***
Dźwiękoszczelne drzwi gabinetu szefa działu Public Relations stłumiły odgłos uderzenia pleców Cory'ego o ich
powierzchnię. Nie można było jednoznacznie
określić czy to pchnięcie, czy lodowata
twarz Connora zbliżająca się do jego własnej, odebrała mu dech. Pewne
było, że za chwile przekona się co los dla niego szykuje. Serce bijąc niespokojnie z zaskoczenia
i podniecenia prawie zagłuszyło groźne słowa wycedzone przez mężczyznę.
– Nie wyobrażaj sobie, że to ja poleciałem do twojego wuja na skargę. Nie zniżaj mnie do swojego
poziomu!
– Gdzieżbym śmiał – odparł arogancko, choć na lekkim bezdechu. – Niczego sobie nie
wyobrażam na twój temat. Nie muszę.
– Niewdzięczny palant! – Connor znów pchnął go na drzwi niespecjalnie delikatnie,
mnąc w dłoniach jego koszulę i warcząc mu prosto w
twarz.
Cory jęknął zdumiony i
pozbawiony tchu. Zbyt blisko siebie się znajdowali, bo jedyne o czym mógł myśleć, to były ponętne usta znajdujące się tak blisko niego,
a tak daleko jednocześnie. Tak bardzo
chciał się przyssać do nich, choć zaciśnięte były w cienką linię, że na języku poczuł metaliczny posmak krwi, kiedy przygryzł dolną wargę, chcą się opanować.
Z całą pewnością źle by się to dla niego skończyło.
Ciemnoniebieskie oczy ciskały w niego błyskawice, a
granatowe obwódki na tęczówce, wręcz wydawały się ciemnieć z każdą sekundą, kiedy Connor z dezaprobatą spoglądał na niego. Długie, czarne rzęsy okalające jego oczy
nadawały mu lekko
demonicznego wyrazu. Mimo to, Cory w tym momencie jedyne czego pragnął to móc ująć tę przystojną twarz w dłonie i zacałować na śmierć.
Przecież do cholery powinien raczej martwić się o to, że Connor skopie mu tyłek!
St. Charles wyczuł chyba jego rozpalone spojrzenie na swoich wargach, bo
wyszczerzył zęby warcząc z wściekłości. Brutalnie gniotąc perfekcyjnie białą koszulę Cory'ego, jednym szarpnięciem obrócił ich i zanim młodszy mężczyzna zdołał się zorientować, został ciśnięty na wielki, obrotowy fotel.
Oniemiał, a słowa dezaprobaty
utknęły mu w gardle. Opadł na siedzisko prawie bezwładnie. Nie bał się, choć serce chciało wybić sobie drogę na zewnątrz wprost przez żebra. Oszołomiony mrugał, szukając słów, które w głowie odbijały mu się echem, ale nie znajdowały ujścia z jego
rozdziawionych w szoku ust. Chciał uciekać, chciał się bronić lub kłócić, ale nie potrafił zareagować. Jak sparaliżowany wpatrywał się w przyczynę swojego cierpienia. Nie zamierzał dać się zastraszyć. Zanim jednak zdołał poderwać się na nogi czy
zaprotestować, Connor już stał pochylony nad
nim, opierając się rękami na oparciach
po obu stronach, blokując wszelką drogę ucieczki.
– To, że nie wniosłem oskarżenia nie oznacza wcale, że nie poniesiesz kary, za to co zrobiłeś – wysyczał przez mocno zaciśnięte zęby. – Poniesiesz konsekwencje swojego wyskoku, ale nie
zasługujesz na to, aby
wylecieć z pracy.
– Zbytek łaski! – Cory nie wiedział co robić, ale nie jedno było pewne, nie zamierzał ustąpić pola. I bez względu na to jak bardzo pragnął znajdować się wszędzie tylko nie tutaj, nawet nie drgnął, kiedy Connor zazgrzytał zębami wkurzony. –
Niczego od ciebie nie potrzebuję i nie boję się ciebie!
– Błąd, który może cię drogo kosztować… – mruknął złowieszczo Connor. Mała żyłka wręcz pulsowała na szczęce atakującego mężczyzny. Cory
odpowiadając własnym twardym spojrzeniem, zaparł się obiema rękami o jego szeroką pierś, aby go odepchnąć. Pikantny, zmysłowy zapach Connora uderzał mu do głowy i nęcił, kusząc, aby się przytulić do silnego, promieniującego ciepłem ciała. A tego nie było mu wolno zrobić. Nie było i nigdy nie będzie wolno. Zaparł się z jeszcze większą siłą, zdeterminowany znaleźć się jak najdalej od tego człowieka. Potężniejszy mężczyzna nawet nie drgnął, uśmiechając się nagle drapieżnie. – Teraz się opierasz? Czy to nie jest troszkę za późno?
Andrews syknął wściekły na tę jawną prowokację. Pięć minut jeszcze
nawet nie minęło odkąd został dość bezpardonowo zaciągnięty do gabinetu
Connora, a ten po raz nie wiadomo który doprowadził go do szału w mgnieniu oka.
Bezmyślnie, reagując na czystej adrenalinie i instynkcie, chwycił jedwabny, mega drogi krawat pochylającego się nad nim mężczyzny i pociągnął dosyć brutalnie w dół.
Okrzyk protestu stłumił własnym językiem.
Brutalny,
praktycznie bolesny pocałunek trwał krócej niż tego pragnął, ale zmienił bieg jego krwi w rwący potok. Connor jednak nie miał zamiaru dać się tym razem tak łatwo uwieść, bo Cory zmuszony
został, aby się ugiąć pod jego wolą. Stracił kontrolę w mgnieniu oka, kiedy
jego wargi zostały zmiażdżone za karę. Pocałunek był jak porażenie prądem i trwał nie wystarczająco długo, aby którykolwiek z mężczyzn nim się nasycił. Wystarczył jednak by na nowo zasmakowali namiętności i pragnienia. By wróciły wypierane przez obu wspomnienia.
– Nie tak szybko,
chłopczyku – wymamrotał Connor odrywając od siebie gorące, spuchnięte wargi Cory'ego, wplatając długie palce w jego jedwabiste
blond włosy z tyłu głowy i bezlitośnie odchylając mu ją do tyłu lekkim szarpnięciem. Ciche syknięcie zignorował jakby go nie było. – Najwyraźniej odniosłeś mylne wrażenie, że możesz brać co chcesz…
– Biorę tylko to co dostaję dobrowolnie… – odwarknął Cory niezrażony. Jego pierś opadała od gwałtownych oddechów nad którymi próbował zapanować. Ciemny, gorący rumieniec palił mu twarz, a żołądek trząsł się. Nienawidził być jednocześnie podniecony
i wściekły, a to były zazwyczaj
dominujące uczucia w
towarzystwie tego mężczyzny. – Nie zmuszam cię do niczego, czego sam byś nie chciał…
Connor poczuł jak krew uderza mu na twarz i do głowy. Wepchnął się między kolana siedzącego Cory'ego i praktycznie wdusił go w oparcie, boleśnie zaciskając palce na szczupłych ramionach swojego towarzysza.
– Nie masz bladego
pojęcia czego chcę – wymamrotał pochylając się jeszcze niżej i dysząc mu w twarz. Ich oddechy zmieszały się, sprawiając, że Cory musiał kilkakrotnie przełknąć, bo zaschło mu w ustach. Connor zmrużył oczy przyglądając mu się uważnie i obserwując każdy jego
najmniejszy ruch, i reakcję. Praktycznie leżał na nim, bo
odchylający się fotel ustępował, przed jego wściekłym naciskiem i sporym ciężarem, wydawał się jednak tego nie
dostrzegać, tak skupił się nad werbalną potyczką. – Nie masz nic!
Nic! Czego był pragnął! Bawi mnie po prostu to, jak bardzo
zdajesz się mnie pożądać…
– Kłamiesz! – krzyknął zraniony do żywego Cory. Serce dławiło go w gardle,
a upokarzające łzy zapiekły pod powiekami.
Najbardziej na świecie chciał się oszukiwać, że było inaczej, że miał coś, czego Connor mógłby zapragnąć. I nie miało znaczenia jak bezsensowne pragnienie to było. Chwycił biodra ukochanego
i odpychając go całą siłą jaką posiadał zmusił do wyprostowania się. Kiedy tamten chcąc zachować równowagę ustąpił pod silnym naciskiem, Cory wykorzystał moment zaskoczenia i wtulił twarz w obrzmiałe z podniecenia krocze znajdujące się tuż przed nim.
Obaj jęknęli na głos.
Przyjemność sprawiła, że Connor musiał zablokować uginające mu się nagle kolana. Nie
potrafił wyartykułować cisnącego mu się na usta protestu,
choć bardzo chciał. Chciał móc oburzyć się i wściec. A jedyne co mógł to przytulać głowę jasnowłosego mężczyzny, trącego o jego nabrzmiałego penisa policzkiem i nosem. Dwie cienkie warstwy
materiału nie chroniły wrażliwego organu
przed ciepłym oddechem ani
rozkosznym tarciem. Sprytne szczupłe dłonie znalazły drogę pod jego schludnie schowaną za paskiem koszulę i wślizgnęły się pod spód, sunąc mu po plecach i żebrach wstrząsając całym ciałem. Zimne dreszcze spłynęły mu po kręgosłupie, stawiając każdy najmniejszy włosek na baczność. Gęsia skórka obsypała jego pierś, a sutki zmieniła w maleńkie supełki.
– Mam dość twojej zabawy! – wyjęczał w końcu, odrywając gorące dłonie błądzące mu po skórze, rysując erotyczne obietnice. Nie pozwalały mu myśleć. Chciał zrobić krok do tyły, ale jego nogi
ważyły tonę i czuł się jak uwięziony w miejscu. Cory
zignorował go i nadal
muskał nosem całą dumnie prężącą się pod czarnym
materiałem męskość. Mamrotał do siebie wchłaniając coraz więcej podniecającego i uzależniającego zapachu rozgrzanego
ciała. – Nie chcę tego, rozumiesz?! – praktycznie wrzasnął w ostateczności St. Charles, mimo to wypychając w naturalnym odruchu biodra, jakby jego ciało lepiej zdawało sobie sprawę z jego pragnień i potrzeb.
Cory znieruchomiał przez moment. Nadal przytulony, objął ramionami szczupły pas swojego ukochanego i spojrzał w górę, wbijając spojrzenie w
zaskoczonego Connora. Ich spojrzenia starły się, tak jak i ścierały się ich osobowości, i charaktery.
– Nie chcesz? –
wymamrotał schrypniętym głosem, ironicznie
unosząc brew. Zanim
otrzymał jakąkolwiek odpowiedz, delikatnie zacisnął zęby na przekrwionym organie, ssąc materiał i mocząc go śliną. Oddech Connora utknął mu w gardle i zamiast
odpowiedzi wyrwał mu się tylko charczący dźwięk. Cory złożył pocałunek na kuszącej wypukłości. Jeden i drugi, dociskając rozpalone wargi do wilgotnego materiału. Dłonie zaciskał prawie boleśnie na nieświadomie poruszających się biodrach. Nie skończył jednak jeszcze
swoich tortur. – Nie będziesz chciał, nawet jeśli rozepnę pasek i zamek w twoich spodniach? Wsunę do środka dłoń i zacisnę ją na twojej
seksownej, ponętnej męskości? – pytał cicho i prowokacyjnie, uważnie obserwując reakcje swojego partnera.
– Nie! – zawołał Connor, dla
podkreślenia protestu
nawet kręcąc głową. Nie drgnął jednak z miejsca,
zaczerwieniony i zły jednocześnie za uleganie sztuczce.
– Nie chciałbyś, abym zaczął wolniutko lizać cię od czubka po samą nasadę i spowrotem?
Ssał wolno? Żebym zlizał każdą słoną kroplę twojego pobudzenia? Wiesz, że pamiętam… jak szybko się podniecasz, kiedy pieszczę cię tuż pod żołędzią? – zapytał, chuchając przez materiał dokładnie we wspominane
miejsce. Connor warknął w odpowiedzi,
co Cory zupełnie zignorował. – Żałowałem, że nie mogłem cię posmakować… – wymamrotał z ustami przyciśniętymi do pulsującego organu – …nie
chciałbyś tego? Gdybym wessał cię głęboko do ust, to byś się opierał?
Przełykając ślinę ze złością i podnieceniem, Connor pominął milczeniem prowokację. Oderwał za to jego głowę, po raz kolejny
lekkim szarpnięciem i przyglądał mu się przenikliwie, i twardo. Cory uśmiechnął się lekko.
– Co cię wkurza bardziej? To że mnie pragniesz wbrew własnej woli… czy to, że ja to wiem?
Jednym szybkim
pchnięciem Connor znów
miał uwięzionego blondyna na fotelu.
– Nie. Wkurza mnie
to, że wydaje ci się, że to ty ustalasz
zasady tej zabawy… a tak nie jest… – wycedził dyrektor PR’u ponurym tonem.
Cory zamrugał zaskoczony chłodem i opanowaniem
rozpalonego jeszcze przed chwilą mężczyzny. Zebrał swoje rozbiegane myśli i godność, i praktycznie
taranując sobie drogę wstał z fotela,
przepychając Connora. Miał zamiar wyjść stamtąd zanim padnie na kolana i zaproponuje
niechcianego loda temu draniowi, taki zdesperowany i spragniony był.
– Widzisz… jest
jeden poważny błąd w twoim rozumowaniu. – powiedział, zmierzając do drzwi z
determinacją. Chciał wyminąć sztywno stojącego mężczyznę i zwiać, póki mógł logicznie myśleć. – Dla mnie to nigdy
nie była zabawa…