Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2015

Przepraszam, przepraszam, przepraszam....

Bardzo, bardzo przepraszam. 
Nie mam naprawdę dobrego usprawiedliwienia dlaczego nie napisałam nawet malej notki co u mnie się dzieje. Byłam zajęta, ale wciąż mogłam napisać choć kilka slow. 
Nie będę wymienić wszystkich powodów dla których mogło by się wydawać, ze was porzuciłam, za późno na usprawiedliwienia, a każdy wie jakie jest życie. 
Nie porzuciłam was, obiecuje i będę się starała wrócić w wasze laski bardzo szybko.
Więcej info wkrótce obiecuje.
Buziaki

* mój laptop ma bunta i nie mogę zmienić języka na polski, wiec ta notatka to taka kaleka.  

sobota, 24 maja 2014

Update :)

W moim życiu nastąpiła dość poważna zmiana, na którą się zdecydowałam po długich rozważaniach i przemyśleniach. Mianowicie postanowiłam o rozwodzie. 
To tyle w temacie. 
Jest to jednak wielki krok, jak mam nadzieję w lepszą przyszłość i dlatego uporządkowanie wszystkich spraw zajmie mi trochę czasu. Nie chcę jednak, abyście kochani się martwili, dlatego też ten post. 
Nie zamierzam przestać pisać ani publikować! 
Chcę jednak z wszystkim uporać się krok po kroku. Sprawy nabierają tempa, więc już za jakiś czas oczekujcie mojego powrotu w pełnej krasie i pełnej wigoru, i pomysłów, jak nigdy wcześniej.
Ściskam was wszystkich kochani i gorąco, gorąco pozdrawiam ♥

piątek, 18 kwietnia 2014

Kolizja światów

Nie porzuciłam was moi kochani. Ani bloga, ani tym bardziej moich opowiadań. Zwyczajnie walczę z dniem codziennym i natłokiem obowiązków, myśli, problemów.
Moje światy jednak zaczęły kolidować, bo najwyraźniej pisanie jest tak integralną częścią mnie, że nie da się go zdławić ani tym bardziej stłamsić przytłaczającą, szarą rzeczywistością.
Brakuje mi pisania, choć nie mam na nie siły najczęściej. Nie oznacza to jednak, że mój umysł tak zwyczajnie się poddał i zawiesił wymyślanie. O nie. Mój mózg nie chce się zamknąć nawet na chwilę, choć na przykład mam tylko trzy godziny snu zanim będę musiała wstać i iść do pracy. 
Gorzej, przyłapałam się na tym, że do każdej poznanej osoby zaczynam dopisywać w myślach scenariusze, dialogi, sytuacje...
To bywa nieraz żenujące, bo uśmiecham się pod nosem lub patrzę na kogoś widząc w głowie nowe historie, a ta osoba nie ma pojęcia o co mi chodzi. Słyszę coraz częściej, że wydaję się bardzo dobrze znać ludzi. Że jestem w stanie ich przejrzeć...
Hmm... nie wiem co o tym myśleć. 
Może to jakiś instynkt drzemiący w pisarzach, pomagający nam w tworzeniu postaci? 
Tak czy inaczej wiele godzin dziennie poświęcam na kreowanie świata, który nakłada się na mój realny, co sprawia, że czuję się zagubiona. Tak trochę na krawędzi, trochę rozdarta. Ani tu, ani tam.
Obiecuję jednak, że uporam się z tym wszystkim, bo innej opcji nie ma. 
Kocham was i pozdrawiam bardzo serdecznie.
Wesołych Świąt Wielkanocnych!
♥

niedziela, 9 lutego 2014

Darnell i Maddock czekaja kochani...

Świąteczny pocałunek
AkFa






Rozdział piąty

– Cięcie! Mamy to – zaanonsował zadowolony Brouyer.
Maddock miał wrażenie, że kolana zaraz ugną się pod nim z ulgi. Był przerażony, bo to było chyba czwarte podejście i jakoś nie czuł, żeby była wielka różnica tym razem w porównaniu do poprzednich, choć naprawdę się starał. Patrzył w oczy obcych mu ludzi, wyjawiając sekrety i problemy nieistniejącego „Jasona”, a mimo to na jakimś poziomie świadomości miał wrażenie, że ta scena odbywała się tysiące razy. Gdzieś, ktoś płakał, krzyczał, bluzgał i wyzywał. Była rozpacz tak żywa, że zamieniała się w fizyczny ból. Nadzieja i pragnienia niedające się zagłuszyć. Były kłótnie i złość. Dramatyczne, a niekiedy nawet drastyczne akty towarzyszyły tym najważniejszym dla wielu osób momentom.
Ludzie uzurpowali sobie prawdo do wydawania opinii, oceniania, nakazywania i zakazywania nie bacząc na ból często najbliższych im osób. Słowami i czynami zmieniając czyjeś życie w koszmar. Najgorsze jednak było, że w zastraszającej przewadze to rodzina, przyjaciele i współpracownicy wyjawiającego swoją orientację seksualną człowieka mieli się za poszkodowanych. Za ofiary obrzydliwego „stylu życia” który niby wybierały sobie osoby homoseksualne. Nie trudno było więc pojąć, co kierowało Sterlingiem, kiedy kład tak wielki nacisk na to, ażeby ukazać ludziom, co się dzieje w duszach nieszczęśników muszących walczyć o siebie i godne życie, odsłaniając się jednocześnie na ciosy, ocenę i krytykę w tym jakże ważnym momencie.
Statyści i jeszcze przed chwilą drwiący z „Jasona” pseudo przyjaciele podeszli do niego, aby z uśmiechami, pochwałami i komentarzami poklepać Maddocka po plecach i piersi. Dla nich najwyraźniej spisał się bardzo dobrze. Widział po ich minach, że byli zmęczeni, ale i zadowoleni, że przebrnęli przez najtrudniejsze momenty. Wielu z nich było profesjonalistami. Aktorami serialowymi i teatralnymi. Ci, którzy zgłosili się wolontaryjnie, a byli to w dużej mierze członkowie LGBT, mieli miesiące na przygotowanie się, nie tak jak Maddock. On przez większość czasu nie miał pojęcia, co robić, gdzie patrzeć i co mówić. Próby i nagrania wyglądały definitywnie inaczej niż to sobie wyobrażał. A z całą pewnością nijak nie przypominały gotowego produktu.
Łapiąc oddech Maddock podziękował jakiemuś asystentowi za wręczenie mu do ręki wielkiej butelki wody mineralnej. Był spragniony i było mu przeraźliwie gorąco. Lampy grzały na nich jak wielkie grzejniki. Czuł się nieswojo, bo pot spływał mu pod granatową koszulą, w którą wcisnęła go garderobiana. Przynajmniej mógł zachować swoje jeansy. Jakby to nie było absurdalne, to dawało mu to namiastkę komfortu.  
Dźwiękowcy, kamerzyści i coś jakby blisko setka innych osób – a przynajmniej tak wydawało się Maddock’owi – biegała dookoła bez składu i ładu, szykując się do kolejnego, barowego ujęcia.
Sama myśl o tym posyłała wariację nerwowej ekscytacji i zwyczajnej paniki przez jego ciało. To miała być kulminacja ich projektu, co na dłuższą metę oznaczało prawie koniec i powrót do rzeczywistości. Drżał jednak za każdym razem, kiedy o tym myślał. Tym bardziej, że im usilniej próbował, to sobie wyobrazić, tym więcej obaw rodziło się w jego głowie. Wszystko mogło pójść źle. Gorzej mógł zrobić z siebie idiotę. Już teraz nie potrafił zachować zimnej krwi, szczególnie kiedy chodziło o jego niereformowalnego partnera.
Próbując spamiętać wszystkie rady, których udzielił mu Darnell przed nagraniem, Maddock miał mętlik w głowie. Próbował jednak wszystkiego, aby zapanować nad rodzącą się jego piersi paniką. Posługując się każdą techniką relaksacyjną, jaką znał, spróbował się uspokoić. Przebrał się właściwie na autopilocie. Dał się uczesać i ucharakteryzować bez mrugnięcia okiem, nie odzywając się, tylko intensywnie myśląc o scenariuszu i swojej roli. Otaczający go ludzie być może zdawali sobie z tego sprawę, bo nikt go nie kłopotał, a może zwyczajnie wszyscy byli zbyt zajęci, żeby przejmować się jego lekkim załamaniem nerwowym.
Zanim się obejrzał już był w gwarnym barze, siedząc na wysokim stołku, ściskając w ręce szklaneczkę. Od momentu, kiedy kamera wystartowała był jak w transie. W głowie jak echo słyszał głos Darnella:
„Musimy pokazać, że nam na sobie zależy. Że się lubimy, znamy, jesteśmy blisko, że twój wielki sekret to był wstrząs, ale ostatecznie nic się nie zmienia między nami. Oczywiście nie od razu. Wiadomo, że nic nie jest proste. Chodzi jednak o emocje i pragnienia, o bezpieczeństwo, które czujemy przy sobie i wiarę w siebie nawzajem. Obojętnie, co robią inni, co myślą i jak cię traktują, Ty uświadamiasz sobie, że zależy ci tylko na mojej opinii i to cię boli najbardziej, bo odziera cię z poczucia bezpieczeństwa.”  Pod powiekami widział jak mężczyzna chodził niespokojnie wypluwając słowa jak z karabinu. W pewnym momencie Maddock nie był nawet pewien, do kogo Darnell się zwraca. Do siebie czy do niego, próbując go ukoić. Sam bowiem nie wyglądał na uspokojonego. Intensywnie myślał, chodząc wokół Maddocka, od czasu do czasu machając rękoma dla emfazy. Wielka zmarszczka przecinała jego czoło i tylko jeszcze się pogłębiała z każdym słowem. Ostatecznie, łapiąc go za kark i patrząc w oczy oświadczył, że wszystko będzie dobrze, jeśli tylko zapomni, że nie jest Maddock’iem, a „Jasonem” na ten krótki moment.
Łatwiej jednak było powiedzieć niż zrobić. Ledwie potrafił wydusić słowo „gej”, gdy autował się przed swoją nieprawdziwą rodziną i oszukanymi znajomymi. Obojętnie ile razy to mówił, nie stawało się ani odrobinę prostsze. Jego mózg zdawał się zawieszać za każdym razem i bezsensowne, bezzasadne obawy i obiekcje rodziły się w jego umyśle. A przecież nie miał nic przeciwko gejom. Szanował ich jak każdego innego człowieka. To tylko jego głupie, zakorzenione gdzieś głęboko w jego umyśle skojarzenia blokowały jego rozsądek i rozum. Nie był z siebie dumny. Właściwie wstydził się, że jest tak płytki i pusty. Nie zazdrościł im niemniej jednak pozycji, w jakiej już na starcie się znajdowali.
Nie musiał wcale udawać, że był nerwowy i przestraszony. Śmiechy i docinki nieprawdziwych znajomych, które znosił siedząc w zainscenizowanym barze, w którym uprzednio bawił się ze swoim niby–przyjacielem „Keith’em”, dźwięczały mu w głowie jak dzwon. Jak ktoś mógł to przeżyć i wyjść bez szwanku na duszy i umyśle? Jak drętwy wpatrywał się w swoją szklankę oszukanej whisky i nie musiał wcale symulować przygnębienia.
Kiedy w końcu jeden ze statystów niby przypadkiem go potrącił wylewając zwartość na blat, śmiejąc się przy tym szyderczo, Maddock poderwał spojrzenie. Nawet nie pamiętał czy powinien coś powiedzieć. A jeśli tak, to co to miało być? Przyjaciel „Jasona” nie pokazał się od momentu, kiedy ten bardzo niezdarnie przyznał się do swojej orientacji. Nie mógł, więc liczyć na wsparcie z jego strony, a jednocześnie nie chciał zrezygnować z życia, jakie do tej pory wiódł. Maddock jednak miał wrażenie, że życie „Jasona” takie, jakim je znał do tej pory, skończyło się nieodwołalnie.
– Chyba ten palant jest ci winien drinka – odezwał się cicho za plecami Maddocka „Jasona” Darnell „Keith”. Mężczyzna stojąc z rękami wspartymi na biodrach obciągniętych ciasnymi jeansami w lekkim rozkroku, mierzył złowrogim wzrokiem nadal dowcipkujących klientów baru. Widać było, że szykował się do walki. Mięśnie tańczyły pod jego cienką czarną podkoszulką napięte na samą myśl o czekającej go konfrontacji. „Keith” marszcząc brwi, szczerzył zęby prawie warcząc. Stał tam jak pan i władca na krawędzi świata dumnie wyzywając swoich przeciwników i nie unikając kontaktu wzrokowego z mężczyznami dręczącymi jego przyjaciela. Maddock był pod wrażeniem, jako „Jason” pokręcił jednak głową lekko.
– Nie warto – wymamrotał, próbując przeforsować słowa przez zaciśnięte z nerwów gardło. „Jason” nie śmiał marzyć, że jego przyjaciel wrócił. Kilka ostatnich dni nauczyło go, że może się okazać, że „Keith” chce go wysłać na terapię, do jakiegoś księdza albo wmówić mu, że nie jest żadnym gejem tylko się pomylił. Tak przecież postąpiła połowa otoczenia, w którym żył.
Zerkając niepewnie, obserwował swojego przyjaciela. „Keith” ze swoją dobrze zbudowaną, postawną sylwetką był imponujący. Nie fazowała go przewaga zebranych mężczyzn w barze. Zresztą mogłoby się wydawać, że to zawsze była ta sama ekipa. Nie wszyscy jednak wpatrywali się w nich jakby dawali darmowe widowisko. Wielu dyskretnie obracało głową, jak gdyby nie chcieli być świadkami awantury, która wisiała w powietrzu. Przekonał się już nie raz, że ludzie woleli udawać, że nic nie widzą, niż być wciągnięci w cudze problemy. Miał nadzieję, że on taki nie był, choć sam nie wiedział jakby się zachował gdyby role były odwrócone.
– W takim razie ja ci postawię drinka – odparł „Keith” siadając na barowym stołku tuż przy nim. Po sekundzie wahania i niepewności, zaledwie na ułamek sekundy spoglądając w oczy „Jasonowi”, przysunął się do niego epatując opiekuńczością. Widać znów był na misji. „Jason” czuł ulgę pomieszaną z jeszcze większą konfuzją. Co to oznaczało dla ich przyjaźni?
– Keith – wymamrotał „Jason”, ale to Maddock nie pamiętał tekstu. Uczył się, powtarzał do znudzenia, ale co tak naprawdę mówi jeden mężczyzna do drugiego, kiedy przez x lat ukrywało się o sobie prawdę? „Keith”, a może to Darnell obrócił się na taborecie w jego stronę i łapiąc go za kark, w dobrze już znany Maddock’owi sposób, przyciągnął do siebie.
– Przestań. Zajęło mi trochę czasu, aby wyciągnąć głowę z tyłka, ale teraz tutaj jestem. Nic się nie zmieniło. Zawszę będę obstawiał twoje tyły. –  Śmiejąc się drętwo z własnego nieszczęsnego formułowania, „Keith” potrząsnął swoim towarzyszem lekko, próbując niefrasobliwością pokryć gafę. Gafę, która najwyraźniej jego dużo bardziej niepokoiła niż „Jasona”. Może miał dobre intencje, ale kiepsko mu szło. Ile czasu teraz potrwa zanim wszystko między nimi wróci do normy? A każde słowo nie będzie miało podtekstu w sobie?
– Naprawdę, nic się nie zmieniło? – Tym razem Maddock naprawdę wczuł się w „Jasona”. Sam był ciekaw. Co byłoby najważniejsze dla człowieka, który postawił wszystko na szali, aby móc być sobą i aby móc wreszcie spróbować żyć tak jak tego pragnął? Brouyer i tak był wizjonerem, szybko umiał rozpoznać dobry materiał, była więc duża szansa, że nie ukatrupi Maddocka za zmiany w tekście. Patrząc w oczy swojego nowego przyjaciela, pochylił się w jego stronę. Zaskoczony „Keith” zesztywniał przy jego boku. – Nie rusza cię fakt, że będę spotykał się z mężczyznami, że być może będę ich przyprowadzał na nasze spotkania? Dotykał, może nawet całował w twojej obecności? Nie będziesz do końca życia zastanawiał się czy nie myślę o tym, aby cię przechylić przez oparcie kanapy i dobrać się do twojego tyłka?
– Jason… – Widząc wielkie oczy „Keitha”, „Jason” od razu wiedział, że dokładnie to przeszło jego przyjacielowi przez głowę. Nie żeby się dziwił. Każdy i to dosłownie każdy w pierwszej kolejności miał seksualne skojarzenia, gdy chodziło o homoseksualizm. Z biseksualizmem to było o wiele bardziej skomplikowane. Tego ludzie zdawali się w ogóle nie pojmować.
– Jak możesz uważać, że nic się nie zmieniło, kiedy to ja się zmieniłem? Już nie jestem wstanie udawać, że podobają mi się kobiety, które pokazujesz mi palcem. Nie mogę ukrywać zainteresowania przystojnymi mężczyznami. Czy to jest dla ciebie jasne?
Cisza zapadła między nimi wypierając gwar i muzykę. Ludzie zniknęli, kiedy „Jason” i „Keith” mierzyli się wzrokiem. Znajdowali się zbyt blisko siebie jak na komfort Maddocka. Zdecydowany jednak był nie wypaść z roli. Twarz jego partnera była skupiona i poważna, a niebieskie oczy bez trudu wytrzymywały wyzwanie „Jasona”, choć sam Maddock drżał w środku z obawy i niepewności. Co on do cholery najlepszego wyprawiał?
– Czy po za faktem, że mój tyłek może ci się ewentualne podobać, co oczywiście świadczy o twoim świetnym guście, coś jeszcze się zmieniło? Urosła ci druga głowa? Masz zamiar jeść niewinne dzieci na śniadanie? Molestować bezbronnych mężczyzn? A może rozbijać małżeństwa, podrywając bogobojnych, chcących, ale niemogących ci się oprzeć mężów? Czy twój charakter się zmienił? Straciłeś nagle poczucie humoru? Będąc gejem chyba nie oznacza, że przestałeś być nagle praworządny, porządny i dobry… – pytał cicho „Keith”, szukając jednocześnie odpowiedzi w samym sobie, bo Darnell z tym jego kpiącym uśmieszkiem przebijał się przez postać, którą miał grać.
– Ja po prostu widzę mężczyzn tak jak ty widzisz kobiety – skonkludował ostatecznie Maddock sam zdziwiony tak prostą i oczywistą prawdą. Nagle dotarło do niego, co przeraża większość z nich. – To właśnie przeraża niektórych mężczyzna najbardziej – powiedział patrząc w oczy Darnella. – Że zostaną potraktowani przez innych mężczyzn dokładnie tak jak oni traktują kobiety…
– To i myśl, że mogą mieć mniejszego! – palnął Darnell wypadając z roli. Widząc zdębiałą minę swojego partnera, trącił go ramieniem śmiejąc się. – Wyluzuj. Wszystko będzie dobrze. Jestem mądrym chłopakiem i mam kręgosłup. Nie straszne mi nowe przygody, w które możesz nas wpakować.
Maddock nie wiedział, co myśleć, nie umiał jednak stłumić uśmiechu, który wymusił z niego Darnell. Coraz częściej mu się to zdarzało. Ten facet po prostu zdzierał jego mury obronne wytrwałością i czarem. Nie, żeby przyznał się do tego bez bicia w tym dziesięcioleciu, jeśli w ogóle kiedykolwiek.
– Chcesz mi wmówić, że nie wybiłbyś mi zębów, gdybym spróbował cię pocałować? – zapytał „Jason”, natychmiast czując jak całą jego twarz zalewa rumieniec zażenowania. Teoria była prostsza niż praktyka. Nie wystarczyło wiedzieć, co miał zrobić. Musiał jeszcze zmusić swoje ciało do reakcji. W ustach mu zaschło, gdy tylko jego umysł zawędrował w te rejony, a na myśl o faktycznym pocałowaniu Darnella serce waliło mu o żebra jak spłoszone zwierzę i nie był w stanie wykrztusić dalej swojej kwestii. Miał też przytłaczającą pewność, że z tak bliska jego partner bez trudu widział jego zakłopotanie i niepewność, co tylko pogarszało całą sytuację. Raz jednak ruszając przed siebie, jak każdy dobry biegacz, był zdecydowany brnąć do końca.
Nieprawdziwy, a jednak bardzo realny „Keith” zlewając się z Darnell’em w jedną irytująco autorytatywną osobę, wyszczerzył zęby w uśmiechu. Przechylając lekko głowę na bok rzucił mu wyzywające spojrzenie. W oczach miał niebezpieczny błysk i Maddock czuł jak pot spływa mu po plecach.
Chwilę później bez odpowiedzi i bez ostrzeżenia pochylił się w stronę Maddocka i uchwycił jego lekko rozchylone usta w gorący pocałunek. Lekkie tchnienie oddechu ich dzieliło na ułamek sekundy, a potem zdumiewająco ciepłe i miękkie wargi mężczyzny złapały go w pułapkę, i zniewoliły na moment. Oczy same mu się zamknęły – automatycznie, jakby ze strachu, walcząc do końca z rzeczywistością – zanim jeszcze doszło do pierwszego kontaktu, a powieki jakby niespodziewanie ważyły tonę.
Nieoczekiwany dotyk wyrwał westchnienie z gardła sportowca. Nierealne i zdumiewające emocje targnęły jego duszą, zmieniając się w realny ucisk w piersi. Najpierw delikatnie, ale stanowczo Darnell uwięził go w pocałunku, swoimi wargami obejmując jego usta, a potem przywarł z całych sił, ssąc lekko. Pieszczota była subtelna i zdecydowanie przyjemniejsza niż Maddock śmiał sobie wyobrażać. Ich wargi pasowały do siebie idealnie. Pewne i zdeterminowane, złączone mocno ocierały się o siebie kusząc i zachęcając do zabawy. Usta Maddocka same musiały odwzajemniać pieszczotę, bo przecież on sam był zbyt zdumiony własną reakcją, ażeby choć drgnąć. Umysł aktywowany pożądaniem rejestrował każde muśnięcie. Chciał chyba wchłonąć i zapamiętać, każdy dotyk, który rozbudzał tysiące zakończeń nerwowych w jego ciele, odbierając mu opanowanie. Co on zresztą wiedział w tym momencie? Kolorowe wzory tańczyły pod jego ciasno zaciśniętymi powiekami. Dygotał od momentu, kiedy poczuł wielką dłoń Darnella na swoim karku. Tak znajomą i krzepiącą już dla niego, że aż go to przerażało. Skóra płonęła mu od tego niewinnego dotyku. Całe mrowienie właśnie stamtąd rozpływało się po jego skórze jak zimna fala. Nie mógł wziąć oddechu, bo seksowny, męski zapach jego przyjaciela wypełnił mu nos i głowę. Budził w nim głód.
Nieświadomie musnął językiem wargi Darnella. Chciał je tylko zwilżyć. Czuł nieprzepartą potrzebę, aby to uczynić, a zbyt słaby był, aby sobie odmówić. Usta jego partnera jednak rozchyliły się bez protestu i oporu, wciągając go głębiej w gorące, wilgotne wnętrze. Obaj westchnęli z ukontentowaniem, kiedy ich języki prześlizgnęły się po sobie. Ulga wypełniła ich ciała. Tylko, że Maddock prawie tego nie słyszał, bo cała krew buzowała mu uszach. On chciał tylko przycisnął się bliżej do silnego ciała władającego jego ustami mężczyzny i poddać się, choć na chwilę. Zanurzyć w przyjemności, którą czuł.
– Cięcie! – Krzyk Brouyera był jak kubeł zimnej wody wylany wprost na rozpaloną głowę Maddocka. Studio pełne ludzi i fałszywy bar wróciły nagle jakby przeniesione z innego wymiaru. Maddock nie zdawał sobie sprawy, że całe otoczenie dla niego zniknęło już jakiś czas temu. Zdezorientowany spojrzał na biorącego drżące oddechy Darnella. Mężczyzna wyglądał na wstrząśniętego, co sprawiło Maddock’owi absurdalnie wiele satysfakcji. Świadomość, że wywarł takie wrażenie na swoim partnerze pozwoliło mu się łatwiej pogodzić z tym, że jego własne ciało go zdradziło, a mózg nagle stwierdził, że otworzyło się przednim milion nowych możliwości, których nie brał nigdy wcześniej pod uwagę i z których nagle nie miał zamiaru zrezygnować. Nie miał czasu jednak na analizę pogoni myśli w swojej głowie, bo starszy mężczyzna był wyraźnie niezadowolony i nie omieszkał wszystkim to uświadomić. – To nie tak miało być! Jason całuje Keitha do cholery! Nie na odwrót. Ja pierdolę, co się tutaj dzieje? Czy nikt już nie pamięta co ma robić?
Zdumieni nagłym wybuchem, obaj z Darnell’em spojrzeli na podminowanego reżysera, szalejącego po studiu. Stojący przy nim podejrzanie zaczerwieniony Parker wpatrywał się w swoje buty z uporem godnym lepszej sprawy. Cała jego sylwetka wręcz krzyczała o dyskomforcie i napięciu. Maddock zamrugał niepewnie. Nawet nie był pewien, o co właściwie chodziło. Czuł jak cała twarz go pali, a jego na wpół wzwiedziony członek obscenicznie wypycha przód czarnych spodni. Dobrze, że siedział, bo konfrontacja z bratem swojego partnera była ostatnim czego pragnął, zwłaszcza w takim stanie.
– Robimy powtórkę! – zarządził reżyser, kiedy jednakże Parker wymamrotał coś do niego przez zaciśnięte zęby, facet wyglądał jakby był na dobrej drodze do dostania apopleksji na miejscu. – Za dziesięć minut – dodał opornie. Organizator jednak nie ugiął się, nadal cedząc jakieś polecenia i jednocześnie przyszpilając mężczyznę do podłogi lodowatym spojrzeniem, które także Darnell opanował do perfekcji, a którego odbiorcą Maddock był już kilkukrotnie. Nie dziwił się, że Brouyer wyglądał jakby miał za moment wyjść siebie. Bracia Kimrey potrafili zaleźć człowiekowi za skórę. – Macie wolne! – zaanonsował ostatecznie reżyser z miną maniakalnego mordercy. – Dogramy przesłanie po lunchu. Co ja przecież wiem? Jestem tylko jakimś tam reżyserem! Co tam scenariusz, co tam moje polecenia? Czy ja w ogóle wiem, o czym gadam? Ależ skąd! Mi tylko każą dokonać cudów! – Mężczyzna szturmem wypadł ze studia nie oglądając się na wściekłego Parkera. Zresztą ten chwilę później podążył jego śladem, starając się aż za bardzo, aby nie wyglądało na to, że zrejterował z placu boju. Sztywna sylwetka zdradzała go jednak przy każdym wolnym kroku, jaki zrobił.
Maddock w ułamku sekundy zrozumiał, że nie będzie powtórki ostatniego ujęcia. Cokolwiek Parker myślał i czuł na temat pocałunku swojego brata, było najwyraźniej dla niego zbyt trudne do przełknięcia.

***

Celowo odwracając się do Maddocka plecami, Darnell patrzył za swoim znikającym bratem. Szerokie plecy miał wyprostowane jak deska, a podbródek wysoko uniesiony. Jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby wszyscy z chodzili mu w pośpiechu z drogi, kiedy z wymuszoną nonszalancją opuszczał pomieszczenie. Nie mógłby być bardziej oczywisty nawet gdyby próbował. Przewracając mentalnie oczami, Darnell stłumił przekleństwo. Na serio nie potrzebował tego całego bałaganu. Najwyraźniej nie tylko na nim pocałunek wywarł wielkie wrażenie. Jego brat także wydawał się poruszony, choć trudno było powiedzieć, co myślał, bo z wystudiowaną obojętnością na twarzy unikał patrzenia w ich stronę, walcząc jednocześnie kłami i pazurami z reżyserem. Najwyraźniej wygrywało zażenowanie w tumulcie uczuciowym, wnosząc po tym jak nie potrafił spojrzeć mu w oczy.
Darnell sam potrzebował chwili, aby się ogarnąć. Chciał też mieć możliwość dyskretnego poprawienia erekcji, która wybijała mu dziurę w bokserkach, żeby wyjść i się pobawić z miłym panem, który był zniewalający i całował jak demon.
Rzec, że był zaskoczony jak wielką przyjemność sprawiło mu pocałowanie Maddocka, byłoby niedopowiedzeniem roku. Było oszałamiająco podniecające i naprawdę się tego nie spodziewał.
Przypuszczał, że to nie będzie jakieś traumatyczne doświadczenie i że nie zamknie się w sobie na całe życie, bo pocałował mężczyznę. Bóg mu świadkiem, że śniło mu się to wystarczająco często, aby zacząć się martwić – gdyby się przyjmował. Nie borykał się jednak zbyt głęboką analizą swojej osobowości, bo to nigdy nie prowadziło do niczego dobrego. Dołowało go to co potrafił wygrzebać ze swojej głowy. Po co więc robić sobie krzywdę? Przecież skoro nic nie robił z faktem, że różne możliwości od czasu do czasu pobudzały jego umysł, to mógł spać spokojnie. Nikt przecież nie był w stanie wejrzeć mu w myśli i zobaczyć, co się działo w jego wyobraźni. Sam tam rzadko zaglądał.
Teraz jednak musiał stawić czoła Maddock’owi. A facet potrafił być jak pitbull z kością.
– Wow! – rzucił siląc się na lekki ton i przeklinając jednocześnie drapanie w nadal suchym gardle. Podniecenie sprawiało, że nie miał kropli śliny w ustach. Jak na zawołanie jego wzrok sam padł na błyszczące, wilgotne wargi Maddocka i praktycznie zapomniał, o czym mówił. Na języku wciąż miał jego smak. Wargi wciąż go mrowiły od przelotnego kontaktu, a wszystkie mięśnie brzucha miał napięte jak postronki z wysiłku, który wkładał w powstrzymywanie się przed rzuceniem się na niego po raz drugi. Jego towarzysz najwyraźniej rozumiał go bez słów, bo tylko mu przytaknął. Głowę miał lekko opuszczoną, więc Darnell tylko częściowo widział jego minę i bardzo go to irytowało. Chciał wiedzieć, o czym myśli jego partner. Co gorsza chciał zobaczyć jego reakcje na ich pocałunek. Spojrzeć mu w oczy i dojrzeć tę samą namiętność, która teraz trawiła jego wnętrze. Upewnić się, że i jemu tak namieszał w głowie. Sprawdzić czy podziałał jak porażenie prądem w jądra, które sam poczuł.
Był zdesperowany wystarczająco, żeby zapytać, ale obsługa studia przegoniła ich. Wołali do nich składając wiele gratulacji i wyrażając podziw dla ich wysiłku, i poświęcenia, Darnell jednak miał problem, aby skoncentrować się na tym co się działo wokół niego. Nadal tkwił w bańce, która zamknęła się wokół niego i Maddocka. Wolno, z wymuszonymi uśmiechami obaj jak na komendę ruszyli do wyjścia, machając wszystkim na pożegnanie. Nie czuł się na siłach, aby z kimkolwiek wymieniać grzecznościowe uwagi, a Maddock gotów był uciec przy pierwszej okazji. Z ulgą więc zamknął za nimi drzwi na pusty korytarz. W gruncie rzeczy był wściekły. Trudno było zaczynać poważną rozmowę w takich warunkach i miejscu, gdzie istniała duża szansa, że mogą mieć przerwane w każdej chwili.
Jakby wiedziony impulsem chwycił Maddocka za kark i zatrzymał zanim mężczyzna miał okazję odejść bez oglądania się za siebie, co najwyraźniej zamierzał zrobić. Czując dotyk jego partner stanął i wolno obrócił się w stronę Darnella. Młodszy mężczyzna wydawał się z jednej strony spłoszony, z drugiej jednak wysoko zadzierał podbródek, gdy z uporem patrzył mu w oczy.
– Zjedz ze mną lunch – powiedział cicho Darnell. Nie było sensu straszyć chłopaka. Do poważniejszych tematów mogli przejść powoli. Maddock jednak miał inne plany, bo pchnął go nagle na ścianę i przycisnął całym ciałem. Z zaskoczenia Darnell jęknął, nie bronił się jednak, zbyt ciekawy, aby zmusić się do oporu. Do udawania dla zachowania pozorów.
– Po co męczyć się przez cały posiłek? Rozstrzygnijmy to tu i teraz, i będziemy mieli z głowy – wymamrotał z determinacją Maddock, rzucając mu wyzwanie twardym spojrzeniem. Źrenice miał lekko rozszerzone, a oddech przyśpieszony. Ich twarze dzieliły centymetry, więc Darnell z każdym oddechem wchłaniał zapach jego wody po goleniu. Całe jego ciało absorbowało zaś ciepło muskularnego, szczupłego ciała biegacza.
– Co mamy rozstrzygnąć? – zapytał zdławionym głosem nie do końca pewien, czego się spodziewać. Maddock zaskakiwał go już nie raz i myśl o tym tylko przyśpieszała szaleńczy łomot jego serca. Ekscytacja budowała w jego kroczu przyjemne napięcie. Prawie drastycznie musiał trzymać się w karbach, aby nie wepchnąć swojego nadgorliwego penisa w biodro swojego przyjaciela.
– Czy było tak zajebiście jak nam się wydaje czy to tylko fuks. – Zamiast wdawać się bezsensowna dyskusję, Maddock ujął twarz Darnella w dłonie i wpił się w jego usta. Nic nie pozostało z ich poprzedniego subtelnego, pełnego wahania pocałunku. Maddock doskonale wiedział, czego chciał. A chciał zbadać każdy zakamarek ust Darnella i poczuć jeszcze raz dreszcz spływający wprost do jego jąder przy pierwszym kontakcie ich śliskich języków. Miękkie wargi rozchyliły się, więc parł do środka, aby znaleźć się jak najgłębiej. Czuł jak słabość ogarnia jego kolana, przyparł zatem z całych sił do Darnella, próbując znaleźć oparcie. Wszystko drżało w jego wnętrzu. Właściwie chyba dygotał na całym ciele.
Darnell jednak nie miał zamiaru tak zwyczajnie poddać się tym razem. Objął Maddocka i prawie zmiażdżył w silnym uścisku. Determinacja i pożądanie paliło każdy zakamarek jego ciała, i przelewało się przez niego wraz z krwią. Trzymając Maddocka za kark zawładną jego ustami, pieszcząc je i ssąc, walcząc o wejście do środka. Zdezorientowany na moment sportowiec zesztywniał nieznacznie, ale ostatecznie nie dał rady odmówić sobie przyjemności. Musiał ulec. Z westchnieniem pozwolił Darnell'owi wessać swój język do środka jego gorących, wilgotnych ust. Każdy dotyk i muśnięcie było naelektryzowane. Ich języki splotły się szukając jak najwięcej kontaktu. Jak szaleni tulili się i ocierali o siebie, walcząc o zaspokojenie pragnień, których intensywności wcześniej nie znali. Darnell nie pojmował jak wiele przyjemności i satysfakcji daje mu trzymanie w ramionach silnego, twardego ciała. Chciał go opatulić ramionami. Wkomponować w siebie i posiąść.
Otwierane z hukiem drzwi gdzieś za nimi wyrwały go jednak z seksualnego zamroczenia. Zły, zaskoczony i rozpalony po sam czubek głowy nie potrafił złapać równowagi, toteż oparł czoło na ramieniu zdyszanego, zesztywniałego ze zdumienia Maddocka. Przynajmniej mężczyzna go nie odepchnął, kiedy zaaferowany asystent Brouyera przebiegł koło nich nawet nie mrugając powieką na ich widok.
– „… organizatorzy już są powiadomieni. Sterling jest w drodze…”
Tylko tyle udało się wyłowić Darnell'owi z komentarza rzuconego do słuchawki, przez podekscytowanego mężczyznę, kiedy z żalem wyplątywał się z dość zaborczych objęć Maddocka. Jego podejrzliwość i ciekawość, zmora jego życia, uniosły głowę i zaczęły węszyć kłopoty. A to było dokładnie to, czego w tej chwili nie życzył sobie. Potrzebował Maddocka i musiał zgłębić te potrzeby, które mężczyzna najwyraźniej w nim zaspokajał nawet nie próbując. Chciał kontynuować, to co im tak bez skrupułów przerwano.
Maddock jednak jak zwykle miał inne plany. Przeczesując włosy i biorąc kilka oddechów dla uspokojenia, cofnął się zwiększając między nimi dystans. To było wręcz bolesne.
– Cóż, szybko i skutecznie rozwialiśmy pewne wątpliwości – rzucił jakby od niechcenia, ale oczywista wypukłość w jego spodniach mówiła prawdziwą historię, bez względu na to, że jego mina nie zdradzała nic. Darnell poczuł ulgę, filtrując od razu każde słowo, które miało paść z jego ust. Mógł łgać ile wlazło, on jednak widział wyraźnie oznaki podniecenia swojego partnera. Nie był ani obojętny, ani odporny. Był za to jak zwykle jeden krok przed Darnell’em. – Całujesz wystarczająco dobrze, żeby zwinąć facetowi bokserki do kostek, to nie ma dwóch zdań wątpliwości w tym temacie. – Ruszył korytarzem, rzucając oniemiałemu Darnell'owi spojrzenie przez ramię. – Idziesz czy nie? Chcę się dowiedzieć, o co chodzi z całym tym zamieszaniem.
Znaleźli się przy drzwiach studia numer dwa zanim Darnell tak właściwie zdecydował, co powinien odpowiedzieć na to niespodziewane oświadczenie. Czy to był komplement? A może jego nowy przyjaciel z niego drwił? Trudno było powiedzieć, choć jego durne serce zadecydowało, że obstawia tę korzystniejszą dla niego opcję. A przecież on nigdy nie przejmował się tym, co myślą o nim inni ludzie. No może po za jego bratem i bratanicą.
Parker jak na zawołanie wyrósł tuż przy nich i zanim zdołali przekroczyć próg dosłownie wepchnął się przed nich, praktycznie zamykając im drzwi przed nosem. Widząc jednak stanowczą minę Darnella z niezadowoleniem skinął im głową i ruszył do centrum awantury, zostawiając ich samych sobie. Najwyraźniej miał większe problemy niż zaspokajanie ciekawości brata.
Stojąc w niewielkim oddaleniu od planu zdjęciowego i grupki aktorów, wysoka szatynka z ciasno upiętymi włosami, odziana w drogi czerwony kostium z miną udzielnej królowej strofowała niepozornie wyglądającą blondynkę. Chłód wręcz bił od niej, gdy spoglądała z góry wzdłuż swojego niemal arystokratycznego szczupłego nosa na nią. Karminowe wargi wydymały się za każdym razem, kiedy fukała na spokojnie przyjmującą jej zażalenia kobietę.
Pracownica kampanii skromnie ubrana w białą koszulę i czarną spódniczkę stanowiła totalne przeciwieństwo swojej oponentki, przypominając anioła z kaskadą loków spływających jej po plecach. Niższa i jakby krucha, wydawała się niewzruszona, choć jej postura krzyczała o dyskomforcie. Mała słuchawka w uchu bez problemu identyfikowała ją, jako jedną z pomocnic, a mocno ściskany folder w dłoniach zdradzał jej napięcie.
– Ta mała to asystentka Rodneya Ann – wymamrotał Darnell do niepewnie rozglądającego się Maddocka. Wskazując głową sprawczynię zamieszania, dodał szeptem: – Ta druga to Prudence Fox. Przewodnicząca jakiejś organizacji feministycznej, właścicielka kilku prestiżowych restauracji. Z tego co wiem przybyła na plan, aby wspierać swoja przyjaciółkę, która jest jednocześnie szefową kuchni w jej przybytku… ooo… tę niewysoką Azjatkę podczas nagrywania – powiedział, wymownie kiwając głową w stronę niepewnie przestępujących z nogi na nogę aktorów – Sądząc po minie mojego brata można przypuszczać, że Fox znów chciała wykastrować jakiegoś mężczyznę.
– Nawet nie chcę wiedzieć skąd czerpiesz swoją wiedzę – odszepnął mu sportowiec z ciekawością dziecka śledząc całą scenę.
To studio nagraniowe niewiele różniło się od tego, w którym oni pracowali jeszcze moment wcześniej. Różnica była w składzie ekipy, jeszcze bardziej znerwicowanym reżyserze i fakcie, że wstępowały tutaj w większości kobiety. Inscenizacja była prosta i ktoś niewidzący połowy pomieszczenia mógłby przypuszczać, że znajdują się w dyskotece albo już przynajmniej na wielkim party. Trzy postacie wyróżniały się jednak z tłumu skompletowanego ze statystów. Dwie kobiety, z czego jedna musiała być bez dwóch zdań przyjaciółką robiącej zamieszanie damy, i wysoki mężczyzna stali niepewnie zerkając na klnącego, ciskającego się po pomieszczeniu reżysera i debatujące bardzo głośno Ann, i Prudence Fox. Wyraźnie nie wiedzieli, co się dzieje i co robić. Nie żeby Darnell był, choć trochę lepiej zorientowany.
Oczywiście Fox nie miała skrupułów, aby donośnie i dobitnie oznajmić swoje niezadowolenie.
– To jest po prostu nie do pomyślenia, co tutaj się dzieje! – wrzeszczała w twarz Ann. – To jakaś kpina. To co tutaj robicie to pogwałcenie wszystkich praw kobiet! Co to ma być? Jak nie rozumiem, dlaczego Mia Li zgodziła się pomóc wam w tym żałosnym projekcie! – Pod koniec swojej tyrady lekko była już zsiniała, więc Ann miała okazję odpowiedzieć z żelazną konsekwencją i spokojem.
– Proszę się uspokoić i nie robić zamieszania.
– Zamieszania? Ja dopiero zrobię zamieszanie. Prasa was pożre żywcem. Ten wasz szkolny projekcik pójdzie w kanał! – Prudence trzęsła się ze swojego słusznego oburzenia.
– Proszę ten temat poruszyć z panem Sterlingiem. Mogę panią umówić… – rzucając sarkastyczne spojrzenie feministce i wyraźnie walcząc z ironicznym uśmiechem, spojrzała w swój folder. – Za tydzień.
– Nie pogrywaj sobie ze mną sekretareczko, bo najwyraźniej nie wiesz z kim zadzierasz…
 – Och, ja doskonale zdaję sobie sprawę z kim mam do czynienia – odparła Ann stoicko, nie dając się sprowokować swojej przeciwniczce. – Mia Li zaangażowała się dobrowolnie w kampanię i po zapoznaniu z projektem, wyraziła chęć wystąpienia. Myślę, że dla niej i dla pani to istotne, aby uświadomić ludziom dyskryminację, błędne wyobrażenia o lesbijkach i brak poszanowania dla kobiet.
– Ty mi tutaj panienko nie wyjeżdżaj ze swoimi mądrościami na temat dyskryminacji. Jestem uosobieniem feminizmu i nie będziesz uczyła mnie co jest ważne i potrzebne kobietom! – Fox zapłonęła oburzeniem prawie rzucając się do gardła asystentki.
– Nie skorzystamy jednak z pani rad – Ann skontrowała nie bez odrobiny sarkazmu. – A teraz przepraszamy, ale nie możemy dopuścić do opóźnień. Proszę nie przeszkadzać przyjaciółce.
– Co ma niby uświadomić ludziom obmacywanie jej przez jakiegoś palanta i głupie uśmiechy idiotki jak ciele się w nią wpatrującej? – Och, Prudence najwyraźniej nie podzielała wizji reżysera i Sterlinga, który ułożył większość przesłań i scenariuszy do filmików.
– Dziękujemy, że podzieliła się pani z nami swoją cenną opinią, ale naprawdę poradzimy sobie sami – Rodney, z Parkerem tuż na jego piętach, wślizgnął się miedzy dyskutujące kobiety. Ann z ulgą cofnęła się, niezłomnie jednak trwając przy boku swojego szefa.
Darnell doskonale wiedział, w którym momencie Maddock dostrzegł jej krótszą zdeformowaną rękę częściowo schowaną w fałdach koronkowej bluzki. Wszyscy reagowali dość gwałtownie na ten widok i Maddock nie był wyjątkiem. W jego przypadku jednak to była instynktowna sympatia, bo zaczął ciskać piorunujące spojrzenia w stronę feministki. Wcale go nie dziwiło, że młodszy mężczyzna był uczuciowy i troskliwy, właściwie zawsze to podejrzewał.
– Nie mam zamiaru pozwolić, aby moja przyjaciółka była wykorzystywana w taki sposób! – Prudence nie zamierzała się ugiąć. Jej perfekcyjnie umalowane usta zacisnęły się w cienką linię, a idealnie wydepilowana brew podjechała do góry, kiedy z obrzydzeniem mierzyła mężczyzn przed nią stojących jak karaluchy, na które niechcący nadepnęła.
– Rozumiem, że ma pani szczególne postrzeganie świata i kobiecych potrzeb. – Oświadczył Rodney tonem tak wyważonym i stoickim, że wybuch Prudence nagle wydawał się być dziecinny i bardzo nie na miejscu. Stając z nią twarzą w twarz potraktował ją jak równego sobie przeciwnika, a nie kobietę. Z całą pewnością jej wewnętrzna sufrażystka powinna to docenić. – Niestety my jesteśmy realistami. Musimy i chcemy trafić z naszym przesłaniem do szerszego kręgu ludzi. Proszenie o pomoc nie uwłacza ani kobietom, ani mężczyznom i trzeba to wyraźnie podkreślić. Nasz przyjaciel – wskazał na aktora lekko poklepującego zdenerwowaną Mię Li po ramieniu – musiał odwzorować zachowania wielu mężczyzn, więc cały filmik może być intensywny. Obłapywanie, niewybredne propozycje czynione lesbijkom i przede wszystkim irracjonalne niedowierzanie kobietom, że ich orientacja seksualna, wcale nie wynika z braku wielkiego penisa i że mężczyzna nie jest wykładnikiem zaspokojenia ich potrzeb, to tylko czubek góry lodowej. Grunt to zaszczepić w ludzkich umysłach, że NIE zawsze oznacza NIE, a nie „może” czy „nie wiem”. Trzeba też nauczyć kobiety nie obawiać się prosić o pomoc w chwilach zagrożenia. To ma właśnie uświadomić to ujęcie. Napastowane kochanki mają prawo do obrony i mają prawo jej oczekiwać, bo ich związek nie jest powodem do rezygnacji z zwyczajnych ludzkich przyjemności i zabawy.
– Oczywiście, bo przecież o niczym innym nie marzycie wy szowinistyczne świnie niż tylko, żeby znów uzależnić od siebie kobiety! – Dysząc z wściekłości Prudence praktycznie trzęsła się na koniec spokojnego wykładu Rodneya. Wyglądało na to, że przez jej filtr przedostało się tylko to co aktualnie jej odpowiadało.
– I to jest właśnie to miejsce, gdzie się najwyraźniej nie rozumiemy – wtrącił Parker lodowatym tonem. Jego spojrzenie wystarczyło, aby zmrozić zapał kobiety do kolejnej tyrady. – My chcemy uświadomić ludziom, że nie ma lepszych i gorszych. Wszyscy jesteśmy równi. To dotyczy się też kobiet. Nie ma mężczyźni kontra kobiety, homo przeciwko hetero. Jest dyskryminacja i nienawiść przeciwko ludzkości.
– Piękne słówka nic nie kosztują – syknęła Prudence, robiąc krok w stronę brata Darnella. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Była albo bardzo głupia, albo miała worek jaj, które wcześniej odebrała mężczyznom, którzy padli jej ofiarami. – Możecie wszystkim mydlić oczy, ale tak naprawdę chodzi wam o pokazanie, kto jest górą.
– Nie, chodzi nam o to, żeby ludzie, którzy się wiążą ze sobą, co może kiedyś dotyczyć i ciebie, nie musieli właśnie walczyć na każdym kroku. Aby byli bezpieczni bez względu na to, w jakim otoczeniu się znajdują. Kobiety nie mają być postrzegane, jako słabe ofiary, mają mieć pewność, że znajdą pomoc i wsparcie, jeśli tego sytuacja będzie wymagała. Możemy wszyscy rzucać wzniosłymi, aczkolwiek pustymi sloganami, ale to nie przybliży nam ani trochę rzeczywistości, w której żyją miliardy osób – deklaracja Rodneya była spokojna i wyważona, ale bez mrugnięcia okiem skinął głową ochroniarzowi, który wślizgnął się niepostrzeżenie do studia, dając mu znać, że jego interwencja może być potrzebna.
Ann z szerokim uśmiechem rzuconym swojemu pracodawcy wskazała czerwonej z furii Prudence wyjście.
– Proszę za mną, nagranie musi być kontynuowane – powiedziała odzyskując równowagę i pewność siebie.
– To jeszcze nie koniec! – Kobieta nie zamierzała tak zwyczajnie skapitulować. Wbijając pełne furii spojrzenie w organizatorów, wymierzyła w nich oskarżycielki palec o krwiście pomalowanym paznokciu. – Robicie sobie i kobietom więcej szkody niż pożytku. Tego tak nie można zostawić. Trzeba się przyjrzeć tym waszym szemranym pomysłom. Promujecie zachowania bandy szowinistycznych, mizoginicznych zboczeńców. Udajecie, że chcecie pomóc, ale tak naprawdę chcecie tylko sobie dobrze zrobić!
– To, że organizatorzy nie zamierzają traktować kobiet, jako gatunek nadrzędny nie oznacza, że traktują je gorzej! – wtrąciła gwałtownie oburzona Ann, aż zaciskając pięść na folderze ze złości. – To takie kobiety jak ty robią innym kobietom więcej szkody niż pożytku. Chcecie, aby świat kłaniał wam się w pas tylko dlatego, że jesteście kobietami. Cóż, w moim imieniu nie przemawiasz, więc wyjdź i nie przeszkadzaj, jeśli nie zamierzasz pomóc!
Rodney czując narastającą furię u swojej pracownicy, położył jej na ramieniu dłoń w uspokajającym geście, chłodno mierząc zacietrzewioną feministę, wyglądającą jakby się miała rzucić na niższą kobietę.
– Proszę się nie krępować. Jak już znajdzie pani jakieś uchybienia… – zaczął, ale Ann najwyraźniej jeszcze nie skończyła, dodając sarkastycznie.
– …to wsadź sobie te swoje uwagi w swój kościsty tyłek i udław się swoimi świętymi racjami, bo tutaj nie ma dla radykalizmu miejsca. – Przywołując ochroniarza jednym ruchem ręki, zmierzyła swoją przeciwniczkę pełnym niesmaku i odrazy spojrzeniem. – A teraz nie będziemy pani zatrzymywali… może mieć pani jakąś aborcję zaplanowaną w czasie lunchu i nie chciałabym, aby pomaganie innym i troska o ludzi stanęła pani na drodze…
W przeciągu kilku kolejnych sekund po drastycznym stwierdzeniu młodej asystentki i pełnym oburzenia wrzasku restauratorki, akcja w studio rozegrała się błyskawicznie.
Darnell wręcz mrugał z niedowierzaniem, jak na jego oczach tylko sprawnym działaniem Parkera i Rodneya o włos zażegnano konflikt zbrojny. Po pięciu minutach od wyprowadzenia robiącej zamieszanie Prudence wydawało się jakby wszystko w mgnieniu oka wróciło do normy. Napięcie jednak wręcz elektryzowało włoski na jego ciele. Maddock wyglądał jak jeleń złapany w światła reflektorów samochodu niemogący się ruszyć z miejsca. Wyraźnie wstrząsnęła nim cała ta konwersacja.
– Wow… to był cios poniżej pasa – wymamrotał do Darnella nadal patrząc na zdenerwowaną Ann wolno teraz popijającą herbatę, którą ktoś z obsługi jej wręczył na uspokojenie.
– Wiem… – przyznał Darnell już w myślach planując drogę ucieczki przed wyraźnie zmierzającym w ich kierunku bratem. – Nie znam szczegółów, ale słyszałem, że Ann ciężko przeżyła dwa poronienia, a kiedy starała się o in vitro, grupa feministek nie ukrywała, że ze względu na jej kalectwo powinna raczej przemyśleć sobie rozmnażanie. Myślę, że nie może tego tak zwyczajnie przełknąć, że one są nastawienia, iż usuwanie ciąż jest czymś normalnym jak wyciśnięcie pryszcza…
Po raz kolejny Maddock wpatrywał się w niego z ciekawością i zdumieniem, i Darnell nagle poczuł się nieswojo. Czemu tak paplał jak zakochana nastolatka ilekroć ten mężczyzna spojrzał na niego? Chyba było z nim coraz gorzej.
– Tym razem chyba chcę wiedzieć skąd czerpiesz swoją wiedzę – przyznał biegacz cicho, przysuwając się bliżej jakby chciał tam i w tym momencie usłyszeć wyjaśnienia.
Przewracając mentalnie oczami Darnell skrzywił się. Wpakował się i to nie na żarty. Parker go zabije.
– Chętnie udzielę wszelkich wyjaśnień podczas lunchu. Choć przyznam, że raczej wolałbym rozmawiać o czymś ciekawszym niż o przykrych przeżyciach mojego brata i trudnym życiu, jakie zgotowała mu jego była żona.
– Och…
– No och, dobrze to kwituje – przytaknął Darnell z rezygnacją patrząc ponad ramieniem Maddocka na swojego brata. – O wilku mowa…
Zaskoczony i jakby nagle wyrwany ze stuporu mężczyzna rozejrzał się dookoła. Widząc zdeterminowaną minę surowego organizatora podjął błyskawiczną decyzję.
– Pora na mnie… – Obracając się na pięcie ruszył do wyjścia nie oglądając się na Darnella.
– Hej, a co z naszym… lunchem? – zawołał za nim aktor, próbując przełknąć rozczarowanie, które poczuł na widok oddalających się pleców swojego partnera. To nie tak miało być. Chciał zgłębić atrakcję, którą czuł. Chciał zrozumieć co się z nim działo, a wyglądało na to, że to właśnie Maddock trzymał klucz do zagadki jaką stały się jego własne pragnienia. Dobijało go też, że przystojny sprinter zdawał się ciągle mu wymykać.
Miał zbyt wielki mętlik emocjonalny, aby stawić czoła bratu, nie wyglądało jednak, aby starszy mężczyzna dał mu jakąś inną opcję. 


cdn... ;)

niedziela, 2 lutego 2014

Werble... Rozdział czwarty jest!


Świąteczny pocałunek
AkFa©2014
Wszystkie prawa zastrzeżone


Rozdział czwarty

– Stop, stop, stop! – krzyknął reżyser, wydawałoby się, że po raz setny tego dnia. Nie żeby dzień wcześniej było lepiej. Lekko siwiejący na skroniach, z wyraźnie wycofującą się z pola walki grzywką, mężczyzna wyglądał jakby miał zamiar resztę włosów sobie wyrwać z frustracji. Waląc do Darnella i Maddocka jak w dym, zaczął ziać ogniem. – Gówno mnie obchodzi, jaki macie ze sobą problem! – Wycelował w nich oskarżycielski palec, wymachując im przed nosami. – Już drugi dzień próbuję wpełznąć wam w dupę, żeby zrobić wam obu dobrze, ale wy ni chuja nie rozumiecie, co się do was mówi! – wydarł się na oniemiałych mężczyzn. Darnell miał przez moment wrażenie, że jego partner nawet tak jakby lekko schował się za nim w pierwszym odruchu, ale szybko zdymisjonował tę absurdalną myśl. Brouyer był niewysoki i niepozorny w porównaniu do nich, ale w tym momencie miał rządze mordu w oczach, przez co nawet jemu pot spłynął po plecach pod podkoszulkiem. – W momencie jak mówię: Nagrywamy! To jesteście pieprzonymi Keith’em i Jasonem. Jebanymi przyjaciółmi, kapujecie? Jak mam wam to jeszcze lepiej do kurwy nędzy wyjaśnić? – Widząc puste, zdębiałe spojrzenia obu mężczyzn, wyrzucił ręce do góry tracąc już resztki cierpliwości. – Dziesięć minut przerwy. Jak kurwa wrócę, to chce to mieć za pierwszym podejściem!
Cała ekipa, wizytujący goście i niezajęci uczestnicy obserwujący nagranie rozpierzchli się przed nim jak myszy, kiedy szturmem wypadł ze studia. Gorzej, gdyż sekundę później wlepili oczy w powód niezadowolenia ich idola. Zimny pot oblał Darnella i Maddocka na pełne wyrzutów, zdegustowane spojrzenia, które otrzymali. Brouyer miał wielbicieli, skłonnych zlinczować każdego, kto go zdenerwuje. Nie było wcale dziwne, że byli wierni i gorliwi, bo że facet był geniuszem w swojej dziedzinie, to nikt nie mógł zaprzeczyć.
Wchodząc w rutynę aktora na porządku dziennym radzącego sobie z niezadowolonymi reżyserami, Darnell chwycił Maddocka za łokieć i z uspokajającymi uśmiechami rzucanymi na prawo i lewo, praktycznie zaciągnął go do męskiej toalety, jedynego miejsca, gdzie nie było tłumu gapiów.
– Mamy problem – oświadczył cicho, jak tylko zamknął za nimi drzwi na klucz. Na serio nie potrzebowali dodatkowych komplikacji w tym momencie. A jego brat podążający za nimi z podejrzanie zdeterminowaną miną, był dokładnie właśnie taką komplikacją, z którą nie chciał się borykać w tym momencie. Skupienie się na nagraniu zabierało całą jego energię i siłę. Po drugim dniu prób musiał przyznać, że nie wiedział co szło źle. Sam scenariusz nie był skomplikowany ani wymagający. Choć pewnie on nie powinien postrzegać go przez pryzmat własnego aktorskiego doświadczenia. Dla Maddocka najwyraźniej był dostatecznie trudny, aby sprawić mu niemało kłopotu.
– Co ty nie powiesz geniuszu – odparował Maddock znów zaplatając ramiona na piersi w obronnym geście. Przez ostatnie dni zdarzało mu się to non stop. Krążąc po łazience jak lew zamknięty w klatce, co rusz rzucał Darnell'owi oskarżycielskie spojrzenia.
– Brouyer zadecydował za nas o podziale ról. Nie możesz mieć do mnie pretensji. – Gdzieś trzeba było zacząć, równie dobrze mógł więc zacząć rozwiązywać problemy jeden po drugim. Może też pomogłoby mu to zrozumieć, choć trochę, tego złożonego człowieka.
– Kto powiedział, że mam? Nie mam. Chcę tylko to zakończyć i jechać do domu, przyszykować się do świąt! – Dosadnie rzecz biorąc, chciał mieć całe to wątpliwej przyjemności doświadczenie za sobą, jak najszybciej.
– Mówisz jakbyś mnie winił za to, że nam nie wychodzi – Darnell poczuł się dogłębnie urażony, zwłaszcza że robił co w jego mocy, aby nie prowokować swojego partnera. Maddock jednak był nastawiony na to, aby mu nie ufać. Każdy uśmiech i komplement odbierał jak drwinę z jego strony. No dobrze, może nie powinien był mówić, że bez trudu umie sobie wyobrazić gładkie ciało sportowca, ale samo mu się wymknęło. Któż mógł go winić za powiedzenie prawdy? Nagi Maddock jakoś bez trudu stawał mu pod powiekami ilekroć zamykał oczy. Nie żeby specjalnie roztrząsał ten fakt. Ich rozmowa po prostu wracała do niego jak echo. W końcu widział ze setkę gołych mężczyzn w całej swojej karierze! Wielkie halo!
– Och, nie śmiałbym. W końcu jesteś profesjonalistą! Nie popełniasz błędów. – Sarkazm spływał z ust Maddocka jak gęsty syrop. Oczywiście, że go winił.
– Czyli to jednak chodzi o mnie? – zapytał Darnell stając na środku niewielkiego, wykafelkowanego od podłogi po sufit pomieszczenia, z ramionami zaplecionymi na szerokiej piersi, wyraźnie chcąc wyjaśnić wszystko tu i teraz raz na zawsze. Ciskający się po wnętrzu mężczyzna i jego wierna kopia odbijająca się w lustrach, przyprawiały go o zawrót głowy.
– Tak! Nie! Nie wiem! – wrzasnął Maddock zrozpaczony. Miał wszystkiego dość. Zapominając o charakteryzacji, którą go dręczono przez godzinę przeczesał dłońmi włosy z bezsilności. – Nie umiem nastawić się psychicznie. Wszystkie te scenki są dla mnie jakby oderwane od rzeczywistości. Ja wiem, że to tylko kilku sekundowe ujęcia najczęściej, ale ja ich nie czuję. Wypady do baru, kina, na obiad, spędzanie razem czasu, śmiech z głupich żartów, wspólne oglądanie telewizji, naprawianie drzwi w szopce z narzędziami Jasona. Ja tego nie robię rozumiesz? Nie kupuję. Nie umiem.
Mrugając z zaskoczenia Darnell wlepił spojrzenie w swojego partnera. Niedowierzanie pomieszane z żalem wywróciło mu coś w piersi, na widok przygnębionego Maddocka.
– Jednym słowem chcesz mi powiedzieć, że co? Nie przyjaźnisz się?
Szare oczy jego partnera zmieniły się w sopelki lodu w odpowiedzi. Praktycznie szczerząc zęby warknął jak przyparte do muru zwierzę.
– Tak, nie mam przyjaciela. Nie chcę mieć. Nie potrzebuję.  
Czując w kościach, że w tym momencie lepiej było odpuścić, Darnell postanowił darować sobie drążenie tematu, choć to wcale nie znaczyło, że nie miał zamiaru do tego wrócić. W jego słowniku, każdy powinien mieć przyjaciela. Nawet nieznośny, przewrażliwiony, najeżony sprinter.
– Spokojnie – powiedział wolno unosząc ręce w geście poddania. – Szanuję twoje nastawienie. Rozumiem, że się nie utożsamiasz z naszymi postaciami. Nie ma problemu. Potraktuj to jednak jak zabawę. A jeśli nie chcesz lub nie możesz, bo może nie powinniśmy trywializować całego przedsięwzięcia, to potraktuj je jak obowiązek. Zapomnij na chwilę o Maddock’u Sheffieldzie. Załóż skórę Jasona jak swoją puchową kurtkę. Udawaj, że nim jesteś. Na tym to polega. To takie przebieranki dla dorosłych. Na odpuszczenie sobie bez konsekwencji i wstydu, bo przecież w każdej chwili znów możesz być sobą, a wszystko co robiłeś jako inna postać nie było prawdziwe. – Miał nadzieję, że dotarł do tego nadpobudliwego uparciucha, bo już na serio nie miał pomysłów.
Przynajmniej przyciągnął uwagę mężczyzny, bo tamten stanął i wpatrując się w odbicie Darnella w gigantycznym lustrze nad zlewem, wydawał się myśleć nad jego słowami.
– Czyli jesteś po prostu zawodowym kłamczuchem. Bez mrugnięcia okiem udajesz kogoś innego na porządku dziennym… – wymamrotał ostatecznie z zamyśleniem patrząc w oczy Darnell’owi, a przynajmniej jego odbiciu. – Płacą ci, żebyś wciskał ludziom kit.
Aktor poczułby się urażony gdyby jego nowy przyjaciel zasadniczo nie miał racji. Po za tym nazywano go już gorzej. Nie było, co unosić się honorem.
– I to naprawdę bardzo dobrze płacą.
Głośne walenie do drzwi ucięło jednak ich dalszą rozmowę bardzo skutecznie.
– Macie zawlec tyłki na plan w ciągu minuty! – wrzasnął ktoś przez drzwi, niechybnie bardzo odważny, bo nie obawiał się rozpoznania. Tyrada Brouyera bezapelacyjnie wywarła na wszystkich wielkie wrażenie, a akcje ich obu gwałtownie spadły. Czas było zamknąć im usta.
– Chodźmy pokazać im, na co nas stać. Nie będą sobie z nas robili jaj za naszymi plecami. Wiem, że możemy zrobić to jak prawdziwi profesjonaliści, bo żaden z nas nie lubi przegrywać. Potem możesz zapomnieć o mnie i nawet nie wysyłać mi na gwiazdkę kartki.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem, jakby prawdziwa walka toczyła się w środku ich dusz. Myśli i słowa niewypowiedziane wisiały między nimi ciężkie i przytłaczające. Zbyt wiele jednak by odsłaniały. A żaden nie był skłonny zdradzić nazbyt wiele. Dzieliła ich niewidzialna ściana i Darnell był na sto procent pewien, że to Maddock fortyfikował się, choć niepojętym było dla niego, dlaczego miałby to robić. Mężczyzna był nieufny i płochliwy, co drażniło ciekawość Darnella i doprowadzało go do szaleństwa. Tym razem też nie miał szans, aby choć lekko zachwiać chłodnym, opanowanym biegaczem, bo ten już pozbierał się i zamknął w sobie, odcinając Darnella skutecznie.
– Nienawidzę, kiedy mówisz z sensem!
– Podejrzewałem, że tak może być. – Szczerząc zęby w wielkim, sztucznym uśmiechu, Darnell przytaknął lekko, nagle oddychając z ulgą. – Jeszcze bardziej pewnie nienawidzisz niepowodzenia! – parskając Maddock podążył niemrawo za znacznie radośniejszym Darnell’em. Pomimo mieszaniny wątpliwości i irytacji odbijającej się na jego twarzy, wydawał się też promieniować nagle determinacją. Może od początku trzeba było obudzić w nim ducha rywalizacji? Kto wie? Cokolwiek zadziałało było dobre.
– Okej. Jak to zrobimy? – zapytał Maddock konspiracyjnym szeptem, gdy fryzjerka prychając pod nosem poprawiała mu włosy. W końcu musiał ją odgonić, bo kobieta zdeterminowana była przygładzić jego niesforne włosy na śmierć. Rozluźniając ramiona i biorąc kilka głębokich wdechów, wyglądał jakby się szykował do mistrzostw świata. Patrzył też na Darnella wyczekująco, jakby ten miał złotą regułę–instant–wystarczy–zaaplikować.
– Jak? Z uśmiechem, aż nam policzki odpadną, z radością jakby się wszystkie gwiazdki świata zbiegły w maju i jakbyśmy wypili po litrze dżinu z tonikiem. – Nie mogąc sobie darować Darnell dodał kpiąco: – Choć ty pewnie nie masz jeszcze lat, żeby pić.
Waląc swojego partnera łokciem w brzuch, Maddock wyszczerzył zęby w upiornie sztucznym uśmiechu na konto śledzącego ich morderczym spojrzeniem reżysera i wysyczał cicho:
– Mam dwadzieścia cztery lata palancie. Po prostu nie piję alkoholu.
Kolejne kilka godzin minęło im na udawaniu jak wspaniale się bawią grając kolejno w bilard, rzutki, kręgle i paintball. Śmiali się, szturchali, wygłupiali. Mieli ubaw po pachy.
Tylko, że nie.
Darnell był wyczerpany psychicznie i fizycznie. Milion ludzi występowało z nimi, a przynajmniej takie miał wrażenie. Były inscenizowane przepychanki i sprzeczki w jednym momencie, a za chwilę zwyczajne scenki z normalnego życia. Mieli stać się dla widzów realni i prawdziwi. Chciano, aby każdy mógł się z nimi utożsamiać i tym łatwiej wczuć w ich sytuację.
Wydawało mu się, że przez tydzień nawijał z benefitem dla Maddocka o pierdołach i głupotach tylko po to, aby się wyluzował i zaczął śmiać naprawdę. Ten jego wyszczerz na początku był przerażający. Na milę widać było, że za chwilę dostanie wylewu do mózgu tak bardzo się skupiał na każdym słowie i geście. Z czasem, wolno, bo wolno, ale wydawało się, że dał się wciągnąć. Zaczął odpowiadać naturalnie i z zaangażowaniem. Co prawda nigdy nie darował sobie przytyku, łokcia wbitego w mostek Darnella czy nadepnięcia na palce, jeśli czuł, że ujdzie mu to na sucho. Brouyer był tak zachwycony, że wreszcie robili jakiś postęp, że nic nie mówił. Wręcz poganiał wszystkich dookoła, jakby się bał, że za moment znów wszystko runie.
– Cięcie! Na dziś koniec.
Słysząc to Darnell miał wrażenie, że zacznie skakać z radości, tylko, że był zbyt zmęczony, aby właściwie wymustrować z siebie dość energii do tego potrzebnej.
Zanim jednak zdołał się ewakuować, bardziej niż gotów paść na twarz w swoim pokoju i zwyczajnie odesłać cały świat, włącznie z Maddock’iem Shefield’em do diabła jego brat wyrósł przy nich nagle jak z pod ziemi.
– Nawet nie myśl o tym żeby się wymknąć. Ty też nie… – Z holował z powrotem wykradającego się za jego plecami Maddocka bez skrupułów. – Macie jeszcze kilka zdjęć do zdobienia z innymi uczestnikami i musicie przygotować się do jutrzejszego występu. – Zarządził stanowczo nie dając swoim towarzyszem wtrącić nawet słowa. Elegancko ubrany w stalowoszary garnitur, poważny i niesamowicie skupiony na rozmowie wydawał się panem sytuacji. Jakimś cudem dał radę nie spuszczać żadnego z nich z oka. Darnell był odpowiednio pod wrażeniem. Maddock najwyraźniej też, bo stał posłusznie u jego boku wzdychając tylko cicho. – To jest ważne, bo to ostatnia główna scena. Cała ta reszta to nic w porównaniu z jutrzejszym nagraniem. Wiecie sami. Nie mamy czasu, aby to przeciągać. Mamy mnóstwo ostatnich ujęć, a zaczynają wracać następni uczestnicy na ich zdjęcia. Za dwa dni będziecie otoczeni rojem ludzi mówiących po niemiecku, francusku i Bóg wie jeszcze jakiemu. Wierzcie mi nie chcecie tu być. Świąteczne wystąpienia zaczną się w ostatnim tygodniu przed świętami, bo musimy mieć pewność, że wszystkie ujęcia wyszły tak jak zaplanowano. Macie po trzy minuty wypowiedzi. Zaplanujcie je dobrze.
– A oddychać możemy? – zapytał w końcu sarkastycznie Darnell mając ochotę potrząsnąć bratem. Wałkowali ten temat tylko ze sto razy.
– Jeść też by się przydało – dodał odważnie Maddock masując się po burczącym brzuchu. Kiedy obaj z Parkerem spojrzeli na niego nie spodziewając się takiej głośnej rewolty, że było ją słychać w buzującym życiem studio, wzruszył ramionami niespeszony w najmniejszym stopniu. – Co? Jestem sportowcem. W sezonie potrzebuję nawet pięć tysięcy kalorii. I tak się teraz oszczędzam przed świętami.
Wyraźnie zakłopotany Parker podrapał się po głowie.
– No tak. Zimny bufet dla ekipy to najwyraźniej za mało – przyznał z wyraźnym żalem, wypuszczając ciężko powietrze nosem. – Może po prostu poproszę kogoś z restauracji hotelowej, aby przyszedł i zebrał zamówienia. Wiem, że mają katering. Powinienem był o tym pomyśleć wcześniej – łajał samego siebie. Zanim jednak Darnell otworzył ust, unosząc palec wskazujący uciął jego słowa, zanim zostały wyartykułowane. – Nie, nie możecie po prostu tam iść. Zajmie wam to za dużo czasu, a potem się okaże, że coś macie do zrobienia, coś wam się przypomni, ktoś zadzwoni i przepadniecie na całe popołudnie. Nie.
Chwilę później oddalał się pewnym, stanowczym krokiem, zostawiając Maddocka i Darnella samych sobie.
– Nie możecie… bla, bla, bla… znikniecie… srutututu… – przedrzeźnił brata Darnell z irytacją przeczesując włosy dłonią. – Jezu, co za maruda. Jak on może chodzić z tym kołkiem w tyłku, to nie mam pojęcia, sztywniak jeden. – Widząc na wpół zszokowaną na wpół przerażoną minę swojego partnera dodał ze wzruszeniem ramion: – Kocham go.
Odszedł pogwizdując cicho pod nosem.

***

Dla Maddocka dzień się wlókł niemożliwie. Był spocony, znużony, rozdrażniony i spragniony. Pierwszy raz od lat miał ochotę złamać swoje postanowienie i upić się. Co pewnie nie wymagałoby więcej niż lampki wina czy jednego dużego piwa. Zmęczenie odczuwał nawet w kościach. Musiał w skrytości ducha przyznać, że praca Darnella nie była wcale taka łatwa jakby się mogło wydawać. Trzydziestosekundowy urywek nagrywali z pół godziny. No może nie do końca, nie był pewien, ale tak się czuł. Podejść robili chyba ze sto.
Wkurzony na siebie, że jego wędrujące myśli znów wróciły do jego partnera, Maddock wcisnął się jeszcze bardziej w kąt. Na serio potrzebował kilku minut dla siebie, żeby zjeść w spokoju, a ten nieznośny facet wszędzie go prześladował. Nawet w jego własnej głowie. Gadał do niego, opowiadał, tłumaczył i rozśmieszał. A Maddock wcale nie chciał odkryć w nim człowieka. Nie chciał dostrzec jak pogodnym, przebojowym i w gruncie rzeczy atrakcyjnym mężczyzną był. Na wszystkich działał uspakajająco i łagodząco. Z każdym znajdował temat. Dla każdego miał czas. I wlókł za sobą Maddocka z wszystkimi go zapoznając. Ciągle go poklepywał po plecach, ściskał mu kark uspakajająco jakby zawsze wyczuwając moment, w którym miał zaraz spanikować i mrugał regularnie jakby byli najlepszymi kumplami.
Cóż, nie byli i jeśli Maddock miał coś do powiedzenia nie będą. Nie żeby osiągał na tym polu jakiś fenomenalny sukces, skoro znów myślał o nim.
Ściskając w dłoni wielką bagietkę z serem brie i sosem żurawinowym, którą sobie zamówił na bardzo późny lunch, siłą woli zmusił się do jedzenia. Czekały na niego dwa wielkie kubki gorącej czekolady. Zasłużył sobie. Darnell mu nie popsuje apetytu. To co, że się pocił na samą myśl o nagraniu następnego dnia? To ta cała przyjacielskość jego partnera go lekko wytrącała z równowagi. Nie był po prostu przyzwyczajony do takiej bliskości. A już szczególnie do bliskości innego mężczyzny. Minęło pięć lat od śmierci Nicco, a to wiele czasu. Dla Maddocka za wiele.
Już nie pamiętał jak to jest nie mieć sensacji żołądkowych jak jakiś facet poklepie go po brzuchu czy uściśnie jego ramię. Zapomniał, że to normalne, że czasem ktoś się wspiera o drugą osobę lub obejmuje ją ramieniem. Nienormalne było to, że drżały mu kolana ilekroć Darnell się do niego zbliżył, a jego zapach sprawiał, że pociły mu się dłonie. Tym powinien się martwić.
– Chodź popatrzeć. – Głowa Darnella wychyliła się zza futryny nagle, sprawiając, że Maddock się zachłysnął. Znów upłakany, zaczerwieniony i wkurzony dusił się nie mogąc złapać oddechu. Miał zamiar zamordować tego natrętnego aktora. Jak już zacznie oddychać bez pomocy respiratora, znaczy się. – O, sorry – rzucił wyraźnie skruszony mężczyzna jedną ręką waląc go po plecach, a drugą kradnąc kubek czekolady. – Dla mnie? Jak miło. Chodź zobaczyć. Nowe nagranie się zaczyna. Temat dla ciebie: futboliści. A no i Gothci. Zagra jakaś gwiazda uniwersytecka i piosenkarz z Anglii. To warto zobaczyć, chodzi o dręczenie i zastraszanie w szkole. Parker stoi i obserwuje jak dumny ojciec.
– Nie – wyrzęził Maddock w duszy życząc swemu prześladowcy, aby się utopił w jego skradzionej czekoladzie.
***

Potężnie zbudowany chłopak w kurtce drużyny szkolnej, wcisnął mniejszą czarno odzianą postać w drzwi szafki szkolnej, potrząsając nią tak, że kruczoczarne włosy ofiary zasypały jego twarz. Nie trzeba było jednak się przyglądać, aby dostrzec strach na bladej twarzy i boleśnie wykrzywione uczernione usta. Oczy miał tak rozszerzone z przerażenia, że wyglądały na nienaturalnie wielkie, z powodu czarnej kredki je obrysowującej. Makijaż wcześniej perfekcyjnie nałożony, teraz tworzył groteskowy obraz, tam gdzie rozmazały go łzy i szamotanie.
Niższy, o wiele szczuplejszy student bronił się i próbował się szarpać, ale nawet jego długi płaszcz krępował mu ruchy, czyniąc go bezbronnym. Nie miał szans.
Uniwersytecki korytarz tętniący jeszcze chwilę wcześniej życiem, śmiechem i gwarem nagle opustoszał. Ciekawskie sępy tylko żerowały z daleka, nie mając jednak zamiaru interweniować. Chowali w wyciągniętych dłoniach telefony z włączonymi kamerkami.
– Przyznaj się pieprzona cioto! Gapiłeś się na mój tyłek! – wrzasnął futbolista, a jego jasne włosy opadły mu na czoło, kiedy znów zaczął trzęść swoją ofiarą, aż zęby przerażonego Gotha zadźwięczały. Wielkie jak bochny łapy miał zaciśnięte na jego szczupłych ramionach wyraźnie je miażdżąc.
– Nnni…iee… nie… przyrzekam!
– Nie pieprz zboku. Wiem, jacy jesteście. Chore wynaturzone zwierzęta!
– Ja widzę tu tylko jedno zwierzę – wtrącił się nagle kolejny głos i między szamoczącą się parę wcisnął się kolejny zawodnik z drużyny uniwersyteckiej. Bez problemu odepchnął wielkiego draba, a wystraszonego Gotha schował za plecami. – Wściekłą bezrozumną bestię.
– To nie twoja sprawa Dru. Wypierdalaj, bo tobie też dupę skopię! – wrzasnął zaskoczony napastnik. Jego oponent jednak nie mrugnął nawet okiem. Był większy i potężniej zbudowany. Dodatkowo jego oczy wyrażały spokój i opanowanie, którego brakowało tamtemu. Uśmiech jednak miał tak zimny, że ciarki przechodziły człowiekowi po plecach. Nie szkodził też jego wygląd twardziela. Łysa głowa i pięści jak głowa Gotha.
– To sprawa każdego, kto jest świadkiem przemocy. Nie masz prawa atakować drugiego człowieka – oświadczył, praktycznie szczerząc zęby i parskając z pogardą na swojego przeciwnika.
– To jest jebany pedał! Popatrz na niego! Zbok dobrałby ci się do dupy przy pierwszej okazji.
– A ty taki malutki i delikatniutki po prostu przeturlałbyś się na brzuch i nastawił tyłek, bo nie wiedziałbyś jak powiedzieć „nie”, gdyby faktycznie jakiś gej stracił resztki dobrego smaku i cię spróbował poderwać – zakpił z niego Goth nagle wychylając się zza swojego obrońcy.
Wszyscy zdumieni wbili w niego spojrzenie. Żyła na czole jego niedoszłego oprawcy zapulsowała nagle, a ognisty rumieniec zalał mu twarz. Rzucając się na niego zaczął wrzeszczeć:
– Zabiję cię gnojku, już nie żyjesz! – Na jego drodze jednak stanął niewzruszony niczym głaz większy mężczyzna. Po dosłownie kilku sekundach mocowania się i dwóch ciosach Dru miał wściekłego, szarpiącego się jak dzikie zwierzę studenta obezwładnionego.
– Udam, że tego nie słyszałem – wymamrotał złowieszczo Dru, kiedy tamten nie chciał się uspokoić. Ostatecznie kilkukrotne uderzenie plecami o drzwi szafki, w którą wcześniej wciskał swoją ofiarę, uciszało go na tyle, że ograniczył się do bluzgania pod nosem. – Tak lepiej – pochwalił go Dru jedną dłonią nadal jednak przyciskając do szafki.
Goth jednak miał zamiar wyrównać rachunki dopóki mógł.
– Teraz już nie jesteś taki cwany jak trafiłeś na silniejszego od siebie!
– Ma rację – przytaknął jego obrońca bez trudu powstrzymując ponownie się rzucającego szaleńca. Wystarczyło jedno dosadne spojrzenie w oczy, a tamten natychmiast znieruchomiał. – Mógłbym cię tu poskładać i wsadzić do tej szafki, i obaj dobrze o tym wiemy.
– Nie mieszaj się do tego. To nie ciebie napastował – wysapał wściekły do nieprzytomności awanturnik.
– Debilu, jestem hetero! Mój zespół składa się z samych lasek, a po występach na samym uniwerku, mam tłumy wielbicielek za kulisami. Ty zaś palancie jeden, co dzień świecisz gołą dupą pod prysznicem dla pięćdziesięciu innych facetów. – Śmiejąc się Goth odskoczył zanim dostał się w zasiąg rąk ponownie szarżującego napastnika. Po krótkiej acz zaciętej walce jednak ponownie wygrał Dru, rzucając ostrzegawcze spojrzenie mniejszemu mężczyźnie. – Przepraszam, ale to nie fair! Nie ma prawa oceniać mnie po wyglądzie!
– Znów ma rację – przytaknął Dru. Ruchem głowy odesłał niedoszłą ofiarę i skupił całą uwagę na swoim przeciwniku. Całym ciałem przyparł go do szafki, skutecznie uruchamiając. – Wydaje mi się, że tu zawiodła edukacja. Nie możesz mieć pretensji do gejów, że są sobą.
– Brzydzę się nimi – parsknął mu w twarz unieruchomiony mężczyzna. Wyglądało jednak na to, że dotarło do niego w końcu, że nie ma szans, aby się uwolnić, bo częściowo się uspokoił.
– Masz prawo – stwierdził Dru spokojnie. – To nadal nie jest ich wina. Twoje odczucia to twoja sprawa.
– Mają się trzymać ode mnie z daleka!
– To sobie walnij nalepkę na czole: homofob. To będzie wyraźna i skuteczna wiadomość.
– Nie jestem homofobem. Mam tylko swoje zdanie na ten temat!
– Właśnie chciałeś wybić zęby ducha winnemu człowiekowi, bo ci się wydawało, że gapi się na twoją dupę! Jakby każda dziewczyna, na której tyłek spojrzysz brała kij bejsbolowy i cię nim naparzała po twoim pustym łbie, to facet skończyłbyś w trumnie już dawno temu. Hipokryzja się kłania, jest twoją nową przyjaciółką.
– To coś innego – zaprotestował wyraźnie zażenowany student.
– Tak, to zasadnicza różnica. Jesteś nie tylko homofobem ale i seksistą. To będzie wielka nalepka – zadrwił Dru potrząsając swoim oponentem. W końcu praktycznie miażdżąc go swoim ciałami zbliżył się tak, ze ich twarze dzieliły centymetry. – Boisz się gejów? Będziesz musiał od dziś bać się każdego mężczyzny, bo nie wiesz, który będzie chciał cię pocałować, a który skopać dupę. Podejrzewałeś Gotha, bo był mały, drobny i się malował o to, że jest gejem, ale tak naprawdę nie masz bladego pojęcia, kto nim może być. Gorzej, bo jeszcze więcej jest biseksualistów, którzy mogą polecieć na ciebie, a równie dobrze mogą polecieć na twoja dziewczynę. Wpędzisz siebie i wszystkich dookoła w szaleństwo demonizując osoby homoseksualne. Chcesz spędzić życie walcząc z nieistniejącymi demonami? Pamiętaj zawsze znajdzie się ktoś silniejszy lub sprytniejszy. Z oprawcy w sekundę możesz stać się ofiarą. Rozpacz i strach popycha ludzi do strasznych czynów. Zastanów się czy naprawdę chcesz mieć kogoś na sumieniu, bo trzęsiesz tyłkiem, którego pewnie i tak nikt nie zechce?
– Hej! – Zaprotestował automatycznie mniejszy mężczyzna. Jego twarz z miejsca zalała się gorącym rumieńcem. – To znaczy… nie wiem, o czym mówisz.
– Rozumiesz. Nie udawaj idioty. Bądź mężczyzną, a nie tchórzem.
– Jestem mężczyzną! – zaprotestował uwięziony w dalszym ciągu chłopak. Ogień wrócił do jego oczu, ale nie niósł z sobą wściekłości, tylko urażoną męską dumę.
– Dobrze. W takim razie przyjmiesz po bohatersku, że ja cię raczej pocałuję niż skopie ci tyłek.
Zanim jednak usta zarumienionego nagle Dru dotknęły ust jego towarzysza tamten obrócił głowę krzycząc:
– Nie!
– Cięcie! Stop!
Ogłuszający krzyk Brouyera poderwał z miejsca całą ekipę włącznie z zapatrzonym Maddock’iem. To było ich trzecie podejście i tym razem wydawało się, że wszystko szło tak płynnie, że reżyser nie reagował nawet na potknięcia w tekście.
Zresztą Maddock nie dziwił się. Czuł się ja w surrealistycznej alternatywnej rzeczywistości. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się już od dwóch godzin w nagranie, na które zawlekł go nieprzyjmujący sprzeciwu Darnell. Teraz też sapał mu do ucha. Bez problemu zapomniał o kamerach, dźwiękowcach, zwojach kabli i tysiącu lamp zwisających z każdego miejsca na suficie i nie tylko. Zapomniał nawet o bandzie ludzi za swoimi plecami. No, może po za wspierającym się o jego ramię łokciem partnerze, który był jak cierń w jego tyłku.
– Co za dureń. A szło tak dobrze – mamrotał Darnell.
Jego marudzenie jednak szybko zagłuszyła awantura reżysera z niepokornym aktorem grającym napastnika.
– Co znowu nie?
– Nie! Nie dość, że moja postać jest przedstawiana w negatywnym świetle, to na dodatek mam zmusić się do pocałunku z mężczyzną. Chyba sobie jaja robicie – protestował mężczyzna żywiołowo wymachując rękami. Brouyer stał tylko i patrzył na niego milcząc jak kamień. 
– Nie widzę przeszkód, dla których nie może pan zrezygnować w każdej chwili, panie Ward. Nikt pana nie trzyma na siłę. – Odpowiedzi udzielił wolno podchodzący do nich Parker. Jego mina była nieczytelna, ale spojrzenie tak chłodne, że Maddock miał szron na jajach. – Zaakceptował pan regulamin. Chyba nie liczył pan, że zmienimy cały zamysł projektu, bo pan czuje się niekomfortowo w pewnych sytuacjach. Takie postępowanie zaprzeczałoby sensowi tej kampanii.
– Tak, tak wiem. Chcecie pozbyć się stereotypów, faktoru „fuj” ze świadomości ludzi, przekonując, że nic nikomu nie grozi i nauczyć akceptować rzeczywistość.
– A więc rozumiemy się bardzo dobrze. Naprawdę, jeśli to dla pana za dużo, to może pan w każdej chwili zrezygnować – stwierdził Parker z taką nonszalancją, że Maddock aż spojrzał na Darnella, aby się upewnić, że tamten tak jak on widzi ten szyty grubymi nićmi blef.
Młodszy z panów Kimrey miał krwiożerczy uśmieszek na ustach, a oczy jak małe szparki. Wyraźnie dumny był z brata. To była cała odpowiedź, jakiej potrzebował Maddock. Jak świadek katastrofy kolejowej, od której nie jest się wstanie oderwać oczu, czekał na wdechu, jaka będzie reakcja nieznanego mu pana Warda. Zresztą nie tylko on przyglądał się potyczce słownej. Mały Goth wrócił i opierając się na siedzącym nieopodal łysym Dru, patrzył z zainteresowaniem.
– Nie mogę i dobrze o tym wiesz! Mój mentor wykopie mnie ze studiów. O karierze sportowej mogę zapomnieć po ostatniej kontuzji, wszystko się skończyło zanim jeszcze się zaczęło na dobre. Jeśli nie skończę studiów, to jestem udupiony i dobrze o tym wiecie razem ze Sterlingiem.
– Och, czyli to w porządku zapewnić sobie przyszłość skacząc po plecach tych, którym lepszej przyszłości odmawiasz? – zapytał Parker tylko zaledwie kryjąc cynizm.  – Właściwie powinienem zrezygnować ze współpracy z panem. Nie powinienem dać wykorzystywać tych biednych ludzi. – Och, teraz to srogi organizator leciał po całości. Nawet Darnell prychnął pod nosem.
– Dobra przepraszam. Wiem, że jestem podłą świnią i będę się pięknie smażył w piekle, a lucyfer przerobi mnie na bekon, ale nie udawajcie, że sami altruiści tu pracują. Potrzebujecie każdego chętnego. Obaj to wiemy.
– Jaka jest więc pańska decyzja? – zapytał Parker nie zdradzając się nawet drgnięciem powieki. – Naprawdę nie możemy sobie pozwolić na zbędne opóźnienia.
– Och, ruszajmy tyłki i zróbmy to, a potem wszyscy będziemy udawać, że jesteśmy pieprzonymi świętymi.
Parę sekund później studio jak nagle zamarło po poleceniu: stop, tak nagle szybko ożyło. Asystenci i pomocnicy uwijali się jak mrówki.
– Tylko scena pocałunku, cała reszta zostaje jak jest. W razie czego dokręcimy jutro – zakomenderował reżyser.
Dru przeciągając się na całą swoją imponującą długość, podszedł do nadal nabuzowanego Warda i uśmiechając się jednym kącikiem ust skonfrontował go, cicho prowokując.
– Wierz mi. Dla mnie to też nie będzie żadna przyjemność. Poświęcę się jednak dla większego dobra i przecierpię jeden kiepski pocałunek.
Rzucając mu spojrzenie spode łba, Ward nagle uśmiechnął się paskudnie.
– Kiepski pocałunek mówisz? To się jeszcze okaże… – Nie czekając na reakcję swojego towarzysza złapał go za klapy kurtki i przyciskając do siebie z impetem wpił się w jego usta. Zdumiony Dru i połowa studnia sapnęli jednocześnie. Co tylko wykorzystał Ward pakując język do ust wyższego mężczyzny. Głęboko i bez wahania. Bezapelacyjnie umiał z niego zrobić należyty użytek, bo całowany pseudo student stał jak sparaliżowany, poddając się i instynktownie odpowiadając. Dla równowagi wręcz chwycił się szerokich ramion Warda. Widać było jak jego palce zbielały od drastycznego uścisku. Ward nie protestował jednak, tylko dla większej kontroli i pewności, że jego ofiara nie ucieknie, przytrzymał dłonią jego głowę, nie zwalniając uchwytu drugiej ręki na klapie kurtki. Dosłownie przeciągnął go do siebie, zmuszając do nachylenia i pogłębiając pocałunek.
Zdumienie sparaliżowało na moment wszystkich obecnych w studio. Nikt nie śmiał wypowiedzieć nawet słowa, a tym bardziej im przerwać.
Tym bardziej, że widok był tak gorący i podniecający, że wszyscy wręcz gapili się. Dru również nie opierał się jakoś gwałtownie. W pewnym momencie po prostu zaczął walczyć o dominację w pocałunku i obaj mężczyźni się zatoczyli. Utrata równowagi otrzeźwiła ich. Jak oparzeni odskoczyli od siebie w ułamku sekundy. Zaczerwienieni i zdyszani z zaskoczeniem mierzyli się przez moment wzorkiem. Dru mrugając jakby próbował przywrócić funkcje myślowe w mózgu, a jego kompan z satysfakcją ocierając opuchnięte, zaczerwienione usta. Obaj wyglądali na dobrze wycałowanych.
Poruszenie w studio szybko jednak sprowadziło ich na ziemię i kiedy rozejrzeli się po zadowolonych, uśmiechniętych twarzach ludzi ich otaczających, obaj zapłonęli z zażenowania. Maddock jeszcze w życiu nie widział dwóch dorosłym, potężnie zbudowanych mężczyzn wyglądających jak mali chłopcy przyłapani z ręką w słoiku z ciastkami, czekających na reprymendę.
– Wszystko pięknie i ładnie – zadudnił Brouyer najwyraźniej nie pod wrażeniem. Facetowi widać nie łatwo było zaimponować. – Teraz to powtórzcie na swoich miejscach i dla kamery, i będziemy ustawieni. Od ostatniego zdania, lecimy!
Powłócząc nogami i unikając swojego spojrzenia mężczyźni wrócili na pozycję. Tym razem na ich twarzach odbijała się mieszanina emocji. Co więcej, pewny siebie uprzednio Dru wyglądał na zagubionego. Tym razem to Ward czuł się panem sytuacji. Nawet przyciśnięty do drzwi szafki i uwięziony miał w oczach błysk wyzwania, jakby chciał skonfrontować swojego przeciwnika. Dru wzdychając głęboko skupił się na swojej roli. Gołym okiem widać było, że nie przyszło mu to tak łatwo jak poprzednio, ale po jego minie wnioskując widać było, że nie zamierzał się poddać.
Maddock nie mógł się nadziwić. Klaps wieszczący kolejne ujęcie praktycznie poderwał go na miejscu z zaskoczenia. Nie słyszał mimo wszystko dialogu, nie widział nawet, co się działo z kamerami, światłami i operatorami, krążącymi wokół pary. Widział tylko jak Dru z determinacją i zdecydowaniem całuje, niestawiającego już oporu, Warda. To było jak sen. Przed chwilą przecież Parker zażegnywał problem, bo mężczyzna nie chciał pocałować swojego partnera, a teraz całowali się już drugi raz i żaden nawet nie mrugnął okiem?
Zresztą Ward w tym momencie wydawał się zbyt entuzjastyczny jak dla Maddocka. To miała być kara, tak? A jeśli nie, to przynajmniej powinien udawać zaskoczenie, opór, może niesmak, choćby na potrzeby filmu. Czemu więc rozchylił usta i pochylił głowę, dając napastować swoje usta potężnemu Dru, który całował go jakby nie brał jeńców i koniec świata miał właśnie nastąpić?
Stojąc z rozdziawionymi ustami, Maddock próbował opanować mętlik w głowie i pojąć, co właściwie stało się na planie tuż przed jego oczami. Można było tak po prostu bez problemu w ułamku sekundy pokonać wszystkie swoje opory? Czy to może męska duma dyktowała większość ich zachowań? Miał nadzieję, że jego samego nie opuści rozsądek w tak ważnym momencie i nie da się pokonać własnej arogancji. Choć z drugiej strony czy miał prawo mieć coś przeciwko całowaniu się dwóch mężczyzn i jednocześnie brać udział w takiej akcji? Akcji mającej za zadanie pomóc ludziom zrozumieć, że to nie istotne, kogo kochasz i pragniesz, jeśli tylko masz szansę na szczęście i możesz komuś je dać?
Zaczynała boleć go głowa od myślenia i próbowania rozwikłać co czuł, tym bardziej, że w jego piersi dziwne rzeczy się działy. A nie chciał tego. Nie chciał też gapić się jak idiota na dwóch całujących się mężczyzn, a jednak nie umiał oderwać spojrzenia. Zdumiony był wręcz, gdy aktorzy rozdzielili się i po otrząśnięciu się z trudem z emocji, które nimi targały, zwrócili się do podjeżdżającej do nich kamery, ze swoim komunikatem.
– „Stereotypy niszczą i sprawiają ból tym, którzy nie zasługują sobie w żaden sposób na cierpienie. Nie zakładajmy z góry, że mamy prawo oceniać innych ani, że wiemy o nich wszystko, bo nie wiemy tak naprawdę nic i zawsze jest duże ryzyko, że się mylimy” – powiedział lekko ochrypłym głosem Ward, przeczesując włosy z frustracją. Widać chyba sam wreszcie pomyślał o tym, co miał przekazać i czego miał nauczyć innych. Po westchnięciu, patrząc w kamerą dorzucił z presją: – „Wykorzystuj siłę, aby pomagać, bo ona nie daje ci prawa do krzywdzenia innych. Prawdziwi mężczyźni tego nie robią” – dodał z naciskiem. Uśmiechając się nagle lekko, rzucił z ironicznym grymasem. – „Po za tym zawsze może się znaleźć ktoś silniejszy, kto skopie wam tyłek. Jeśli więc chcecie wymuszać na innych poddanie, upewnijcie się, że jesteście na szczycie łańcucha pokarmowego, bo ktoś oceniając wasze złe postępowanie może poczuć się w obowiązku, aby udzielić wam ważnej życiowej lekcji. Jest jeden świat dla nas wszystkich!”
– „Nie reagując na przemoc w swoim otoczeniu stajemy się współwinni. Dajemy przyzwolenie ilekroć milczymy, gdy komuś dzieje się niesprawiedliwość. Za każdym razem pomagamy skrzywdzić innych ludzi, gdy odwracamy wzrok.” – Zaintonował, już bardziej pozbierany Dru, stając ramię w ramię ze swoim partnerem i patrząc w kamerę twardo. – „Mnie sumienie nie pozwoliłoby spać, gdybym udawał, że nie dzieje się nic złego, bo jakiś gej jest bity za swoją orientację seksualną. Chciałbym wierzyć, że kiedyś moje dzieci czy członkowie mojej rodziny będą bezpieczni. A przynajmniej w sytuacji zagrożenia będą mogli liczyć na pomoc. Jest jeden świat dla nas wszystkich, uczyńmy go bezpiecznym dla nas i naszych bliskich.” – Dru był bardzo zdecydowany i twardy. Nie wahał się ani nie zastanawiał nad tym co mówił. Bez trudu można było dostrzec, że wierzy z całego serca w każde słowo, które wypowiada.
Maddock jednak nie słuchał dalej. Obracając się na pięcie miał zamiar zwiać, gdzie pieprz rośnie. W głowie mu wirowało, a serce niespokojnie waliło. Drugiej takiej sceny by nie przeżył, gdyby nagle okazało się, że trzeba nakręcić powtórkę. Niestety musiał oczywiście z miejsca nadziać się na nieznacznie rozkojarzonego Darnella, stojącego zdecydowanie za blisko za jego plecami. Jasne oczy mężczyzny lśniły podejrzanie, a nieogolone policzki były nieznacznie zarumienione.
– O… Och… to było… my… oni… my nie… – Maddock wbił wielkie, przerażone oczy w swojego krzywo uśmiechającego się partnera. – My nie musimy tak się całować, prawda?
– Chcesz być gorszy? – odparł mu aktor bez mrugnięcia okiem z miną tak zdeterminowaną, że wszelka nadzieja opuściła Maddocka. Darnell jednak nie dał mu szans na jakakolwiek reakcję, bo szybko zrejterował pod pozorem, że woła go charakteryzator. Za chwilę obaj mieli zdjęcia i musieli się przebrać.

Jeden z włoskich projektantów mody, choć sam nie brał udziału w kampanii, to przeznaczył pełną garderobę ubrań dla występujących. Oczywiście Maddock nadal uważał, że to była raczej autoreklama ze strony projektanta niż dar serca, ale co on tam mógł wiedzieć. Darnell był najlepszym przykładem, że nie znał się na ludziach. Inaczej trzymałby się od niego z daleka. 


***

Nie betowane, więc za wszelkie niedociągnięcia przepraszam z góry. Całe opowiadanie będzie wyedytowane i sprawdzone, i w ostatecznej wersji dostępne w PDF dla chętnych.