzyć, jestem fanem, to prawdziwa przyjemność móc pana gościć. Zwłaszcza, że zdecydował się pan wspomóc swoim udziałem nasz szczytny cel. – Przerwał mu Rodney, dość entuzjastycznie potrząsając wyciągniętą ręką.
Oczywiście, że wiedział, jakże mogłoby być inaczej. Ponownie spinając się wewnętrznie Maddock skinął mu lekko głową.
– Cóż, trudno odmówić panu siły perswazji. To było zaproszenie nie do odrzucenia… – Maddock właściwie nie do końca był pewien czy udało mu się ukryć nutkę wyrzutu w głosie, choć wiedział, że powinien był. Ostatecznie wszyscy znaleźli się tutaj w słusznej sprawie. Jak było z tym polemizować i nie wyjść na totalnego dupka? Rodney i Parker musieli również zdawać sobie z tego sprawę, bo żaden nawet nie ukrywał wypływających im na usta uśmiechów. – Rozumiem, że wszystkiego dowiem się z czasem, ale jedno jednak mnie trapi. Pańskie nazwisko – zwrócił się bezpośrednio do niższego z mężczyzn, nie mając siły na owijanie w bawełnę i cackanie się.
Parker spojrzał na niego, z zaciekawieniem wysoko unosząc brwi.
– A cóż w nim takiego interesującego? – zapytał ostrożnie, nie całkiem pewien czy chce znać odpowiedź. Był dobrze znany w gronie bankowców, inwestorów i przedsiębiorców, a jego głośny i brzydki rozwód odbił się echem we wszystkich kręgach społecznych. Nawet nie chciał wspominać tego czasu.
Wzdychając głęboko i dość nerwowo przeczesując palcami swoje ciemnoblond włosy Maddock, odparł na tyle spokojnie na ile to było możliwe w danej sytuacji:
– Otóż takie samo nazwisko nosi osoba, którą wylosowałem. – Wyciągnął dłoń z kartonikiem w stronę zaskoczonego mężczyzny. Dwoje komicznie rozszerzonych oczu lepiło w niego wzrok. Ciut rozbawiony Maddock dodał cicho: – Miałem nadzieję, że może mi pan wskazać, któż to może być…
– Cóż… – zaczął Parker ostrożnie, rzucając nerwowe spojrzenie ponad ramieniem Maddocka. – Darnell Kimrey…
– To byłbym ja – odparł głęboki, niski głos tuż nad uchem niczego niespodziewającego się sportowca.
Zaskoczony i wystraszony w pierwszym momencie Maddock, praktycznie wyskoczył na pół metra w górę. Stres całego dnia skumulował się w nim w tym jednym momencie do takiego stopnia, że zdenerwowany i rozdygotany teraz wręcz trząsł się od środka. Gdyby nie pasek, zimny pot spływałby mu po tyłku. Zły, odwrócił się na pięcie jednocześnie wpadając na, nie całkiem już nieznajomego z ich poprzedniej kolizji. Ten sam leniwy, trochę kpiący uśmiech czający się w kącikach, niezaprzeczalnie przystojnego Darnella Kimreya, był jak cios w splot słoneczny i doprowadził krew Maddocka do wrzenia, choć za nic na świecie nie umiałby usprawiedliwić swojej tak intensywnej reakcji.
– Ty! – rzucił oskarżycielsko, niezdolny zapanować nad miksem emocjonalnym rozpierającym go od środka. Potrzebował ofiary i ta właśnie mu się napatoczyła w postaci aroganckiego aktora.
– Ja! – Przytaknął mężczyzna z kpiarskim uśmiechem. Zanim jednak Maddock miał możliwość zareagowania w jakikolwiek sposób, ten zwrócił się do swojego brata wyraźnie drwiąc z niego. – Wychodzi na to, że twój idealny system losowania ma wady.
– To nie możliwe! – zaprotestował lekko pogubiony w całej sytuacji Parker. Obserwacja reakcji obu mężczyzn na siebie wciągnęła go na tyle, że w pierwszej chwili nie pojmował, co jego brat mógł mieć na myśli. Ten jednak wyśmiał go.
– Dlaczego w takim razie, ja i on w tym samym czasie wylosowaliśmy kogoś innego?
Cała trójka jak na zawołanie spojrzała na kolejny tekturowy bilecik pojawiający się, jak z rękawa magika, w dłoni Darnella. Mężczyzna jednak nie miał zamiaru tak zwyczajnie skrócić ich męki i zasłonił kciukiem nazwisko na nim widniejące.
– To jest nie możliwe – wymamrotał ponownie Parker pozostając w wyraźnym stanie szoku. Nawet Rodney skrobał się po głowie nie do końca znajdując logiczne wyjaśnienie dla tej nieoczekiwanej okoliczności.
– A może jest możliwe, bo losowaliśmy dokładnie w tym samym czasie? – Zastanowił się na głos Maddock właściwie nie do końca wiedząc, o czym mówił. Wiadomo było, że dane wprowadzane do komputera mogły napotkać różne przeszkody, a biorąc pod uwagę młody wiek, ach–jakże–entuzjastycznych asystentów obsługujących poszczególne stoiska, wszystko mogło się zdarzyć.
– Istnieje taka możliwość, a przynajmniej to jedno z ewentualnych wyjaśnień – wymamrotał z zastanowieniem Rodney już kalkulując w głowie. Parker z kolei wyglądał jakby miał przewrócić się na miejscu, uginając się pod ciężarem wszystkich potencjalnych komplikacji mogących wypłynąć z większej ilości takich błędów. Przez chwilę Maddock mu nawet współczuł. Nie trwało to jednak dość długo, żeby musiał się przejmować tym, iż już całkiem tracił rozum. Tym bardziej, że organizator otrząsnął się praktycznie natychmiast, prostując jak strzała.
– Muszę to naprawić! – oświadczył, ponownie obracając się na pięcie, aby podążyć tam gdzie gnał go kolejny obowiązek. Darnell widocznie jednak miał inne plany, bo uśmiechając się dość arogancko zapytał:
– Nie chcesz wiedzieć, kogo wylosowałem? – Ton jego głosu wystarczył, aby wbić Parkera w ziemię. Prawie obawiając się, mężczyzna spojrzał twardo na brata przez ramię, pozwalając swojemu milczeniu być bardziej wymownemu niż setce słów, które cisnęły mu się na usta. Darnell mimo wszystko nie miał zamiaru dać się zbyć tak lekko, tym bardziej, że w jego głowie już formował się pomysł, za który dałby wiele, aby wprowadzić go w życie. – Chyba trzeba znaleźć dla tej osoby zastępstwo…
– Po prostu wróci do puli… – Parker oczywiście od razu miał rozwiązanie. Maddock jednak miał wrażenie, że jego partner miał całkiem inny pomysł, bo ewidentnie zbyt dobrze się bawił wnosząc po jego minie i ironicznie uniesionych brwiach.
– Jesteś tego pewien? – Nie próbując nawet ukryć uśmiechu, Darnell kpił w żywe oczy z Parkera. Zanim jednak gwałtownie czerwieniejący na twarzy mężczyzna miał możliwość wybuchnąć, Rodney zganił spojrzeniem przemądrzałego, młodszego brata, ucinając dalszą słowną przepychankę. Nie chcąc najwyraźniej podpaść pierwszemu po Bogu w całym tym przedsięwzięciu, z niemałą satysfakcją, Darnell pokazał swoim towarzyszom nazwisko na białym kartoniku.
Rodney Sterling.
Cisza, jaka zapadła na chwilę była wręcz nierealna i Maddock właściwie na siłę musiał stłumić chęć rozejrzenia się dookoła, aby upewnić się, że nie zostali nagle jakimś cudem sami na ogromnej sali. Szybko jednak parsknięcia, protesty i zaprzeczenia posypały się od dwóch protestujących działaczy i niesamowita atmosfera prysła jak bańka mydlana.
– To niemożliwe…
– Jakaś pomyłka!
– Błąd…
– Trzeba to wyjaśnić!
Parę sekund zajęło Maddock’owi połapanie się w całej tej nerwowej paplaninie. Nie do końca łapał gdzie w tym wszystkim był zawarty żart, ale wyglądało na to, że przynajmniej Darnell bawił się dobrze.
– Nie mam pojęcia, co się stało, ale Rodney nie może brać udziału w akcji… – oznajmił stanowczym i już dużo bardziej opanowanym tonem Parker. Przytakując samemu sobie przy okazji głową, jakby chciał się upewnić, że ma absolutną rację. Przecież nie było żadnej innej opcji.
– A to dlaczego? – Darnell oczywiście nie zamierzał się poddać, a i sam Maddock nagle zaczął być bardzo ciekawy odpowiedzi.
Po raz kolejny zapadła niezręczna cisza, kiedy Rodney i Parker wbili spojrzenie w niesfornego partnera Maddocka. Ich miny nie były pochlebne.
– Jestem organizatorem, po łokcie zarobionym i trzymającym to wszystko w garści. Chyba nie sądzisz, że moje uczestnictwo w tej sytuacji wyjdzie komukolwiek na dobre? – odparł w końcu Rodney tonem tak pełnym cierpliwości, że Maddock musiał się skrzywić. Darnell równie dobrze mógłby być pięciolatkiem, sądząc po sposobie, w jaki się do niego zwracał.
Rozglądając się przesadnie dookoła, aktor zrobił niewinną minę rozszerzając oczy zabawnie.
– Z tego, co widzę masz tłumy pomocników, współtwórców i pomysłodawców. Człowiek nie może mrugnąć, ażeby się nie potknąć o któregoś. Nie podejrzewam, że wszystko runie, jeśli weźmiesz udział w sesji zdjęciowej czy filmiku.
– To bez sensu – zaprotestował Rodney potrząsając głową. Zmarszczki wokół jego ust tylko się pogłębiły, kiedy zagryzł wargi, jakby próbował się powstrzymać przed tym, co mogło wymknąć mu się niezamierzenie. Jego stanowisko dawno temu nauczyło go, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem.
– Ależ to ma wielki sens. Kto jak nie ty powinien wspierać swoją twarzą całą akcję?
– Darnell przestań. – Cicho zgonił brata Parker. Wydawał się być zażenowany całą tą jakże niekomfortową sytuacją. – Nie masz pojęcia ile mamy pracy. – Dopuszczenie do siebie wizji występującego Rodneya z Darnell’em, to było dla niego za dużo najwyraźniej.
– Nie mniej jednak wszyscy poświęcamy się dla wyższego dobra, prawda? – Kontra była natychmiastowa. Wyglądało na to, że bracia mieli wiele doświadczenia w takich dyskusjach i choć Maddock nie znał ich, po samych ich minach miał pewność, że żaden nie zamierza szybko ustąpić. Jak na razie w jego opinii Darnell miał wiele racji. Wszyscy w taki czy inny sposób znaleźli się tutaj pod presją. Jak nie własnego sumienia i honoru, to przyjaciół, środowiska czy agenta. – Myślę, że to by dobrze wpłynęło na morale uczestników, gdy sami organizatorzy czynnie zaangażowali się w udział.
– Nie ma na to czasu. Trzeba by wiele zmienić, dopasować, przearanżować. Musielibyśmy wymyślić nowy plan dla Rodneya… – Niechętnie, ale Parker wydawał się rozważać tę niespodziewaną opcję, cały czas w głowie szukając dobrej wymówki. Zamyślona mina jego współtowarzysza też nie pomagała mu się uspokoić i z niepokojem cały czas zerkał na stojącego przy nim mężczyznę.
– Może jednak… – Wolno i niechętnie Mr Sterling przyjął do wiadomości, że nowe zadanie zostanie wepchnięte w jego bardzo już napięty grafik. Źle by wyglądało, gdyby zaczął się uchylać od tak ważnego obowiązku. Ostatecznie sam naciskał na innych, nie miał prawa od siebie wymagać mniej.
– Zwariowałeś! – zaprotestował Parker spontanicznie i dość emocjonalnie, zanim jego przyjaciel miał możliwość dokończyć myśl. Jego reakcja była właściwie automatyczna, a rozum dopiero próbował pojąć, dlaczego mężczyzna w ogóle rozważał na poważnie taką możliwość. Zdumiony patrzył wobec tego na niego, nie wierząc własnym uszom. Opanowując się resztką sił, zaatakował swojego brata, w duszy winiąc go za całe zamieszanie. –  Niepotrzebnie robisz zamieszanie. Ty masz partnera. Maddock Sheffield wylosował plan dla was i twoje nazwisko. Po prostu dostosuj się do grafiku i wszystko będzie dobrze. Rodney ma milion obowiązków i nawet z moją pomocą, i reszty wspierających nadal jesteśmy zapracowani po kokardki. Raz w życiu mógłbyś dać spokój!
– Właśnie bracie. – Darnell w ogóle nieprzejęty krytyką uśmiechnął się szeroko. Błysk w jego oczach posyłał ciarki niepokoju po plecach zebranych. – Z twoją pomocą Rodney da sobie radę ze wszystkim. Wiem, że zaplanowaliście całość perfekcyjnie wręcz ze szwajcarską precyzją. Przewidzieliście każdą opcję… upsss… prawie każdą. Poradzicie sobie i z niespodzianką. Ja mam partnera z planem… – Dość obcesowo przyciągnął Maddocka do swojego boku, łapiąc go za rękaw. Zaskoczony sportowiec nie miał czasu nawet zaprotestować. – A w twoje kompetentne ręce oddaję mój plan i Rodneya. – Śmiejąc się cicho przycisnął karteczkę do piersi brata poklepując go przy tym przyjacielsko. Sekundę później wielki fioletowy folder również był przyciśnięty do klatki piersiowej oburzonego, prychającego Parkera. – Wszyscy musimy walczyć o wolność, równość i sprawiedliwość… – zaintonował z emfazą, jednocześnie zbierając się do odejścia. Zamierzał mieć ostatnie słowo, o co nie było trudno, zwłaszcza, że jego towarzysze gapili się na niego z lekko rozdziawionymi ustami. Nawet Maddock dał sobą sterować, niezdolny do jakiejś racjonalnej reakcji. Zwyczajnie w najśmielszych snach nie zdołałby wymyślić takiego scenariusza.
– Darnell nie masz pojęcia, co robisz – wycedził wściekły, zarumieniony Parker. Nie pomogło również przenikliwe, trochę pytające spojrzenie, jakie rzucił mu nagle Rodney. W rzeczywistości trudno było wyczytać cokolwiek z jego miny, ale i tak Parker czuł się nagle jak przyszpilony owad pod mikroskopem. Doprawdy wyzwanie od przyjaciela było ostatnią kroplą przelewającą kielich goryczy. Miał ochotę udusić tego aroganckiego dupka swojego brata.  Głośny gwizd zagłuszył dalszy ciąg jego wypowiedzi. Zresztą wszystko wyparowało z głowy Parkera, kiedy oniemiały spojrzał na gwiżdżącego Darnella.
W uszach Maddocka zadzwoniło. Podminowany i lekko wystraszony nagłym dźwiękiem wbił łokieć w brzuch większego mężczyzny i odskoczył na metr, praktycznie bojąc się, co ten dureń znów wymyślił. Nie chciał być kojarzony z tym durniem, a już z całą pewnością nie zamierzał dać się wplątać w pokręcone pomysły aktora.
– Mili państwo – Darnell Kimrey wyraźnie czuł się w swoim żywiole, gdy wszyscy spojrzeli w jego kierunku. Zanim Parker zdołał go powtrzymać, oświadczył głośno i radośnie. – Pogratulujcie naszym organizatorom i inicjatorom tego wspaniałego projektu, Rodneyowi Sterlingowi i Parkerowi Kimrey’owi, gdyż zdecydowali się na osobisty udział w projekcie. Czy to nie wspaniały gest?
Brawa zagłuszyły przekleństwa Parkera i wymuszony śmiech Rodneya. Uratowały też Darnella przed długą i bolesną śmiercią.
 W tym jednym momencie Maddock był właściwie na sto procent pewien, że preferował trzymać się od swojego partnera z daleka, tak długo jak to będzie fizycznie możliwe.
– Och, nie rób takiej miny bracie – Darnell poklepał ponowie Parkera po piersi, śmiejąc mu się w nos. – Są rzeczy ważne i ważniejsze. Priorytety, bracie. Trzeba mieć priorytety.

***

Chichocząc cicho pod nosem Darnell wymknął się z sali, nie czekając aż piekło rozpęta się na dobre. Zostawił nawet własnego partnera na pastwę losu. Czuł satysfakcję z tego, że mógł przytrzeć nosa swojemu idealnemu, niewzruszonemu bratu. Kochał go i podziwiał, nic jednak nie zmieniało faktu, że uwielbiał rywalizację, która od lat między nimi się toczyła. Czyniło ich to normalnymi, przeciętnymi braćmi, takimi jak w większości rodzin. Dla siebie nie byli popularnym aktorem i nadzianym, ustosunkowanym dyrektorem jednego z największych banków w kraju. Byli sztywniakiem i upierdliwym młodszym bratem. I o to mu chodziło. Choć oczywiście w życiu by się do tego nie przyznał głośno. Ich miłość była gorzko–słodka.
Zresztą, mina Parkera z przed pięciu minut była bezcenna. Nie potrafił się zmusić do nawet cienia wyrzutów sumienia. Wszak wszyscy mieli się poświęcić w imię wyższego dobra, prawda? Dlaczego tylko on miał z siebie robić idiotę?
Bez zastanowienia rozejrzał się za najkrótszą drogą do baru. Małe grupki i pojedyncze osoby bez przerwy przemierzały wielki hol hotelu. Mógł się założyć, że większość to byli uczestnicy akcji. Najwyraźniej nie tylko on miał jeden odczuwał nieprzemożną potrzebę przepłukania gardła. Rozumiał ich aż za dobrze. Kilka drinków musiało pomóc na jego nadal lekko przysmażone nerwy. Sam nie wiedział, czemu się tak stresował. Grał już różne role. Tym razem po prostu zagra wyrozumiałego, wspierającego i troszczącego się o innych samarytanina, rozumiejącego cierpienie mniejszości. Pestka.
Lepiej jednak było się zabezpieczyć. Dżin z tonikiem zdecydowanie nie mógł mu w tej sytuacji zaszkodzić.
Obracając się na pięcie Darnell z impetem wpadł na klnącego, wściekłego Maddocka Sheffielda, stojącego tuż za jego plecami. Facet chyba musiał go śledzić, bo gdzie by się nie obejrzał tam było go pełno.
– Jezu, znowu ty – parsknął pod nosem z irytacją. Zdecydowanie jeszcze nie był gotów na stawienie czoła swojemu partnerowi. Tym bardziej, że przystojny młody sportowiec niejako z wyższością patrzył na niego, choć to Darnell był dobre sześć centymetrów wyższy. Sfrustrowany mężczyzna swoje schludnie przycięte ciemne włosy w tym momencie miał już wyraźnie potargane i na policzkach pokazywał mu się pierwszy lekki zarost. Jasne oczy cięły jak lasery, a pełne różowe usta zmieniły się w cienką linię idealnie odzwierciedlającą jego niezadowolenie.
– Chyba powinniśmy pogadać – zauważył mężczyzna tak kostycznym tonem, że Darnell nie zdołał zapanować nad grymasem.
Pięknie, trafiła mu się maruda. Mogli sobie podać rękę z Parkerem. Ten wieczór zaczynał być coraz lepszy.
– Ja zmierzam do baru, możesz się przyłączyć i gadać, aż mi uszy nie odpadną, o ile nie będzie ci przeszkadzało, że ja będę zajęty piciem. – Nie czekając na odpowiedź aktor ruszył do wejścia na salę restauracyjną. Biorąc pod uwagę tłum już tam walący przez dwuskrzydłowe drzwi, wręcz żałował, że nie namyślił się wcześniej. Ludzie na serio wyzbywali się wszelkiej kultury, kiedy ktoś stał między nimi, a ich wybraną trucizną.
Mamrocząc niepochlebne inwektywy pod nosem, wystarczająco jednak głośno, aby Darnell usłyszał, Maddock niemrawo podążył za nim.
Darnell skrył uśmiech. Może będzie miał więcej ubawu niż na początku podejrzewał. Mały sportowiec wydawał się być trudnym przeciwnikiem, a już z całą pewnością nie lubił się naginać do cudzej woli. Jaka szkoda, że go to w ogóle nie wzruszało. 
– Gadaj! – zażądał Darnell, nawet nie patrząc na swojego towarzysza, za to dość entuzjastycznie przywołując do siebie atrakcyjną barmankę. Postawił na swój najbardziej czarujący uśmiech i jak zwykle bez pudła zadziałało, bo kobieta z uroczym rumieńcem podeszła do nich, pomijając kilku klientów po drodze. – Dżin z tonikiem, podwójny – zamówił głośno. Rzucając szybkie spojrzenie w stronę swojego towarzysza, zapytał z kurtuazją: – Coś dla ciebie?
Zaciskając usta na chwilę, Maddock wyglądał jakby miał zamiar wychłostać aroganckiego aktora słownie, zadziwiająco szybko jednak nad sobą zapanował.
– Poproszę wodę mineralna z cytryną. – Na kpiące spojrzenie, jakie rzucił mu Darnell dodał cierpko: – Nie piję alkoholu…
– Oczywiście, że nie – przytaknął ironicznie aktor. – Twoje ciało z całą pewnością jest świątynią… – Drocząc się, mężczyzna całkiem nieświadomie przysunął aprobującym wzorkiem po smukłej, wysportowanej sylwetce biegacza. Nie trudno było dojrzeć gładkie, twarde niczym postronki mięśnie ud pod ciasnymi skórzanymi spodniami. Czarna sportowa marynarka również idealnie podkreślała długi, idealnie zdefiniowany tors. Nikt nie mógłby się dopatrzyć choćby grama zbędnego tłuszczu na ciele sportowca. Suma Sumarom nie dziwne było, że mężczyzna dbał o swoje kompaktowe, idealne ciało. Każdy powinien cenić taki dar.
Otrząsając się ze swoich przemyśleń, Darnell oderwał spojrzenie od kształtnej klatki piersiowej ukrytej pod srebrnoszarą koszulą i uniósł głowę tylko po to, aby się przekonać, że jego towarzysz przygląda mu się pytająco z wysoko uniesioną ciemną brwią. Najwyraźniej był zaskoczony skrupulatną lustracją Darnella, bo szare oczy wręcz go prześwietlały. Cóż miał powiedzieć? Sam był zdumiony, udając więc nonszalancję wzruszył ramionami, nie do końca pewien czy Maddock dał się nabrać. Sam siebie nie nabrał. Walcząc z rumieńcami, jak plaga prześladującymi go tego dnia, szybko odwrócił się do nadal czekającej barmanki. Siląc się na szeroki uśmiech zażądał:
– Dżin dla mnie i woda dla pana… – Zbierając się w sobie i z całych sił próbując nie myśleć, dlaczego przed chwilą otwarcie podziwiał ciało innego mężczyzny, Darnell postanowił pozbyć się swojego partnera. Przynajmniej na jakiś czas. Nie długi. Wystarczający, aby się upić. Potem już wszystko będzie zdecydowanie łatwiejsze. – Czy nasza rozmowa jest tak ważna, że musi się odbyć już teraz? – zapytał drętwo, nic nie robiąc sobie z ostrzegawczo zwężających się oczu Maddocka. – Może zwyczajnie chcesz mnie lepiej poznać? Zdarza mi się to cały czas. Sława i tak dalej… – Tak, oczywiście, robienie z siebie jeszcze większego palanta niż do tej pory zdecydowanie mu pomoże. Wyglądało jednak na to, że Darnell był samospełniającą się przepowiednią. Otwierał usta i już działo się dokładnie to, czego obawiał się w swoich najgorszych przypuszczeniach.
– Bynajmniej –  padła cicha, cierpka odpowiedź. Maddock nie był pod najmniejszym wrażeniem. Nie, wnosząc po jego zdegustowanej minie. – Oddałeś swój grafik, więc czy chcesz czy nie, musisz użyć tego samego scenariusza, który wylosowałem ja. Chcę się tylko upewnić, że będziesz przygotowany.
Śmiejąc się Darnell potrząsnął głową nad powodami, którymi najwyraźniej stresował się jego nowy przyjaciel.
– Bez obaw. Będę zwarty i gotowy. Jak zawsze zresztą – oświadczył buńczucznie, w głębi duszy postanawiając sobie, że zrobi co w jego mocy, aby jeszcze wywrzeć wrażenie na swoim partnerze. Nie żeby miał coś do udowodnienia. Zwyczajnie uwielbiał być doceniany. Nienawidził też, kiedy ludzie z góry zakładali, że wiedzą o nim wszystko i że go znają wystarczająco dobrze, aby wyrabiać sobie o nim zdanie.
Jednym haustem pochłonął zawartość swojej szklaneczki i natychmiast zasygnalizował barmance, żeby pośpieszyła z kolejną.
– Może, oczywiście odrywając się od swojego fascynującego zajęcia na kilka minut, mógłbyś załatwić sobie swój program? – Zauważył sucho Maddock instynktownie zaciskając dłoń na szklance wody. Wyraźnie niezadowolony z tego, że Darnell go ignorował, próbował zachować spokój i opanowanie. Bardzo szlachetnie, ale nadal Darnell'owi było bardzo wszystko jedno z tego powodu. Dodatkowo bawiło go poniekąd, że jego towarzysz za wszelką cenę chciał zachować między nimi przyzwoitą odległość, ale kilkadziesiąt osób, stłoczonych wokół nich i próbując się dostać do baru, znów ich spychało razem.
Szczerząc zęby w zbyt szerokim uśmiechu Darnell wyciągnął Maddock’owi z ręki niebieski folder i od niechcenia go kartkując drugą ręką wyjął komórkę. Sekundę później już łączył się z pierwszym numerem, jaki widniał na górze strony.
– Witam, moje nazwisko Darnell Kimrey, chciałbym prosić o dostarczenie do mojego pokoju… mmm… 219, kopi grafiku moich zajęć na najbliższe dni. Mój partner to Maddock Sheffield, tak… tak podejrzewałem, że to nie będzie żaden problem… dziękuję. – Dwie minuty później uradowany jak pięciolatek wręczył marszczącemu brwi Maddock’owi jego prospekt, lekko uderzając nim przy tym mężczyznę w pierś. Zanim tamten zdołał jakkolwiek zareagować, Darnell znów pochłonął swojego drinka. Miał dobre tempo. Może zdąży się znieczulić zanim jego zdegustowany przyjaciel zmusi go do przeczytania scenariusza, który mają odegrać.  – Widzisz? Problem załatwiony. Czy coś jeszcze cię kłopocze? Nie, to przepraszam, ale chciałbym dać szansę temu wspaniałemu dżinowi sponiewierać mnie…
– Rozumiem – wymamrotał Maddock wyraźnie zrażony tak obcesowym traktowaniem. Darnell miał jednak problem z wykrzesaniem, choćby odrobiny entuzjazmu czy sympatii. Mózg mu stawał na samą myśl, co go czekało podczas najbliższych dni. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę był tam i miał zamiar wziąć udział w tym szaleństwie. Wkurzało go, że jego towarzysz wydawał się to znosić o wiele lepiej. Dezaprobujące, chłodne spojrzenie przyszpilające go do barowego stołka, też nie pomagało. Zrobił więc to, co wychodziło mu najlepiej. Zignorował problem. Nie zdziwił się więc, kiedy mężczyzna obracając się na pięcie odszedł rzucając przez ramię beznamiętne: – Dobranoc.
Z westchnieniem ulgi Darnell pochłonął kolejnego drinka. Czuł się jakby zyskał trochę cennego czasu zanim będzie musiał zacząć myśleć o tym co go czekało.

Wspierając się ramieniem o ścianę i sunąc wolno opustoszałym, oszczędnie oświetlonym korytarzem, Darnell dotarł do swojego pokoju grubo po drugiej w nocy. Wcale się nie zdziwił, że zajęło mu to kilka godzin. W końcu przydarzało mu się to wystarczająco często, aby już się nie dziwił. Szkoda, że na tym etapie upojenia alkoholowego już nie umiał wmówić sobie, że to jego aktorskie życie tego od niego wymagało. Image, który musiał utrzymać. Był zdegustowany sobą i mdliło go niemiłosiernie. W głowie mu szumiało, a w kieszeni palił go numer telefonu ponętnej barmanki. Wiedział jednak, że Paker oskórowałby go żywcem, gdyby wylądował z nią w łóżku. Bezemocjonalny seks z nieznajomymi był na życiowej liście Parkera wielkim NIE–NIE. Zawsze też niezawodnie wiedział, gdy młodszemu, mniej doskonałemu bratu zdarzyło się zbłądzić.  
Z drugiej strony Darnell też już od kilku lat nie bardzo potrafił wykrzesać z siebie wystarczająco dużo energii, aby wdawać się w przygody na jedną noc. Chyba robił się za stary. To wymykanie się rano, te dziwne krepujące próby pozbycia się nieznajomej z łóżka, zaczynało wymagać zbyt wiele wysiłku i kreatywności, na którą nie chciało mu się zdobywać. Seks, który miał być bez zobowiązań, po wszystkim okazywał się, wymianą usług. Bo przecież, dlaczego nie miałby zrobić użytku ze swoich znajomości w branży filmowej? Zazwyczaj za tym podążały repertorium wymówek i litania pretensji, kiedy odmawiał. To wszystko był frustrujące i odstręczające. Miał zwyczajnie dość. Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego flirtował i dlaczego w ogóle wziął podsuniętą mu serwetkę z numerem. Stare przyzwyczajenia najwyraźniej umierają wolno.
Wzdychając ciężko zsunął marynarkę z ramion wcale nie kłopocząc się tym, że upadła na podłogę. Nienawidził bycia wbijanym na siłę w garnitury. Parker – przy entuzjastycznej pomocy jego agentki Ann – jednakże zwyczajnie ubraliby go własnoręcznie, gdyby godnie nie zaprezentował się na spotkaniu. Spodnie i skarpetki podążyły za odkopniętymi butami. Zdjęcie krawatu to była prawdziwie zaciekła walka. Przy rozpinaniu koszuli czuł się tak zmęczony, że ledwie mógł powłóczyć nogami. Automatycznie włączające się światło raziło go w oczy, nie miał jednak dość energii, aby włączyć lampkę na nocnej szafce i zgasić górną lampę. Dobre pięć minut, walcząc z jedwabnymi, czarnymi bokserkami, debatował czy właściwie wziąć prysznic czy olać go i zwyczajnie zwalić się na wielkie, zapraszająco wyglądające łóżko. Ostatecznie mlaskając z obrzydzeniem, Darnell zmusił się do umycia zębów i szybkiego prysznica. Wiedział, że inaczej rano czułby się jakby go coś wywlekło ze śmietnika. Miał nie małe doświadczenie w tej kwestii.
Przeciągając się wolno, spróbował zrelaksować swoje napięte mięśnie i rozciągnąć jakby zbyt ciasną skórę. Zawsze tak się czuł w stresowych sytuacjach. Morze dżinu nie mogło tego zmienić. Nie żeby nie próbował mimo wszystko. Trochę zataczając się wpełzł do kabiny i wspierając się plecami o chłodne kafelki, pozwolił strumieniom opływać jego ciało. Letnia woda pomogła mu otrzeźwieć trochę. Co prawda nigdy nie upijał się do nieprzytomności, dość krępujące wspomnienia były aż za dobrą nauczką, ale i tak zazwyczaj połapywał się, że miał o jeden kieliszek za dużo jak już go wypił.
W chwili, w której zorientował się, że jego mózg zaczynał wykazywać pierwsze oznaki pracy, wyskoczył z pod natrysku z mocnym postanowieniem, że nie będzie się nad sobą rozczulał tylko grzecznie pójdzie spać.
Pobieżnie się wycierając, nago powędrował do lodówki umieszczonej przy barku w swoim pokoju. Miał nadzieję, że znajdzie tam wodę mineralną, bo doskonale wiedział, że rano w ustach będzie miał Saharę. Mijając stolik na środku pokoju jego wzrok padł na znajomo wyglądający wielki folder porządnie położony na blacie. Twarz Maddocka Sheffielda stanęła mu z miejsca przed oczyma. To bystre, przeszywające spojrzenie i pełne usta zaciśnięte w ciasną kreskę. Jednym spojrzeniem sportowiec odzierał go z warstwy kłamstw i złudzeń, które co dzień na siebie nakładał.
Długi, cierpiętniczy jęk wyrwał mu się z gardła, co nie pomogło na nagle formujący się u podstawy jego czaski ból głowy. Miał nadzieję umknąć rzeczywistości, ta jednak atakowała go znienacka w najmniej spodziewanym momencie.
Bez względu na to jednak jak długo i soczyście by bluzgał, nic nie zmieniało faktu, że musiał stawić czoła temu, co go czekało. Równie dobrze mógł to zrobić wcześniej niż później. Uczenie się skryptów przychodziło mu łatwo i niejednokrotnie robił to ledwo widząc na przekrwione oczy z dudniącym bólem głowy.
Wracając do łóżka wziął złowieszczy pakunek pod pachę i wślizgując się pod chłodną kołdrę położył go przy sobie. Po długich minutach kontemplowania niebieskiej okładki w absolutnej ciszy, Darnell zebrał się w sobie, aby przełączyć górne światło na nocną lampkę i z determinacją ujął klaser w dłonie.
Pięć minut później tylko jedno słowo cisnęło mu się na usta.
– Cholera…




Rozdział trzeci

– Cholera – zaklął Maddock cicho obracając kolejną kartkę scenariusza. Pomimo zdenerwowania rytm jego biegu nie zmienił się ani o włos. Zbyt wiele lat ćwiczeń nauczyło go jak zaprogramować swoją rutynę tak, aby komponowała się ze wszystkim innym, co robił. To też, używając bieżni w siłowni hotelu, bez problemu mógł przeglądać notatki przed nim rozłożone na pulpicie przyrządu.
Jego wielozadaniowość nie pocieszała go jednak w tym momencie, bo z każdą stroną zaczynał mieć coraz większe wątpliwości czy zdoła podołać czekającemu na niego zadaniu. Od dwóch dni nie robił nic innego jak tylko chodził po studio nagraniowym znajdującym się niedaleko hotelu i przyglądał się pracom nad projektem. Oczywiście to był dopiero początek i wielu uczestników wróciło do domów. Niektórzy jednak jak on, zostali, aby móc się zaznajomić ze wszystkim. Przygotować do występów.
On sam i jego tajemniczo nieobecny partner mieli pierwsze zdjęcia robić dopiero nazajutrz, co dawało mu poniekąd więcej czasu na przygotowywania, ale i tak w dalszym ciągu był przerażony.
Wiele z osób, które brały udział w pierwszych klipach i nagraniach było dość znanych na całym świecie i Maddock nie mógł nadziwić się ich uczestnictwu. Kłóciło mu się to z tym co wiedział z doświadczenia o sławnych i bogatych. Może był uprzedzony ze względu na swoje własne doświadczenia, ale bardziej skłonny był wierzyć, że każdy uczestnik doskonale wiedział, na co się pisze od samego początku. Dla niektórych popularność była wszystkim, z całą pewnością, więc nie mogli zrezygnować z przychylności, jaką mogło im przynieść branie udziału w tak ważnym przedsięwzięciu. Walka o dobro ludzkie i sprawiedliwość była chyba na szczycie priorytetów większości normalnych ludzi. Poświęcenie się w imię większego dobra było jak instant–aureola nad głową. Każdy, kto miał choć deko przyzwoitości musiał to docenić.
Przeciwnicy wciąż stawiali zacięty opór, zmieniając wszystko w brzydką, brudną walkę. Zakłamaną, nieczystą przepychankę bez zasad i reguł. Każdy chwyt był dozwolony, każda zagrywka była fair. Tylko że, nie. Jedna strona cierpiała, a inna zwyczajnie się pastwiła szukając wymówek pozwalających im odebrać innym prawa, które uważali za im przynależące i posługując się absurdalnymi argumentami; od praw natury poczynając, a na religii kończąc, próbowali znaleźć naiwnych, którzy to kupią. Atak trwał na wielu frontach, to też Sterling z jego brygadą postanowili odpowiedzieć w ten sam sposób. Była ograniczona ilość głupoty, którą dało się swobodnie przełknąć zanim stawała się niestrawna i uciążliwa.
Tak czy inaczej uczestniczący wydawali się być jednakowo bardzo zaangażowani w całą sprawę. Można by podejrzewać, że wręcz rywalizowali, kto będzie lepszy, milszy, pomocniejszy. Każdy nagle chciał się wykazać. Może to ta atmosfera podekscytowania i ważności całego projektu pomagała im się skupić na pracy, a może profesjonalna pomoc i fachowa obsługa, zapewniona przez twórców projektu. Trudno to było określić Maddock’owi, bo większość czasu nie miał pojęcia, o co chodziło w całym zamieszaniu, które towarzyszyło zdjęciom i filmowaniu.
Było wiele tłumaczenia, poprawek, poklepywania po plecach z wyrozumiałością. Była też złość i frustracja występujących. Nad wszystkim jednakowoż górowały ekscytacja i napięcie. Wszyscy – od ekipy poczynając, na uczestnikach kończąc – wydawali się chodzić jak na zastrzykach z adrenaliny. Co prawda Maddock miał okazję być świadkiem sprzeczek przed pewnymi ujęciami, zanim jednak dany problem zdołał eskalować, był skutecznie zażegnywany, a opierający się ulegał namowom ekipy, która cierpliwie i wyczerpująco tłumaczyła, dlaczego musi być tak, a nie inaczej.
Praktycznie oniemiały Maddock patrzył jak przed jego oczyma odgrywały się scenki żywcem z życia wzięte. Była złość, gorycz, łzy. Rozpacz i cierpienie tak dobrze ukazane, że w nim samym obudziły się turbulencje uczuć. Obawiał się, że nie będzie potrafił wystarczająco dobrze odegrać swojej roli. Że nie sprosta wymaganiom. Tym bardziej, że nawet nie był pewien, którą z postaci ma grać, bo jego partner od siedmiu boleści, zwyczajnie zniknął, zostawiając mu lakoniczną wiadomość w recepcji, że się z nim skontaktuje.
– Powinienem był się domyślić, że tutaj cię znajdę. – Ochrypły, pełen wyrzutu głos Darnella zaskoczył Maddocka tak bardzo, że ten prawie spadł z bieżni. Facet zjawił się jakby zmaterializowany jego myślami.
– Jezu! – Tylko jakimś cudem nie wrzasnął, jednocześnie chwytając się nieporadnie drążków, aby złapać balans. Krew uderzyła mu do głowy i czuł jak całą pierś, i szyję zalewa mu krwisty rumieniec. Wiedział, że był spocony i zaczerwieniony z wysiłku, i Darnell nie miał szans na dostrzeżenie różnicy, ale to wcale nie znaczyło, że czuł się mniej niezdarnie. Nie mógł uwierzyć, że aktor zdołał go wytropić i do tego tak podejść.
– Spokojnie, przepraszam. – Darnell z dłońmi wciśniętymi w kieszenie obscenicznie ciasnych jeansów, skórzanej kurtce opinającej szerokie ramiona i z łobuzerskim uśmiechem na nieogolonej twarzy, stał patrząc na niego z niedowierzaniem, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z jawnego oburzenia biegacza. – Nie chciało mi się wierzyć, że katujesz się na siłowni o szóstej rano, ale recepcjonista wysłał mnie tutaj. – Drapiąc się po głowie i mierzwiąc jeszcze bardziej swoje włosy, Darnell dodał z autoironią. – Nie przemyślałem sobie tego, gdy poprosiłem, aby mnie powiadomili, kiedy wstaniesz. Jezu, jesteś masochistą…
– Nie przypominam sobie, żebym prosił cię o towarzystwo. Czuj się wolny, aby odejść w każdej chwili! – żachnął się Maddock w odpowiedzi. No, może trochę głośniej niż zamierzał, ale czuł się usprawiedliwiony. Boleśnie skrzywiona mina Darnella zdecydowanie poprawiła mu humor.
– Sadystą też – poskarżył się trący skronie aktor.
Ciśnienie Maddocka podskoczyło natychmiast pod sam sufit. Nie mógł uwierzyć w bezczelność swojego pseudo partnera. Nie tylko miał czelność przerywać najważniejszy punkt jego dnia, ale jeszcze miał pretensje do niego. Szczyt szczytów.
Praktycznie taranując stojącego z kwaśną miną mężczyznę, wkurzony zeskoczył z urządzenia i zaczął nerwowo wycierać kark ręcznikiem. Czuł się zmęczony, klejący i cuchnący. Nie miał ochoty nawet rozmawiać z tym człowiekiem, a już szczególnie, że poczuł się przez niego jak oferma. Sama jego obecność tutaj rujnowała mu spokój. Zrobił więc wszystko co w jego mocy, aby zignorować intruza.
Zamyślony i skupiony, praktycznie zamknięty we własnym świecie nawet nie dostrzegł, gdy wielki brutal wyrósł tuż przy nim, a nienawidził, kiedy ktoś przerywał jego ćwiczenia. Od prawie dwudziestu lat, to był dosłownie rytuał dla niego. Moment absolutnej równowagi między jego ciałem i umysłem. Mógł wszystko i był zdolny do każdego wysiłku w tej jednej ulotnej chwili. Uwielbiał to uczucie. Kiedy ktoś się wdzierał w takim momencie w jego umysł, to było jak bolesny cios w splot słoneczny. Wówczas Maddock zdolny był do strasznych czynów. Niestety większość z nich była nielegalna i bardzo karalna, a zbyt wiele lat poświęcił na zapanowanie nad swoim temperamentem, aby teraz dać się sprowokować wyraźnie przepitemu, skacowanemu aktorowi.
– Został nam jeden dzień, aby przedyskutować nasz występ – kontynuował Darnell absolutnie niezrażony oziębłym potraktowaniem. Miał grubą skórę latami hodowaną, mały foch Maddocka nie robił na nim wrażenia.
Maddocka niemniej taka nonszalancja mierziła niepomiernie. Wściekły, miał ochotę rzucić się do gardła większemu mężczyźnie, znając życie jednak wiedział, że ten najpewniej nawet nie zrozumiałby powodu. Przełykając więc przekleństwa, zapanował nad sobą resztką sił. Był z siebie bardzo dumny.
– Cieszę się, że ostatecznie znalazłeś miejsce w swoim bardzo napiętym planie dnia  – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Tak się jednak składa, że nie mam czasu w tej chwili.
– Spokojnie, możemy umówić się na śniadanie… – Widząc lodowate spojrzenie swojego rozmówcy Darnell dodał spokojnie: – Lunch? Obiad może? Nie? To już z całą pewnością będziesz musiał zjeść kolację…
– Nie, dziękuję.
– Co? Czemu? – Darnell wydawał się prawdziwie zaskoczony odmową.
– Możemy darować sobie wątpliwej przyjemności kolację w swoim towarzystwie i po prostu zdecydować tu i teraz, który z nas będzie odtwarzał, którą postać. Jeśli potem zwyczajnie będziemy trzymali się swojego scenariusza wszystko powinno pójść jak z płatka. – Obracając się na pięcie Maddock zaczął pakować swoje rzeczy do torby sportowej, z którą nie rozstawał się od lat. Potrzebował zajęcia dla rąk, bo dosłownie nie ręczył za siebie. Miał nadzieję, że udało mu się ukryć zdenerwowanie, ale wiele wiary w to nie pokładał.
Ostatecznie, któż mógł go winić za to, że automatycznie reagował w towarzystwie tego człowieka? Dwa różne światy kolidowały ze sobą za każdym razem, gdy się spotykali. Aby to dostrzec wystarczał jeden rzut oka. Bogaty, znany aktor zachowujący się jak pępek świata i niepozorny, sportowiec skoncentrowany na karierze, co w rzeczywistości po prostu oznaczało intensywne treningi i zawody. Z drugiej strony nigdy nie był zbyt dobry w kontaktach z ludźmi. Właściwie był odludkiem, a jego wymówką była ciężka praca nad karierą. Miał wrażenie, że to jego instynkt zmuszał go do obronnej postawy. Czego nienawidził z całego serca. Nie był już grubym, nieporadnym chłopcem, który przegrywał każdy konkurs popularności ze wszystkimi Darnell’ami świata. Był odnoszącym sukcesy sportowcem. Czemu w obecności pewnych siebie, nadętych palantów znów miał ochotę zaszyć się gdzieś w ciemnym kącie albo przebiec kilka kilometrów, nie myśląc o niczym?
– Dla mnie bomba – rzucił Darnell, nieświadom mętliku emocjonalnego swojego partnera. Wzruszając ramionami obojętnie oświadczył spokojnie. – Ty będziesz Jasonem, a ja Keith’em, nie ma problemu.
 Nie wierząc własnym uszom Maddock obrócił się gwałtownie na pięcie, patrząc z niedowierzaniem na swojego towarzysza. Tego już było za wiele.
– Nie, dzięki. Ja zagram Keitha – oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu. Miał dosłownie ochotę zgrzytać zębami, ale tylko zacisnął szczęki powstrzymując kolejne cisnące mu się, o wiele mniej kulturalne, słowa. Bezczelność Darnella nie znała granic. Nie żeby miał coś przeciwko odgrywaniu geja pierwszy raz przyznającego się do swojej orientacji. Chodziło o pryncypia i bezczelne założenie jego partnera, że on tak zwyczajnie obróci się brzuchem do góry i po prostu zgodzi na to, co tamten zarządzi. Długo nie, a potem wcale.
Mrugając z zaskoczenia przystojny aktor przez moment wyglądał jak uderzony obuchem. Najwyraźniej nie często ktoś mówił mu „nie”. Niewątpliwie lekki klaps w ego zrobi mu dobrze.
– Cóż… założyłem, że nie będziesz miał nic przeciwko… – zaczął wolno, jakby nie wierząc, że w ogóle musi przeprowadzać tę rozmowę. Gorzej, argumentować swój wybór.
– Ale mam.
– Przejrzałem cały scenariusz i generalnie znam go już na pamięć.
– Tym lepiej…
–  Dlatego też wiem, że postać Keitha pasuje do mnie jak ulał.
– A do mnie nie? Chciałbym wiedzieć, po czym to wnosisz? – zapytał Maddock sarkastycznie, zarzucając torbę na ramię i zmierzając do wyjścia, nie bardzo zainteresowany tym czy Darnell w ogóle za nim podąży. Właściwie miał nadzieję, że zostawi go w spokoju.
Niestety nie miał tyle szczęścia.
– Cóż, nie mówię, że nie pasuje – zaprzeczył szybko aktor. Jego przystojna twarz była mieszaniną wyrozumiałości i niefrasobliwości. Niebieskie oczy błysnęły jednak niebezpiecznie, kiedy wcisnął się do windy za Maddock’iem. – Mówię tylko, że po przeczytaniu wszystkiego, bardzo utożsamiłem się z tą postacią.
– Ja też.
– Jak się domyślasz mam sporo doświadczenia…
– Tym bardziej nie powinieneś mieć problemu z zagraniem kogokolwiek – przerwał mu Maddock dość obcesowo, zmierzając pustym, o tak wczesnej porze, korytarzem do swojego pokoju. Modlił się, aby znaleźć się jak najszybciej w swojej sypialni i wskoczyć pod prysznic. Przed nim szykował się długi dzień, a już był zmęczony. Zazwyczaj po treningu był naenergetyzowany i orzeźwiony, gotów przenosić góry, dziś czuł się jakby go ktoś skopał.
– Nie mam problemu z żadną postacią! – Oburzył się większy mężczyzna, bez trudu doganiając szybko idącego sprintera, dzięki swoim długim nogom. – Wiem jednak jak wykorzystać swoje atuty przy odgrywaniu takiej postaci. Po zapoznaniu się z tekstem uważam po prostu, że lepiej nadaję się do tej roli.
– A ja uważam inaczej – stwierdził bez mrugnięcia okiem Maddock, niecierpliwie czekając aż mężczyzna zejdzie mu z drogi i będzie mógł otworzyć drzwi pokoju.
Darnell jednak nie łapał subtelności twardo blokując mu dostęp. Gorzej, opór chyba go tylko zachęcał, bo wymachując rękami nieskładnie, zaczął argumentować na swoją korzyść.
– Nie widzę powodu, dlaczego mamy stwarzać problem gdzie go nie ma. Tym bardziej, że osobiście uważam, że postać Jasona jest o wiele ważniejsza, rzekłbym kluczowa…
– Bierz ją, jest twoja.
– Psychicznie nastawiłem się, że zagram Keitha, to niemal moje alter ego.
– Och, obawiam się, że jedyne ego, jakie wchodzi tu w grę to twoje… wybujałe ego – odparł Maddock, dość obcesowo przepychając się do drzwi. Walcząc o opanowanie przesunął kartą–kluczem przez elektroniczny czytnik zamka, jednocześnie próbując nie wyglądać jakby uciekał. Darnell wręcz napierał na niego, stojąc krok za nim. Tylko drzwi dzieliły go od świętego spokoju. – Jesteś aktorem, udawanie geja nie powinno być dla ciebie żadnym problemem… chyba że… – rzucił długie, taksujące spojrzenie przez ramie swojemu partnerowi – problemem jest dla ciebie fakt, że możesz być utożsamianym z tą rolą potem…
Ciało Darnella naprężyło się jak cięciwa, a szczęka zacisnęła tak mocno, że widać było jak mięśnie pracują pod jego opaloną, lekko pokrytą zarostem, skórą. W oczach odbijał się chłód stali, co było zaskakujące przy jego niebieskich niczym letnie niebo tęczówkach. Wyraziste brwi rozdzielała wyraźna, groźnie wyglądająca zmarszczka. Przez moment Maddock pożałował swojej prowokacji, z drugiej strony kłamstwem byłoby gdyby zaprzeczył, że sam o tym nie pomyślał. Reakcja jego partnera wiele mogła mu zdradzić. Cokolwiek było w tym momencie lepsze niż nic.
– Jedno nie ma nic wspólnego z drugim.
– Nie? A to bym się nabrał. – Tak, Maddock musiał przyznać, że miał problem z odpuszczeniem, kiedy już ktoś nastąpił mu na odcisk.
Źrenice Darnella zwęziły się ostrzegawczo, a spojrzenie stało się lodowate.
– Nie mam uprzedzeń…
– Ale geja nie chcesz grać.
– Sam też nie wyglądasz na chętnego, aby zagrać Jasona – odparł po chwili Darnell z naciskiem. Opanowanie przywdział jak maskę, i w tym momencie był panem swoich reakcji. Ostoja spokoju i rozsądku.
Maddock mógł mu tylko pozazdrościć. Cóż, gdyby się przejmował, a nie przejmował się w najmniejszym stopniu.
Stając w otwartych drzwiach, spojrzał w oczy Darnella z wyzwaniem.
– Nie powiedziałem, że nie chcę zagrać Jasona – oznajmił spokojnie. – Powiedziałem tylko, że chcę zagrać Keitha, a to jest zasadnicza różnica. A teraz wybacz, zajęty jestem. Spotkamy się jutro w studio, o siódmej, jeśli mnie pamięć nie myli – dodał już praktycznie zamykając drzwi przed nosem prychającego Darnella. Sama mina zaskoczonego aktora dała mu wiele satysfakcji. Nie powinna, ale dała.

***

Wystawanie pod drzwiami pokoju wrednego, znanego sportowca –  kilka kliknięć w klawiaturę laptopa uświadomiło Darnella bardzo szybko w tym temacie  – w wielu krajach było z całą pewnością karalne jako prześladowanie, nie mniej nadal nic nie było w stanie ruszyć go ani o centymetr. Wsparty ramieniem o framugę drzwi zdeterminowany był zaczekać, a potem podążyć śladem swojego wyniosłego partnera.
Owszem zadziorny biegacz zaskoczył go poniekąd swoją odmową i dosadnym postawieniem swojego punktu widzenia, nie znaczyło to jednak, że Darnell miał zamiar tak łatwo się poddać. Postać Jasona była skomplikowana i denerwująco osobista. Otwarta na ludzi i ich zachowania. Bezbronna. Dużo lepiej czuł się jako silny, twardy przyjaciel, który ma się wykazać w trudnej sytuacji. Nie był ideałem i nie pretendował na jednego, co urzekło Darnella, kiedy czytał tekst. W swojej karierze odgrywał już strażaków, strażników, nawet opiekunów i z takimi postaciami chciał się utożsamiać. Były proste. Oczywiste. Wiedział, co robić i jak reagować.
Z drugą postacią było inaczej. Znalezienie się w tak bezradnej, odsłoniętej pozycji zwyczajnie włączało mu wszystkie dzwonki alarmowe na raz. Mógł się zmusić do odegrania dzielnie stawiającego czoła światu Jasona, ale czy musiał, skoro to była tylko i wyłącznie kwestia dogadania z upartym partnerem?
Och, a że zamierzał się dogadać, to nie było dwóch zdań. Jeszcze nikt nie oparł się jego chłopięcemu urokowi i sile perswazji. Mierziło go, że mężczyzna zdawał się być odporny do tej pory. Nie żeby faktycznie spędzili ze sobą jakiś znaczący czas. Pięć sekund po spotkaniu zazwyczaj zaczynały latać iskry. Złość i irytacja walczyły o lepsze z rozsądkiem. W umyśle Darnella tylko jedno było wytłumaczenie, dlaczego nie umieli znaleźć wspólnego języka już od pierwszego momentu. Cała ta akcja wzbudzała zbyt wiele emocji i stresu, i wszyscy wydawali się być w pełni gotowości bojowej, na wszelki wypadek.
Kalkulując sobie cicho ile jeszcze czasu zajmie Maddock’owi wzięcie prysznica i wyjście z pokoju, przestąpił z nogi na nogę, klnąc na swoje obolałe ciało. Nie miał pojęcia, dlaczego poprzedniego dnia dał się namówić Parkerowi na pomoc w urządzaniu kuligu dla jego córki i jej przyjaciółek. Śnieg jednak tak pięknie wyścielał całą okolicę, świąteczne dekoracje wręcz wyskakiwały z każdego kąta, a ulice były opatulone śnieżnobiałym puchem, że żal było zmarnować okazję. Sceneria po prostu jak z bajki. A że Parker był maniakiem robienia zdjęć swojemu skarbowi z każdej okazji, jaka się nawinęła, Darnell musiał zapanować nad rozwrzeszczaną, nadaktywną grupką siedmiolatek z workami słodyczy. Szkoda, że nikt go nie uprzedził, że zostanie mianowany bałwanem na końcu i skończy w stercie śniegu. Wszyscy mieli ubaw. Wszyscy oprócz niego. On miał siniaki na całym ciele, potężnego guza, zranioną dumę i wiele kompromitujących zdjęć, które zrobił mu Parker.
Bez pudła już mógł stwierdzić, że to będzie długa i zacięta walka, aby je odzyskać. Tym bardziej, że miał jakieś niejasne podejrzenie, że to była zemsta jego brata za wrobienie go w występy.
Cóż, nadal warto było…
Opatulony w kraciasty szal i granatową puchową kurtkę Maddock wyszedł z pokoju wpatrując się z roztargnieniem w telefon. Kiedy po chwili jego spojrzenie uniosło się z nad urządzenia i padło na cierpliwie czekającego Darnella, usta rozdziawiły mu się z zaskoczenia, a oczy praktycznie wyszły z orbit. Ciemne rumieńce zalały gładko wygoloną, przystojną twarz biegacza.
Jak za każdym razem jednak mężczyzna pozbierał się szybko i mrużąc szare oczy groźnie przyjrzał się Darnell'owi, mierząc każdy jego ruch podejrzliwie.
– Czy chcę wiedzieć, dlaczego czaisz się pod moimi drzwiami? – zapytał tonem nie pozostawiającym wątpliwości, że nie, w gruncie rzeczy, nie chciał wiedzieć. Darnell uśmiechnął się szeroko, błyskając idealnymi zębami.
– Czekam na ciebie.
– Tyle to wydaje się być oczywiste. Nie rozumiem jednak, dlaczego?
– Musimy porozmawiać – zaczął Darnell spokojnie, gotów zrobić, co w jego mocy, aby nie dać się sprowokować tym razem. Był aktorem do cholery, w razie czego mógł udawać opanowanie.
Pusty, przykry dla ucha śmiech Maddocka był jednak jak policzek i lata fundamentów kunsztu aktorskiego Darnella, ot tak, zaczęły się trząść w posadach.
– Teraz doszedłeś do wniosku, że musimy porozmawiać? – zakpił niższy mężczyzna z niedowierzaniem kręcąc głową. Rozbawienie szybko zniknęło jednak z jego twarzy. – Jaka szkoda, że nie mam dla ciebie czasu.
– Czyli to taka forma zemsty, za to że cię spławiłem tego pierwszego dnia? – zapytał Darnell nonszalancko, wpadając w krok tuż przy swoim towarzyszu. Może szczerość będzie szybszą, mniej skomplikowaną drogą na dotarcie do tego upartego człowieka?
– Jaasneee…
Maddock nawet się nie obejrzał na podążającego za nim jak cień aktora. Widać jednak było jak wiele wysiłku kosztuje go zachowanie spokoju. Zaciśnięte do białości pięści mimo wszystko zdradzały jego emocjonalne wzburzenie.
Cóż, wyglądało na to, że nie należał do fanklubu Darnella. Mógł i z tym się uporać.
– Nie zaczęliśmy najlepiej, ale to nie znaczy, że nie możemy podejść do projektu jak profesjonaliści – zaczął spokojnie po raz setny. Wolno i ostrożnie chwycił dłoń Maddocka, dziabiącego z frustracją guzik przywołujący windę, i lekko ją ściskając zwolnił, aby raz, ale skutecznie, nacisnąć na przycisk. Na szczęście był zbyt zajęty, aby w tym momencie analizować, dlaczego to zrobił. Musiał się skupić na ważniejszych problemach. Między innymi jak wyperswadować sztywno stojącemu przy nim partnerowi, aby ten nie uszkodził jego przystojnej twarzy, na co niechybnie tamten miał chęć, bo wręcz potrząsnął dotkniętą dłonią, jakby przepełzło po niej coś oślizgłego. Nie miał pojęcia, dlaczego mężczyzna tak wyraźnie go nie znosił. Jego, uosobienie dobrego humoru i przyjacielskości. Duszę każdego towarzystwa. Po za tym nic mu nie zrobił… jeszcze. – Mamy zadanie do wykonania. Warczenie na siebie nie pomoże.
– Udawanie, że się przyjaźnimy w rzeczywistości, również nie pomoże nam udawać lepiej, że się przyjaźnimy na niby… – burknął Maddock wchodząc do windy i zaplatając ręce na piersi. Mina Darnella musiała jednak być tak komiczna, że ostatecznie westchnął z frustracją, wyraźnie walcząc z wypływającym mu na usta cierpkim uśmiechem. – Dobra, to zabrzmiało idiotycznie, ale wiesz o co mi chodzi.
Darnell zamrugał niewinnie spoglądając w oczy Maddocka.
– Nie mam pojęcia, dlaczego nie możemy zaprzyjaźnić się naprawdę?
Oniemiały biegacz wręcz rozdziawił usta. Chwilę potem zaczął chichotać.
–  Proszę cię, chyba sam w to nie wierzysz? – zapytał z podejrzliwością i kpiną. Widząc nadąsaną minę swojego towarzysza, znów się roześmiał. – Ty chyba lubisz mieć pod górkę! – stwierdził ostatecznie, kręcąc głową z niedowierzaniem. Sekundę później wypadł z windy, zmierzając do wyjścia, jednocześnie sygnalizując konsjerżowi, aby wezwał mu taksówkę.
Darnell patrzył jak mężczyzna z determinacją zmierza do drzwi ucinając ich rozmowę, niezawodnie nie potrafiąc wymyślić tak naprawdę żadnego konkretnego powodu, dlaczego nie istniała szansa, aby się zaprzyjaźnili czy choćby zaznajomili. Zwyczajnie „bo nie” nie wystarczyło. Zamierzał więc przycisnąć swojego opornego partnera. Jeśli był wściekły, bo przedtem nie udało mu się przyciągnąć uwagi Darnella, to teraz z całą pewnością będzie miał jej w nadmiarze. Jeszcze zapragnie się od niego uwolnić.
Podążając niestrudzenie za swoją ofiarą, Darnell przeklął cicho własną głupotę żałując, że nie był cieplej ubrany. Jego gruba, zimowa kurtka – jedyna jaką ze sobą zabrał – przemokła jednak na wylot poprzedniego dnia i dlatego teraz znów narażał się na odmrożenia. Miał tylko cichą nadzieję, że gdziekolwiek udawał się jego towarzysz będzie ciepło. Zapinając swoją ukochaną skórzaną kurtkę pod szyję i opatulając się bardziej kołnierzem grubego swetra, wyszedł na oblodzony chodnik, w porę, aby dostrzec Maddocka wsiadającego do taksówki. Nawet się nie zastanawiając wślizgnął się do samochodu, zanim mężczyzna zdołał zamknąć drzwi.
– Co ty do diaska robisz? – Oczy biegacza ciskały pioruny, kiedy Darnell spróbował umościć się wygodniej. Wskakując bez ostrzeżenia praktycznie wpakował się na kolana drugiego pasażera. Długie nogi i obolałe ciało też nie pomagało.
– Towarzyszę ci, gdziekolwiek się udajesz, bo mamy nierozstrzygniętą kwestię naszego występu i niewiele czasu.
– Było więcej trzy dni temu, oh albo dwa dni temu – prychnął Maddock.
– Byłem zajęty…
– Teraz ja jestem zajęty. Wysiadaj! – zażądał otwierając drzwi na oścież od strony Darnella.
Ten jednak zwyczajnie zamknął je posyłając szeroki, olśniewający uśmiech zaniepokojonemu kierowcy.
– Rozumiem, dlatego zamierzam ci towarzyszyć, może nawet na coś się przydam.
– Chyba kpisz! Wysiadaj.
Biorąc głęboki wdech Darnell spojrzał na Maddocka z powagą.
– Nie poddam się, rozumiesz. Równie dobrze możesz się z tym pogodzić już teraz i ruszyć, gdziekolwiek się udawałeś.
Prychając pod nosem Maddock usiadł z ramionami zaplecionymi na piersi, wyraźnie się dąsając. Wydymając swoją dolną pełną wargę wyglądał jednocześnie uroczo i zabawnie jak mały chłopiec, i po raz pierwszy dotarło do Darnella, że jego nowy, niezbyt chętny, przyjaciel nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat, plus–minus dwa lata. W oczach zbliżającego się do trzydziestki aktora to było niewiele.
– Nie przyszło ci na myśl, że mogę być umówiony? – zapytał w końcu zirytowany biegacz, rzucając zniecierpliwionemu kierowcy polecenie, aby zawiózł ich do centrum.
Być może śmiech Darnella był nie na miejscu, zwłaszcza, że mężczyzna znów wyglądał jakby chciał go zabić, ale zwyczajnie nie potrafił się powstrzymać. Od dawna nie miał takiego ubawu i frajdy. Jego partner zwyczajnie był niesamowity ze swoją zadziornością i uporem.
– Nie wierzę, że masz spotkanie – powiedział wolno, już po pierwszych słowach widząc, jak niebezpieczne błyski zapłonęły w szarych oczach. Tłumiąc śmiech dodał cierpliwie: – Bez zastanowienia powiedziałeś, że jesteś zajęty, a nie, że jesteś umówiony, to jest odruch. Taka niewielka różnica, a jednak całkiem inne znaczenie…
Przez długą chwilę w kabinie panowała absolutna cisza po hardym stwierdzeniu Darnella. Trudno był określić, o czym myślał jego towarzysz, ale wydawał się bardzo intensywnie zastanawiać nad czymś, co trochę go niepokoiło. Z tego nie mogło wyjść nic dobrego.
– Wydaje ci się, że taki sprytny jesteś? – zapytał Maddock, zerkając na niego przez zadziwiająco długie, gęste rzęsy. Kiedy Darnell nie zdołał ukryć pełnego satysfakcji uśmieszku, odpowiedział mu swoim dużo bardziej sardonicznym. – W takim razie przechytrzyłeś samego siebie, bo właśnie zostałeś mianowany tragarzem. Wybieram się na przedświąteczne zakupy.
Długi i gromki śmiech Maddocka echem odbił się w kabinie taksówki. Nawet wcale–nie–podsłuchujący kierowca lekko się uśmiechnął.
Duma Darnella doznała lekkiego uszczerbku, gdy poczuł, że blednie. Nieubrany na warunki pogodowe, obolały, w obcych mu zatłoczonych pasażach handlowych i galeriach – w jego dzienniku to był przepis na koszmar. Zwłaszcza, że jego czaszka nadal pulsowała jednostajnym, rytmicznym bólem.
Chwilę później już podążali zatłoczonym chodnikiem w stronę najbliższej galerii handlowej, dzięki poradzie taksówkarza. Zimno i przenikliwy wiatr chłostały zarośnięte policzki Darnella i nowa lista kreatywnych przekleństw formowała się w jego tętniącej głowie. Maddock dwa kroki przed nim, ciepło opatulony nawet nie obejrzał się za nim, co nie poprawiało mu humoru.
Tak, był rozpieszczonym bucem i lubił atencję, nigdy się tego nie wypierał. Nie leżało mu, że ktoś był zdolny tak całkowicie go zignorować. Już sto razy bardziej wolał ich słowne potyczki i scysje.
– Mamy jakiś konkretny plan czy zamierzasz obejść każdy kąt i sklep aż coś wpadnie ci w oko? – zapytał trochę bardziej sarkastycznie niż zamierzał, ale szczękające zęby nie pomagały w prowadzeniu konwersacji.
– Ja mam plan – odparł Maddock skręcając w pierwszy pasaż, gdzie znów rój ludzi wydawał się podążać w przeciwnym kierunku niż oni dwaj. – Ty. Nie mam pojęcia.
– Bardzo śmieszne – parsknął Darnell, przeklinając w niewybrednych słowach swoją głupotę. Mógł sobie siedzieć wygodnie w hotelu i zaczekać, aż jego zdeterminowany go wykończyć partner, wróci ze swoich wojaży.
Maddock odwracając się nagle na pięcie stanął tak szybko, że Darnell nie zdążył wyhamować i wpadł na niższego mężczyznę. Był miękki i ciepły w swojej zimowej kurtce i Darnell miał szaleńczą chwilę nieodpartego pragnienia, aby się przytulić, ale zaczerwieniona od mrozu twarz sprintera wydawała się zamknięta i wyzywająca.
– W każdej chwili jesteś wolny, żeby odejść. Nikt cię nie trzyma na siłę.
– Daruj sobie. To nie działa. – Wbijając twarde spojrzenie w swojego towarzysza Darnell potrząsnął lekko upartym mężczyzną. Co wyraźnie nie spodobało się mężczyźnie, bo nagle zmienił taktykę.
– Przeziębisz się – zauważył, cofając się nieporadnie o krok i prawie potykając na grudce lodu. Zanim jednak Darnell zdołał zareagować, tamten już stał na pewnych nogach jeszcze zwiększając między nimi dystans.
– Twa troska rozgrzewa me serce, ale nadal nie zamierzam wrócić do hotelu, chyba, że dojdziemy do porozumienia tu i teraz – stwierdził Darnell unosząc dłonie do góry w pokojowym geście.
– Do porozumienia?
– Tak.
Pstrykając palcami jakby doznał nagłego olśnienia Maddock stwierdził ironicznie:
– Masz na myśli to porozumienie, w którym ja po prostu zgodzę się na zagranie Jasona, a ty łaskawie dasz mi święty spokój? – Kiedy Darnell po prostu wyszczerzył milion zębów w uśmiechu, Maddock’owi para poszła uszami z wściekłości. Wysuwając szczękę do przodu, wycedził cicho: – Cóż, czeka cię długi dzień, kolego
Chwilę później znikał za drzwiami zakładu zegarmistrzowskiego.

***

Po trzech godzinach wyczerpujących zakupów Maddock nie był pewien czy bardziej był zirytowany, czy rozbawiony. Musiał przyznać, że prawie siny z zimna Darnell łatwo się nie poddawał. Z wdziękiem i wielkim, wkurzającym uśmiechem czarował wszystkie obsługujące ich sprzedawczynie i ich asystentki. W każdym sklepie udzielał pomocnych, aczkolwiek niepotrzebnych rad i z gracją słonia w składzie porcelany przyjmował kolejne pakunki, które wręczał mu Maddock. A w tym roku na serio się postarał. Można by nawet rzec, że lekko przesadził. Cóż, święta jednak zawsze miały na niego taki wpływ.
Zresztą, któż mógłby go winić za to, że ulegał tej całej magii? Dekoracje, choinki i śnieg były jak sygnał dla jego mózgu. Pora była na gorącą czekoladę, ajerkoniak i prezenty. Nawet zapachy miały na niego zadziwiający wpływ. O pięknych światełkach już nie wspominając. Zwyczajnie rozmiękczały go od środka. Był w stanie przyznać, że przyjemnie spędził czas na zakupach. Nieważne, co kupował i dla kogo. Mógł sobie na to pozwolić. Wystarczyła mu radość na twarzach obdarowanych, a wyobrażał ją sobie ilekroć dokładał coś do sterty zakupów. Darnell ze swoim nieprzemijającym dobrym humorem i sarkastycznymi uwagami wnosił pewien powiew świeżości, dodatkowego urozmaicenia. Oczywiście pomijając momenty, kiedy od nowa wymieniał listę absurdalnych powodów, dlaczego to on ma zagrać Keitha, czyli średnio, co piętnaście minut. Nie, żeby miał zamiar się przyznać do tego swojemu naburmuszonemu partnerowi.
– Dobrze. Wytłumacz mi jeszcze raz. Dlaczego nie kazałeś zwyczajnie przesłać tych pakunków do hotelu? – zapytał ponownie, lekko sapiący Darnell stawiając na podłodze swój balast, jak tylko drzwi kolejnego sklepu się za nimi zamknęły.
– To byłoby bezosobowe, a wtedy przedświąteczne zakupy straciłyby swój urok.
– Jasne. Dlatego to ja je wszystkie dźwigam? Żebyś ty mógł się czuć świątecznie i nastrojowo… – parsknął Darnell, trąc dłońmi, aby przywrócić w nich cyrkulację. Jego mina była mieszaniną cierpienia i determinacji. Oczami jednak skanował każdą półkę i wieszak. Ku jego rozpaczy, to był sklep odzieżowy. – Kupiłeś milion prezentów dla mamy, zilion dla kuzynów i srilion dla ich dzieci. Czego jeszcze tutaj szukasz? – zapytał z niedowierzaniem.
Śmiejąc się pod nosem Maddock sfinalizował swój zakup już w duszy się ciesząc. Prawda była taka, że nie potrzebował niczego więcej, ale miał co najmniej godzinę, żeby wrócić do zegarmistrza, po zegarek dziadka. Z Darnell’em na piętach nie bardzo wiedział jak zabić ten czas. Gdyby się go pozbył, a przy okazji choć części zakupów, byłby ustawiony i wreszcie miał święty spokój.
Odwracając się szybko od lady podszedł do niecierpliwie czekającego aktora i biorąc go całkowicie z zaskoczenia, wcisnął mu na głowę futrzaną czapkę. Była to imitacja głowy misia, włącznie z uroczymi małymi uszkami. Sekundy później miał brązowy szalik do kompletu, owinięty wokół szyi zdumionego mężczyzny, a w dłonie wcisnął mu przesłodkie rękawice w kształcie kudłatych łap.
– Nie mogę dopuścić, żebyś się przeziębił przed jutrem – rzucił śmiejąc się pierwszy raz tego dnia naprawdę szczerze. Zanim parskający, sapiący i mamroczący nieskładnie Darnell zdołał pokonać szok i coś wyartykułować, Maddock chwycił część pakunków z podłogi i ruszył do wyjścia. – Ruszaj się misiek. Nakarmię cię, skoro uparłeś się towarzyszyć mi. Umieram z głodu.
Musiał zaczekać dobrych pięć minut zanim zgarbiony, biedny Darnell wyczłapał ze sklepu z opuszczoną głową. Przedstawiał sobą wzruszający widok. Szkoda, ze Maddock nie kupował tego. Na plus musiał poczytać mu jednak fakt, że uszatą czapkę miał mocno naciągniętą na oczy, a szal ciasno zaciśnięty na szyi. Wielkie łapy trzymał opuszczone wzdłuż boków. Pakunki z całą pewnością znalazły własną drogę do hotelu, o co Maddock mógł się założyć.
Oczywiście miał rację, bo chwilę później uradowany asystent wybiegł ze sklepu i odbierając paczki Maddocka z wielkim uśmiechem, ponownie zniknął za drzwiami.
– Gdzie to obiecane jedzenie? – wyburczał, wyraźnie zdegustowany dobrym humorem Maddocka, Darnell, co oczywiście z miejsca wywołało nową salwę śmiechu.  – Czy wspominałem, że jesteś sadystą?
– Cóż… rozszyfrowałeś mnie.
Chwilę później siedzieli w świątecznie przystrojonej kafejce, gdzie z głośników sączyły się okolicznościowe piosenki, a w powietrzu unosił zapach jabłek z cynamonem.
– Och, skarbie – ucieszył się Darnell na pierwszy widok kelnerki podchodzącej do ich stolika. – Kawa. Poproszę dużo kawy. Stertę naleśników ze syropem klonowym. To na początek… później…
– Będzie lunch – wtrącił Maddock spokojnie. Nie miał zamiaru siedzieć tam całe wieki. Tym bardziej, że ich tymczasowe porozumienie wisiało na włosku. W końcu wróciłby temat występów, a to na sto procent wróżyło wojnę. – Dla mnie omlet z trzech białek, dwa tosty z ciemnego pieczywa i bekon z indyka… – Maddock zignorował pełne obrzydzenia parsknięcie swojego towarzysza i z uśmiechem oddał kartę zdezorientowanej lekko kelnerce. – Poproszę też wielką filiżankę gorącej czekolady. Z posypką cynamonową na wierzchu.
– Bekon z indyka? Proszę cię, to świętokradztwo, to obraza dla prawdziwego bekonu na całym świecie – zaprotestował Darnell, kiedy zostali sami. Wszystkie stoliki były zajęte wokół nich, więc panował niezły gwar, to też mężczyzna pochylił się nad małym stolikiem wymownie patrząc w oczy Maddocka.
On jednak nie zamierzał dyskutować na temat swoich zwyczajów żywieniowych z nim. Wystarczyło, że jego własny trener praktycznie cały czas siedział mu na tyłku, aby przestrzegał specjalnie dla niego przygotowanej diety. W okresie świąt to był dla nich obu bardzo drażliwy temat. Zdecydowanie więc odpadał, teraz kiedy miał zamiar delektować się swoim jakże zasłużonym przysmakiem. Właściwie nie miał pojęcia, o czym w ogóle mieliby rozmawiać. Chwycił się więc pierwszej myśli, która przyszła mu do głowy.
– Wypowiedział się facet w czapce z uszami – odparł nie mogąc sobie darować przytyku. Teraz co prawda czapka, rękawice i szalik spoczywały na krzesełku obok, ale i tak Maddock nie mógł się nadziwić, że tamten nie miał oporów ją włożyć. – Nie mogę uwierzyć, że nosiłeś tę czapkę i że nie przejmowałeś się, że ktoś cię rozpozna.
Parkając śmiechem, bardzo ciepłym, wesołym śmiechem, który zwracał na nich uwagę praktycznie wszystkich, Darnell odparł swobodnie:
– W tym mieście jest gazylion znanych osób i pewnie wszystkie są bardziej znane i/lub ważniejsze ode mnie. Znikam tu w tłumie. A zresztą widziałeś kiedyś, aby zainteresowanie zaszkodziło czyjejś karierze?
– Owszem, widziałem. – Nie chcąc jednak wracać do bolesnych wspomnień Maddock dodał kpiąco: – Jeśli ta czapka przyniesie ci sławę, no mam na myśli większą niż do tej pory, to chcę akredytację.
Prostując się dumnie, Darnell pogładził pieszczotliwie miękkie futerko, patrząc jednocześnie z wyrzutem na Maddocka, jakby obawiał się, że ten obrazi jego nowych przyjaciół.
– To bardzo ciepła czapka. Bardzo milusia w dotyku – zaanonsował kategorycznym tonem. W oczach miał jednak wesoły błysk, a szerokie usta, nieznacznie unosiły się w kącikach. Drapiąc się po zarośniętym policzku dodał po chwili krzywiąc się lekko. – A dwie i półgodziny temu z zimna moje jądra wpełzły do środka mojego ciała i odmawiają wyjścia. Zamierzam użyć tych rękawic, aby je wywabić na zewnątrz.
Krztusząc się i plując, Maddock spróbował przełknąć mały gryz pierniczka, który właśnie wziął. Leżały na stolikach, więc się skusił, teraz jednak żałował, bo łzy spływały mu po policzkach, a płuca paliły od drobinek, które dostały się do środka. Nie pomagała też mina starszej pani siedzącej przy stoliku obok z aprobatą wpatrującej się w Darnella z podejrzanymi rumieńcami na bladych, pomarszczonych policzkach.
– Jeeezu, dzięki za wizualizację. Mogłem żyć bez tego obrazu w mojej głowie – parsknął po chwili, z trudem odzyskując oddech. Był niemal pewien, że kawałki ciastka nadal wypadały mu z ust, kiedy mówił. – Może na gwiazdkę kupię ci kudłate bokserki – rzucił bez zastanowienia. Tym razem to Darnell zachłysnął się. Z twarzy nadal jednak nie schodził mu ogromny uśmiech. – Albo nie. Nie sądzę, aby robili tak wielkie… – Zanim jego towarzysz zdołał się nadąć, dodał szybko: – Żeby pomieściły twoje ego.  
– To już drugi cios w moje delikatne ego – zauważył aktor łapiąc się teatralnie za pierś. – Zaczynają się pokazywać pierwsze siniaki.
– Wątpię, aby coś mu zagrażało – odpowiedź Maddocka była automatyczna i poniekąd spowodowana szelmowskim uśmiechem i spojrzeniem „biednego żuczka”, które mu rzucił jego towarzysz. Trudno było w takich sytuacjach pamiętać, że z trudem znosił tego zarozumiałego człowieka. Nie można być wkurzonym, jeśli ktoś cię rozczulał, albo nie daj Boże, rozśmieszał. – Nie dopuściłbyś do tego.
– Och, nie wiem czemu tak surowo mnie oceniasz – zaprotestował jego towarzysz, z mrugnięciem oka przyjmując swój talerz od kelnerki, która wróciła, aby ich obsłużyć. Nie czekał jednak na odpowiedź tylko zaczął pałaszować stos naleśników, uprzednio topiąc je w litrze słodkiego syropu. – Pomyślałby kto, że mnie znasz, a nie wiesz o mnie nic istotnego, jak na przykład co lubię, jaki jestem w łóżku, albo czemu złamałem środkowy palec w wieku trzynastu lat…
Wtrącony lekko z równowagi Maddock zajął się swoim talerzem, aby zyskać czas na znalezienie jakiejś odpowiedzi. To co przychodziło mu na myśl najpierw, nie nadawało się do wyartykułowania.
– Powiedzmy, że mam pewne przypuszczenia. Zresztą kilka naszych spotkań jest niezłą podstawą do wysnucia wniosków na twój temat.
Pauzując na chwilę zajadanie się swoim daniem, Darnell spojrzał na Maddocka kontemplacyjnie. Otwarcie i skrupulatnie lustrując coraz bardziej nieswojo się czującego biegacza.
– To są pozory. Ulegasz pierwszemu wrażeniu jak wszyscy. Wyciągasz jednak pochopne wnioski. Nie masz pojęcia jaki jestem. Nic o mnie nie wiesz, a przynajmniej nie ode mnie. To chyba nie fair, prawda?
– Jesteś arogancki, pewny siebie ponad miarę i poniekąd egoistyczny. Nie można ci zarzucić, że bardzo to ukrywasz – odparował Maddock, odczuwając znów pierwsze zakradające się szpilki irytacji. Oczywiście, że wyciągał wnioski wnosząc po tym, co widział, a nie po tym, co wiedział. Ale czyż nie wszyscy tak robili? Zmuszając się do jedzenia, przyspieszył, żeby mieć ten coraz bardziej krępujący posiłek za sobą.  Tym bardziej, że Darnell robił mu lobotomię wzrokiem. Niebieskie oczy wydawały się prześwietlać na wylot każdą jego myśl, a nienawidził czuć się taki odsłonięty. Zresztą nie zamierzał się tłumaczyć. Nie lubił Darnella. Koniec. Czy jego powody były irracjonalne, czy merytoryczne nikogo nie powinno obchodzić. – Po za tym jesteś samolubem. Nie kupiłeś dla swoich bliskich ani jednego prezentu, choć dziś miałeś ku temu wspaniałą okazję. – Być może Maddock nie wiedział jak wielką rodzinę miał jego partner, ale z całą pewnością miał przynajmniej brata. Nie znosił ludzi, którzy czekali do ostatniego momentu z zakupami, a potem kupowali byle co, albo jeszcze gorzej, po prostu dawali pieniądze.
Chwilę trwało zanim cisza przebrzmiała po jego ostatnich słowach. Echo rozmów jakby zniknęło w tle tak jak i muzyka. Nagle byli tylko oni dwaj mierząc się spojrzeniami.
– Mówisz tak jakby to były wady – rzucił w końcu kwaśno Darnell, odsuwając swój pusty talerz i z ostrożnością próbując kawy. Na jego twarzy natychmiast wypłynął stan takiej błogości, że w Maddock’u pierwszy raz od lat obudziła się tęsknota za kawą, której nie pił od dawna.
– W moim świecie są. – Bez ogródek potaknął stwierdzeniu swojego towarzysza, unikając jednak patrzenia na niego. Nikt nie powinien czynić ze zwykłej czynności picia takiej orgii. Darnell nie tylko mruczał z ukontentowaniem i wzdychał, ale również zlizywał z boku naczynia każdą czarną kroplę, która zdołała mu uciec. Maddock miał nawet wątpliwości czy w ogóle interesowała go jego odpowiedź. Starsza pani, dwie kobiety z nią siedzące i facet obok wydawali się jak zahipnotyzowani za każdym razem, gdy różowy język Darnella z atencją prześlizgiwał się po świątecznie udekorowanym kubku. Zdenerwowany, bez jakiegoś racjonalnego powodu, Maddock chwycił się swojej filiżanki z gorącą czekoladą niepewny jednak czy zdoła przełknąć, choć jeden łyk. Z drugiej strony musiał zająć czymś ręce, bo dosłownie chwila dzieliła go od wyszarpnięcia naczynia z rąk swojego towarzysza.
– Ha! W niektórych sytuacjach życiowych to instynkt samozachowawczy rozwija w nas cechy potrzebne do przetrwania – odparł Darnell najwyraźniej wcale nie tracąc wątku. – Arogancja wynika z przekonania o własnej sile, pewność siebie z wiary we własne możliwości, a egoizm ze zwykłej chęci przetrwania. We wszystkim jednak potrzebny jest umiar. Choć tutaj trzeba wziąć pod uwagę, że każdy stosuje własną miarkę, powszechnie znaną, jako moralność. – Ostatniego z zarzutów nie zamierzał komentować. Co obchodziło Maddocka, że już od dawna miał dla swojej siostrzenicy i chrześniaczki w jednej osobie zamówiony domek dla lalek z mebelkami na zamówienie, aby pasowały do wystroju jej pokoju i jej mebli? Albo, że zrobił kolekcję albumów dla brata z tego miliona zdjęć, które non stop pstrykał? Nie musiał się usprawiedliwiać. Bawiła go jednak dyskusja z upartym partnerem. Na swój sposób był wyjątkowy. W jego kręgach mało było ludzi tak bezpośrednich o jasno sprecyzowanych poglądach. Nie świadom zawirowań emocjonalnych swojego towarzysza spojrzał na niego z mieszaniną dezaprobaty i wyrozumiałości. – Zapominasz też, że przecież jest „Jeden świat dla nas wszystkich”, czyż nie?
– W takim razie nasze krainy dzielą góry i doliny – wycedził w końcu Maddock zły na siebie, że nie może tak właściwie zarzucić słowom swojego towarzysza nic, co nie zakrawałoby na czystą obłudę. – Dla mnie to nadal są wady, tylko pięknie przystrojone. – Grunt to trwać przy swoim. Szkoda tylko, że teraz, kiedy miał pełną uwagę Darnella skierowaną na siebie, to nagle nie miał nic do powiedzenia. Mężczyzna pochylił się nad stolikiem, opierając łokcie na blacie i wspierając brodę na splecionych dłoniach. Długie nogi wyciągnął tak, że nogi Maddocka właściwie znalazły się między nimi. Ich stoliczek nagle drastycznie się zmniejszył. Niebieskie oczy rzucały mu wyzwanie. Spinając się w sobie i udając śmiałość, której nie miał nawet za grosz, zaczął wyłuskiwać swoje poglądy, aby nie było żadnych nieporozumień. – Arogancja nie wynika z przekonania o własnej sile, ale z tego, że danej osobie wydaje się, że jest silniejsza od innych. Że ma większą władzę, przewagę. Jeszcze nie spotkałem aroganta używającego własnej siły i/lub władzy dla czyjegoś benefitu – oświadczył stanowczo, a którym to stwierdzeniem wywołał uniesienie brwi Darnella. Nie zamierzał przestać, kiedy właśnie się nakręcił. – Pewność siebie jest dobra o ile nie wynika z przekonania o własnej racji w każdej sprawie. Często jednak, jest właśnie mylona z zarozumialstwem. Granica wydaje się czasem być zbyt cienka dla niektórych, więc zalecałbym ostrożność, bo łatwo się zapomnieć, zwłaszcza jeśli idzie w parze z arogancją. Niektórzy zwyczajnie nie dopuszczają do siebie faktu, że mogą się mylić i że nie zawsze mają rację. – Darnell skrył śmiech za nagłym kaszlem, ale nie przerwał podirytowanemu Maddock’owi. Och, przecież on wiedział, że nieraz nie miał racji. No, po za tym razem. Tym razem miał rację oczywiście. – Może cię to bawić, ale powiedz, kiedy ostatnio przyznałeś, że się mylisz? – Na puste spojrzenie swojego partnera parsknął ironicznym śmiechem. – Tak myślałem. Ja z drugiej strony umiem przyznać, że co do egoizmu możesz mieć trochę racji.
– Jakże to miło z twojej strony, łaskawco – wtrącił Darnell udając szczerze wzruszonego. Nadal jednak wpatrywał się w Maddocka tym swoim spokojnym, wnerwiającym spojrzeniem, trącając w jego duszy znane mu nuty zwątpienia i niepewności. Zamierzał jednak udawać, że go nic nie rusza. Nauczył się już, właściwie to był odruch.
– Nieraz egoizm czyni więcej szkody niż pożytku. Na przykład, kiedy zmusza nas do brania udziału w takich akcjach jak ta. Każdy myśli tylko o swoim tyłku i odwraca wzrok, kiedy komuś dzieje się krzywda. Potem, kiedy ich gacie są w ogniu, udają, że się troszczą i to, co się dzieje innym ma dla niech znaczenie, a wcale tak nie jest. Zazwyczaj chodzi po prostu o zysk.
– Jedocześnie jednak w pewnym momencie stajemy murem i bierzemy udział w takich akcjach – skontrował Darnell, wyraźnie bardzo zaangażowany w rozmowę. Mrugające do niego kobiety i ciekawskie spojrzenia, jakby przestały istnieć. – Umiemy się zjednoczyć w naprawdę ważnych sprawach. Nie rozumiem jednak, co ciebie skłoniło do wzięcia udziału.  Zwłaszcza, jeśli czujesz się zmuszony, choć partycypacja była dobrowolna.
– Moralność – odparł Maddock, choć czuł jak drzwi pułapki właśnie otworzyły się przed nim ze zgrzytem. – Czułbym się podle gdybym tego nie zrobił.
– Czyli to wyrachowanie, a nie egoizm? – BUM! Pułapka się zamknęła i Darnell wydawał się dobrze z tego zdawać sprawę. – Robisz to, bo musisz, bo nie mógłbyś patrzeć sobie w oczy, a nie, dlatego że naprawdę chcesz pomóc. Nie chcesz wyjść na drania, który odwraca wzrok.
– Nie chcę musieć walić kogoś obuchem w łeb, żeby zrozumiał, że postępuje źle – odparował Maddock zaplatając ramiona na piersi w obronnej pozie, starając się dać samemu sobie, choć trochę komfortu. Dlaczego właśnie on musiał trafić na inteligentnego blondyna i do tego aktora? Lawina stereotypów posypała się na jego czaszkę wymieniana spokojnym, wyrozumiałym głosem Rodneya w jego głowie, ale zamknął drzwi swojemu sumieniu z hukiem. Chciał, choć gdzieś wygrać. Mogło to być bodajby z jego własnym rozsądkiem.
– Idealista. Hmmm… – stwierdził w końcu Darnell z krzywym uśmieszkiem. Najwyraźniej poważna rozmowa już się zakończyła. – Nie wiesz, że oni umierają szybko? Ze zgryzoty, alkoholizmu i nadmiaru szarej rzeczywistości. – Odstawił swój pusty kubek i ukradł nienapoczęty napój Maddocka, bez żenady się częstując. – Mmmmm, bardzo dobre – rzucił mimochodem do zaskoczonego Maddocka, oblizując wargi z ukontentowaniem. – Przynajmniej teraz wiem, czemu chcesz zagrać Keitha. Wolisz być przyciśnięty do ściany, gdzie sposób postępowania jest oczywisty. Nie wymaga twojego zaangażowania, wymaga po prostu postąpienia moralnie. Bez względu na to, co czujesz czy myślisz, musisz postąpić w z góry właściwy sposób. To łatwe.
Przystojny diabeł po raz setny zagotował krew Maddocka w mgnieniu oka. Nie zamierzał jednak wyjść z kawiarni, jako pokonany. Nie, póki w piekle nie będzie można ukulać bałwana. Wstał, spoglądając na swojego partnera z sardonicznym uśmiechem na ustach, ukrywając w jak wiele jego podskórnych obaw, zdołał ten drań trafić.
– Chcę zagrać Keitha, tylko dlatego, że ty chcesz go zagrać. – Parsknął śmiechem widząc zdumioną minę Darnella. Rzucając pieniądze na stolik za ich późne śniadanie, wyszedł nie oglądając się za siebie.
Tylko cudem pamiętał, żeby zabrać kurtkę.
Zegarmistrz patrzył na jego roztrzęsione dłonie, kiedy odbierał zegarek dziadka, ale nie zapytał czy wszystko w porządku. Maddock nie był pewien czy był to kolejny przykład zobojętnienia, czy zwyczajnie starszy pan pilnował własnego nosa. Tak jak Darnell powinien był. Nie miał zamiaru przyjąć do wiadomości analizy tego człowieka. W końcu on też nic o nim nie wiedział. Nie był płytki, ani wyrachowany. Był po prostu zamkniętą w sobie, prywatną osobą.
Musiałby być jednak jakimś kosmicznym szczęściarzem, gdyby raz na zawsze pozbył się tego człowieka. Wchodząc do windy, Darnell pojawiając się znikąd wepchnął się za nim. To już był chyba trzeci raz tego dnia.
– Uciekłeś.
– Miałem umówione spotkanie – wymusił Maddock spokojnym tonem, nie chcąc od nowa nakręcać się i ulegać prowokacji. W takim tempie w jakim wkurzał go Darnell, była duża szansa, że żaden z nich nie dożyje nagrania.
– Tak wiem, zegarmistrza. Pamiętam. Zegarek dziadka, prezent twojej babci dla niego na pierwszą rocznicę ślubu. Popsuł się kilka lat temu, a po jej śmierci dziadek nie chciał go naprawiać. Ty uznałeś jednak, że to będzie dobry pomysł, aby przywrócić mu świetność i dać mu go na gwiazdkę. – Na zdumioną minę Maddocka, aktor roześmiał się niewesoło. – Wbrew temu, co myślisz słuchałem, co mówisz. Mogę więc powiedzieć, że ja cię trochę już znam.
Płonąc z zażenowania Maddock nie mógł uwierzyć, że przez te kilka godzin najwyraźniej chlapał jęzorem na prawo i lewo. Sześć pięter w życiu nie było tak wysoko jak w tym momencie. Jechali chyba wieczność.
– Nie miałem zamiaru cię zanudzać – odparł chłodno, wbijając spojrzenie w stalowe drzwi. Tyle to dobrego dało, że bez trudu widział w odbiciu przyglądającego mu się partnera. Tłumiąc jęk, opuścił spojrzenie tym razem z zaciekłością studiując swoje zabłocone, pokryte śladami soli, buty.
– Nie bądź dziecinny – zaprotestował Darnell wyraźnie z niego kpiąc. – Chyba, że to u ciebie stan naturalny. Tak jak z wybieraniem postaci, którą masz zagrać.
Oburzony, dotknięty do żywego Maddock obrócił się na pięcie, tylko w ostatnim momencie powstrzymując się przed pchnięciem w pierś większego mężczyznę ze złości.
– Mówi ten, co dzień przed nagraniem zjawia się przepity, nieogolony z wyraźnym bólem głowy od kaca. Bardzo dojrzałe – warknął, ledwo nad sobą panując.
Najwyraźniej jego słowa uderzyły w czuły punkt, bo aktor zmrużył powieki, a jego oczy znów przybrały ten lodowaty odcień niebieskiego, który posyłał ciarki niepokoju po kręgosłupie Maddocka.
– Daj rękę – wycedził mężczyzna. Kiedy Maddock z czystego zaskoczenia i niedowierzanie nie zareagował, zażądał jeszcze raz. – Podaj mi swoją dłoń.
Ostatecznie zbyt niecierpliwy, aby czekać sam uchwycił osłupiałego sportowca za prawą rękę i wplatając ich złączone palce w swoje przydługie, proszące się o przycięcie blond pasma, przesunął nią po tyle swojej głowy.
Próbując zmusić swoje ciało, mózg i przede wszystkim usta do protestu Maddock dał manipulować swoją dłonią, aż pod palcami wyczuł wielkiego guza. Bardziej z odruchu niż świadomie zaczął badać obrzmiałą wypukłość, nawet, kiedy syczący z bólu Darnell zabrał swoją rękę. Bez cienia wątpliwości guz takich rozmiarów mógł być przyczyną koszmarnego bólu głowy i krzywiąc się z sympatią, Maddock nieświadomie pogłaskał obolałe miejsce, jednocześnie przeczesując zaskakująco jedwabiste kosmyki. Może zbyt pochopnie wyciągał jednak wnioski? Lata uwarunkowań psychicznych jednak robiły swoje.
– Grupka siedmiolatek uznała, że to bardzo zabawne, rzucić się na mnie na lodowisku. Bardzo je bawiło ile razy udało im się mnie przewrócić. Kiedy po stu milionach prób, Parkerowi i mnie, udało się w końcu położyć je do ich łóżek, była północ, więc kiedy wróciłem do swojego pokoju wziąłem prysznic, wypiłem szklaneczkę szkockiej, co by krążenie wróciło do moich odmrożonych członków i padłem na łóżko. Tylko po to, aby być wywleczonym o szóstej rano, byle tylko mieć szansę cię wytropić, zanim znów weźmiesz swój włochaty tyłek w troki i gdzieś wybędziesz.
Całkowicie i bezgranicznie oniemiały Maddock stał naprzeciwko Darnella z dłonią nadal wplątaną w jego włosy i z rozdziawionymi ustami. Nie usłyszał nawet w pierwszym momencie jak dzwonek sygnalizujący otwarcie drzwi widny, zadźwięczał. Dopiero kiedy dwójka pracowników na rzecz akcji w pomarańczowo–zielonych koszulkach weszła do windy, ocknął się i zrobił krok wstecz. Palące rumieńce wypłynęły mu na policzki pod badawczym spojrzeniem nowo przybyłych. Gorzej jednak się czuł widząc zamkniętą, chłodną minę swojego partnera.
– Nie mam włochatego tyłka – palnął bez zastanowienia. Zresztą miał zamiar pogrążyć się jeszcze bardziej. Na tym etapie nie było o to szczególnie trudne. – Mam bardzo gładkie ciało. Całe.
Najwyraźniej współczując mu Darnell wypchnął go w końcu z windy i z wymuszonym uśmiechem, ale bez słowa, nacisnął guzik swojego piętra, zamykając drzwi. Musiało być mu go żal, bo wytrącony z równowagi biegacz dostrzegł zanim zamknęły się za nim drzwi, jak wyraźnie zgromił wzrokiem podśmiechujących się pod nosem współpasażerów.
Maddock miał nadzieję, że ziemia się rozstąpi i robiąc mu przysługę zwyczajnie go pochłonie. W ostateczności byłby wdzięczny opatrzności, gdyby choć miał tyle szczęścia, aby już nie natknąć się na tych asystentów.

Rozdział czwarty

– Stop, stop, stop! – krzyknął reżyser, wydawałoby się, że po raz setny tego dnia. Nie żeby dzień wcześniej było lepiej. Lekko siwiejący na skroniach, z wyraźnie wycofującą się z pola walki grzywką, mężczyzna wyglądał jakby miał zamiar resztę włosów sobie wyrwać z frustracji. Waląc do Darnella i Maddocka jak w dym, zaczął ziać ogniem. – Gówno mnie obchodzi, jaki macie ze sobą problem! – Wycelował w nich oskarżycielski palec, wymachując im przed nosami. – Już drugi dzień próbuję wpełznąć wam w dupę, żeby zrobić wam obu dobrze, ale wy ni chuja nie rozumiecie, co się do was mówi – wydarł się na oniemiałych mężczyzn. Darnell miał przez moment wrażenie, że jego partner nawet tak jakby się lekko za nim schował, ale szybko zdymisjonował tę absurdalną myśl. Brouyer był niewysoki w porównaniu do nich, ale w tym momencie miał rządze mordu w oczach i nawet jemu pot spłynął po plecach pod podkoszulkiem. – W momencie jak mówię: Nagrywamy! To jesteście pieprzonymi Keith’em i Jasonem. Jebanymi przyjaciółmi, kapujecie? Jak mam wam to jeszcze lepiej do kurwy nędzy wyjaśnić? – Widząc puste, zdębiałe spojrzenia obu mężczyzn, wyrzucił ręce do góry tracąc już resztki cierpliwości. – Dziesięć minut przerwy. Jak kurwa wrócę, to chce to mieć za pierwszym podejściem!
Cała ekipa, wizytujący goście i niezajęci uczestnicy obserwujący nagranie rozpierzchli się przed nim jak myszy, kiedy szturmem wypadł ze studia. Gorzej, gdyż sekundę później wlepili spojrzenie w powód niezadowolenia ich idola, bo że facet był geniuszem w swojej dziedzinie, to nikt nie mógł zaprzeczyć.
Wchodząc w rutynę aktora na porządku dziennym radzącym sobie z niezadowolonymi reżyserami, Darnell chwycił Maddocka za łokieć i praktycznie zaciągnął do męskiej toalety, jedynego miejsca, gdzie nie było tłumu gapiów.
– Mamy problem – oświadczył cicho, jak tylko zamknął za nimi drzwi na klucz. Na serio nie potrzebowali dodatkowych komplikacji w tym momencie. A jego brat podążający za nimi, był dokładnie właśnie taką komplikacją, z którą nie chciał się borykać.
– Co ty nie powiesz geniuszu – odparował Maddock znów zaplatając ramiona na piersi w obronnym geście. Przez ostatnie dni zdarzało mu się to non stop. Krążąc po łazience jak lew zamknięty w klatce, co rusz rzucał Darnell'owi oskarżycielskie spojrzenia.
– Brouyer zadecydował za nas o podziale ról. Nie możesz mieć do mnie pretensji.
– Kto powiedział, że mam? Nie mam. Chcę tylko to zakończyć i jechać do domu, przyszykować się do świąt!
– Mówisz jakbyś mnie winił za to, że nam nie wychodzi – Darnell poczuł się dogłębnie urażony, zwłaszcza, że robił, co w jego mocy, aby nie prowokować swojego partnera. Maddock jednak był nastawiony na to, aby mu nie ufać. Każdy uśmiech i komplement odbierał jak drwinę z jego strony. No dobrze, może nie powinien był mówić, że bez trudu umie sobie wyobrazić gładkie ciało sportowca, ale samo mu się wymknęło. Któż mógł go winić za powiedzenie prawdy? Nagi Maddock jakoś bez trudu stawał mu przed oczami. W końcu widział ze setkę gołych mężczyzn! Wielkie halo!
– Och, nie śmiałbym. W końcu jesteś profesjonalistą! Nie popełniasz błędów. – Sarkazm spływał z ust Maddocka jak gęsty syrop. Oczywiście, że go winił.
– Czyli to jednak chodzi o mnie? – zapytał Darnell stając na środku niewielkiego, wykafelkowanego od podłogi po sufit pomieszczenia, z ramionami zaplecionymi na szerokiej piersi, wyraźnie chcąc wyjaśnić wszystko tu i teraz raz na zawsze. Ciskający się po wnętrzu mężczyzna i jego wierna kopia odbijająca się w lustrach, przyprawiały go o zawrót głowy.
– Tak! Nie! Nie wiem! – wrzasnął Maddock zrozpaczony. Miał wszystkiego dość. Zapominając o charakteryzacji, którą go dręczono przez godzinę przeczesał dłońmi włosy z bezsilności. – Nie umiem nastawić się psychicznie. Wszystkie te scenki są dla mnie jakby oderwane od rzeczywistości. Ja wiem, że to tylko kilku sekundowe ujęcia najczęściej, ale ja ich nie czuję. Bar, spędzanie razem czasu, śmiech z głupich żartów, wspólne oglądanie telewizji, naprawianie drzwi w szopce z narzędziami Jasona. Ja tego nie robię rozumiesz? Nie kupuję. Nie umiem.
Mrugając z zaskoczenia Darnell wlepił spojrzenie w swojego partnera. Niedowierzanie pomieszane z żalem wywróciło mu coś w piersi, na widok przygnębionego Maddocka.
– Jednym słowem chcesz mi powiedzieć, że co? Nie przyjaźnisz się?
Szare oczy jego partnera zmieniły się w sopelki lodu w odpowiedzi. Praktycznie szczerząc zęby warknął jak przyparte do muru zwierzę.
– Tak, nie mam przyjaciela. Nie chcę mieć. Nie potrzebuję.  
Czując w kościach, że w tym momencie lepiej było odpuścić, Darnell postanowił darować sobie drążenie tematu, choć to wcale nie znaczyło, że nie miał zamiaru do tego wrócić. W jego słowniku, każdy powinien mieć przyjaciela. Nawet nieznośny, przewrażliwiony, najeżony sprinter.
– Spokojnie – powiedział wolno unosząc ręce w geście poddania. – Szanuję twoje nastawienie. Rozumiem, że się nie utożsamiasz z naszymi postaciami. Nie ma problemu. Potraktuj to jednak jak zabawę. A jeśli nie chcesz lub nie możesz, bo może nie powinniśmy trywializować całego przedsięwzięcia, to potraktuj je jak obowiązek. Zapomnij na chwilę o Maddock’u Sheffieldzie. Załóż skórę Jasona jak swoją puchową kurtkę. Udawaj, że nim jesteś. Na tym to polega. To takie przebieranki dla dorosłych. Na odpuszczenie sobie bez konsekwencji i wstydu, bo przecież w każdej chwili znów możesz być sobą, a wszystko co robiłeś jako inna postać nie było prawdziwe. – Miał nadzieję, że dotarł do tego nadpobudliwego uparciucha, bo już na serio nie miał pomysłów. Przynajmniej przyciągnął uwagę mężczyzny, bo stanął i wpatrując się w odbicie Darnella w gigantycznym lustrze nad zlewem, wydawał się myśleć nad jego słowami.
– Czyli jesteś po prostu zawodowym kłamczuchem – wymamrotał ostatecznie z zamyśleniem patrząc w oczy Darnellowi, a przynajmniej jego odbiciu. – Płacą ci, żebyś wciskał ludziom kit.
Aktor poczułby się urażony gdyby jego nowy przyjaciel zasadniczo nie miał racji. Po za tym nazywano go już gorzej. Nie było co się unosić honorem.
– I to naprawdę bardzo dobrze płacą.
Głośne walenie do drzwi ucięło jednak ich dalszą rozmowę bardzo skutecznie.
– Macie zawlec tyłki na plan w ciągu minuty! – wrzasnął ktoś przez drzwi, niechybnie bardzo odważny, bo nie obawiał się rozpoznania. Tyrada Brouyera bezapelacyjnie wywarła na wszystkich wielkie wrażenie. Czas było zamknąć im usta.
– Chodźmy pokazać im, na co nas stać. Nie będą sobie z nas robili jaj. Potem możesz zapomnieć o mnie i nawet nie wysyłać mi na gwiazdkę kartki.
– Nienawidzę, kiedy mówisz z sensem. – Parskający Maddock podążył niemrawo za znacznie radośniejszym Darnell’em. Pomimo mieszaniny wątpliwości i irytacji odbijającej się na jego twarzy, wydawał się też promieniować nagle determinacją. Może od początku trzeba było obudzić w nim ducha rywalizacji? Kto wie? Cokolwiek zadziałało było dobre.
– Okej. Jak to zrobimy? – zapytał Maddock konspiracyjnym szeptem, gdy fryzjerka prychając pod nosem poprawiała mu włosy. W końcu musiał ją odgonić. Rozluźniając ramiona i biorąc kilka głębokich wdechów, wyglądał jakby się szykował do mistrzostw świata. Patrzył też na Darnella wyczekująco, jakby ten miał złotą regułę–instant – wystarczy zaaplikować.
– Jak? Z uśmiechem, aż nam policzki odpadną, z radością jakby się wszystkie gwiazdki świata zbiegły w maju i jakbyśmy wypili po litrze dżinu z tonikiem. – Nie mogąc sobie darować Darnell dodał kpiąco: – Choć ty pewnie nie masz jeszcze lat, żeby pić.
Waląc swojego partnera łokciem w brzuch, Maddock wyszczerzył zęby w upiornie sztucznym uśmiechu na konto śledzącego ich morderczym spojrzeniem reżysera i wysyczał cicho:
– Mam dwadzieścia cztery lata palancie. Po prostu nie piję alkoholu.
Kolejne kilka godzin minęło im na udawaniu jak wspaniale się bawią grając kolejno w bilard, rzutki, kręgle i paintball. Śmiali się, szturchali, wygłupiali. Mieli ubaw po pachy.
Tylko, że nie.
Darnell był wyczerpany psychicznie i fizycznie. Milion ludzi występowało z nimi, a przynajmniej takie miał wrażenie. Były inscenizowane przepychanki i sprzeczki. Wydawało mu się, że przez tydzień nawijał z benefitem dla Maddocka o pierdołach i głupotach tylko po to, aby się wyluzował i zaczął śmiać naprawdę. Ten jego wyszczerz na początku był przerażający. Z czasem mimo wszystko wydawało się, że dał się wciągnąć. Co prawda nigdy nie darował sobie przytyku, łokcia wbitego w mostek Darnella czy nadepnięcia na palce, jeśli czuł, że ujdzie mu to na sucho. Brouyer był tak zachwycony, że wreszcie robili jakiś postęp, że nic nie mówił. Wręcz poganiał wszystkich dookoła, jakby się bał, że za moment znów wszystko runie.
– Cięcie! Na dziś koniec.
Słysząc to Darnell miał wrażenie, że zacznie skakać z radości, tylko, że był zbyt zmęczony, aby właściwie wymustrować z siebie dość energii do tego potrzebnej.
Zanim jednak zdołał się ewakuować, bardziej niż gotów paść na twarz w swoim pokoju i zwyczajnie odesłać cały świat, włącznie z Maddock’iem Shefield’em do diabła jego brat wyrósł nagle jak z pod ziemi.
– Nawet nie myśl o tym żeby się wymknąć. Ty też nie… – Z holował z powrotem wykradającego się za jego plecami Maddocka bez skrupułów. – Macie jeszcze kilka zdjęć do zdobienia z innymi uczestnikami i musicie przygotować się do jutrzejszego występu. – Zarządził stanowczo nie dając swoim towarzyszem wtrącić nawet słowa. Elegancko ubrany w stalowoszary garnitur, poważny i niesamowicie skupiony na rozmowie wydawał się panem sytuacji. Jakimś cudem dał radę nie spuszczać żadnego z nich z oka. Darnell był odpowiednio pod wrażeniem. Maddock najwyraźniej też, bo stał posłusznie u jego boku wzdychając tylko cicho. – To jest ważne, bo to ostatnia główna scena. Cała ta reszta to nic w porównaniu z jutrzejszym nagraniem. Wiecie sami. Nie mamy czasu, aby to przeciągać. Mamy mnóstwo ostatnich ujęć, a zaczynają wracać następni uczestnicy na ich zdjęcia. Za dwa dni będziecie otoczeni rojem ludzi mówiących po niemiecku, francusku i Bóg wie jeszcze jakiemu. Wierzcie mi nie chcecie tu być. Świąteczne wystąpienia zaczną się w ostatnim tygodniu przed świętami, bo musimy mieć pewność, że wszystkie ujęcia wyszły tak jak zaplanowano. Macie po trzy minuty wypowiedzi. Zaplanujcie je dobrze.
– A oddychać możemy? – zapytał w końcu sarkastycznie Darnell mając ochotę potrząsnąć bratem. Wałkowali ten temat tylko ze sto razy.
– Jeść też by się przydało – dodał odważnie Maddock masując się po burczącym brzuchu. Kiedy obaj z Parkerem spojrzeli na niego nie spodziewając się takiej głośnej rewolty, że było ją słychać w buzującym życiem studio, wzruszył ramionami nie speszony w najmniejszym stopniu. – Co? Jestem sportowcem. W sezonie potrzebuję nawet pięć tysięcy kalorii. I tak się teraz oszczędzam przed świętami.
Wyraźnie zakłopotany Parker podrapał się po głowie.
– No tak. Zimny bufet dla ekipy to najwyraźniej za mało – przyznał z wyraźnym żalem, wypuszczając ciężko powietrze nosem. – Może po prostu poproszę kogoś z restauracji hotelowej, aby przyszedł i zebrał zamówienia. Wiem, że mają katering. Powinienem był o tym pomyśleć wcześniej – łajał samego siebie. Zanim jednak Darnell otworzył ust, unosząc palec wskazujący uciął jego słowa, zanim zostały wyartykułowane. – Nie, nie możecie po prostu tam iść. Zajmie wam to za dużo czasu, a potem się okaże, że coś macie do zrobienia, coś wam się przypomni, ktoś zadzwoni i przepadniecie na całe popołudnie. Nie.
Chwilę później oddalał się pewnym, stanowczym krokiem, zostawiając Maddocka i Darnella samych sobie.
– Nie możecie… bla, bla, bla… znikniecie… srutututu… – przedrzeźnił brata Darnell z irytacją przeczesując włosy dłonią. – Jezu, co za maruda. Jak on może chodzić z tym kołkiem w tyłku, to nie mam pojęcia, sztywniak jeden. – Widząc na wpół zszokowaną na wpół przerażoną minę swojego partnera dodał ze wzruszeniem ramion: – Kocham go.
Odszedł pogwizdując cicho pod nosem.

***

Dla Maddocka dzień się wlókł niemożliwie. Był spocony, znużony, rozdrażniony i spragniony. Pierwszy raz od lat miał ochotę złamać swoje postanowienie i upić się. Co pewnie nie wymagałoby więcej niż lampki wina czy jednego dużego piwa. Zmęczenie odczuwał nawet w kościach. Musiał w skrytości ducha przyznać, że praca Darnella nie była wcale taka łatwa jakby się mogło wydawać. Trzydziestosekundowy urywek nagrywali z pół godziny. No może nie do końca, nie był pewien, ale tak się czuł. Podejść chyba robili ze sto.
Wkurzony na siebie, że jego myśli znów wróciły do jego partnera Maddock wcisnął się jeszcze bardziej w kąt. Na serio potrzebował kilku minut dla siebie, żeby zjeść w spokoju, a ten nieznośny facet wszędzie go prześladował. Nawet w jego własnej głowie. Gadał do niego, opowiadał, tłumaczył i rozśmieszał. A Maddock wcale nie chciał odkryć w nim człowieka. Nie chciał dostrzec jak pogodnym, przebojowym i w gruncie rzeczy atrakcyjnym mężczyzną był. Na wszystkich działał uspakajająco i łagodząco. Z każdym znajdował temat. Dla każdego miał czas. I wlókł za sobą Maddocka z wszystkimi go zapoznając. Ciągle go poklepywał po plecach, ściskał mu kark uspakajająco jakby zawsze wyczuwając moment, w którym miał zaraz spanikować i mrugał regularnie jakby byli najlepszymi kumplami.
Cóż, nie byli i jeśli Maddock miał coś do powiedzenia nie będą. Nie żeby osiągał na tym polu jakiś fenomenalny sukces, skoro znów myślał o nim. Ściskając w dłoni wielką bagietkę z serem brie i sosem żurawinowym, którą sobie zamówił na bardzo późny lunch, siłą woli zmusił się do jedzenia. Czekały na niego dwa wielkie kubki gorącej czekolady. Zasłużył sobie. Darnell mu nie popsuje apetytu. To co, że się pocił na samą myśl o nagraniu następnego dnia? To ta cała przyjacielskość jego partnera go lekko wytrącała z równowagi. Nie był po prostu przyzwyczajony do takiej bliskości. A już szczególnie do bliskości innego mężczyzny. Minęło pięć lat od śmierci Nicco, a to wiele czasu. Dla Maddocka za wiele.
Już nie pamiętał jak to jest nie mieć sensacji żołądkowych jak jakiś facet poklepie go po brzuchu czy uściśnie jego ramię. Zapomniał, że to normalne, że czasem ktoś się wspiera o drugą osobę lub obejmuje ją ramieniem.
Nienormalne było to, że drżały mu kolana ilekroć Darnell się do niego zbliżył, a jego zapach sprawiał, że pociły mu się dłonie. Tym się powinien martwić.
– Chodź popatrzeć. – Głowa Darnella wychyliła się zza futryny nagle, sprawiając, że Maddock się zachłysnął. Znów upłakany, zaczerwieniony i wkurzony dusił się nie mogąc złapać oddechu. Miał zamiar zamordować tego natrętnego aktora. Jak już zacznie oddychać bez pomocy respiratora, znaczy się. – O, sorry – rzucił wyraźnie skruszony mężczyzna jedną ręką waląc go po plecach, a drugą kradnąc kubek czekolady. – Dla mnie? Jak miło. Chodź zobaczyć. Nowe nagranie się zaczyna. Temat dla ciebie: futboliści. A no i Gothci. Zagra jakaś gwiazda uniwersytecka i piosenkarz z Anglii. To warto zobaczyć, chodzi o dręczenie i zastraszanie w szkole. Parker stoi i obserwuje jak dumny ojciec.
– Nie – wyrzęził Maddock w duszy życząc swemu prześladowcy, aby się utopił w jego kradzionej czekoladzie.


Potężnie zbudowany chłopak w kurtce drużyny szkolnej, wcisnął mniejszą czarno odzianą postać w drzwi szafki szkolnej, potrząsając nią tak, że kruczoczarne włosy ofiary zasypały jego twarz. Nie trzeba było jednak się przyglądać, aby dostrzec strach na bladej twarzy i boleśnie wykrzywione uczernione usta. Oczy miał tak rozszerzone z przerażenia, że wyglądały na nienaturalnie wielkie, z powodu czarnej kredki. Makijaż wcześniej perfekcyjnie nałożony, teraz tworzył groteskowy obraz, tam gdzie rozmazały go łzy i szamotanie.
Niższy, o wiele szczuplejszy student bronił się i próbował się szarpać, ale nawet jego długi płaszcz krępował mu ruchy, czyniąc go bezbronnym. Nie miał szans.
Korytarz tętniący jeszcze chwilę wcześniej życiem, śmiechem i gwarem nagle opustoszał. Ciekawskie sępy tylko żerowały z daleka, nie mając jednak zamiaru interweniować. Chowali w wyciągniętych dłoniach telefony z włączonymi kamerkami.
– Przyznaj się pieprzona cioto! Gapiłeś się na mój tyłek! – wrzasnął futbolista, a jego jasne włosy opadły mu na czoło, kiedy znów zaczął trzęść swoją ofiarą, aż zęby przerażonego Gotha zadźwięczały. Wielkie jak bochny łapy miał zaciśnięte na jego szczupłych ramionach wyraźnie je miażdżąc.
– Nnni…iee… nie… przyrzekam!
– Nie pieprz zboku. Wiem, jacy jesteście. Chore wynaturzone zwierzęta!
– Ja widzę tu tylko jedno zwierzę – wtrącił się nagle kolejny głos i między szamoczącą się parę wcisnął się kolejny zawodnik z drużyny uniwersyteckiej. Bez problemu odepchnął wielkiego draba, a wystraszonego Gotha schował za plecami. – Wściekłą bezrozumną bestię.
– To nie twoja sprawa Dru. Wypierdalaj, bo tobie też dupę skopię! – wrzasnął zaskoczony napastnik. Jego oponent jednak nie mrugnął nawet okiem. Był większy i potężniej zbudowany. Dodatkowo jego oczy wyrażały spokój i opanowanie, którego brakowało tamtemu. Uśmiech jednak miał tak zimny, że ciarki przechodziły człowiekowi po plecach. Nie szkodził też jego wygląd twardziela. Łysa głowa i pięści jak głowa Gotha.
– To sprawa każdego, kto jest świadkiem przemocy. Nie masz prawa atakować drugiego człowieka – oświadczył, praktycznie szczerząc zęby i parskając z pogardą na swojego przeciwnika.
– To jest jebany pedał! Popatrz na niego! Zbok dobrałby ci się do dupy przy pierwszej okazji.
– A ty taki malutki i delikatniutki po prostu przeturlałbyś się na brzuch i nastawił tyłek, bo nie wiedziałbyś jak powiedzieć „nie”, gdyby faktycznie jakiś gej stracił resztki dobrego smaku i cię spróbował poderwać – zakpił z niego Goth nagle wychylając się zza swojego obrońcy.
Wszyscy zdumieni wbili w niego spojrzenie. Żyła na czole jego niedoszłego oprawcy zapulsowała nagle, a ognisty rumieniec zalał mu twarz. Rzucając się na niego zaczął wrzeszczeć:
– Zabiję cię gnojku, już nie żyjesz. – Na jego drodze jednak stanął niewzruszony niczym głaz większy student. Po dosłownie kilku sekundach mocowania się i dwóch ciosach Dru miał wściekłego, szarpiącego się jak dzikie zwierzę studenta obezwładnionego.
– Udam, że tego nie słyszałem – wymamrotał złowieszczo, kiedy tamten nie chciał się uspokoić. Ostatecznie kilkukrotne uderzenie plecami o drzwi szafki, w którą wcześniej wciskał swoją ofiarę, uspokoił się na tyle by zwyczajnie bluzgać pod nosem. – Tak lepiej – pochwalił go Dru jedną dłonią nadal jednak przyciskając do szafki.
Goth jednak miał zamiar wyrównać rachunki puki mógł.
– Teraz już nie jesteś taki cwany jak trafiłeś na silniejszego od siebie!
– Ma rację – przytaknął jego obrońca bez trudu powstrzymując ponownie się rzucającego szaleńca. Wystarczyło jedno dosadne spojrzenie w oczy, a tamten natychmiast znieruchomiał. – Mógłbym cię tu poskładać i wsadzić do tej szafki, i obaj dobrze o tym wiemy.
– Nie mieszaj się do tego. To nie ciebie napastował – wysapał wściekły do nieprzytomności awanturnik.
– Debilu, jestem hetero! Mój zespół składa się z samych lasek, a po występach na samym uniwerku, mam tłumy wielbicielek za kulisami. Ty zaś palancie jeden, co dzień świecisz gołą dupą pod prysznicem dla pięćdziesięciu innych facetów. – Śmiejąc się Goth odskoczył zanim dostał się w zasiąg rąk ponownie szarżującego napastnika. Po krótkiej acz zaciętej walce jednak ponownie wygrał Dru, rzucając ostrzegawcze spojrzenie mniejszemu mężczyźnie. – Przepraszam, ale to nie fair! Nie ma prawa oceniać mnie po wyglądzie!
– Znów ma rację – przytaknął Dru. Ruchem głowy odesłał niedoszłą ofiarę i skupił całą uwagę na swoim przeciwniku. Całym ciałem przyparł go do szafki, skutecznie uruchamiając. – Wydaje mi się, że tu zawiodła edukacja. Nie możesz mieć pretensji do gejów, że są sobą.
– Brzydzę się nimi – parsknął mu w twarz unieruchomiony mężczyzna. Wyglądało jednak na to, że doszedł do wniosku, że nie ma szans, bo częściowo się uspokoił.
– Masz prawo – stwierdził Dru spokojnie. – To nadal nie jest ich wina. Twoje odczucia to twoja sprawa.
– Mają się trzymać ode mnie z daleka!
– To sobie walnij nalepkę na czole: homofob. To będzie wyraźna i skuteczna wiadomość.
– Nie jestem homofobem. Mam tylko swoje zdanie na ten temat!
– Właśnie chciałeś wybić zęby ducha winnemu człowiekowi, bo ci się wydawało, że gapi się na twoja dupę! Jakby każda dziewczyna, na której tyłek spojrzysz brała kij bejsbolowy i cię nim naparzała, to facet skończyłbyś w trumnie już dawno.
– To coś innego – zaprotestował wyraźnie zażenowany student.
– Tak, to zasadnicza różnica. Jesteś nie tylko homofobem ale i seksistą. To będzie wielka nalepka – zadrwił Dru potrząsając swoim oponentem. W końcu praktycznie miażdżąc go swoim ciałami zbliżył się tak, ze ich twarze dzieliły centymetry. – Boisz się gejów? Będziesz musiał od dziś bać się każdego mężczyzny, bo nie wiesz, który będzie chciał cię pocałować, a który skopać dupę. Podejrzewałeś Gotha, bo był mały, drobny i się malował o to, że jest gejem, ale tak naprawdę nie masz bladego pojęcia, kto nim może być. Gorzej, bo jeszcze więcej jest biseksualistów, którzy mogą polecieć na ciebie, a równie dobrze mogą polecieć na twoja dziewczynę. Wpędzisz siebie i wszystkich dookoła w szaleństwo demonizując osoby homoseksualne. Chcesz spędzić życie walcząc? Pamiętaj zawsze znajdzie się ktoś silniejszy lub sprytniejszy. Z oprawcy w sekundę możesz stać się ofiarą. Rozpacz i strach popycha ludzi do strasznych czynów, chcesz mieć kogoś na sumieniu, bo trzęsiesz tyłkiem, którego pewnie i tak nikt nie zechce?
– Hej! To znaczy… nie wiem, o czym mówisz.
– Rozumiesz. Nie udawaj idioty. Bądź mężczyzną, a nie tchórzem.
– Jestem mężczyzną! – zaprotestował uwięziony w dalszym ciągu chłopak. Ogień wrócił do jego oczu, ale nie niósł z sobą wściekłości, tylko urażoną męską dumę.
– Dobrze. W takim razie przyjmiesz po bohatersku, że ja cię raczej pocałuję niż skopie tyłek.
Zanim jednak usta zarumienionego nagle Dru dotknęły ust jego towarzysza tamten obrócił głowę krzycząc:
– Nie!
– Cięcie! Stop!
Ogłuszający krzyk Brouyera poderwał z miejsca całą ekipę włącznie z zapatrzonym Maddock’iem. To było ich trzecie podejście i tym razem wydawało się, że wszystko szło tak płynnie, że reżyser nie reagował nawet na potknięcia w tekście.
Zresztą Maddock nie dziwił się. Czuł się ja w surrealistycznej alternatywnej rzeczywistości. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się już od dwóch godzin w nagranie, na które zawlekł go nieprzyjmujący sprzeciwu Darnell. Teraz też sapał mu do ucha. Bez problemu zapomniał o kamerach, dźwiękowcach, zwojach kabli i tysiącu lamp zwisających z każdego miejsca na suficie i nie tylko. Zapomniał nawet o bandzie ludzi za swoimi plecami. No, może po za wspierającym się o jego ramię łokciem partnerze, który był jak cierń w jego tyłku.
– Co za dureń. A szło tak dobrze – mamrotał Darnell. Jego marudzenie jednak szybko zagłuszyła awantura reżysera z niepokornym aktorem grającym napastnika.
– Co znowu nie?
– Nie! Nie dość, że moja postać jest przedstawiana w negatywnym świetle, to na dodatek mam zmusić się do pocałunku z mężczyzną. Chyba sobie jaja robicie – protestował mężczyzna żywiołowo wymachując rękami. Brouyer stał tylko i patrzył na niego milcząc jak kamień. 
– Nie widzę przeszkód, dla których nie może pan zrezygnować w każdej chwili, panie Ward. Nikt pana nie trzyma na siłę. – Odpowiedzi udzielił wolno podchodzący do nich Parker. Jego mina była nieczytelna, ale spojrzenie tak chłodne, że Maddock miał szron na jajach. – Zaakceptował pan regulamin. Chyba nie liczył pan, że zmienimy cały zamysł projektu, bo pan czuje się niekomfortowo w pewnych sytuacjach. Takie postępowanie zaprzeczałoby sensowi tej kampanii.
– Tak, tak wiem. Chcecie pozbyć się stereotypów, faktoru „fuj” ze świadomości ludzi, przekonując, że nic nikomu nie grozi i nauczyć akceptować rzeczywistość.
– A więc rozumiemy się bardzo dobrze. Naprawdę, jeśli to dla pana za dużo, to może pan w każdej chwili zrezygnować – stwierdził Parker z taką nonszalancją, że Maddock aż spojrzał na Darnella, aby się upewnić, że tamten tak jak on widzi ten szyty grubymi nićmi blef.
Młodszy z panów Kimrey miał krwiożerczy uśmieszek na ustach, a oczy jak małe szparki. Wyraźnie dumny był z brata. To była cała odpowiedź, jakiej potrzebował Maddock. Jak świadek katastrofy kolejowej, od której nie jest się wstanie oderwać oczu, czekał na wdechu, jaka będzie reakcja nieznanego mu pana Warda. Zresztą nie tylko on przyglądał się potyczce słownej. Mały Goth wrócił i opierając się na siedzącym nieopodal łysym Dru, patrzył z zainteresowaniem.
– Nie mogę i dobrze o tym wiesz! Mój mentor wykopie mnie ze studiów. O karierze sportowej mogę zapomnieć po ostatniej kontuzji, wszystko się skończyło zanim jeszcze się zaczęło na dobre. Jeśli nie skończę studiów, to jestem udupiony i dobrze o tym wiecie razem ze Sterlingiem.
– Och, czyli to w porządku zapewnić sobie przyszłość skacząc po plecach tych, którym lepszej przyszłości odmawiasz? – zapytał Parker tylko zaledwie kryjąc cynizm.  – Właściwie powinienem zrezygnować ze współpracy z panem. Nie powinienem dać wykorzystywać tych biednych ludzi. – Och, teraz to srogi organizator leciał po całości. Nawet Darnell prychnął pod nosem.
– Dobra przepraszam. Wiem, że jestem podłą świnią i będę się pięknie smażył w piekle, a lucyfer przerobi mnie na bekon, ale nie udawajcie, że sami altruiści tu pracują. Potrzebujecie każdego chętnego. Obaj to wiemy.
– Jaka jest więc pańska decyzja? – zapytał Parker nie zdradzając się nawet drgnięciem powieki. – Naprawdę nie możemy sobie pozwolić na zbędne opóźnienia.
– Och, ruszajmy tyłki i zróbmy to, a potem wszyscy będziemy udawać, że jesteśmy pieprzonymi świętymi.
Parę sekund później studio jak nagle zamarło po poleceniu: stop, tak nagle szybko ożyło. Asystenci i pomocnicy uwijali się jak mrówki.
– Tylko scena pocałunku, cała reszta zostaje jak jest. W razie czego dokręcimy jutro – zakomenderował reżyser.
Dru przeciągając się na całą swoją imponującą długość, podszedł do nadal nabuzowanego Warda i uśmiechając się jednym kącikiem ust skonfrontował go, cicho prowokując.
– Wierz mi. Dla mnie to też nie będzie żadna przyjemność. Poświęcę się jednak dla większego dobra i przecierpię jeden kiepski pocałunek.
Rzucając mu spojrzenie spode łba, Ward nagle uśmiechnął się paskudnie.
– Kiepski pocałunek mówisz? To się jeszcze okaże… – Nie czekając na reakcję swojego towarzysza złapał go za klapy kurtki i przyciskając do siebie z impetem, wpił się w jego usta. Zdumiony Dru i połowa studnia sapnęli jednocześnie. Co tylko wykorzystał Ward pakując język do ust wyższego mężczyzny. Głęboko i bez wahania. Bezapelacyjnie umiał z niego zrobić należyty użytek, bo całowany pseudo student stał jak sparaliżowany, poddając się i instynktownie odpowiadając. Dla równowagi wręcz chwycił się szerokich ramion Warda. Widać było jak jego palce zbielały od drastycznego uścisku. Ward nie protestował jednak, tylko dla większej kontroli i pewności, że jego ofiara nie ucieknie, przytrzymał dłonią jego głowę, nie zwalniając uchwytu na klapie kurtki. Dosłownie przyciągnął go do siebie, zmuszając do odchylenia i pogłębienia pocałunku.
Zdumienie sparaliżowało na moment wszystkich obecnych w studio. Rozdziawione usta, stojących najbliżej, w miemym osłupieniu były niemal komiczne.  Nikt nie śmiał wypowiedzieć nawet słowa, a tym bardziej im przerwać. Tym bardziej, że widok był tak elektryzujący i podniecający, że wszyscy wręcz gapili się.
Dru również nie opierał się jakoś gwałtownie. Jego protesty i pomruki ginęły zmiarzdrzone nalegającymi ustami Warda, więc trudno było je nawet zidentyfikować. Wydawał się całkiem owładnięty niespodziewanym rozwojem sytuacji. W pewnym momencie zaczął walczyć o dominację w pocałunku i obaj mężczyźni się zatoczyli.
Utrata równowagi otrzeźwiła ich. Jak oparzeni odskoczyli od siebie w ułamku sekundy. Zaczerwienieni i zdyszani z zaskoczeniem mierzyli się przez moment wzorkiem. Dru mrugając jakby próbował przywrócić funkcje myślowe w mózgu, a jego kompan z satysfakcją ocierając opuchnięte, zaczerwienione usta. Obaj wyglądali na dobrze wycałowanych. Poruszenie w studio szybko jednak sprowadziło ich na ziemię i kiedy rozejrzeli się po zadowolonych, uśmiechniętych twarzach ludzi ich otaczających, obaj zapłonęli z zażenowania. Maddock jeszcze w życiu nie widział dwóch dorosłym, potężnie zbudowanych mężczyzn wyglądających jak mali chłopcy przyłapani z ręką w słoiku z ciastkami, czekających na reprymendę.
– Wszystko pięknie i ładnie – zadudnił Brouyer najwyraźniej nie pod wrażeniem. Facetowi widać nie łatwo było zaimponować. – Teraz to powtórzcie na swoich miejscach i dla kamery, i będziemy ustawieni. Od ostatniego zdania, lecimy!
Powłócząc nogami i unikając swojego spojrzenia mężczyźni wrócili na pozycję. Tym razem na ich twarzach odbijała się mieszanina emocji. Co więcej, pewny siebie uprzednio Dru wyglądał na zagubionego. Tym razem to Ward czuł się panem sytuacji. Nawet przyciśnięty do drzwi szafki i uwięziony miał w oczach błysk wyzwania, jakby chciał skonfrontować swojego przeciwnika. Dru wzdychając głęboko skupił się na swojej roli.  Gołym okiem widać było, że nie przyszło mu to tak łatwo jak poprzednio, ale po jego minie widać było, że nie zamierzał się poddać.
Maddock nie mógł się nadziwić całej sytuacji. Jego mózg odmawiał mu współpracy. Klaps wieszczący kolejne ujęcie praktycznie poderwał go na miejscu z zaskoczenia. Nie słyszał mimo wszystko dialogu, nie widział nawet, co się działo z kamerami, światłami i operatorami, krążącymi wokół pary. Widział tylko jak Dru z determinacją i zdecydowaniem całuje, niestawiającego już oporu, Warda. To było jak sen. Przed chwilą przecież Parker zażegnywał problem, bo mężczyzna nie chciał pocałować swojego partnera, a teraz całowali się już drugi raz i żaden nawet nie mrugnął okiem?
Zresztą Ward w tym momencie wydawał się zbyt entuzjastyczny jak dla Maddocka. To miała być kara, tak? A jeśli nie, to przynajmniej powinien udawać zaskoczenie, opór, może niesmak, choćby na potrzeby filmu. Czemu więc rozchylił usta i pochylił głowę, dając napastować swoje usta potężnemu Dru, który całował go jakby nie brał jeńców i koniec świata miał właśnie nastąpić?
Stojąc z rozdziawionymi ustami, Maddock próbował opanować mętlik w głowie i pojąć, co właściwie stało się na planie tuż przed jego oczami. Można było tak po prostu bez problemu w ułamku sekundy pokonać wszystkie swoje opory? Czy to może męska duma dyktowała większość ich zachowań? Miał nadzieję, że jego samego nie opuści rozsądek w tak ważnym momencie i nie da się pokonać własnej arogancji. Choć z drugiej strony czy miał prawo mieć coś przeciwko całowaniu się dwóch mężczyzn i jednocześnie brać udział w takiej akcji? Akcji mającej za zadanie pomóc ludziom zrozumieć, że to nie istotne, kogo kochasz i pragniesz, jeśli tylko masz szansę na szczęście i możesz komuś je dać? Że w rzeczywistości to było bez znaczenia czy to natura, hormony czy osobisty wybór, co naprawdę się liczyło, było to, że ludzie są wolni aby żyć tak jak tego pragną i w sposób, który da im szczęście, bez obaw i strachu.
Zaczynała boleć go głowa od myślenia i próbowania rozwikłać co czuł, tym bardziej, że w jego piersi dziwne rzeczy się działy. A nie chciał tego. Nie chciał też gapić się jak idiota na dwóch całujących się mężczyzn, a jednak nie umiał oderwać spojrzenia. Zdumiony był wręcz, gdy aktorzy rozdzielili się i po otrząśnięciu się z trudem z emocji, które nimi targały, zwrócili się do podjeżdżającej do nich kamery, ze swoim komunikatem.
– „Stereotypy niszczą i sprawiają ból tym, którzy nie zasługują sobie w żaden sposób na cierpienie. Nie zakładajmy z góry, że mamy prawo oceniać innych ani że wiemy o nich wszystko, bo nie wiemy tak naprawdę nic i zawsze jest duże ryzyko, że się mylimy” – powiedział lekko ochrypłym głosem Ward, przeczesując włosy z frustracją. Widać chyba sam wreszcie pomyślał o tym, co miał przekazać i czego miał nauczyć innych. Po westchnięciu, patrząc w kamerą dorzucił z presją: – „Wykorzystuj siłę, aby pomagać, bo ona nie daje ci prawa do krzywdzenia innych. Prawdziwi mężczyźni tego nie robią” – dodał z naciskiem. Uśmiechając się nagle lekko, rzucił z ironicznym uśmieszkiem. –„ Po za tym zawsze może się znaleźć ktoś silniejszy, kto skopie wam tyłek. Jeśli więc chcecie wymuszać na innych poddanie, upewnijcie się, że jesteście na szczycie łańcucha pokarmowego, bo ktoś oceniając wasze złe postępowanie może poczuć się w obowiązku, aby udzielić wam ważnej życiowej lekcji. Jest tylko jeden świat dla nas wszystkich! Wszystcy mamy tutaj swoje miejsce”
– „Nie reagując na przemoc w swoim otoczeniu stajemy się współwinni. Dajemy przyzwolenie ilekroć milczymy, gdy komuś dzieje się niesprawiedliwość. Za każdym razem pomagamy skrzywdzić innych ludzi, gdy odwracamy wzrok. Jesteśmy tak samo winni jak ci, którzy biją, krzywdzą, dreczą, a może nawet bardziej, bo nasza bierność może kogoś kosztować życie.” – Zaintonował, już bardziej pozbierany Dru, stając ramię w ramię ze swoim partnerem i patrząc w kamerę twardo. –„Mnie sumienie nie pozwoliłoby spać, gdybym udawał, że nie dzieje się nic złego, bo jakiś gej jest bity za swoją orientację seksualną. Chciałbym wierzyć, że kiedyś moje dzieci czy członkowie mojej rodziny będą bezpieczni. A przynajmniej w sytuacji zagrożenia będą mogli liczyć na pomoc. Jest jeden świat dla nas wszystkich, uczyńmy go bezpiecznym dla nas i naszych bliskich.” – Dru był bardzo zdecydowany i twardy. Nie wahał się ani nie zastanawiał nad tym co mówił. Bez trudu można było dostrzec, że wierzy z całego serca w każde słowo, które wypowiada.
Maddock jednak nie słuchał dalej. Obracając się na pięcie miał zamiar zwiać, gdzie pieprz rośnie. W głowie mu wirowało, a serce niespokojnie waliło. Drugiej takiej sceny by nie przeżył, gdyby nagle okazało się, że trzeba nakręcić powtórkę. Niestety musiał oczywiście z miejsca nadziać się na nieznacznie rozkojarzonego Darnella, stojącego zdecydowanie za blisko za jego plecami. Jasne oczy mężczyzny lśniły podejrzanie, a nieogolone policzki były nieznacznie zarumienione.
– O… Och… to było… my… oni… my nie… – Maddock wbił wielkie, przerażone oczy w swojego krzywo uśmiechającego się partnera. – My nie musimy tak się całować, prawda?
– Chcesz być gorszy? – odparł mu aktor bez mrugnięcia okiem z miną tak zdeterminowaną, że wszelka nadzieja opuściła Maddocka. Darnell jednak nie dał mu szans na jakakolwiek reakcję, bo szybko zrejterował pod pozorem, że woła go charakteryzator. Za chwilę obaj mieli zdjęcia i musieli się przebrać.
Jeden z włoskich projektantów mody, choć sam nie brał udziału w kampanii, to przeznaczył pełną garderobę ubrań dla występujących. Oczywiście Maddock nadal uważał, że to była raczej autoreklama ze strony projektanta niż dar serca, ale co on tam mógł wiedzieć. Darnell był najlepszym przykładem, że nie znał się na ludziach. Inaczej trzymałby się od niego z daleka.


Rozdział piąty

– Cięcie! Mamy to – zaanonsował zadowolony Brouyer.
Maddock miał wrażenie, że kolana zaraz ugną się pod nim z ulgi. Był przerażony, bo to było chyba czwarte podejście i jakoś nie czuł, żeby była wielka różnica tym razem w porównaniu do poprzednich, choć naprawdę się starał. Patrzył w oczy obcych mu ludzi, wyjawiając sekrety i problemy nieistniejącego Jasona, a mimo to na jakimś poziomie świadomości miał wrażenie, że ta scena odbywała się już tysiące razy w tysiącach miejsc na świecie. Możliwe, że nawet w tym właśnie momencie. Gdzieś, ktoś płakał, krzyczał, bluzgał i wyzywał. Była rozpacz tak żywa, że zamieniała się w fizyczny ból. Nadzieja i pragnienia niedające się zagłuszyć. Były kłótnie i złość. Dramatyczne, a niekiedy nawet drastyczne akty towarzyszyły tym najważniejszym dla wielu osób momentom. Ludzie uzurpowali sobie prawdo do wydawania opinii, oceniania, nakazywania i zakazywania nie bacząc na ból często najbliższych im osób. Słowami i czynami zmieniając czyjeś życie w koszmar. Najgorsze jednak było, że w zastraszającej przewadze to rodzina, przyjaciele i współpracownicy wyjawiającego swoją orientację seksualną człowieka mieli się za poszkodowanych. Za ofiary obrzydliwego „stylu życia” który niby wybierały sobie osoby homoseksualne. Nie trudno było więc pojąć, co kierowało Sterlingiem, kiedy kład tak wielki nacisk na to, ażeby ukazać ludziom, co się dzieje w duszach nieszczęśników muszących walczyć o siebie i godne życie, odsłaniając się jednocześnie na ciosy, ocenę i krytykę w tym jakże ważnym momencie.
Statyści i jeszcze przed chwilą drwiący z Jasona pseudo przyjaciele podeszli do niego, aby z uśmiechami, pochwałami i komentarzami poklepać Maddocka po plecach i piersi. Dla nich najwyraźniej spisał się bardzo dobrze. Widział po ich minach, że byli zmęczeni, ale i zadowoleni, że przebrnęli przez najtrudniejsze momenty. Wielu z nich było profesjonalistami. Aktorami serialowymi i teatralnymi. Ci, którzy zgłosili się wolontaryjnie, a byli to w dużej mierze członkowie LGBT, mieli miesiące na przygotowanie się, nie tak jak Maddock. On przez większość czasu nie miał pojęcia, co robić, gdzie patrzeć i co mówić. Próby i nagrania wyglądały definitywnie inaczej niż to sobie wyobrażał. A z całą pewnością nijak nie przypominały gotowego produktu.
Łapiąc oddech Maddock podziękował jakiemuś asystentowi za wręczenie mu do ręki wielkiej butelki wody mineralnej. Był spragniony i było mu przeraźliwie gorąco. Lampy grzały na nich jak wielkie grzejniki. Czuł się nieswojo, bo pot spływał mu pod granatową koszulą, w którą wcisnęła go garderobiana. Przynajmniej mógł zachować swoje jeansy. Jakby to nie było absurdalne, to dawało mu to namiastkę komfortu.  
Dźwiękowcy, kamerzyści i coś jakby blisko setka innych osób – a przynajmniej tak wydawało się Maddock’owi – biegała dookoła bez składu i ładu, szykując się do kolejnego, barowego ujęcia.
Sama myśl o tym posyłała wariację nerwowej ekscytacji i zwyczajnej paniki przez jego ciało. To miała być kulminacja ich projektu, co na dłuższą metę oznaczało prawie koniec i powrót do rzeczywistości. Drżał jednak za każdym razem, kiedy o tym myślał. Tym bardziej, że im usilniej próbował, to sobie wyobrazić, tym więcej obaw rodziło się w jego głowie. Wszystko mogło pójść źle. Gorzej mógł zrobić z siebie idiotę. Już teraz nie potrafił zachować zimnej krwi, szczególnie kiedy chodziło o jego niereformowalnego partnera.
Próbując spamiętać wszystkie rady, których udzielił mu Darnell przed nagraniem, Maddock miał mętlik w głowie. Próbował jednak wszystkiego, aby zapanować nad rodzącą się jego piersi paniką. Posługując się każdą technikę relaksacyjną, jaką znał, spróbował się uspokoić. Przebrał się właściwie na autopilocie. Dał się uczesać i ucharakteryzować bez mrugnięcia okiem, nie odzywając się, tylko intensywnie myśląc o scenariuszu i swojej roli. Otaczający go ludzie być może zdawali sobie z tego sprawę, bo nikt go nie kłopotał, a może zwyczajnie wszyscy byli zbyt zajęci, żeby przejmować się jego lekkim załamaniem nerwowym.
Zanim się obejrzał już był w gwarnym barze, siedząc na wysokim stołku, ściskając w ręce szklaneczkę. Od momentu, kiedy kamera wystartowała był jak w transie. W głowie jak echo słyszał głos Darnella:
„Musimy pokazać, że nam na sobie zależy. Że się lubimy, znamy, jesteśmy blisko, że twój wielki sekret to był wstrząs, ale ostatecznie nic się nie zmienia między nami. Oczywiście nie od razu. Wiadomo, że nic nie jest proste. Chodzi jednak o emocje i pragnienia, o bezpieczeństwo, które czujemy przy sobie i wiarę w siebie nawzajem. Obojętnie, co robią inni, co myślą i jak cię traktują, Ty uświadamiasz sobie, że zależy ci tylko na mojej opinii i to cię boli najbardziej, bo odziera cię z poczucia bezpieczeństwa.”  Pod powiekami widział jak mężczyzna chodził niespokojnie wypluwając słowa jak z karabinu. W pewnym momencie Maddock nie był nawet pewien, do kogo Darnell się zwraca. Do siebie czy do niego, próbując go uspokoić. Sam bowiem nie wyglądał na uspokojonego. Intensywnie myślał, chodząc wokół Maddocka, od czasu do czasu machając rękoma dla emfazy. Wielka zmarszczka przecinała jego czoło i tylko jeszcze się pogłębiała z każdym słowem. Ostatecznie, łapiąc go za kark i patrząc w oczy oświadczył, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko zapomni, że nie jest Maddock’iem, a Jasonem na ten krótki moment.
Łatwiej jednak było powiedzieć niż zrobić. Ledwie potrafił wydusić słowo „gej”, gdy autował się przed swoją nieprawdziwą rodziną i oszukanymi znajomymi. Obojętnie ile razy to mówił, nie stawało się ani odrobinę prostsze. Jego mózg zdawał się zawieszać za każdym razem i bezsensowne, bezzasadne obawy i obiekcje rodziły się w jego umyśle. A przecież nie miał nic przeciwko gejom. Szanował ich jak każdego innego człowieka. To tylko jego głupie, zakorzenione gdzieś głęboko w jego umyśle skojarzenia blokowały jego rozsądek i rozum. Nie był z siebie dumny. Właściwie wstydził się, że jest tak płytki i pusty. Nie zazdrościł im niemniej jednak pozycji, w jakiej już na starcie się znajdowali.
Nie musiał wcale udawać, że był nerwowy i przestraszony. Śmiechy i docinki nieprawdziwych znajomych, które znosił siedząc w zainscenizowanym barze, w którym uprzednio bawił się ze swoim niby–przyjacielem Keith’em, dźwięczały mu w głowie jak dzwon. Jak ktoś mógł to przeżyć i wyjść bez szwanku na duszy i umyśle? Jak drętwy wpatrywał się w swoją szklankę oszukanej whisky i nie musiał wcale symulować przygnębienia. Kiedy w końcu jeden ze statystów niby przypadkiem go potrącił wylewając zwartość na blat, śmiejąc się przy tym szyderczo, Maddock poderwał spojrzenie. Nawet nie pamiętał czy powinien coś powiedzieć. A jeśli tak, to co to miało być? Przyjaciel Jasona nie pokazał się od momentu, kiedy ten bardzo niezdarnie przyznał się do swojej orientacji. Nie mógł, więc liczyć na wsparcie z jego strony, a jednocześnie nie chciał zrezygnować z życia, jakie do tej pory wiódł. Maddock jednak miał wrażenie, że życie Jasona takie, jakim je znał do tej pory, skończyło się nieodwołalnie.
– Chyba ten palant jest ci winien drinka – odezwał się cicho za plecami Maddocka/Jasona Darnell/Keith. Mężczyzna stojąc z rękami wspartymi na biodrach obciągniętych ciasnymi jeansami w lekkim rozkroku, mierzył złowrogim wzrokiem nadal dowcipkujących klientów baru. Widać było, że szykował się do walki. Mięśnie tańczyły pod jego cienką czarną podkoszulką napięte na samą myśl o czekającej go konfrontacji. Keith marszcząc brwi, szczerzył zęby prawie warcząc. Stał tam jak pan i władca na krawędzi świata dumnie wyzywając swoich przeciwników i nie unikając kontaktu wzrokowego z mężczyznami dręczącymi jego przyjaciela. Maddock był pod wrażeniem, jako Jason pokręcił jednak głową lekko.
– Nie warto – wymamrotał, próbując przeforsować słowa przez zaciśnięte z nerwów gardło. Jason nie śmiał marzyć, że jego przyjaciel wrócił. Kilka ostatnich dni nauczyło go, że może się okazać, że Keith chce go wysłać na terapię, do jakiegoś księdza albo wmówić mu, że nie jest żadnym gejem tylko się pomylił. Tak przecież postąpiła połowa otoczenia, w którym żył.
Zerkając niepewnie, obserwował swojego przyjaciela. Keith ze swoją dobrze zbudowaną, postawną sylwetką był imponujący. Nie fazowała go przewaga zebranych mężczyzn w barze. Zresztą mogłoby się wydawać, że to zawsze była ta sama ekipa. Nie wszyscy jednak wpatrywali się w nich jakby dawali darmowe widowisko. Wielu dyskretnie obracało głową, jak gdyby nie chcieli być świadkami awantury, która wisiała w powietrzu. Przekonał się już nie raz, że ludzie woleli udawać, że nic nie widzą, niż być wciągnięci w cudze problemy. Miał nadzieję, że on taki nie był, choć sam nie wiedział jakby się zachował gdyby role były odwrócone.
– W takim razie ja ci postawię drinka – odparł Keith siadając na barowym stołku tuż przy nim. Po sekundzie wahania i niepewności, zaledwie na ułamek sekundy spoglądając w oczy Jasonowi, przysunął się do niego epatując opiekuńczością. Widać znów był na misji. Jason czuł ulgę pomieszaną z jeszcze większą konfuzją. Co to oznaczało dla ich przyjaźni?
– Keith – wymamrotał Jason, ale to Maddock nie pamiętał tekstu. Uczył się, powtarzał do znudzenia, ale co tak naprawdę mówi jeden mężczyzna do drugiego, kiedy przez X lat ukrywało się o sobie prawdę? Keith, a może to Darnell obrócił się na taborecie w jego stronę i łapiąc go za kark, w dobrze już znany Maddock’owi sposób, przyciągnął do siebie.
– Przestań. Zajęło mi trochę czasu, aby wyciągnąć głowę z tyłka, ale teraz tutaj jestem. Nic się nie zmieniło. Zawszę będę obstawiał twoje tyły. –  Śmiejąc się drętwo z własnego nieszczęsnego formułowania, Keith potrząsnął swoim towarzyszem lekko, próbując niefrasobliwością pokryć gafę. Gafę, która najwyraźniej jego dużo bardziej niepokoiła niż Jasona. Może miał dobre intencje, ale kiepsko mu szło. Ile czasu teraz potrwa zanim wszystko między nimi wróci do normy? A każde słowo nie będzie miało podtekstu w sobie?
– Naprawdę, nic się nie zmieniło? – Tym razem Maddock naprawdę wczuł się w Jasona. Sam był ciekaw. Co byłoby najważniejsze dla człowieka, który postawił wszystko na szali, aby móc być sobą i aby móc wreszcie spróbować żyć tak jak tego pragnął? Brouyer i tak był wizjonerem, szybko umiał rozpoznać dobry materiał, była więc duża szansa, że nie ukatrupi Maddocka za zmiany w tekście. Patrząc w oczy swojego nowego przyjaciela, pochylił się w jego stronę. Zaskoczony Keith zesztywniał przy jego boku. – Nie rusza cię fakt, że będę spotykał się z mężczyznami, że być może będę ich przyprowadzał na nasze spotkania? Dotykał, może nawet całował w twojej obecności? Nie będziesz do końca życia zastanawiał się czy nie myślę o tym, aby cię przechylić przez oparcie kanapy i dobrać się do twojego tyłka?
– Jason… – Widząc wielkie oczy Keitha, Jason od razu wiedział, że dokładnie to przeszło jego przyjacielowi przez głowę. Nie żeby się dziwił. Każdy i to dosłownie każdy w pierwszej kolejności miał seksualne skojarzenia, gdy chodziło o homoseksualizm. Z biseksualizmem to było o wiele bardziej skomplikowane. Tego ludzie zdawali się w ogóle nie pojmować.
– Jak możesz uważać, że nic się nie zmieniło, kiedy to ja się zmieniłem? Już nie jestem wstanie udawać, że podobają mi się kobiety, które pokazujesz mi palcem. Nie mogę ukrywać zainteresowania przystojnymi mężczyznami. Czy to dla ciebie jest jasne?
Cisza zapadła między nimi wypierając gwar i muzykę. Ludzie zniknęli, kiedy Jason i Keith mierzyli się wzrokiem. Znajdowali się zbyt blisko siebie jak na komfort Maddocka. Zdecydowany jednak był nie wypaść z roli. Twarz jego partnera była skupiona i poważna, a niebieskie oczy bez trudu wytrzymywały wyzwanie Jasona, choć sam Maddock drżał w środku z obawy i niepewności. Co on do cholery najlepszego wyprawiał?
– Czy po za faktem, że mój tyłek może ci się ewentualne podobać, co oczywiście świadczy o twoim świetnym guście, coś jeszcze się zmieniło? Urosła ci druga głowa? Masz zamiar jeść niewinne dzieci na śniadanie? Molestować bezbronnych mężczyzn? A może rozbijać małżeństwa, podrywając bogobojnych, chcących, ale niemogących ci się oprzeć mężów? Czy twój charakter się zmienił? Straciłeś nagle poczucie humoru? Będąc gejem chyba nie oznacza, że przestałeś być nagle praworządny, porządny i dobry… – pytał cicho Keith, szukając jednocześnie odpowiedzi w samym sobie, bo Darnell z tym jego kpiącym uśmieszkiem przebijał się przez postać, którą miał grać.
– Ja po prostu widzę mężczyzn tak jak ty widzisz kobiety – skonkludował ostatecznie Maddock sam zdziwiony tak prostą i oczywistą prawdą. Nagle dotarło do niego, co przeraża większość z nich. – To właśnie przeraża niektórych mężczyzna najbardziej – powiedział patrząc w oczy Darnella. – Że zostaną potraktowani przez innych mężczyzn dokładnie tak jak oni traktują kobiety…
– To i myśl, że mogą mieć mniejszego – palnął Darnell wypadając z roli. Widząc zdębiałą minę swojego partnera, trącił go ramieniem śmiejąc się. – Wyluzuj. Wszystko będzie dobrze. Jestem mądrym chłopakiem i mam kręgosłup. Nie straszne mi nowe przygody, w które możesz nas wpakować.
Maddock nie wiedział, co myśleć, nie umiał jednak stłumić uśmiechu, który wymusił z niego Darnell. Coraz częściej mu się to zdarzało. Ten facet po prostu zdzierał jego mury obronne wytrwałością i czarem. Nie, żeby przyznał się do tego bez bicia w tym dziesięcioleciu, jeśli w ogóle kiedykolwiek.
– Chcesz mi wmówić, że nie wybiłbyś mi zębów, gdybym spróbował cię pocałować? – zapytał Jason, natychmiast czując jak całą jego twarz zalewa rumieniec zażenowania. Teoria była prostsza niż praktyka. Nie wystarczyło wiedzieć, co miał zrobić. Musiał jeszcze zmusić swoje ciało do reakcji. W ustach mu zaschło, gdy tylko jego umysł zawędrował w te rejony, a na myśl o faktycznym pocałowaniu Darnella serce waliło mu o żebra jak spłoszone zwierzę i nie był w stanie wykrztusić dalej swojej kwestii. Miał też przytłaczającą pewność, że z tak bliska jego partner bez trudu widział jego zakłopotanie i niepewność, co tylko pogarszało całą sytuację. Raz jednak ruszając przed siebie, jak każdy dobry biegacz, był zdecydowany brnąć do końca.
Nieprawdziwy, a jednak bardzo realny Keith zlewając się z Darnell’em w jedną irytująco autorytatywną osobę, wyszczerzył zęby w uśmiechu. Przechylając lekko głowę na bok rzucił mu wyzywające spojrzenie. W oczach miał niebezpieczny błysk i Maddock czuł jak pot spływa mu po plecach.
Chwilę później bez odpowiedzi i bez ostrzeżenia pochylił się w stronę Maddocka i uchwycił jego lekko rozchylone usta w gorący pocałunek. Lekkie tchnienie oddechu ich dzieliło na ułamek sekundy, a potem zdumiewająco ciepłe i miękkie wargi mężczyzny złapały go w pułapkę, i zniewoliły na moment. Oczy same mu się zamknęły – automatycznie, jakby ze strachu, walcząc do końca z rzeczywistością – zanim jeszcze doszło do pierwszego kontaktu, a powieki jakby niespodziewanie ważyły tonę.
Nieoczekiwany dotyk wyrwał westchnienie z gardła sportowca. Nierealne i zdumiewające emocje targnęły jego duszą, zmieniając się w realny ucisk w piersi. Najpierw delikatnie, ale stanowczo Darnell uwięził go w pocałunku, swoimi wargami obejmując jego usta, a potem przywarł z całych sił, ssąc lekko. Pieszczota była subtelna i zdecydowanie przyjemniejsza niż Maddock śmiał sobie wyobrażać. Ich wargi pasowały do siebie idealnie. Pewne i zdeterminowane, złączone mocno ocierały się o siebie kusząc i zachęcając do zabawy. Usta Maddocka same musiały odwzajemniać pieszczotę, bo przecież on sam był zbyt zdumiony własną reakcją, ażeby choć drgnąć. Umysł aktywowany pożądaniem rejestrował każde muśnięcie. Chciał chyba wchłonąć i zapamiętać, każdy dotyk, który rozbudzał tysiące zakończeń nerwowych w jego ciele, odbierając mu opanowanie. Co on zresztą wiedział w tym momencie? Kolorowe wzory tańczyły pod jego ciasno zaciśniętymi powiekami. Dygotał od momentu, kiedy poczuł wielką dłoń Darnella na swoim karku. Tak znajomą i krzepiącą już dla niego, że aż go to przerażało. Skóra płonęła mu od tego niewinnego dotyku. Całe mrowienie właśnie stamtąd rozpływało się po jego skórze jak zimna fala. Nie mógł wziąć oddechu, bo seksowny, męski zapach jego przyjaciela wypełnił mu nos i głowę. Budził w nim głód.
Nieświadomie musnął językiem wargi Darnella. Chciał je tylko zwilżyć. Czuł nieprzepartą potrzebę, aby to uczynić, a zbyt słaby był, aby sobie odmówić. Usta jego partnera jednak rozchyliły się bez protestu i oporu, wciągając go głębiej w gorące, wilgotne wnętrze. Obaj westchnęli z ukontentowaniem, kiedy ich języki prześlizgnęły się po sobie. Ulga wypełniła ich ciała. Tylko, że Maddock prawie tego nie słyszał, bo cała krew buzowała mu uszach. On chciał tylko przycisnął się bliżej do silnego ciała władającego jego ustami mężczyzny i poddać się, choć na chwilę. Zanurzyć w przyjemności, którą czuł.
– Cięcie! – Krzyk Brouyera był jak kubeł zimnej wody wylany wprost na rozpaloną głowę Maddocka. Studio pełne ludzi i fałszywy bar wróciły nagle jakby przeniesione z innego wymiaru. Obrzeża jego wizy wybrzuszyły się przyprawiając go o zawrót głowy. Maddock nie zdawał sobie sprawy, że całe otoczenie dla niego zniknęło już jakiś czas temu. Zdezorientowany spojrzał na biorącego drżące oddechy Darnella. Mężczyzna wyglądał na wstrząśniętego, co sprawiło Maddock’owi absurdalnie wiele satysfakcji. Świadomość, że wywarł takie wrażenie na swoim partnerze pozwoliło mu się łatwiej pogodzić z tym, że jego własne ciało go zdradziło, a mózg nagle stwierdził, że otworzyło się przednim milion nowych możliwości, których nie brał nigdy wcześniej pod uwagę i z których nagle nie miał zamiaru zrezygnować. Nie miał czasu jednak na analizę pogoni myśli w swojej głowie, bo starszy mężczyzna był wyraźnie niezadowolony i nie omieszkał wszystkim to uświadomić. – To nie tak miało być! Jason całuje Keitha do cholery! Nie na odwrót. Ja pierdolę, co się tutaj dzieje? Czy nikt już nie pamięta co ma robić?
Zdumieni nagłym wybuchem, obaj z Darnell’em spojrzeli na podminowanego reżysera, szalejącego po studiu. Stojący przy nim podejrzanie zaczerwieniony Parker wpatrywał się w swoje buty z uporem godnym lepszej sprawy. Cała jego sylwetka wręcz krzyczała o dyskomforcie i napięciu. Maddock zamrugał niepewnie. Nawet nie był pewien, o co właściwie chodziło. Czuł jak cała twarz go pali, a jego na wpół wzwiedziony członek obscenicznie wypycha przód czarnych spodni. Dobrze, że siedział, bo konfrontacja z bratem swojego partnera była ostatnim czego pragnął, zwłaszcza w takim stanie.
– Robimy powtórkę! – zarządził reżyser, kiedy jednakże Parker wymamrotał coś do niego przez zaciśnięte zęby, facet wyglądał jakby był na dobrej drodze do dostania apopleksji na miejscu. – Za dziesięć minut – dodał opornie. Organizator jednak nie ugiął się, nadal cedząc jakieś polecenia i jednocześnie przyszpilając mężczyznę do podłogi lodowatym spojrzeniem, które także Darnell opanował do perfekcji, a którego odbiorcą Maddock był już kilkukrotnie. Nie dziwił się, że Brouyer wyglądał jakby miał za moment wyjść siebie. Bracia Kimrey potrafili zaleźć człowiekowi za skórę. – Macie wolne! – zaanonsował ostatecznie reżyser z miną maniakalnego mordercy. – Dogramy przesłanie po lunchu. Co ja przecież wiem? Jestem tylko jakimś tam reżyserem! Co tam scenariusz, co tam moje polecenia? Czy ja w ogóle wiem, o czym gadam? Ależ skąd! Mi tylko każą dokonać cudów! – Mężczyzna szturmem wypadł ze studia nie oglądając się na wściekłego Parkera. Zresztą ten chwilę później podążył jego śladem, starając się aż za bardzo, aby nie wyglądało na to, że zrejterował z placu boju. Sztywna sylwetka zdradzała go jednak przy każdym wolnym kroku, jaki zrobił.
Maddock w ułamku sekundy zrozumiał, że nie będzie powtórki ostatniego ujęcia. Cokolwiek Parker myślał i czuł na temat pocałunku swojego brata, było najwyraźniej dla niego zbyt trudne do przełknięcia.

***

Celowo odwracając się do Maddocka plecami, Darnell patrzył za swoim znikającym bratem. Szerokie plecy miał wyprostowane jak deska, a podbródek wysoko uniesiony. Jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby wszyscy z chodzili mu w pośpiechu z drogi, kiedy z wymuszoną nonszalancją opuszczał pomieszczenie. Nie mógłby być bardziej oczywisty nawet gdyby próbował. Przewracając mentalnie oczami, Darnell stłumił przekleństwo. Na serio nie potrzebował tego całego bałaganu. Najwyraźniej nie tylko na nim pocałunek wywarł wielkie wrażenie. Jego brat także wydawał się poruszony, choć trudno było powiedzieć, co myślał, bo z wystudiowaną obojętnością na twarzy unikał patrzenia w ich stronę, walcząc jednocześnie kłami i pazurami z reżyserem. Najwyraźniej wygrywało zażenowanie w tumulcie uczuciowym, wnosząc po tym jak nie potrafił spojrzeć mu w oczy.
Darnell potrzebował chwili, aby się ogarnąć. Chciał też mieć możliwość dyskretnego poprawienia erekcji, która wybijała mu dziurę w bokserkach, żeby wyjść i się pobawić z miłym panem, który był zniewalający i całował jak demon.
Rzec, że był zaskoczony jak wielką przyjemność sprawiło mu pocałowanie Maddocka, byłoby niedopowiedzeniem roku. Było oszałamiająco podniecające i naprawdę się tego nie spodziewał.
Przypuszczał, że to nie będzie jakieś traumatyczne doświadczenie i że nie zamknie się w sobie na całe życie, bo pocałował mężczyznę. Bóg mu świadkiem, że śniło mu się to wystarczająco często, aby zacząć się martwić – gdyby się przyjmował. Nie borykał się jednak zbyt głęboką analizą swojej osobowości, bo to nigdy nie prowadziło do niczego dobrego. Dołowało go to co potrafił wygrzebać ze swojej głowy. Po co więc robić sobie krzywdę? Przecież skoro nic nie robił z faktem, że różne możliwości od czasu do czasu pobudzały jego umysł, to mógł spać spokojnie. Nikt przecież nie był w stanie wejrzeć mu w myśli i zobaczyć, co się działo w jego wyobraźni. Sam tam rzadko zaglądał.
Teraz jednak musiał stawić czoła Maddock’owi. A facet potrafił być jak pitbull z kością.
– Wow! – rzucił siląc się na lekki ton i przeklinając jednocześnie drapanie w nadal suchym gardle. Podniecenie sprawiało, że nie miał kropli śliny w ustach. Jak na zawołanie jego wzrok sam padł na błyszczące, wilgotne wargi Maddocka i praktycznie zapomniał, o czym mówił. Na języku wciąż miał jego smak. Wargi wciąż go mrowiły od przelotnego kontaktu, a wszystkie mięśnie brzucha miał napięte jak postronki z wysiłku, który wkładał w powstrzymywanie się przed rzuceniem na niego po raz drugi. Jego towarzysz najwyraźniej rozumiał go bez słów, bo tylko mu przytaknął. Głowę miał lekko opuszczoną, więc Darnell tylko częściowo widział jego minę i bardzo go to irytowało. Chciał wiedzieć, o czym myśli jego partner. Co gorsza chciał zobaczyć jego reakcje na ich pocałunek. Spojrzeć mu w oczy i dojrzeć tę samą namiętność, która teraz trawiła jego wnętrze. Upewnić się, że i jemu tak namieszał w głowie. Sprawdzić czy podziałał jak porażenie prądem w jądra.
Był zdesperowany wystarczająco, żeby zapytać, ale obsługa studia przegoniła ich. Wołali do nich składając wiele gratulacji i wyrażając podziw dla ich wysiłku, i poświęcenia, Darnell jednak miał problem, aby skoncentrować się na tym co się działo wokół niego. Nadal tkwił w bańce, która zamknęła się wokół niego i Maddocka. Wolno, z wymuszonymi uśmiechami obaj jak na komendę ruszyli do wyjścia, machając wszystkim na pożegnanie. Nie czuł się na siłach, aby z kimkolwiek wymieniać grzecznościowe uwagi, a Maddock gotów był uciec przy pierwszej okazji. Z ulgą więc zamknął za nimi drzwi na pusty korytarz. W gruncie rzeczy był wściekły. Trudno było zaczynać poważną rozmowę w takich warunkach i miejscu, gdzie istniała duża szansa, że mogą mieć przerwane w każdej chwili. Jakby wiedziony impulsem chwycił Maddocka za kark i zatrzymał zanim mężczyzna miał okazję odejść bez oglądania się za siebie, co najwyraźniej zamierzał zrobić. Czując dotyk jego partner stanął i wolno obrócił się w stronę Darnella. Młodszy mężczyzna wydawał się z jednej strony spłoszony, z drugiej jednak wysoko zadzierał podbródek, gdy z uporem patrzył mu w oczy.
– Zjedz ze mną lunch – powiedział cicho Darnell. Nie było sensu straszyć chłopaka. Do poważniejszych tematów mogli przejść powoli. Maddock jednak miał inne plany, bo pchnął go nagle na ścianę i przycisnął całym ciałem. Z zaskoczenia Darnell jęknął, nie bronił się jednak, zbyt ciekawy, aby zmusić się do oporu. Do udawania dla zachowania pozorów.
– Po co męczyć się przez cały posiłek? Rozstrzygnijmy to tu i teraz, i będziemy mieli z głowy – wymamrotał z determinacją Maddock, rzucając mu wyzwanie twardym spojrzeniem. Źrenice miał lekko rozszerzone, a oddech przyśpieszony. Ich twarze dzieliły centymetry, więc Darnell z każdym oddechem wchłaniał zapach jego wody po goleniu. Całe jego ciało absorbowało zaś ciepło muskularnego, szczupłego ciała biegacza.
– Co mamy rozstrzygnąć? – zapytał zdławionym głosem nie do końca pewien, czego się spodziewać. Maddock zaskakiwał go już nie raz i myśl o tym tylko przyśpieszała szaleńczy łomot jego serca. Ekscytacja budowała w jego kroczu przyjemne napięcie. Prawie drastycznie musiał trzymać się w karbach, aby nie wepchnąć swojego nadgorliwego penisa w biodro swojego przyjaciela.
– Czy było tak zajebiście jak nam się wydaje czy to tylko fuks. – Zamiast wdawać się bezsensowna dyskusję, Maddock ujął twarz Darnella w dłonie i wpił się w jego usta. Nic nie pozostało z ich poprzedniego subtelnego, pełnego wahania pocałunku. Maddock doskonale wiedział, czego chciał. A chciał zbadać każdy zakamarek ust Darnella i poczuć jeszcze raz dreszcz spływający wprost do jego jąder przy pierwszym kontakcie ich śliskich języków. Miękkie wargi rozchyliły się, więc parł do środka, aby znaleźć się jak najgłębiej. Czuł jak słabość ogarnia jego kolana, przyparł zatem z całych sił do Darnella, próbując znaleźć oparcie. Wszystko drżało w jego wnętrzu. Właściwie chyba dygotał na całym ciele.
Darnell jednak nie miał zamiaru tak zwyczajnie poddać się tym razem. Objął Maddocka i prawie zmiażdżył w silnym uścisku. Determinacja i pożądanie paliło każdy zakamarek jego ciała i przelewało się przez niego wraz z krwią. Trzymając Maddocka za kark zawładną jego ustami, pieszcząc je i ssąc, walcząc o wejście do środka. Zdezorientowany na moment sportowiec zesztywniał nieznacznie, ale ostatecznie nie dał rady odmówić sobie przyjemności. Musiał ulec. Z westchnieniem pozwolił Darnell'owi wessać swój język do środka jego gorących, wilgotnych ust. Każdy dotyk i muśnięcie było naelektryzowane. Ich języki splotły się szukając jak najwięcej kontaktu. Jak szaleni tulili się i ocierali o siebie, walcząc o zaspokojenie pragnień, których intensywności wcześniej nie znali. Darnell nie pojmował jak wiele przyjemności i satysfakcji daje mu trzymanie w ramionach silnego, twardego ciała. Chciał go opatulić ramionami. Wkomponować w siebie i posiąść.
Otwierane z hukiem drzwi gdzieś za nimi wyrwały go jednak z seksualnego zamroczenia. Zły, zaskoczony i rozpalony po sam czubek głowy nie potrafił złapać równowagi, toteż oparł czoło na ramieniu zdyszanego, zesztywniałego ze zdumienia Maddocka. Przynajmniej mężczyzna go nie odepchnął, kiedy zaaferowany asystent Brouyera przebiegł koło nich nawet nie mrugając powieką na ich widok.
– „… organizatorzy już są powiadomieni. Sterling jest w drodze…”
Tylko tyle udało się wyłowić Darnell'owi z komentarza rzuconego do słuchawki, przez podekscytowanego mężczyznę, kiedy z żalem wyplątywał się z dość zaborczych objęć Maddocka. Jego podejrzliwość i ciekawość, zmora jego życia, uniosły głowę, i zaczęły węszyć kłopoty. A to było dokładnie to, czego w tej chwili nie życzył sobie. Potrzebował Maddocka i musiał zgłębić te potrzeby, które mężczyzna najwyraźniej w nim zaspokajał nawet nie próbując. Chciał kontynuować, to co im tak bez skrupułów przerwano.
Maddock jednak jak zwykle miał inne plany. Przeczesując włosy i biorąc kilka oddechów dla uspokojenia, cofnął się zwiększając między nimi dystans. To było wręcz bolesne.
– Cóż, szybko i skutecznie rozwialiśmy pewne wątpliwości – rzucił jakby od niechcenia, ale oczywista wypukłość w jego spodniach mówiła prawdziwą historię, bez względu na to, że jego mina nie zdradzała nic. Darnell poczuł ulgę, filtrując od razu, każde słowo, które miało paść z jego ust. Mógł łgać ile wlazło, on jednak widział wyraźnie oznaki podniecenia swojego partnera. Nie był ani obojętny, ani odporny. Był za to jak zwykle jeden krok przed Darnell’em. – Całujesz wystarczająco dobrze, żeby zwinąć facetowi bokserki w supły, to nie ma dwóch zdań wątpliwości w tym temacie. – Ruszył korytarzem, rzucając oniemiałemu Darnell'owi spojrzenie przez ramię. – Idziesz czy nie? Chcę się dowiedzieć, o co chodzi z całym tym zamieszaniem.
Znaleźli się przy drzwiach studia numer dwa zanim Darnell tak właściwie zdecydował, co powinien odpowiedzieć na to niespodziewane oświadczenie. Czy to był komplement? A może jego nowy przyjaciel z niego drwił? Trudno było powiedzieć, choć jego durne serce zadecydowało, że obstawia tę korzystniejszą dla niego opcję. A przecież on nigdy nie przejmował się tym, co myślą o nim inni ludzie. No może po za jego bratem i bratanicą.
Parker jak na zawołanie wyrósł tuż przy nich i zanim zdołali przekroczyć próg dosłownie wepchnął się przed nich, praktycznie zamykając im drzwi przed nosem. Widząc jednak stanowczą minę Darnella z niezadowoleniem skinął im głową i ruszył do centrum awantury, zostawiając ich samych sobie. Najwyraźniej miał większe problemy niż zaspokajanie ciekawości brata.
Stojąc w niewielkim oddaleniu od planu zdjęciowego i grupki aktorów, wysoka szatynka z ciasno upiętymi włosami, odziana w drogi czerwony kostium z miną udzielnej królowej strofowała niepozornie wyglądającą blondynkę. Chłód wręcz bił od niej, gdy spoglądała z góry wzdłuż swojego niemal arystokratycznego szczupłego nosa na nią. Karminowe wargi wydymały się za każdym razem, kiedy fukała na spokojnie przyjmującą jej zażalenia kobietę.
Pracownica kampanii skromnie ubrana w białą koszulę i czarną spódniczkę stanowiła totalne przeciwieństwo swojej oponentki, przypominając anioła z kaskadą loków spływających jej po plecach. Niższa i jakby krucha, wydawała się niewzruszona, choć jej postura krzyczała o dyskomforcie. Mała słuchawka w uchu bez problemu identyfikowała ją, jako jedną z pomocnic, a mocno ściskany folder w dłoniach zdradzał jej napięcie.
– Ta mała to asystentka Rodneya Ann – wymamrotał Darnell do niepewnie rozglądającego się Maddocka. Wskazując głową sprawczynię zamieszania, dodał szeptem: – Ta druga to Prudence Fox. Przewodnicząca jakiejś organizacji feministycznej, właścicielka kilku prestiżowych restauracji. Z tego co wiem przybyła na plan, aby wspierać swoja przyjaciółkę, która jest jednocześnie szefową kuchni w jej przybytku… ooo… tę niewysoką Azjatkę – powiedział, wymownie kiwając głową w stronę niepewnie przestępujących z nogi na nogę aktorów – podczas nagrywania. Sądząc po minie mojego brata można przypuszczać, że Fox znów chciała wykastrować jakiegoś mężczyznę.
– Nawet nie chcę wiedzieć skąd czerpiesz swoją wiedzę – odszepnął mu sportowiec z ciekawością dziecka śledząc całą scenę.
To studio nagraniowe niewiele różniło się od tego, w którym oni pracowali jeszcze moment wcześniej. Różnica była w składzie ekipy, jeszcze bardziej znerwicowanym reżyserze i fakcie, że występowały tutaj w większości kobiety. Inscenizacja była prosta i ktoś niewidzący połowy pomieszczenia mógłby przypuszczać, że znajdują się w dyskotece albo już przynajmniej na wielkim party. Trzy postacie wyróżniały się jednak z tłumu skompletowanego ze statystów. Dwie kobiety, z czego jedna musiała być bez dwóch zdań przyjaciółką robiącej zamieszanie kobiety, i wysoki mężczyzna stali niepewnie zerkając na klnącego, ciskającego się po pomieszczeniu reżysera i debatujące bardzo głośno Ann, i Prudence Fox. Wyraźnie nie wiedzieli, co się dzieje i co robić. Nie żeby Darnell był, choć trochę lepiej zorientowany.
Oczywiście Fox nie miała skrupułów, aby donośnie i dobitnie oznajmić swoje niezadowolenie.
– To jest po prostu nie do pomyślenia, co tutaj się dzieje! – wrzeszczała w twarz Ann. – To jakaś kpina. To co tutaj robicie to pogwałcenie wszystkich praw kobiet! Co to ma być? Ja nie rozumiem, dlaczego Mia Li zgodziła się pomóc wam w tym żałosnym projekcie! – Pod koniec swojej tyrady lekko była już zsiniała, więc Ann miała okazję odpowiedzieć z żelazną konsekwencją i spokojem.
– Proszę się uspokoić i nie robić zamieszania.
– Zamieszania? Ja dopiero zrobię zamieszanie. Prasa was pożre żywcem. Ten wasz szkolny projekcik pójdzie w kanał! – Prudence trzęsła się ze swojego słusznego oburzenia.
– Proszę ten temat poruszyć z panem Sterlingiem. Mogę panią umówić… – odparła Ann rzucając sarkastyczne spojrzenie feministce i wyraźnie walcząc z ironicznym uśmiechem, spojrzała w swój folder. – Za tydzień.
– Nie pogrywaj sobie ze mną sekretareczko, bo najwyraźniej nie wiesz z kim zadzierasz…
 – Och, ja doskonale zdaję sobie sprawę z kim mam do czynienia – odparła Ann stoicko, nie dając się sprowokować swojej przeciwniczce. – Mia Li zaangażowała się dobrowolnie w kampanię i po zapoznaniu z projektem, wyraziła chęć wystąpienia. Myślę, że dla niej i dla pani to istotne, aby uświadomić ludziom dyskryminację, błędne wyobrażenia o lesbijkach i brak poszanowania dla kobiet.
– Ty mi tutaj panienko nie wyjeżdżaj ze swoimi mądrościami na temat dyskryminacji. Jestem uosobieniem feminizmu i nie będziesz uczyła mnie co jest ważne i potrzebne kobietom! – Fox zapłonęła oburzeniem prawie rzucając się do gardła asystentki.
– Nie skorzystamy jednak z pani rad – Ann skontrowała nie bez odrobiny sarkazmu. – A teraz przepraszamy, ale nie możemy dopuścić do opóźnień. Proszę nie przeszkadzać przyjaciółce.
– Co ma niby uświadomić ludziom obmacywanie jej przez jakiegoś palanta i głupie uśmiechy idiotki jak ciele się w nią wpatrującej? – Och, Prudence najwyraźniej nie podzielała wizji reżysera i Sterlinga, który ułożył większość przesłań i scenariuszy do filmików.
– Dziękujemy, że podzieliła się pani z nami swoją cenną opinią, ale naprawdę poradzimy sobie sami – Rodney, z Parkerem tuż na jego piętach, wślizgnął się miedzy dyskutujące kobiety. Ann z ulgą cofnęła się, niezłomnie jednak trwając przy boku swojego szefa. Darnell doskonale wiedział, w którym momencie Maddock dostrzegł jej krótszą zdeformowaną rękę częściowo schowaną w fałdach koronkowej bluzki. Wszyscy reagowali dość gwałtownie na ten widok i Maddock nie był wyjątkiem. W jego przypadku jednak to była instynktowna sympatia, bo zaczął ciskać piorunujące spojrzenia w stronę feministki.
– Nie mam zamiaru pozwolić, aby moja przyjaciółka była wykorzystywana w taki sposób! – Prudence nie zamierzała się ugiąć. Jej perfekcyjnie umalowane usta zacisnęły się w cienką linię, a idealnie wydepilowana brew podjechała do góry, kiedy z obrzydzeniem mierzyła mężczyzn przed nią stojących jak karaluchy, na które niechcący nadepnęła.
– Rozumiem, że ma pani szczególne postrzeganie świata i kobiecych potrzeb – oświadczył Rodeny tonem tak wyważonym i stoickim, że wybuch Prudence nagle wydawał się być dziecinny i bardzo nie na miejscu. Stając z nią twarzą w twarz potraktował ją jak równego sobie przeciwnika a nie kobietę. Z całą pewnością powinna to docenić. – Niestety my jesteśmy realistami. Musimy i chcemy trafić z naszym przesłaniem do szerszego kręgu ludzi. Proszenie o pomoc nie uwłacza ani kobietom, ani mężczyznom i trzeba to wyraźnie podkreślić. Nasz przyjaciel – wskazał na aktora lekko poklepującego zdenerwowaną Mię Li po ramieniu – musiał odwzorować zachowania wielu mężczyzn, więc cały filmik może być intensywny. Obłapywanie, niewybredne propozycje czynione lesbijkom i przede wszystkim irracjonalne niedowierzanie kobietom, że ich orientacja seksualna, wcale nie wynika z braku wielkiego penisa i że mężczyzna nie jest wykładnikiem zaspokojenia ich potrzeb, to tylko czubek góry lodowej. Grunt to zaszczepić w ludzkich umysłach, że NIE zawsze oznacza NIE, a nie „może” czy „nie wiem”. Trzeba też nauczyć kobiety nie obawiać się prosić o pomoc w chwilach zagrożenia. To ma właśnie uświadomić to ujęcie. Napastowane kochanki mają prawo do obrony i mają prawo jej oczekiwać, bo ich związek nie jest powodem do rezygnacji z zwyczajnych ludzkich przyjemności i zabawy.
– Oczywiście, bo przecież o niczym innym nie marzycie wy szowinistyczne świnie niż tylko, żeby znów uzależnić od siebie kobiety! – Dysząc z wściekłości Prudence praktycznie trzęsła się na koniec spokojnego wykładu Rodneya. Wyglądało na to, że przez jej filtr przedostało się tylko to co aktualnie jej odpowiadało.
– I to jest właśnie to miejsce, gdzie się najwyraźniej nie rozumiemy – wtrącił Parker lodowatym tonem. Jego spojrzenie wystarczyło, aby zmrozić zapał kobiety do kolejnej tyrady. – My chcemy uświadomić ludziom, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy równi. To dotyczy się też kobiet. Nie ma mężczyźni kontra kobiety, homo przeciwko hetero. Jest dyskryminacja i nienawiść przeciwko nam. Ludziom.
– Piękne słówka nic nie kosztują – syknęła Prudence, robiąc krok w stronę brata Darnella. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Była albo bardzo głupia, albo miała worek jaj, które wcześniej odebrała mężczyznom, którzy padli jej ofiarom. – Możecie wszystkim mydlić oczy, ale tak naprawdę chodzi wam o pokazanie, kto jest górą.
– Nie, chodzi nam o to, żeby ludzie, którzy się wiążą ze sobą, co może kiedyś dotyczyć i ciebie, nie musieli właśnie walczyć na każdym kroku. Aby byli bezpieczni bez względu na to, w jakim otoczeniu się znajdują. Kobiety nie mają być postrzegane, jako słabe ofiary, mają mieć pewność, że znajdą pomoc i wsparcie, jeśli tego sytuacja będzie wymagała. Możemy wszyscy rzucać wzniosłymi, aczkolwiek pustymi sloganami, ale to nie przybliży nam ani trochę rzeczywistości, w której żyją miliardy osób – deklaracja Rodneya była spokojna i wyważona, ale bez mrugnięcia okiem skinął głową ochroniarzowi, który wślizgnął się niepostrzeżenie do studia, dając mu znać, że jego interwencja może być potrzebna.
Ann z szerokim uśmiechem rzuconym swojemu pracodawcy wskazała czerwonej z furii Prudence wyjście.
– Proszę za mną, nagranie musi być kontynuowane – powiedziała odzyskując równowagę i pewność siebie.
– To jeszcze nie koniec! – Kobieta nie zamierzała tak zwyczajnie skapitulować. Wbijając pełne furii spojrzenie w organizatorów, wymierzyła w nich oskarżycielki palec o krwiście pomalowanym paznokciu. – Robicie sobie i kobietom więcej szkody niż pożytku. Tego tak nie można zostawić. Trzeba się przyjrzeć tym waszym szemranym pomysłom. Promujecie zachowania bandy szowinistycznych, mizoginicznych zboczeńców. Udajecie, że chcecie pomóc, ale tak naprawdę chcecie tylko sobie dobrze zrobić!
– To, że organizatorzy nie zamierzają traktować kobiet, jako gatunek nadrzędny nie oznacza, że traktują je gorzej! – wtrąciła gwałtownie oburzona Ann, aż zaciskając pięść na folderze ze złości. – To takie kobiety jak ty robią innym kobietom więcej szkody niż pożytku. Chcecie, aby świat kłaniał wam się w pas tylko dlatego, że jesteście kobietami. Cóż, w moim imieniu nie przemawiasz, więc wyjdź i nie przeszkadzaj, jeśli nie zamierzasz pomóc!
Rodney czując narastającą furię u swojej pracownicy, położył jej na ramieniu dłoń w uspokajającym geście, chłodno mierząc zacietrzewioną feministę, wyglądającą jakby się miała rzucić na niższą kobietę.
– Proszę się nie krępować. Jak już znajdzie pani jakieś uchybienia… – zaczął, ale Ann najwyraźniej jeszcze nie skończyła, dodając sarkastycznie.
– …to wsadź sobie te swoje uwagi w swój kościsty tyłek i udław się swoimi świętymi racjami, bo tutaj nie ma dla radykalizmu miejsca. – Przywołując ochroniarza jednym ruchem ręki, zmierzyła swoją przeciwniczkę pełnym niesmaku i odrazy spojrzeniem. – A teraz nie będziemy pani zatrzymywali… może mieć pani jakąś aborcję zaplanowaną w czasie lunchu i nie chciałabym, aby pomaganie innym i troska o ludzi stanęła pani na drodze…
W przeciągu kilku kolejnych sekund po drastycznym stwierdzeniu młodej asystentki i pełnym oburzenia wrzasku restauratorki, akcja w studio rozegrała się błyskawicznie.
Darnell wręcz mrugał z niedowierzaniem, jak na jego oczach tylko sprawnym działaniem Parkera i Rodneya o włos zażegnano konflikt zbrojny. Po pięciu minutach od wyprowadzenia robiącej zamieszanie Prudence wydawało się jakby wszystko w mgnieniu oka wróciło do normy. Napięcie jednak wręcz elektryzowało włoski na jego ciele. Maddock wyglądał jak jeleń złapany w światła reflektorów samochodu niemogący się ruszyć z miejsca. Wyraźnie wstrząsnęła nim cała ta konwersacja.
– Wow… to był cios poniżej pasa – wymamrotał do Darnella nadal patrząc na zdenerwowaną Ann wolno teraz popijającą herbatę, którą ktoś z obsługi jej wręczył na uspokojenie.
– Wiem… – przyznał Darnell już w myślach planując drogę ucieczki przed wyraźnie zmierzającym w ich kierunku bratem. – Nie znam szczegółów, ale słyszałem, że Ann ciężko przeżyła dwa poronienia, a kiedy starała się o in vitro, grupa feministek nie ukrywała, że ze względu na jej kalectwo powinna raczej przemyśleć sobie rozmnażanie. Myślę, że nie może tego tak zwyczajnie przełknąć, że one są nastawienia, iż usuwanie ciąż jest czymś normalnym jak wyciśnięcie pryszcza…
Po raz kolejny Maddock wpatrywał się w niego z ciekawością i zdumieniem, i Darnell nagle poczuł się nieswojo. Czemu tak paplał jak zakochana nastolatka ilekroć ten mężczyzna spojrzał na niego? Chyba było z nim coraz gorzej.
– Tym razem chyba chcę wiedzieć skąd czerpiesz swoją wiedzę – przyznał biegacz cicho, przysuwając się bliżej jakby chciał tam i w tym momencie usłyszeć wyjaśnienia.
Przewracając mentalnie oczami Darnell skrzywił się. Wpakował się i to nie na żarty. Parker go zabije.
– Chętnie udzielę wszelkich wyjaśnień podczas lunchu. Choć przyznam, że raczej wolałbym rozmawiać o czymś ciekawszym niż o przykrych przeżyciach mojego brata i trudnym życiu, jakie zgotowała mu jego była żona.
– Och…
– No, och, dobrze to kwituje – przytaknął Darnell z rezygnacją patrząc ponad ramieniem Maddocka na swojego brata. – O wilku mowa…
Zaskoczony i jakby nagle wyrwany ze stuporu mężczyzna rozejrzał się dookoła. Widząc zdeterminowaną minę surowego organizatora podjął błyskawiczną decyzję.
– Pora na mnie… – Obracając się na pięcie ruszył do wyjścia nie oglądając się na Darnella.
– Hej, a co z naszym… lunchem? – zawołał za nim aktor, próbując przełknąć rozczarowanie, które poczuł na widok oddalających się pleców swojego partnera. To nie tak miało być. Chciał zgłębić atrakcję, którą czuł. Chciał zrozumieć co się z nim działo, a wyglądało na to, że to właśnie Maddock trzymał klucz do zagadki jaką stały się jego własne pragnienia. Dobijało go też, że przystojny sprinter zdawał się ciągle mu wymykać.
Miał zbyt wielki mętlik emocjonalny, aby stawić czoła bratu, nie wyglądało jednak, aby starszy mężczyzna dał mu jakąś inną opcję. 

Rozdział szósty

Za każdym razem, kiedy Parker mówił: musimy zamienić słowo; Darnell wiedział, że nie spodoba mu się ta rozmowa. Nie był więc wcale zdziwiony, kiedy jego brat najpierw przez pięć minut krążył mu po pokoju hotelowym, jakby musiał dobrze się zastanowić co chce powiedzieć, a potem kolejne dziesięć wyjaśniał dlaczego Prudence Fox nie miała racji. Darnell średnio był zainteresowany tym tematem i dosłownie było mu wszystko jedno, o co chodziło tej kobiecie, ale nie śmiał przerywać bratu. Doskonale wiedział, że nie dlatego Parker chciał z nim rozmawiać. Nie był jednak skłonny niczego mu ułatwiać. Jeśli coś miał mu do powiedzenia, zwłaszcza na temat jego pocałunku z Maddock’iem, sam musiał zainicjować konwersację.
W końcu sam nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Nie żeby jakoś szczególnie próbował. Pewność miał jedną i tu nie było nic do zastanawiania. A mianowicie nie dało się zaprzeczyć, że bardzo mu się podobało i zdecydowanie był gotów na więcej. Po za tym Maddock intrygował go. Zaś to nie często mu się zdarzało ostatnimi czasy. Właściwie miał wrażenie, że już wszystko widział i nic go nie dziwiło, a każdy człowiek był do pewnego stopnia przewidywalny. Maddock jednak nie mieścił się w żadne ramki. A to nie było bez znaczenia w świecie gdzie każdy próbował się dopasować.
– Okej. Przejdziesz do rzeczy czy masz zamiar wychodzić dziurę w moim dywanie, zanim nazbierasz odwagi? – zapytał w końcu Darnell niezdolny dłużej wytrzymać nerwowego ciskania się swojego brata. Nawet on miał pewne granice. Z wystudiowaną niedbałością usiadł na fotelu, wolno popijając swoją zamówioną do lunchu kawę. Poddał się nie mając nadziei, że Maddock przyjmie jednak jego zaproszenie i postanowił zjeść w pokoju tracąc ochotę na wyjście. Teraz wodził oczami za wysoką sylwetką, próbując rozgryźć, o co tak naprawdę chodziło mężczyźnie.
– Wiesz jak wiele dla mnie znaczy to, że bierzesz udział w tej kampanii. – Tak, oczywiście, że Parker musiał zacząć z grubej rury, przyjmując protekcjonalny ton i drażniąc Darnella już na występie. Później nie było wcale lepiej. – Wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć...
– Do sedna Parker.
– Chodzi o to, że znam cię.
– To powinieneś wiedzieć, że takie owijanie w bawełnę mnie wkurza – wtrącił zirytowany już nie na żarty Darnell. – Mów, jeśli masz coś do powiedzenia, a jeśli nie, to pilnuj własnego nosa.
– Boję się, że wpakujesz się w jakiś skandal, a to na serio nie jest potrzebne naszej sprawie.
Robiąc wielkie oczy Darnell zakpił z brata, tym bardziej, że widział jego dyskomfort.
– A jakiż to skandal grozi kampanii na rzecz walki z homofobią – rzucił sucho – wśród długiej listy innych ważnych rzeczy takich jak równość, wolność i bezpieczeństwo… przy udziale dwóch mężczyzn? – zapytał wcale nie siląc się na udawanie, że nie ma pojęcia, o czym Parker do niego mówi. Nie mieli już po kilkanaście lat i nie musieli próbować się przechytrzyć, aby wyszło, który jest mądrzejszy i sprytniejszy.
– Jak już powiedziałem – powtórzył Parker z naciskiem, stając naprzeciwko wygodnie siedzącego Darnella, patrząc na niego z góry i zaplatając ręce na piersi. – Znam cię wystarczająco dobrze, aby poznać błysk w twoich oczach. Zawsze we wszystko pakujesz się bez zastanowienia. Nigdy nie myślisz o konsekwencjach, bo albo z większości tarapatów zawsze udawało ci się wychodzić obronną ręką, albo traciłeś zainteresowanie zanim właściwie miałeś szansę władować się na dobre w jakieś kłopoty. Pogrywanie ze sławnym sportowcem może się zakończyć zajebiście wielkimi kłopotami. Nawet ty musisz sobie zdawać z tego sprawę.
– Nie chwytam, co rozumiesz przez pojęcie „pogrywania sobie” – oświadczył Darnell cicho. W duszy jednak powtarzał rzucając nieme wyzwanie bratu: powiedz to, powiedz to, no dalej powiedz to na głos!
– Maddock Sheffield to nie nowa zabawka, która cię intryguje. To człowiek, który naprawdę może ci narobić kłopotów. Zrozum, że ta kampania opiera się na dobrej woli ludzi. Jeśli zrazisz go, obrazisz czy zwyczajnie zabawisz się jego kosztem, będzie to rzutowało na ciebie, na mnie i w konsekwencji na całą akcję. Obserwowałem cię…
– Dlaczego? – Darnell nie zamierzał się ugiąć. Wiedział, że jeśli nie przyciśnie do muru swojego brata, to nie dostanie ani jednej prostej, bezpośredniej odpowiedzi, tylko kolejny wykład o moralności, odpowiedzialności i obowiązkach. Zresztą bardzo był ciekawy odpowiedzi na to jedno pytanie.
Wytrącony ze swojej tyrady niespodziewaną zmianą tematu Parker, przez chwilę wpatrywał się w niego lekko przechylając głowę na bok, jakby próbując rozszyfrować podwójne dno pytania. Tylko, że tam nie było żadnych podtekstów, było wręcz boleśnie proste. Darnell poprawił się, wyciągając przed siebie długie nogi i krzyżując ręce na piersi. Bez problemu wytrzymał badawcze spojrzenie wymierzone w niego.
– Co, dlaczego? – zapytał w końcu jego brat, jakby próbując zyskać na czasie.
– Dlaczego mnie obserwowałeś? Jestem niezależnym finansowo i zawodowo, prawie trzydziestoletnim mężczyzną. Dlaczego czujesz się w obowiązku pilnować mnie jakbym był twoją siedmioletnią córką Marigold?
– Bo się o ciebie martwię! – wybuchnął zdenerwowany nagle mężczyzna. Przeczesując dłonią włosy, obrócił się na pięcie i ruszył do barku w kącie pokoju.
– Nie ma powodów. Po za moim jednym wyskokiem w wieku szesnastu lat zawsze byłem rozsądny i odpowiedzialny. – Darnell naparł na brata, kładąc na każdym słowie nacisk. – Zawsze też ponoszę odpowiedzialność za swoje czyny. Czym więc nagle się martwisz? Może tym, że przez przypadek pocałunek z Maddock’iem mógł mi się za bardzo spodobać?
Palce Parkera zacisnęły się niespodziewanie na szklaneczce Burbona, którą sobie nalał. Skoro sięgał po alkohol w porze lunchu, to było z nim bardzo źle. Co prawda Darnell w ogóle mu się nie dziwił, biorąc pod uwagę presję, w jakiej ostatnio żył, ale nadal niepokoił go fakt, że najbliższa mu osoba może okazać się, kimś kogo w ogóle nie znał. Ostatnie dni i udział w nagraniach otwarły mu oczy na wiele spraw, co wkurzało go niejako. Nie chciał, aby wątpliwości zatruwały mu życie.
– Mówisz jakby to był jakiś żart. Powód do drwin – wycedził mężczyzna, ściągając rozmowę na całkiem nowy poziom „mówię śmiertelnie poważnie”.
Darnell’owi włosy zjeżyły się na całym ciele. Był skonfundowany, podniecony i podekscytowany. Gorzej, był nawet poniekąd wystraszony, ale zdecydowanie nie było mu do śmiechu.
– Mylisz się, jeśli uważasz, że traktuję to jak żart czy zabawę. – Wolno unosząc się z fotela, wyciągnął się na całą długość, próbując rozluźnić napięte jak postronki mięśnie. Kiedy stało się dla niego jasne, że nic nie pomoże, ruszył do swojego brata zdecydowany na ostateczną konfrontację.
Lata doświadczenia w „śmiertelnie poważnych” rozmowach, ostrzegło Parkera, że dialog między nimi właśnie przybrał nowy obrót. Odstawiając prawie nienapoczętą szklaneczkę alkoholu odwrócił się do Darnella przodem. W oczach miał ten swój upór, którego Darnell tak nie znosił. Upór, który zawsze sprawiał, że ścierali się jak dwa byki i w rezultacie każdy ostatecznie zostawał przy swoim, i tak czy inaczej obaj musieli z tym żyć.
– Czy w ten pokrętny sposób chcesz mi powiedzieć, że traktujesz Maddocka Sheffielda w sposób wykraczający po za sympatię między partnerami i współpracownikami? – Pozostawić to Parkerowi, żeby wszystko skomplikował, kiedy odpowiedź była bardzo prosta. Darnell nie miał oporów, aby stawić czoła swojej głupocie.
– Jeśli w ten zawiły sposób chcesz wiedzieć czy lecę na niego? To tak. Napaliłem się jak idiota. Czy to zaspokaja twoją ciekawość? Bo jeśli chciałeś usłyszeć coś przeciwnego, to przykro mi bardzo bracie, ale nie masz szczęścia. – Widząc jak oczy jego bratu wychodzą na wierzch, musiał zdławić śmiech i spróbować opanować sytuację zanim biedak wybuchnie. – Nie martw się. Nie uważam wcale, że to jest najmądrzejsze, co mi się mogło przydarzyć.
Po kilku głębokich wdechach i wielu nieudanych próbach wydobycia z siebie głosu, Parker niczym desperat chwycił się z powrotem swojej szklaneczki, którą wcześniej, najwyraźniej bardzo pochopnie, odstawił. Ostatecznie spojrzał na Darnella jak dezaprobujący ojciec strofujący niepokorne dziecko.
– Wiem, że emocje unoszą się wysoko w sytuacjach takich jak ta – zaczął mentorskim tonem, co z miejsca posłało ciśnienie Darnella pod sam sufit. – Ludzie z natury łatwo ulegają panującemu uniesieniu i podekscytowaniu w tłumie. Zwłaszcza, jeśli ciśnienie jest duże i grupa ludzi poddawana jest pewnej presji przez dłuższy czas. – Kolejne wypowiedzi nie pomagały uspokoić się młodszemu Kimrey’owi, ale Parker wydawał się nie dostrzegać jego irytacji. – W tym wypadku uczucia są skumulowane, bo wielu naprawdę zależy, aby zrobić wreszcie jakiś porządny, duży krok we właściwym kierunku. Każdy jest na psychiczny haju. Wszystko nagle wydaje się ciekawsze, bardziej podniecające i tysiąc różnych opcji wyskakuje przed człowiekiem znikąd. Nie trudno pomylić zaciekawienie z rzeczywistością. Nie sądziłem jednak, że i ty dasz się ponieść… –  dodał wyraźnie niedowierzając, że taka opcja stała się realna i musiał się z nią uporać.
Och, to się Parker zdziwi – pomyślał nie bez przekąsu Darnell nie mogąc już dłużej znieść jego bredzenia od rzeczy.
Nie napalił się, bo wszędzie byli całujący się ludzie, a każdy podświadomie myślał o seksie i chcąc czy nie chcąc zastanawiał się jak większość z tych facetów czuła i czy im pały stawały. On się napalił, bo Maddock zwykłym pocałunkiem podpalał mu jądra, wzbudzając całkiem nowy zestaw pragnień, których nie miał zamiaru tak łatwo się wyrzec.
– Wierz mi, że doskonale wiem, co się dzieje. Czy się tego spodziewałem? Nie. Czy zamierzam coś z tym zrobić? Zdecydowanie. Dlaczego tak jest? Nie wiem, nie mam zamiaru dręczyć się tym i ty jako organizator akcji mającej za zadanie wywalczyć dla wszystkich prawo wyboru z kim się wiążą nawet nie powinieneś pytać. – Parker wyraźnie nie lubił odpowiedzi swojego brata, bo jego twarz poczerwieniała nagle i wyglądał jakby był na pograniczu wybuchu. Trwało jednak to zaledwie moment, bo już po kilku głębokich wdechach, wciągniętych z sykiem przez nos, z chłodnym opanowaniem zmierzył Darnella długim, taksującym spojrzeniem.
– Szczerze mówiąc nie wybrałbym dla ciebie takiej opcji, gdybym miał coś do gadania, jednocześnie jednak jestem realistą. Jestem też szczerym człowiekiem i dosadnie mówiąc jest dla mnie bez znaczenia, z kim się zwiążesz – wycedził wolno, bez drgnięcia powieką zbliżając się do swojego brata z wyzwaniem patrząc mu w oczy. – O ile dorośniesz w końcu do tego, ażeby w ogóle się z kimś związać.
Cios był celny, szybki i bolesny, i Darnell tylko resztką siły woli nie pomasował swojej piersi, próbując złagodzić fantomowy ból. Parker potrafił mu dokopać jak nikt inny, znał go też jak żadna inna żywa osoba na świecie. Szkoda, że jednak czasem naprawdę nie dostrzegał oczywistych rzeczy. Życie ich obu byłoby o wiele prostsze. On nie miał problemu ze związkami. Problem miał z ludźmi, bo nikomu nie było można ufać, a do związku potrzeba było dwojga ludzi.
– Kiedy sam zaczniesz osiągać jakieś sukcesy na tym polu, wróć, to zgłębimy ten temat – odparł w samoobronie zadając własny cios poniżej pasa. Zawsze lepiej było cierpieć grupowo, a on nigdy nie udawał, że nie był małostkowy. Wargi jego brata zacisnęły się tak mocno, że zbielały, a kamienny mur prawie z hukiem wyrosły wokół niego. Kiedy jednak wtykasz nos w czyjeś życie musisz liczyć się, że w konsekwencji i twoje własne może zostać ocenione. – Bądź również uspokojony, bo zapewniam cię, że cokolwiek stanie się między mną i Maddock'iem, będzie on w pełni dobrowolnym, chętnym i aktywnym uczestnikiem.
Wielka brawura przez niego przemawiała, gdy tak pochopnie zdeklarował swoje zamiary względem swojego partnera, ale przecież Parker nie musiał wiedzieć jak się sprawy miały na ten moment, i że to wcale nie było takie pewne, że Maddock da mu się choćby zbliżyć do siebie na odległość wystarczającą, aby mu dać kopa na zapęd jak go będzie odsyłał z kwitkiem.
Na szczęście dla rozdygotanego w środku Darnella głośne pukanie do drzwi przerwało im dalszą rozmowę. Ktokolwiek to był zasługiwał dosłownie na pocałowanie, bo dalsza dyskusja z jego bratem właśnie znalazła się na równi pochyłej i wkrótce skończyłaby się w sposób, którego obaj by żałowali.
Zanim zdołał dobrze otworzyć drzwi, mała kulka energii odziana w brokatem skąpaną kreację wpadła do środka, rzucając mu się na nogi z piskiem.
– Wujku! Jestem! – Marigold Kimrey oświadczyła swoje przybycie z emfazą. Kiedy Darnell poderwał ją w objęcia zachichotała, wypełniając całe pomieszczenie radością.
– Widzę, że jesteś – przytaknął całując czubek jej blond czuprynki. Najwyraźniej jej atrakcja baseballem przeminęła i weszła w nową fazę, bycia księżniczką w zwiewnych sukienkach i lokach. Już dawano nauczył się nie zadawać małej kobietce pytań.
– Przepraszam panów. – Cichy głos niani Marigold, Very wyłonił się zza futryny wraz z niewysoką sylwetką starszej pani. – Marigold chciała się upewnić, że pamięta pan o obiecanym lunchu, który mieliście razem zjeść. – A obietnica to przecież była rzecz święta dla małej kobietki i nikt, a zwłaszcza jej tata i wujek nie mieli prawa, i dość odwagi, aby ją złamać. Opiekunka tylko pilnowała, aby wszyscy byli szczęśliwi i nikt nie miał kłopotów.
Parker z uśmiechem skinął głową kobiecie, wdzięczny za lata wspaniałej troski i opieki nad całą ich trójką.
Marigold zaciskając małe rączki na szyi Darnella przyjrzała mu się krytycznie.
– Już wszystko wygrałeś? – zapytała podejrzliwie. Zdezorientowany Darnell już miał spojrzeć na swojego brata, gdy go nagle olśniło. Próbując opanować śmiech, odparł poważnie.
– Jeszcze nie nagrałem wszystkiego. Mam jeszcze trochę pracy. – Zostawiając między dwoma palcami centymetr przerwy pokazał dziewczynce, aby ją uspokoić. – O dokładnie tyle. Dlaczego pytasz?
– Tylko sprawdzam czy skończysz przed świętami, bo nigdy cię nie ma jak pracujesz. – Marigold chciała się upewnić czy jej idealnie zaplanowane święta nadal będą idealne. Z dorosłymi, to przecież nigdy nie było wiadomo.
– Nic się nie martw. Twój tata już nas wszystkich przypilnuje, aby wszystko było skończone na czas. – Rzucił bratu spojrzenie, uśmiechając się kącikiem ust. W razie czego on był kryty.
– Tato powiedział, że twój partner, z którym pracujesz jest bardzo szybki, chyba więc już długo wam nie zajmie? – dopytywała się, aby już całkowicie rozwiać wszelkie wątpliwości.
– Powiedzmy, że kiedy biega to jest jak błyskawica. – Darnell podzielał jej nadzieję, że Maddock jest szybki, tylko z absolutnie innych powodów.
Parker jakby wyczuwając, że jego myśli zaczynają błądzić po niewłaściwych rejonach, odebrał mu dziecko, witając się z nią entuzjastycznie. Mała istotka jednak była dumną spadkobierczynią uporu rodziny Kimrey, bo wyglądając znad ramienia ojca nadal przepytywała wuja.
– Czy jest taki szybki, że jakbyś uciekał to by cię dogonił? – Najwyraźniej bardzo ją fascynowało czy ktoś jest w stanie pokonać jej dzielnego wuja. Parker prychnął pod nosem, ale w ostatnim momencie ugryzł się w język zanim palnął coś, za co Darnell musiałby mu wybić kilka ślicznych, białych ząbków.
– Nie mam pojęcia szczerze mówiąc, ale pewnie tak – odparł poważnie, nie chcąc mieszać dziecku w głowie, tym bardziej, że znał ich małego szatanka i wiedział, że w jakiś sposób zmusiłaby go, do tego, aby sprawdzili. Co oczywiście byłoby absolutnym upokorzeniem jego męskości, bo nie miałby szans z Maddock'iem, nawet w przedbiegach.
– A jakby chciał ci uciec, to złapałbyś go? – Niewyczerpana kopalnia pytań, to było drugie imię Marigold. Patrząc na dziewczynkę Darnell uśmiechnął się krzywo.
– Mam nadzieję, że nie będzie chciał mi uciec – powiedział spokojnie z lekkim mrugnięciem oka. Pielęgnując w sercu szczerą i gorącą nadzieję, że tak właśnie będzie.
Mina Parkera była porażająca. Wyglądał jakby był rozdarty między chęcią wrzeszczenia z frustracji i napadem dzikiego śmiechu. Sytuację jednak rozładowało kolejne pukanie do drzwi, za co Darnell był wdzięczny. Sam nie wiedział co go napadło tego dnia. Nie miał pojęcia jak sobie poradzić z buntem emocjonalnym, który czuł i co powinien zrobić, aby nie wpakować się w szambo po uszy. Nie chciał też wykończyć psychicznie swojego wyraźnie nadopiekuńczego brata.
Na wdechu otwarł drzwi prawie zachłystując się na widok wyraźnie spiętego, rozczochranego Maddocka na swoim progu. Mężczyzna wyglądał jakby go gnębiło zbyt wiele problemów na raz i już praktycznie był na granicy wyczerpania psychicznego. Tylko jego oczy płonęły podejrzanie znajomym Darnell'owi płomieniem. Sam czuł ten sam żar w swoim wnętrzu.
– Doszedłem do wniosku, że jednak odrzuciłeś moje zaproszenie… – wymamrotał przez zaschnięte usta. Z trudem umiał przełknąć, nie mogąc wymusić na sobie, aby brzmieć choć trochę normalnie.
Maddock potrząsnął głową nie odrywając od niego swojego rozpalanego spojrzenia.
– Chciałem… – wyznał raczej drętwo. Oblizując spierzchnięte wargi dodał cicho: – Wygląda jednak na to, że na lunch będę miał ciebie.
Wepchnął zaskoczonego Darnella do środka pokoju, jednocześnie wpijając się w jego usta. Zanim miał szansę choćby pisnąć czy zaprotestować, Darnell już był przyparty plecami do drzwi z Maddock’iem ciasno przyciśniętym do jego ciała. Długie, silne palce wplotły się w jego włosy i unieruchomiły jego głowę skutecznie. Długi dreszcz rozkoszy przepłynął jego ciało i jakikolwiek protest formujący się na końcu jego języka został połknięty przez głodne wargi Maddocka.
Słowa, jęki i westchnienia utknęły mu w gardle. Obecność trzech zdumionych osób w jego pokoju wyparowała nagle z jego głowy. Wszystko co czuł i o czym mógł myśleć, to gorący, śliski język Maddocka wypełniający jego usta. Objął szczupłe ciało i zdusił w ramionach nie mogąc nagle znaleźć się wystarczająco blisko, aby zaspokoić rozbudzone pragnienie.
Głośny chichot Marigold i kreatywna litania słów, których Parker używał zamiast przekleństw zadziałała jak chlust lodowatej wody. Poczuł dosłownie w którym momencie obecność gości Darnella dotarła do Maddocka, bo jego przyjaciel zesztywniał w jego ramionach i odrywając usta od niego z niedowierzeniem, zażenowaniem i zdumieniem spojrzał mu w oczy.
– O cholera – wyszeptał oszołomiony i zawstydzony mężczyzna z rozpaczą wpatrując się w niego. Zaczerwieniony i rozdygotany wsparł czoło o czoło Darnella łudząc się nadzieją, że jednak wcale nie ma tam świadków jego szaleństwa.
– Nie miałem szans cię ostrzec – wymamrotał Darnell nagle widząc zabawną stronę całego tego incydentu. Wolał jednak nie ryzykować kopniaka w jadra uśmiechając się do zdenerwowanego partnera. Mógłby w tym momencie nie docenić jego poczucia humoru. No i po za tym miał Maddocka przy sobie. Chętnego choć może niezbyt zachwyconego tym faktem. Nad tym mógł spokojnie popracować.
– Pora na nas młoda damo – oświadczyła Vera, usilnie walcząc z wybuchem wesołości, która wręcz rozświetlała jej oczy. Parker sztywny jak kołek z wargami ciasno zaciśniętymi skinął stojącym teraz obok siebie mężczyznom i stawiając córkę na podłodze, wsadził dłonie do kieszeni jakby wahając się czy wyjść, czy zostać i próbować odwieść brata od popełnienia jakiegoś szaleństwa.
Marigold, złote dziecko, śmiejąc się w głos i tańcząc po pokoju, zaczęła śpiewać:
– Wujek ma chłopaka… na na na na, ma chłopaka uuuuaaa…aaa… na na na na… wujek ma chłopaka.
– Marigold! – Trzy oburzone i zaskoczone głosy zlały się w jedno, kiedy na policzki całkiem już upokorzonego Maddocka wypłynęły wielkie, gorące rumieńce. Vera nadal walcząc o zachowanie opanowania chwyciła dziewczynkę za rączkę, raczej zdecydowanie wiodąc ją do drzwi. Widać jednak było, że jej pomarszczone policzki lekko się trzęsą od hamowanego śmiechu. – Parker pora lunchu prawie minęła – dodała z naciskiem widząc wyraźnie, że zatroskany ojciec się nie zbiera do wyjścia. – Marigold jest głodna. – Nie czekając na jego reakcję ruszyła do drzwi. Marigold mając własne pomysły stanęła nagle jak wryta w ziemię wyciągając małą rączkę do stojącego jak słup soli Maddocka.
– Cześć, jestem ulubioną bratanicą wuja. Mam na imię Marigold – oświadczyła dziewczynka z szerokim szczerbatym uśmiechem ignorując parsknięcie Darnella i cichy jęk ojca.
Biegacz wyrwany nagle ze stuporu przyjął ofiarowaną dłoń i kłaniając się elegancko przywitał małą kobietkę z rewerencją, na jaką zasługiwała.
– Witaj. Ja nazywam się Maddock Sheffield i bardzo miło mi cię poznać. Twoje imię jest prawie takie piękne jak ty – oświadczył z wielkim uśmiechem wywołując falę chichotu u dziewczynki i wielki aprobujący uśmiech u niani. Darnell wcale nie był zdziwiony, że jego przyjaciel potrafił oczarować każdego.
– Marie to imię po mojej babci, a Gold bo jestem skarbem taty – odparła dziewczynka z rezolutnym uśmiechem, bardzo zadowolona z siebie. Maddock spojrzał ponad głową sprytnego aniołka na jej ojca, ale mężczyzna tylko przewrócił oczami nie prostując tezy swojego dziecka.
– Oczywiście, że tak, skarbie. Wcale się nie dziwię – przyznał Maddock bez drgnięcia powieką.
– Marigold nie flirtuj z moim chłopakiem – wtrącił nagle Darnell niezbyt szczęśliwy, że o nim zapomniano. Głośne sapnięcie Maddocka i Parkera było jak nagroda za jego wysiłek. Szczerząc się do siebie nawzajem z dziewczynką, przybili sobie piątki.  Łączyło ich porozumienie, które umykało reszcie zebranych.
Nim ponownie wytrącony z równowagi sportowiec zdołał wydusić z siebie jakąkolwiek reakcję, Parker porwał swoją rozbawioną córkę i żegnając się raczej szybko wypadł z pokoju Darnella.
Krępująca cisza zapadła w momencie, w którym drzwi zamknęły się za ostatnią znikającą osobą. Napięcie i podniecenie opadło w trakcie tej niedługiej wymiany słownej i nagle wszystko, co pozostało, to zaskoczenie Darnella i zażenowanie Maddocka.

***

Próbując opanować drżące kolana, wywracające się wnętrzności i skołatane myśli, Maddock przeszedł na drugą stronę pokoju, aby stanąć koło okna i celowo dać sobie moment na uspokojenie. Przeczesując potargane włosy obiema dłońmi, zamknął oczy nie mogąc znieść rozpalonego, wszystko widzącego wzroku, milczącego jak nigdy Darnella. Te przeklęte niebieskie oczy wodziły za nim, pieściły go, więziły. Miał ochotę uciekać i nie oglądać się za siebie. Stał jednak jak wmurowany, niezdolny do ruchu. Ciskanie się po własnym pokoju, leżenie, kucanie, siadanie, co do tej pory robił, jakoś nieszczególnie mu pomogło, skoro w gruncie rzeczy i tak tu wylądował.
Co on do cholery sobie myślał przychodząc tutaj? Co on najlepszego wyprawiał? Chyba już całkiem zwariował. Nie, żeby kiedykolwiek uważał się za bystrzaka. Życie uwielbiało udowadniać mu, że się mylił, wciąż i na nowo.
Biczowanie się w myślach jednak nie pomagało wcale na mieszankę wybuchową, w jaką zmieniły się jego emocje, teraz buzujące mu w duszy. Wręcz jeszcze bardziej go to dołowało. Nie umiał poradzić sobie sam ze sobą, ani właściwie podjąć jakiejś konkretnej decyzji, której byłby w stanie się trzymać. Na przykład wyjść stąd i udawać, że nic się nie stało. Stał za to jak idiota i błagał w duszy Darnella, żeby powiedział coś, odezwał się… dotknął go.
Sam był bezradny jak dziecko, tak że miał ochotę kląć i walić się w czoło z rozpaczy nad własną głupotą.
Nadal nie mógł uwierzyć, że przyszedł tutaj. Gorzej, że napadł biedaka w drzwiach, pakując mu własny jęzor do gardła.
Atmosfera oczekiwania i niepewności zaciskała się na jego gardle z każdą mijającą sekundą i choć zdenerwowany, wiedział, że długo nie da się unikać konfrontacji, która wisiała w powietrzu. Tym bardziej, że Darnell wydawał się całkowicie wyluzowany i pogodzony ze sytuacją. Gorzej, po pierwszym zaskoczeniu, kiedy Maddock go pocałował, nie było już ani śladu, co dodatkowo go dobijało. Zazdrościł mężczyźnie żelaznych nerwów i stoickiego opanowania. On nadal krygował się ze wstydu. Jak kretyn dał się przyłapać, kiedy wręcz molestował aktora.
Chyba do końca już postradał zmysły. Darnell był… cóż… mężczyzną. I choć pociągającym jak cholera z tym swoim imagem niegrzecznego chłopca, to jednak mężczyzną i Maddock nie miał żadnego interesu w pozwalaniu własnemu szaleństwu, reagować na atrakcję, którą odczuwał.
Trąc kark dłonią i modląc się o jakiś cud, i cofnięcie czasu do momentu, kiedy stał pod drzwiami i zmagał się z własnym pragnieniem, aby zapanować nad sobą i nie zapukać, Maddock błagał w duszy, aby Darnell odezwał się wreszcie i złagodził napięcie. Żeby dał mu jakiś znak, wytyczną, czego powinien się spodziewać. Co robić dalej.
Po raz kolejny bez celu rozejrzał się po pokoju unikając wzroku wolno skradającego się do niego aktora. Żołądek chciał mu wyleźć gardłem, a serce… inną częścią ciała. Nie umiał jednak opanować rozgorączkowania. Z nerwów po prostu trząsł się jak osika. Miał tylko nadzieję, że tego nie było widać na zewnątrz.
– Nie mam pojęcia, co ja tutaj robię… – wymamrotał do siebie, ale nagle znajdujący się za nim Darnell doskonale go usłyszał.
– Kłamczuch – odparował mężczyzna cicho, długie ręce oplatając wokół szczupłego pasa sportowca i lekko, ale stanowczo go obracając do siebie.
– W ogóle nie powinienem przychodzić tutaj! – Maddock nie był gotów spojrzeć w oczy wyższego mężczyzny i czuł się jak roztrzęsiony kretyn. Nie wierzył, że znów zachowuje się jak nieporadny nastolatek. Gorzej, że jego partner ma na niego taki wpływ, że mózg mu stawał, a rozsądek wychodził z trzaskiem drzwi, zostawiając go na pastwę losu i jego hormonów.
– Cieszę się jednak, że przyszedłeś. – Chwytając w ciepłą dłoń odsłonięty kark Maddocka, Darnell zacieśnił objęcia, zmuszając go do spojrzenia do góry. Stali tak blisko, że bez trudu dało się wyczuć ekscytację aktora, który zresztą wcale nie ukrywał swojego podniecenia i pragnienia.
Łapiąc się nitki irytacji wzbudzonej przez dobijającą Maddocka pewność siebie jego partnera, biegacz chwycił jego bluzę na piersi zgniatając ją w pięściach. Prawie udało mu się go odepchnąć. Prawie. Z tym, że raczej przyciągnął go do siebie tylko jeszcze bardziej, cedząc przez ciasno zagryzione zęby.
– Wkurzasz mnie jak mało kto. Właściwie cię nie lubię! – oświadczył, nie kryjąc swojej irytacji i napięcia. Chyba to właśnie ta huśtawka uczuciowa zmiękczyła jego zdrowy rozsądek, bo nie poznawał samego siebie. Chciał jednocześnie zdzielić tę przystojną twarz i ją wycałować, aż by facetowi skarpetki spadły.
Śmiejąc się lekko, Darnell ujął twarz Maddocka w dłonie, spoglądając ma niego z niebezpiecznym błyskiem w oku.
– Dobrze, że nie przeszkadza ci to… całować mnie.
Cyniczne parsknięcie Maddocka utknęło mu w piersi, gdy wilgotne, szerokie wargi Darnella zamknęły mu usta intensywnym pocałunkiem. Chwytając łapczywy oddech, wchłonął męski, tożsamy tylko i wyłącznie z Darnell’em zapach, czując jak kolana mu się uginają od mieszaniny uczuć, które w nim budził. Ich brody otarły się o siebie i chrzęst zarostu wydawał się nagle bardzo głośny w ciszy, przerywanej tylko ich przyśpieszonymi oddechami. Szorstkość policzków Darnella sprawiła, że kark i pierś pokryta mu się gęsią skórką, a sutki stwardniały od nagłego pragnienia. Zaciskając oczy i pięści jeszcze mocniej niż do tej pory, odpowiedział na wolne, celowe pieszczoty badającego jego usta języka. Pod nieustępliwym naporem musiał ustąpić i je szerzej otworzyć.
Nie mógł uwierzyć, że to się działo naprawdę. Z każdym liźnięciem jednak, z każdym lekkim ugryzieniem, z coraz bardziej pogłębiającymi się pieszczotami ich języków, było mu coraz bardziej wszystko jedno. Chciał tylko zgnieść swojego partnera w objęciach, a najlepiej pchnąć na jakąś płaską powierzchnię i odkryć jak wiele sposobów jest na odebranie komuś rozumu. Tylko fair było, aby obaj zwariowali z tego samego powodu.
Jeśli stracić głowę, to przynajmniej z kretesem.
Sapiąc cicho i chwiejąc się, mocował się z swoim partnerem i ze sobą. Obejmowali się nagle jak szaleńcy tracący rozum. Ich ręce splątane razem wydawały się błądzić po ich ciasno przyciśniętych do siebie ciałach. Każdy mięsień brzucha wręcz płonął mu z wysiłku, tak bardzo spiął się od palącego go pożądania.
Brak jawnego oporu był wystarczającym bodźcem dla Darnella, aby zmienić zwykły pocałunek w namiętną batalię woli. Dłońmi zaczął błądzić po plecach i biodrach Maddocka uciskając napięte mięśnie, mocno je masując. Jego palce znały wszystkie czułe punkty i wbijały się precyzyjnie w każde zagłębienie, kryjące jego zakończenia nerwowe, dając mu nieziemską przyjemność. Zdawało się, że te pełne inwencji, sprytne ręce, były we wszystkich miejscach na raz badając jego ciało. Silne, muskularne udo dosłownie wdarło mu się między nogi. Każdy najmniejszy ruch sprawiał, że wielka, obrzmiała erekcja ocierała się to o jego biodro, to o jego pobudzone krocze. Nie był zdolny jednak myśleć o tym fakcie w tym momencie, bo przyjemność zwyczajnie przysłaniała mu wszystko inne. Coraz bardziej rozpalony złapał pośladki Darnella i wtulił się z całych sił, aby odnaleźć, choć odrobinę więcej tej cudownej rozkoszy, którą odczuwał przy każdym najmniejszym ruchu. Wibrował wewnątrz. Brakowało mu tchu, a jednak gonił za ustami mężczyzny ilekroć tamten zmniejszył nacisk swoich łapczywych, wygłodniałych ust.
Sprawnie i całkiem niespodziewanie dłonie Darnella wdarły mu się pod ubranie, i gładziły jego nagie plecy. Jęk i westchnienie zmieszały się razem, bo całym ciałem wstrząsnął mu długi dreszcz, przy pierwszym kontakcie jego rozpalonej skóry z wielkimi dłońmi. Dotyk był stanowczy i pewny siebie, całkiem inny do pieszczot miękkich, delikatnych rąk kobiet, do którego przywykł. Okazywało się, że jednak był niemniej przyjemny. Trochę oszołomiony spiął się, próbując posortować co czuł. Gdzieś tam kołatało mu się po głowie, że powinien zaprotestować, oburzyć się, może nawet wściec… jego mózg jednak nie mógł dojść do porozumienia z ciałem, które nie widziało żadnego wystarczająco dobrego argumentu na to, aby odmawiać sobie, umysł naginającej, rozkoszy.
Nie trwało to jednak długo, bo mężczyzna zwyczajnie wycałował z jego głowy wszelkie wątpliwości, gładząc uspakajająco jego ciało. Desperacko lgnąc do niego i cicho pojękując z zadowolenia, i rozkoszy nie ukrywał jak bardzo go pragnie, co samo w sobie dawało niezły odlot egu Maddocka. To było błogie uczucie. Miał ochotę łasić się do silnego ciała ciasno z nim splecionego. Zajęty jednak był błądzeniem ustami po pokrytej lekkim zarostem szyi mężczyzny, aby śledzić co robi i jakim cudem zdołał rozpiąć mu koszulę. Prawdę mówiąc i tak stała tylko na przeszkodzie. Lubił uczucie jakie wzbudzały w nim długie palce aktora badające każdy mięsień na jego piersi. Każde trącenie jego napiętego sutka sprawiało, że prężyły mu się plecy. Darnell jak na złość zdawał siebie sprawę z jego słabości, bo go dręczył lekkimi muśnięciami.
Wbijając zęby w obojczyk mężczyzny, Maddock zebrał resztkę sił i skupił rozszalałe myśli. Nie pomogło mu to jednak, bo odkrył, że chciałby zbadać idealnie zbudowane ciało aktora. Decyzja zajęła jedno uderzenie serca. Pierś rozpychało mu szaleńcze uczucie, miał wrażenie, że zwariuje, jeśli jakoś nie rozładuje skumulowanego głodu. Ciągnąc, chyba nawet zbyt mocno, wydarł bluzkę Darnella zza paska jego jeansów. Zdarłbym mu ją przez głowę, ale nie mógł rozplątać zaborczych, pieszczących go rąk mężczyzny. Wariackie, gwałtowne pocałunki również nie pomagały. Ich usta same do siebie wracały wciąż i na nowo. Ścierały się, ssały i gryzły. Miał jednak wreszcie okazję poczuć napinające się twarde mięśnie mężczyzny. Skóra gorąca i sprężysta pod jego palcami, okazała się być zdumiewająco delikatna. Wręcz miał ochotę całować ją, gładzić… poczuć na swoim nagim ciele. Nieznaczny zarost na muskularnej piersi wiódł w dół płaskiego, twardego jak deska brzucha, ginąc za paskiem.
Jakie uczucie by to było, gdyby potarł o niego policzkiem?
– Ogh… – wymamrotał zrozpaczony i zniechęcony. Pakując język do gardła Darnell'owi, ukarał go za własne chore, nieokiełznane pragnienia. Szkoda, że ta słodka kara sprawiła tylko tyle, że pięść rozkoszy zacisnęła się na jego ociekającym już członku. Wypchnął biodra, ścierając się z wielką erekcją swojego przyjaciela. Jądra skurczyły mu się, od fali błogości, która w niego uderzyła.
Jego partner musiał podzielać jego entuzjazm, bo z głośnym jękiem oderwał swoje opuchnięte, lśniące od ich zmieszanej śliny usta, z szaleńczym pragnieniem patrząc mu w oczy.
– Przez ciebie skończę w spodnie… – zaprotestował, zdławionym głosem, ale jednocześnie wpakował dłonie za pasek spodni Maddocka, gorącymi dłońmi łapiąc jego zaskakująco chłodne, nagie pośladki. Dotyk był palący i Maddock zachłysnął się z zaskoczenia. Darnell jednak paraliżował go nieprzytomnie błyszczącym namiętnością wzrokiem. – Nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło…
– Chyba powinienem czuć się pochlebiony – wymamrotał sapiąc. Właściwie ledwie słysząc samego siebie przez krew buzującą mu w głowie. Jego pośladki same się zaciskały ze strachu i zaskoczenia. Reszta jego ciała nie miała jednak problemu z przyjemnością, jaką czuł od pieszczot silnych dłoni. Obrzmiałe krocze samo wpychało się w twarde udo trochę wyższego mężczyzny. – Och…
– Mmm Boże… mam ochotę… – zaczął Darnell cicho zduszonym głosem, całując linię żuchwy Maddocka, muskając co rusz językiem napiętą skórę, ale dźwięk telefonu mu przerwał. – Cholera…
– Ja pierdolę! – Zaklął i biegacz, bo i jego, znajdująca się drastycznie blisko jego przekrwionego penisa komórka zaczęła dzwonić, posyłając przez jego ciało jakieś dziwne wibracje.
Zdenerwowanie i rozczarowanie zaczęło go mdlić swoją mieszanką, więc wyrwał się z objęć protestującego Darnella. Zanim jednak mężczyzna miał okazję znów go uwięzić swoimi pocałunkami, do drzwi rozległo się głośne pukanie. Skutecznie to pohamowało niepoddającego się jeszcze sekundę wcześniej aktora, którego ręce najwyraźniej nie chciały się oderwać od roztrzęsionego Maddocka, który nie wiedział co robić. Podniecenie i zaskoczenie sprawiało, że nie mógł wyciągnąć nadal dzwoniącej komórki. Telefon terkoczący na szafce nocnej Darnella działał na jego napięte nerwy jak piła łańcuchowa, a klnący, przeczesujący nerwowo włosy drżącymi dłońmi Darnell, doprowadzał go do szaleństwa.
– Otwórz, odbierz, albo coś, bo dostanę do głowy! – zawołał niespodziewanie wściekły. Rzeczywistość, jak to zwykle, okazywała się być zimną suką, bo bez skrupułów wlazła między nich w momencie, kiedy uznał, że może sobie odpuścić i zwyczajnie poddać pragnieniom.
– Założę się, że to sprawka Parkera – wymamrotał również wkurzony już Darnell. Biorąc głęboki oddech ruszył do drzwi, cały czas klnąc pod nosem. – Nie wiem jak to zrobił, ale na sto procent, to on.
Po minucie wrócił, nie wpuszczając gościa, ale Maddock doskonale wiedział, o co chodziło, bo właśnie asystent reżysera, nawijający mu do ucha, dość obcesowo powiadomił go, że są potrzebni na planie filmowym: na wczoraj.
 – Już wiesz? – zapytał widząc jego minę.
Roztrzęsiony i zawstydzony Maddock czuł się jakby dostał w pysk. Odwracając się, aby nie widzieć rozchełstanego, dobrze wycałowanego Darnella, ruszył do drzwi, zapinając koszulę drżącymi rękami.
Właściwie trzęsły mu się tak bardzo, że nie mógł trafić w dziurki, co z jakiegoś irracjonalnego powodu sprawiało, że miał ochotę płakać, a nie robił tego od śmierci kuzyna.
Co do cholery się z nim działo? Było mu głupio, czuł się wyczerpany i nadal podniecony. Było mu również strasznie wstyd. Nie tego co zrobił, ale braku swego opanowania. Czuł, że odkrył siebie, a tego nienawidził.
– Nie uciekaj – poprosił Darnell, nagle znów stając za nim i obejmując go mocno ramionami w pasie. Potężne ciało promieniowało ciepłem i siłą. Bez problemu wpasował go w swoje objęcia, jakby zawsze tam było jego miejsce.
Gorący oddech mężczyzny owiał mu policzek, posyłając ciarki wzdłuż kręgosłupa, a usta zaczęły mrowić na samo wspomnienie pocałunku, który jeszcze przed chwilą dzielili. Spiął się gotów, aby się wyrwać, ale nagle z bolesną świadomością uzmysłowił sobie, że właśnie to robił; znów uciekał. Przed bliskością, a przede wszystkim przed uczuciami. A Darnell budził w nim całą karuzelę uczuć. Dobijająco brutalnie uświadamiając mu jak niewiele czuł od lat i jak martwy był wewnątrz.
Obrócił głowę całując z zaskoczenia, czekającego bez tchu aktora. Kąt był dziwny i niewygodny, a jednak mężczyzna westchnął z ulgą i ukontentowaniem rozchylając natychmiast usta i wpuszczając go do środka. Ten cichy dźwięk wystarczył do uświadomienia mu, co wybierał. Chciał żyć, chciał czuć…
– Nie będę uciekał, jeśli znajdziesz sposób, aby mnie zatrzymać… – wymamrotał, wykręcając się z coraz bardziej zaborczego uścisku. Całując lekko rozdziawione z zaskoczenia usta Darnella, mrugnął do niego. – Spotkamy się na planie…
Wyszedł, poprawiając rozchełstaną koszulę na korytarzu, nie bardzo dbając ile ludzi go mijało i widziało wychodzącego z pokoju aktora. 


***

Rozciągnięci na łóżku Darnella, mężczyźni mierzyli się niepewnym wzrokiem. Bez problemu dało się wyczuć jak wielkie parcie odczuwali, aby przeprowadzić poważną rozmowę i jak bardzo nie chcieli, aby doszła do skutku. Parker zdołał znaleźć im wystarczająco dużo zajęć, aby przez resztę dnia mieli co robić. Zdjęcia, przebieranki i filmiki. Na koniec, aby dolać oliwy do ognia zmusił ich do wzięcia udziału w uroczystej kolacji dla tej tury ludzi biorących udział w sesjach, ciężko pracującej ekipy i sponsorów. Szczęściem dobry przyjaciel Rodneya i szczodry darczyńca pojawił się nagle z niencaka i dało im to okazję do ucieczki.
Znał Harry’ego Swana z opowiadań. Bogaty jak krezus filantrop, który postanowił żyć spokojne, normalne życie, nie wyróżniając się z tłumu. Po cichu pomagając ludziom w życiowych problemach, nigdy nie oczekując niczego dla siebie, po za świętym spokojem i swobodą. Nie mógł nieraz się nadziwić, że ktoś taki jest realny, a jednak Rodaney nie należał do ludzi, którzy lubili przesadzać, musiał więc uznać każde słowo zachytu i pochwały na temat tego człowieka za prawdę. Czyniło go to niezmiernie interesującą postacią i Darnell był bardzo ciekaw nowemu rozwojowi wypadków w jego życiu, ale nie wystarczająco ciekawym, aby zostać i towarzyszyć swojemu humorzastemu bratu, ucieszonemu Rodneyowi i grupce przybyszy. W końcu i tak się dowie o co było tyle nagłego zamieszania. Musiał jednak przyznać, że Harry Swan i jego cichy, nieodłączny niczym cień towarzysz pobudzili jego ciekawość. Aż go świerzbiło, żeby przyjrzeć im się z bliska. Napięcie między nimi praktycznie równało się temu jakie towarzyszyło jemu i jego partnerowi.
Maddock jednak nie wydawał się zainteresowany trackjami i interakcjami w otaczającej ich grupie. Zamyślony i odległy wogóle nie włączał się w konwersację przy stole, ani nie brał udziału w świętowaniu pomyślnie przebiegającego projektu.  Darnell zdecydował więc, że nie będzie ryzykował, aż sportowiec wymknie mu się z rąk. Zaskakująco, zaciągnięcie go do pokoju nie było wcale aż takie trudne. Gorzej, że teraz kiedy już go miał w zasięgu ręki, nagle nie miał dość odwagi, aby coś z tym zrobić.
Niemrawe, upierdliwe przeświadczenie, że Maddock jest jednym z tych ludzi, którzy lubią analizować wszystko do bólu, dawało mu pewne wyobrażenie o tym co go czeka. Nie zamierzał się jednak poddać zanim jeszcze miał szansę przekonać się co życie dla niego szykowało z nienacka. Czuł jednak głęboko w kościach, że jeśli był jakiś moment, aby coś zrobić z własnym szybko i nieubłaganie miajającym życiem, to właśnie to był ten moment i powinien na serio złapać je za jaja. Może nawet dosłownie.
– Nie pasujemy do siebie – Maddock stwierdził nagle spokojnym tonem, wbijając się w krępujacą ciszę jak nóż. Oczy Darnella rozszerzyły się na niespodziewany dźwięk jego głosu. Niespodziewał się, że konwersacja zacznie się tak od razu z gróbej rury. Z drugiej strony to był Maddock. Nie powinien być zaskoczony. A był i nie wiedział co powiedzieć. – Ja jestem zabieganym, dosłownie, sportowcem, który czasem potrafi tak bardzo skupić się na swoich treningach, że reszta świata dla niego znika, a ty jesteś zawodowym oszustem. Możesz być każdym. Możesz nigdy nie być sobą. Jak mam poznać różnicę?
– Nie aprobujesz mojej profesji? – zapytał cicho Darnell. Jego zawód  to był bezpieczny temat. Temat z którym mógł się uporać. Przecież konwersacji podobnych do tej już przeżył nie mało.
Maddock jednak nie był łatwym przeciwnikiem. Twarz mężczyzny skrzywiła się lekko z niezadowolenia, kiedy obrócił się na plecy, wkładając ręce za głowę i wbijając wzrok w sufit. Najwyrażniej przyglądający mu się Darnell irytował go.
– Nie, ale przeraża mnie twoja zdolność do udawania co pięć minut kogoś innego. Ciągle zastanawiałbym się czy jesteś sobą czy kolejną postacią.
– To że umiem kłamać, nie oznacza, że jestem kłamcą. To tylko oznacza, że płacą mi za udawanie kogoś dla radości i uciechy gawiedzi, a ja mam talent, aby sprostać temu zadaniu. To tylko część mojego życia, tak jak częścią twojego jest sport. Nie definiuje cię jednak. – Darnell uśmiechnął się pod nosem, próbując sprowokować Maddocka do nieco żywszej reakcji. Jakiś odpowiedzi. Wyjaśnień, bo jak na ten moment nawet nie był pewien o czym rozmawiają tak do końca. – A przynajmniej mam nadzieję, że jest coś więcej niż tylko twój ciągły pociąg do wygrywania po trupach.
Parskając pod nosem z niezadowolenia Maddock obrucił się w stronę swojego rozmówcy, podpierając głowę na ręce, aby móc skuteczniej ciskać pioruny z oczu.
– Nie wszystko jest takie proste. Nic o mnie nie wiesz.
– Ale mogę się dowiedzieć jeśli mi pozwolisz – zripostował Darnell przysuwając się trochę bliżej swego towarzysza. Potrzeba bliskości wgryzała się w niego jak uporczywy głód.
– Tylko po co? Nasze światy są tak odległe jak dwie różne planety. – Maddock najwyraźniej nie ogarniał, że ludzie mogą potrzebować i chcieć bliskości z drugim człowiekiem.
– Teraz się zderzyły i nie możesz zaprzeczyć, że to była pewna fajerwerków kolizja. – Mrugając okiem Darnell uśmiechnął się z zadowoleniem. Miał wrażenie, że całe te fajerwerki, które wytwarzali ilekroć się na siebie natkneli nadal buzowały w jego ciele.
– A ty jesteś pierwszy zawsze chętny na jazdę bez trzymanki – odparł Maddock z przekąsem. Nie mógł oderwać oczu od gęstych rzęs Darnella, rzucających cień na jego policzki.
– Widzisz już mnie trochę znasz. – Aktor musiał się roześmiać. Był głupio szczęśliwy i nie miał pojęcia czemu. Może dlatego, że Maddock jeszcze nie uciekł, a to był wielki sukces w jego mniemaniu.
– Nie wiem tylko co dobrego mi to da... – wymamrotał Maddock cierpiętniczym tonem.
Drapiąc się po płaskim, twardym brzuchu aktor rozciągnął się przy ciele Maddocka tak blisko jak tylko się dało. Mrucząc cicho, spróbował przekonać do siebie sceptycznie nastawionego sportowca. Samo to dawało mu niezły zastrzyk adrenaliny i podniecenia. Już od dawna nie czuł takiej ekscytacji. Żadna rola filmowa nie podgrzewała jego krwi do tego stopnia już więcej.
– Nie wiem czy ci coś da, ale z całą pewnością wprowadzi w twoje życie grupkę interesujących ludzi.
Maddock roześmiał się trochę sucho.
– To raczej powód żeby wiać gdzie pieprz rośnie.
– Och, nie udawaj, że dałbyś rade oprzeć sie mojej siostrzenicy – zaprotestował Darnell z udanym oburzeniem. Uśmiechając sie krzywo, chwycił  Maddocka w pasie i pociągnął tak, że prychający mężczyzna znalazł się rozciągnięty na nim. Ich twarze znalazły się bardzo blisko, ale nie śmiał prowokować zirytowanego mężczyzny jeszcze bardzij. Wolał sie nacieszyć przyjemnym ciężarem przyciskającym go do łóżka.
– Mam wrażenie, że to ona żądzi tą rodziną – mruknął Maddock poddając się bez walki i wtulając w większe ciało pod sobą. Po co miał się opierać i udawać czemu tam był. Za stary na to był.
Ciepły śmiech Darnella wprawił ich ciała w przyjemną wibrację.
– Wierz mi, nie pomyliłeś się ani na jotę. Gdyby zażyczyła sobie twojej ręki, byłbyś tak szybko żonaty po ukończeniu przez nią osiemnastu lat, że nawet nie wiedziałbyś co cię trafiło. Z tym, że żyłbyś w wiecznym celibacie, bo gdybyś tknął ją palcem jej tatuś odstrzeliłby ci to dyndające coś między nogami.
Długi, bardzo nieprzyjemny dreszcz przepłyną przez krocze sportowca.
– Dzięki za brutalną wizję. – Dosadnie otrząśnięcie sie Maddocka rozbawiło Darnella nie na żarty.
– Nawet nie masz pojęcia do czego mój brat jest zdolny pod tym wygładzonym garniturkiem i przyczesanymi włosami – zaczął Darnell ze śmiechem patrząc się w oczy swojego partnera. Jego dłonie wolno, jakby nieświadomie zaczęły wędrówkę po ciele niższego mężczyzny.
– Chyba nigdy nie spotkałem dwóch bardziej różniących się braci niż wy dwaj – wymamrotał Maddock lekko się odsuwając. Ta rozmowa miała mu pomóc ocenić sytuację i zadecydować czy właściwie chce ciągnąć to coś co robili, czy zwyczajnie pakować walizki i wracać do domu. Bliskość ich ciał jednak nie pomagała w jakimkolwiek racjonalnym myśleniu.
– Pewnie nie przypominamy typowych braci z bijatykami i przepychankami, ale wierz mi, wcale aż tak bardzo się nie różnimy od innych. Po prostu życie tak nas ukształtowało, że nasze mechanizmy obronne działają inaczej.
– Jakoś nie widzę Parkera jako nieokrzesanego nastolatka – mruknął Maddock z powątpiewaniem. Po prostu idealny, schludny wizerunek bankiera był wyryty w jego mózgu i stał w sprzeczności z wszystkim co mogło być nieokiełznane i emocjonalne.
Prychając lekko Darnell przekulnął ich i westchnął z zadowoleniem, kiedy ich ciała się otarły o siebie.
– Och, wierz mi, pod tym gładkim wizerunkiem drzemie prawdziwy tygrys.
– Jasne...
– Mieliśmy swoją dolę połamanych części ciała, potarganych ubrań i niezliczonej ilości  siniaków. Zanim nauczyliśmy się, że nawet jak się nie zgadzamy to możemy z tym żyć i żaden z nas nie umrze jeśli nie przekona drugiego do swojej racji.
Śmiejąc się niespodziewanie Maddock spróbował oswobodzić się z zaborczych ramion Darnella, ale wesołość odebrała mu wszelka siłę.
– Ciebię mogę sobie łatwo wyobrazić pakującego sie w bijatykę i kończącego z połamanymi częściami ciała...
– To był palec – oburzył się nieznacznie Darnell. – I to nie ja, to Parker go złamał. Kiedy miał trzynaście lat, wkurzył się na mnie naprawdę bardzo i z bezsilności pokazał mi ‘Fuck you’, więc rzuciłem w niego piłką do kosza. Tak nieszczęśliwie, że okazało się, że palec był złamany. Przez sześć tygodni nosił go z dumą zagipsowanego w dość oczywistej pozycji.
– Parker pokazał ci palec? – Maddock był szczerze zdumiony. To trochę przerastało jego wyobraźnię w tym momencie, ale z drugiej strony nie powinien być już zdziwony przez nic co dotyczyło jego nowego znajomego.
Darnell uśmiechnął się ze smutkiem.
– Tak. Kto by pomyślał patrząc teraz na niego? Większość ludzi uważa, że urodził się w garniturze. Prawda była jednak taka, że kiedy ja byłem w jego wieku, on już musiał być dorosły i zająć się mną po dwakroć bardziej rozwydrzonym nastolatkiem. Nasi rodzice zmarli, osierocając nas dwóch. Właśnie wtedy zmienił się nie do poznania. Zniknął wyluzowany młody mężczyzna, którym zaczynał być. W tamto miejsce zjawił się Parker, jakiego znasz. Zawsze odpowiedzialny, zawsze rozsądny, zawsze postępujący właściwie.
– Och, bardzo mi przykro – wymamrotał Maddock nagle bardzo przytłoczony, gwałtownym zmianem w temacie i tonie. Nie spodziewał się, że ktoś może mówić z takim spokojem o stracie członków rodziny i to tak bliskich. Pierś przeszył mu wieki ból. Nie tylko myśląc o stracie Maddoka, ale też wciąż nie mogąc się pozbierać po własnej stracie, po mimo całego tego czasu, który minął.
– Wierz mi, mnie też – odparł Darnell uśmiechając się ze smutkiem i siadają na łóżku. Maddock natychmiast poderwał się, siadając obok niego. – Pijany kierowca. BUM. Koniec historii.
– To musi być koszmar.
– Tak, ale jedyne wyjście to żyć dalej. Nie powiem, że nie odbiło to się na nas, ponieważ to by było kłamstwo, ale radzimy sobie jak możemy. Może trochę bardziej uszkodzeni, trochę bardziej cyniczni i podejrzliwi, ale nadal żywi. Parkera była żona praktycznie zniszczyła jego życie, kiedy wreszcie zebrał się w sobie aby zaryzykować i spróbować szczescia. Jedyna jednak dobra rzecz, która z tego wyniknęła to Marigold, więc trudno ocenić, czy da się zrównoważyć wszystko złe, które spotyka nas w życiu z dobrem, które uda nam się uczynić.
– Nic za darmo – mruknął Maddock bardziej do siebie niż do Darnella. Był wewnętrznie zdrętwiały. Chciał umieć radzić sobie z bólem tak skutecznie jak Darnell. Miał nadzieję, że kiedyś będzie w stanie.
– To jedno z najbardziej depresyjnych przemyśleń, jakie w życiu słyszałem – stwierdził Darnell nagle podrywając się z łóżka i podąrzając do barku. Miał ogroną ochotę na drinka, ale czuł, że nie powinien pić. Wiedział, że ich rozmowa jeszcze się nie skończyła, i na ten moment nie miał bladego pojęcia jaki będzie jej koniec.
Nienawidził czuć się taki odsłonięty. Nienawidził mówić o uczuciach i bólu. Chciał je wyeliminować z życia, ale spotkanie Maddocka uświadomiło mu, że sie nie da.
– Miałem kuzyna. – zaczął Maddock po raz kolejny całkiem z nienacka, przyprawiajac Darnella o palpitację serca. – Zakochał się w żonatym mężczyźnie i odszedł z domu, porzucając rodzinę, aby móc z nim być. Za późno jednak sie okazało, że był tylko śliczną, młodą zabawką i takich jak on ten facet miał na pęczki. Nie trwało długo żebyśmy się dowiedzieli, że skurwysyn był nosicielem HIV i nie tylko zaraził Nicco, ale i swoją żonę. – Szare oczy wypełniły się łzami, ale mężczyzna nie przerwał. – Nic mu nie mogliśmy zrobić. Był bezkarny. Nie można było nawet z całą pewnością stwierdzić ile ofiar miał na sumieniu. Nicco nie mógł tego znieść. Jako model zarabiał naprawdę dobrze, więc wszystkie pieniądze przeznaczył dla byłej żony tego drania, a sam popełnił samobójstwo. Nie potrafił żyć ze wstydem i piętnem. Nie umiał o siebie zadbać – zakończył mężczyzna przez zaciśnięte gardło, tak, że jego ostatnie słowa były tylko zduszonym szeptem.
Serce Darnella ścisnęło się w piersi boleśnie i nie był w stanie wykrztusić nawet słowa. Nie był smutny jednak. Był wkurzony. Wkurzony bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Jednym susem znalazł się przy Maddocku i porwał go w ramiona.
– Zabiłbym skurwiela bez mrugnięcia okiem jeśli tego byś właśnie chciał – powiedział z ogniem w oczach i determinacją w głosie posyłającą ciarki niepokoju po ciele Maddoka.
– Oh... – Głowa sportowca opadła na ramię większego mężczyzny i pierwszy raz w życiu poczuł, jak wielki żal i rozpacz unoszą się z jego duszy. – Już nie żyje... ale wierz mi w mojej głowie zabijam go każdego dnia.
– Dlatego tu jesteś? – zapytał Darnell ostrożnie nagle lepiej rozumiejąc zachowanie swojego partnera. To musiało być dla niego ogromnie traumatyczne wyzwanie. Był w szoku, że wogóle zdołał się do tego zmusić.
– Moja rodzina, zwłaszcza upierdliwy brat zmusił mnie to tego. Stwierdzili, że nigdy nie uporam się ze stratą jeśli pozwolę duchom przeszłości wdzierać się w moją przyszłość – Maddock skrzywił się lekko wysuwając z ochronnych, opiekuńczych ramion. Nie chciał się od nich uzależniać.
– Bardzo mądry brat – mruknął Darnell niezbyt zachwycony, że Maddock co rusz umykał mu. Świadomie czy nie, dobijało go to. – Wierz mi nie mówię tego lekko.
– Mogę tylko zgadywać, że i twój brat zmusił cię do bycia tutaj – zagadnął sportowiec ponownie otrząsając się z tematu i zaczynajac innym tonem, jakby poważna konwersacja była odgórnie zakończona i nie było już nic do dodania.
Darnell skrzywił się i zgarniając po drodze swojego towarzysza rzuciał się z nim w ramionach na łóżko.
– Tak, ale jestem mu bardzo wdzięczny. Po pierwszę, robię coś dobrego, po drugie spotkałem ciebie i nie owijając w bawełnę jestem bardzo ciekawy, gdzie to nas zawiedzie. W nosie mam co kto myśli, co kto mówi, co kto uważa, że powinniśmy robić czy czuć. Jedynę o czym myślę to pocałowanie cię znów. I znów. I nie wydaje mi się, żeby mi szybko przeszło...
– Więc mnie całuj, a nie ciągle nawijasz i nawijasz... – odmruknął Maddock już zmęczony tym oczekiwaniem.
Darnell nie potrzebował drugiego zaproszenia. Wpełz na gorące ciało pod nim i znalazł wargami miękkie usta swojego przyjaciela. Nadal go zadziwiało jak dobrze przylegały do jego własnych. Miał wrażenie, że są kompatybilne na jakimś wyższym poziomie. Uwielbiał smak Maddocka, a przeciez zaledwie go znał. Nieodparta potrzeba pogłębienia pocałunku pchała go do jescze intesywniejszych pieszczot i liźnięć. Chciał być wewnątrz Maddocka na każdy możliwy sposób. Młodszy mężczyzna sapnął, ale nie stawiał oporu. Silnymi dłońmi złapał pośladki Darnella i rozsuwając nogi wcisnął go między swoje uda. Budzące się do życia członki mężczyzn przeszedł przyjemny dreszcz. Jak w transie ich ciała zaczęły się wolno poruszać szukając jak najwięcej kontaktu.
Bez wachania Darnell złapał za krawędź koszulki Maddocka i ściągnął mu ją przez głowę.  Nie obyło się bez lekkiego szamotania, ale wkrótce jego oczom ukazał się idealny, gładki tors jego kochanka. Wielka siła kryła się w tym jakże wysportowanym ciele i Darnell czuł ekscytację po porostu o tym myśląc. Lubił pracę smukłych mięśni pod skórą i uwielbiał piżmowy zapach unoszący się z lekko bladej skóry. Bez zastanowienia wtulił twarz w twardą pierś Maddocka, głęboko wciągając powietrze. Jego język sam wysunął się, aby polizać niewielkie krople tam zebrane.
– Mmmm....– długi pomruk wyrwał się sprinterowi i wibracja przepłynęła przez język Darnella w tak erotyczny sposób, że jego erekcja nagle była gotowa wyrwać się z jego spodni. Musiał ją uwolnić, albo umarłby z bólu.
Wspierając się na jednej ręce rozpiął szybko rozporek i zsunął bokserki w dół. Jego długi, lekko zakrzywiony członek lśnił, a niewielka główka była praktycznie bordowa z przekrewienia.
– Imponujące – mruknął Maddock zerkając w dół ich ciał. Nie wydawał się jednak w żaden sposób onieśmielony całkiem pokaźnym rozmiarem penisa mierzącego w jego twarz. Darnell roześmiał się lekko. Szybko i sprawnie pozbył się własnej koszuli, mając nadzieję, że jego umięśniony tors wywrze właściwe wrażenie, i równie szybko rozpiął spodnie swojego przyjaciela. Ze wstydem musiał przyznać, że umierał z ciekawości.
Znacznie grubszy, choć nie aż tak długi jak członek Darnella, penis Maddocka wyskoczył z jego bielizny praktycznie wskakując w dłoń zaskoczonego mężczyzny. Ciężki i gorący wydawał się być najdelikatniejszą satyną jakiej kiedykolwiek dotykał. Niepewnie na początku, ale z wielkim entuzjazmem zaczął powolny rytm długich, wolnych pieszczot w dół i w górę nęcącego go narządu.
Obaj jak zahipnotyzowani patrzyli przez moment, wkrótce jednak pełen przyjemności i podniecenia jęk Maddocka, zwrócił uwagę Darnella. Nie mógł nie zacząć całować go na nowo. Silne dłonie młodszego mężczyzny znalazły drogę do penisa Darnella i nic nie mogło uczynić go szczęśliwszym niż nieśmiały dotyk badających go palców. Dreszcz za dreszczem spływał wzdłóż jego kręgosłupa, kiedy coraz szybciej ich dłonie poruszały się. Lgneli do siebie, więc ich członki ocierały się o siebie co rusz, a nowa nieznana fala rozkoszy przeszywała ich jądra.
– Tak. Proszę – mruknął Maddock, kiedy Darnell nieświadomie zacisnął dłoń na pulsującym członku trochę silniej. Bardzo szczęśliwy spełnić tę wyszeptaną na bezdechu prośbę, Darnell zwiększył uścisk i przyspieszył rytm. Miał wrażenie, że czubek głowy wkrótce mu wysadzi jeśli nie dojdzie w dłoni swojego nowego kochanka. Jego biodra poruszały się bez udziału jego świadomości, wciskajac jego szczodrze ociekający członek w lekko szorstką, gorącą dłoń.
– Jestem tak blisko... – wyjęczał tracą powoli kontrolę nad sobą. – Nie chcę jednak żeby to się kiedykolwiek skończyło...
– Och... następnym razem będzie jeszcze lepiej – odsapnął Maddock całując go z całych sił.
Spięte, nabuzowane podnieceniem ciało wiło się tak, że Darnell musiał przycisnąć się z całych sił, aby nie utracić nawet sekundy kontaktu. Jego dłoń poruszała się z ogromną prędkością, a dłoń Maddocka dostosywała się do szaleńczego tempa. Gęsta krew wypełniła jego głowę i pierś w tym samym momencie w którym pierwsze gorące krople spermy Maddocka spłynęły na jego dłoń. Fajerwerki wybuchnęły mu nagle pod zaciśniętymi powiekami i poczuł jak orgazm zalewa jego ciało od czubka głowy po czubki palcy u stóp. Czubek jego członka płonął kiedy z impetem i siłą wybuchł w kurczowo sciskającą go dłoń nadal oszołomionego kochanka. Świat zniknął.
Złapanie oddechu było jak wyzwanie przez pierwszą minutę i niemałą satysfakcją zauważył, że nie tylko on miał taki problem. Maddock obracając się lekko na bok próbował wrócić na ziemię z błogim uśmiechem na twarzy. Zanim jednak zdołał palnąć coś głupiego, mężczyzna spojrzał na niego z lekko zmrużonymi oczyma.
– To wcale nie znaczy, że jestem twoim chłopakiem...
– Ale to znaczy, że ja jestem twoim – odparł niezrażony w najmniejszym stopniu Darnell. W końcu trzymał tego niemożliwego mężczyznę w ramionach...
– To nie działa w ten sposób – zaprotestował Maddock, ale bez jakiegoś większego przekonania.
– Jeden dzień naraz... jeden dzień naraz – przerwał mu Darnell bardzo pozytywnie nastawiony do ich najbliższej przyszłości. Miał wiele wiary.


 Ostatnia scena w krótce....




[1] Lesbijki, Geje, Biseksualiści, Transseksualiści, Queer, Intersexualiści, Aseksualiści